Nazajutrz po opuszczeniu Chotanu trzej zwiadowcy połączyli się ze swoją karawaną, która rozbiła obóz w umówionym miejscu, w górskim jarze nad brzegiem rzeki Kerija.
Smuga zasępił się usłyszawszy wieści przywiezione od Sun Li. Teraz jeszcze bardziej podejrzana wydała mu się niemal natrętna ciekawość, z jaką koczujący w okolicy pasterze baranów wypytywali ich o cel i kierunek jazdy. Zapewne wiedzieli już o wyznaczonej przez policję nagrodzie za pomoc w schwytaniu rzekomych angielskich szpiegów. Można było przypuszczać, że nie omieszkają powiadomić władz o pojawieniu się w pobliżu ich koczowisk podejrzanych obcych podróżników.
Myśl o ewentualnym zatrzymaniu przez policję i aresztowaniu zaniepokoiła wszystkich uczestników ekspedycji, bowiem w ówczesnych feudalnych Chinach [170] aresztowanych poddawano podczas śledztwa torturom dla wydobycia zeznań. W myśl miejscowego zwyczaju gnieciono im palce pomiędzy deskami skręcanymi za pomocą śrub, zmuszano do klękania na deskach nabitych gwoździami, bądź też zamykano w wysokiej klatce, w której człowiek, wyciągnięty jak struna, zawisał zawieszony za głowę, wysuniętą na zewnątrz przez mały otwór na szyję w wierzchu klatki, dotykając podłogi zaledwie końcami palców nóg. Chłosta kijami wymierzana była nawet w sądach, ponieważ sędzia nie mógł wydać wyroku, jeżeli oskarżony nie przyznawał się do winy. Kary stosowane wówczas w Chinach szczególnie mogły przerażać Europejczyków. Na ulicach miast turkiestańskich często spotykało się ludzi skazanych na “zakucie w szalę” lub “przykucie do żelaznej sztaby” [171].
Pandit Davasarman szczególnie kłopotał się o swych białych przyjaciół. Bo przecież on i jego hinduscy żołnierze bardziej oswojeni byli z myślą o torturach, często stosowanych również przez Anglików w podległych im koloniach. Zwłaszcza w hinduskiej armii śledztwo zazwyczaj prowadzono “przy pomocy chrząszcza”. Polegało ono na tym, że na obnażonym brzuchu badanego kładziono żywego chrząszcza i przykrywano go połówką wydrążonej skorupy orzecha kokosowego. Powolny chód krążącego w koło owada stawał się po krótkim czasie nie do wytrzymania i zmuszał do przyznania się do winy.
Smuga nie taił niebezpieczeństwa przed przyjaciółmi. Nie przewidziany uprzednio przez niego zatarg z bandą Naib Nazara pokrzyżował jego plany. Teraz właśnie, gdy coraz groźniejsze przeszkody piętrzyły się na ich drodze, ogarniały go wątpliwości, czy słusznie postąpił narażając swoich wiernych towarzyszy, a przede wszystkim młodego Tomka, na tak olbrzymie ryzyko.
Wilmowski był mocno zafrasowany podczas narady, natomiast bosman Nowicki wcale nie przejął się możliwością utarczki z policją bądź żołnierzami. Beztrosko machnął łapskiem i rzekł:
— Wiedzieliśmy przecież, że może nam być gorąco podczas tej wariackiej wyprawy. Toteż teraz nie ma co siać cykorii przed Kitajcami. Wprawdzie mężne to zuchy, ale ze swoim uzbrojeniem niewiele mogą nam zaszkodzić. W górach łatwo się obronimy, jeśli tylko nie zaskoczą nas niespodziewanie. Wystawiaj pan wachty, panie Smuga, a wszystko będzie w porządku. Obecnie najwięcej ciekawi mnie, czy przypadkiem ktoś nie podebrał nam tego złota. Coś za wiele cwaniaków kręci się tutaj...
— Nie kłopocz się o to, bosmanie. Złoto jest dobrze ukryte — uspokoił go Smuga. — Połowę skarbu, przeznaczoną przez mego brata dla nas, podzielimy po równej części między siebie. Każdy z nas otrzyma swój udział.
— Mamy czas mówić o tym po szczęśliwym zakończeniu wyprawy — wtrącił Pandit Davasarman. — Obecnie lepiej zastanówmy się, którędy będziemy wracali do Kaszmiru.
— Słuszna uwaga, Pandicie, to najważniejsza teraz dla nas sprawa — przywtórzył Wilmowski. — W takiej sytuacji, jak nasza, dobrze jest mieć z góry obmyślony plan odwrotu. Moim zdaniem w żadnym przypadku nie możemy wracać przez Chiński Turkiestan.
— Ja również tak uważam, szlachetny sahibie — potwierdził Pandit Davasarman.
— Oczywiście zgadzam się z wami — powiedział Smuga ciężko wzdychając. — W takim razie pozostaje nam jedynie spróbować przemknąć się przez Tybet. Trudna to i bardzo niebezpieczna wędrówka.
— Przecież pana brat też szedł tamtędy. Jeśli w pojedynkę zdołał pokonać wszelkie trudy, to dlaczego nam miałoby się nie udać?! — zawołał Tomek.
— Racja, brachu, w takiej kompanii można przejść nawet przez piekło — zauważył bosman, po czym zarechotał basem i dodał: — Z workiem złotego piasku w jukach można coś nie coś zaryzykować. Gdybym stał się bogaty, zaraz kupiłbym zwrotny jachcik. Sam mianowałbym się jego kapitanem, a Tomek moim pierwszym oficerem.
— Nie dzielmy skóry na niedźwiedziu — niechętnie rzekł Wilmowski. — Janie, czy daleko jeszcze do kryjówki?
— Jutro przed południem powinniśmy dotrzeć do niej — wyjaśnił Smuga. — Według planu sporządzonego przez mego brata znajduje się ona w małym parowie; u wejścia do parowu stoi wysoka iglica, omywana strumieniem wpadającym do jednego z dopływów Keriji.
— Czy szanowny braciszek zakopał złoto w ziemi? — zaciekawił się zawsze praktyczny bosman.
— Nie, mój drogi! W potężnej, skalnej ścianie zamykającej parów jest mała pieczara. W niej właśnie brat ukrył złoto. Wejście do kryjówki doskonale zamaskował. Mianowicie za pomocą dynamitu wysadził w powietrze występ góry, by zmienić bieg strumienia, kaskadami spływającego po niej do parowu. W ten sposób wodny “parawan” kryje otwór pieczary.
— Jeśli tak, to faktycznie masz pan rację, że nie potrzebujemy obawiać się niespodzianki — z uznaniem powiedział marynarz. — Gdzież znajduje się ten parów?
Smuga rozłożył mapę na ziemi. Z wyjątkiem Tomka wszyscy pochylili się nad nią. Zaczęli wytyczać kierunek, mierzyć odległość, a następnie omawiali, jakie należy przedsięwziąć środki ostrożności w celu uniknięcia schwytania przez policję lub wojsko.
Narada trwała dość długo, ponieważ Smuga i Pandit Davasarman, układali plan działania, uwzględniając wszelkie możliwe sytuacje. Tomek tym razem nie brał udziału w rozmowie. Siedział na głazie i zadumanym wzrokiem wodził po ośnieżonych szczytach górskich, poza którymi rozciągała się tajemnicza Wyżyna Tybetańska, tak zazdrośnie strzeżona przez krajowców przed obcymi przybyszami. Tam właśnie, w tej dzikiej, surowej, niegościnnej krainie brat Smugi nabawił się okropnego kalectwa. Wspomnienie nieszczęsnego człowieka przywiodło Tomkowi na myśl niezwykłą przygodę w górach Karakorum. Cóż to za stwór mógł pozostawić ślady w niezamieszkałych przez ludzi górach? Rozmyślania o Yeti — legendarnym Śnieżnym Człowieku — przerwał Tomkowi głos ojca:
— Nad czym tak medytujesz, Tomku? — zapytał Wilmowski, przysiadając się obok syna.
Tomek uśmiechnął się i odparł:
— W wyobraźni już wędrowałem po Tybecie. Od dawna marzyłem o tak niezwykłej wyprawie.
— A ja myślałem, że układasz plany w związku ze skarbem. Bosman mianował cię pierwszym oficerem na swoim jachcie!
Tomek cicho się roześmiał.
— Ojcze, przecież wiesz doskonale, że poczciwemu bosmanowi niewiele zależy na majątku. Jemu wystarczy to, co zarobi, na utrzymanie rodziców i... butelkę ulubionej jamajki — powiedział po chwili. — Nie wyobrażam sobie zupełnie ani bosmana, ani siebie w roli bogaczy!
— Masz rację co do bosmana, ale ty jesteś jeszcze bardzo młody. Mógłbyś rozpocząć inne, spokojne życie — odparł ojciec. — Praca łowcy zwierząt jest zbyt niebezpieczna.
— Nigdy nie myśl o tym, kochany ojcze! Naprawdę jestem niezmiernie szczęśliwy, a nawet i dumny, że pozwoliłeś mi uczyć się tego zawodu.
— Jednak mimo wszystko, jeśli skarb istnieje naprawdę, jutro możesz stać się zamożny. Cóż więc wtedy uczynisz?
Tomek zafrasował się, po czym rzekł:
— Nie zastanawiałem się nad tym. Na wyprawę wyruszyłem, bo chciałem pomóc panu Smudze ze względu na jego nieszczęśliwego brata. Poza tym przepadam za przygodami. Gdybyśmy wszakże zdobyli to złoto... ha, po prostu ofiarowałbym moją część na założenie ogrodu zoologicznego w Warszawie!
— Widzę, że nie zapomniałeś o pomyśle powziętym w Australii! Cóż by jednak Sally powiedziała na to?
— Sally?! Na pewno by się ucieszyła. Tylko nie śmiej się ojcze, bo chociaż to dziecinne, ona pragnie skończyć zoologię, a potem jeździć razem z nami na wyprawy po dzikie zwierzęta.
— To nie zawód dla kobiety...
— I ja tak myślę, ale Sally nie jest mazgajem! To zuch dziewczyna! Czy... lubisz ją choć trochę?
— Prawie tak jak ciebie, mój synu. Naprawdę cieszę się, że nie nęcą cię łatwo zdobyte pieniądze. Każdy uczciwy człowiek pracą własnych rąk powinien zarabiać na swoje życie.
— To już twoja zasługa, tatusiu! Tak wiele nauczyłem się od ciebie! Przecież tobie również nie zależy na tym złocie. Dlaczego wobec tego przyłączyłeś się do wyprawy, skoro od samego początku uważałeś ją za oczywiste szaleństwo?
— Widzisz, mój drogi, to nie jest łatwe do wytłumaczenia. Gorączka złota nieraz wyzwala w ludziach najniższe instynkty. Dlatego właśnie chciałem być przy tobie podczas wyprawy po skarb. Teraz już jestem pewny, że niepotrzebnie kłopotałem się o ciebie.
— Cóż to za konszachty prowadzi załoga? — przerwał im bosman zwierzenia. — Właśnie uradziliśmy wystawić podwójną wachtę, a jutro, gdy my wyruszymy do owej pieczary, Udadżalaka z jednym jeszcze kompanem będą mieli oko na tych pasterzy, co to nas niby szpiegują.
— Bardzo słusznie, bosmanie, nie zawadzi zachować ostrożność — przytaknął Wilmowski.
Smuga z Panditem Davasarmanem jechali na przedzie. Na samym końcu Hindusi wiedli juczne konie. Zgodnie z ustalonym planem, Udadżalaka oraz jeden z żołnierzy pozostali w pobliżu koczowisk pasterzy, by zabezpieczyć ekspedycję przed wszelkimi niespodziankami.
Smuga co chwila zerkał na mapę z zaznaczoną na niej kryjówką skarbu. Parów, a więc ostateczny cel wyprawy, powinien znajdować się już bardzo blisko. Tomek niecierpliwie unosił się w strzemionach wypatrując skalnej iglicy. Przecież nie mogło być mowy o przeoczeniu tak charakterystycznego i łatwo dostrzegalnego znaku.
Naraz Smuga odwrócił się w siodle do swych towarzyszy i zawołał:
— Według planu znajdujemy się już bardzo blisko celu. Za tym zakrętem powinniśmy ujrzeć iglicę!
— Im szybciej wydobędziemy złoto z kryjówki i zaszyjemy się dalej w góry, tym lepiej dla nas — zauważył Pandit Davasarman. — Nie podoba mi się zachowanie tych pasterzy. Odnoszę wrażenie, że oczekują na kogoś.
— Do licha, jeśli ściągną nam na kark żołnierzy, nie obejdzie się bez walki — niepokoił się Wilmowski, który zawsze był przeciwny przelewowi ludzkiej krwi.
— Obawiam się, szlachetny sahibie, że może dojść do zbrojnej rozprawy — powiedział Davasarman.
“Chyba w korcu maku szukali się ci dwaj — mruknął bosman niezadowolony, gdyż sam z ochotą brał udział we wszelkich bijatykach. — Całe szczęście, że Smuga nie jest mazgajem. Proszę, przez cały czas okiem penetruje teren, a co zerknie za siebie, to zaraz mocniej ściska karabin w łapach. To mi kompan, pierwsza klasa!”
Bosman przerwał monolog. Minęli właśnie zakręt i oczom ich ukazała się strzelista, skalna iglica, strzegąca wejścia do parowu, w którym miała znajdować się ukryta pieczara. Smuga uderzył konia; za nim pocwałowała reszta jeźdźców. Echo w wąwozie zwielokrotniło głuchy tętent biegnących wierzchowców.
Smuga ostro osadził konia tuż przed skalną iglicą. Rozognionym wzrokiem spoglądał w wąską, mroczną gardziel parowu, skąd wartko wypływał spieniony strumień. Mimo woli wszystkim udzieliło się podniecenie Smugi. W milczeniu zsiedli z koni i pieszo zagłębili się w parów. Szli coraz szybciej.
Marynarz i Tomek nieco wyprzedzili swych towarzyszy, toteż pierwsi minęli mroczną gardziel. Zaledwie jednak spojrzeli w głąb parowu, zatrzymali się. Po chwili już wszyscy, jak rażeni gromem, wpatrywali się w parów zawalony dziesiątkami tysięcy ton głazów i kamieni. Zamiast potężnej skalnej ściany, w której miała znajdować się zamaskowana przez wodospad pieczara, łagodnie ścięty występ skalny zamykał parów. Dziwnym zrządzeniem losu owa skała musiała się rozsypać, grzebiąc pod rumowiskiem głazów pieczarę oraz ukryte w niej złoto. Nawet strumień po osunięciu się góry zmienił swój bieg. Spływał łagodnymi kaskadami z występu skalnego i bokiem parowu utorował sobie nowe łożysko pomiędzy zwałami kamieni.
Przez bardzo długą chwilę nikt nie odważył się przerwać przerażającego milczenia. Oto odbyli długą, wyczerpującą wyprawę i narażali swe życie tylko po to, aby przekonać się, że skarb wydarty ziemi znów został przez nią zazdrośnie pochłonięty. To była ich wielka przegrana!
Pierwszy ochłonął bosman. Usiadł na głazie, wydobył z kieszeni fajkę, nabił ją tytoniem i zapalił. Wyraz podniecenia zniknął już z jego twarzy. Z największym spokojem wydmuchiwał z ust kłęby jasnego dymu i zaciekawionym wzrokiem zerkał na towarzyszy. Wilmowski i Tomek po pierwszej chwili oszołomienia z niepokojem zaczęli wpatrywać się w Smugę. Przecież mimo wszystko jego spotkał największy zawód. Skąd mogli wiedzieć, jakie nadzieje wiązał z odnalezieniem ukrytego przez brata złota? Jedynie Pandit Davasarman oraz jego wierni żołnierze zachowywali filozoficzny spokój ludzi Wschodu wierzących w przeznaczenie.
Niesamowita bladość z wolna ustępowała z twarzy Smugi. W końcu usiadł na głazie obok bosmana i również zapalił fajkę. W dalszym ciągu w milczeniu spoglądał na skalne rumowisko, które pogrzebało jego złudne nadzieje. Wypalił fajkę, wyrzucił z niej resztki popiołu, uderzając nią lekko o kamień, po czym odezwał się tak charakterystycznym dla niego, opanowanym głosem:
— Czy odgadliście już, co zaszło tutaj w parowie? Otóż wspominałem wam, że brat mój, chcąc zmienić bieg strumienia, dynamitem wysadził kawał skały. To zapewne stało się przyczyną naszego niepowodzenia. Zwietrzała skała musiała wtedy ulec głębszemu zarysowaniu i podczas jakiegoś wstrząsu tektonicznego rozsypała się jak domek z kart. No, kochany bosmanie, nie będziesz kapitanem na swoim jachcie...
— Mała to strata, szanowny panie. Nie miałem nic i nie mam nic. Tym samym nic nie straciłem — niefrasobliwie odparł bosman.
Wilmowski odetchnął z wielką ulgą. Teraz nie żałował już, że wbrew własnemu przekonaniu wyruszył na tę niezwykłą wyprawę. Jego przyjaciele szczęśliwie przebrnęli przez “ogniową” próbę.
Pandit Davasarman, od dłuższej chwili z niepokojem spoglądający w gardziel parowu, naraz zawołał:
— Zdaje się, że z wąwozu dobiega tętent koni. Może to nadjeżdża Udadżalaka z nowinami?
— Nic tu po nas. Wracajmy do koni i pomyślmy o odwrocie — energicznie rzekł Smuga wstając z głazu.
— Święta racja, komu w drogę, temu czas. A że na frasunek najlepsza jest jamajka, to chyba w jukach znajdzie się jeszcze jakaś butelczyna — dodał bosman i ruszył za Smugą.
Nie zdążył wszakże wydobyć jamajki, bo zaledwie zbliżyli się do wierzchowców, ujrzeli biegnącego Udadżalakę. Z daleka wołał:
— Pasterze całą gromadą dążą naszym śladem! Wielu z nich posiada broń!
Podróżnicy pobiegli ku służbistemu wojakowi.
— Czy z pastuchami znajdują się policjanci lub żołnierze? — szybko zapytał Smuga.
— Nie, sahibie. To sami pasterze, lecz jest ich chyba więcej niż trzydziestu. Zebrali się rano z kilku koczowisk.
— Szukają guza, jak amen w pacierzu — rozgniewał się bosman. — Ha, jak sami tego chcą, to go znajdą!
— Nie czas myśleć o bijatykach, bosmanie — zgromił go Wilmowski. — Przed nami uciążliwa i niebezpieczna droga. Co poczniemy, jeśli zranią kogoś z nas?
— Masz rację, sahibie, musimy uciekać, ile tylko tchu koniom starczy — poparł go Davasarman.
— Pandicie, wypraw Udadżalakę z jucznymi końmi na przód. My tymczasem, jeśli zajdzie potrzeba, postaramy się powstrzymać pogoń — doradził Smuga.
Wybiegli w wąwóz. Udadżalaka z dwoma żołnierzami dosiedli koni i zaraz pierwsi ruszyli z jucznymi zwierzętami. Reszta uczestników ekspedycji wolniej pociągnęła za nimi.
Szlak wiódł wprost w głąb górskiego pasma. Teren wznosił się coraz wyżej. Po godzinnej jeździe pięli się już po stromym stoku. Niebawem wąwóz znajdował się w dole u ich stóp. Teraz jak na dłoni ujrzeli pogoń. Część pasterzy jechała konno, inni biegli za nimi. I oni wskazywali na stromy stok góry. Przynaglali konie do szybszego biegu, toteż piesi pozostali znacznie w tyle.
— Dogonią nas te pasibarany — rozgniewał się bosman, widząc, że juczne konie idą coraz bardziej ociężale. — Poczekajmy tu na nich i wygarnijmy parę razy z pukawek. To nauczy ich szacunku dla nas.
Smuga obejrzał się i wzrokiem uważnie oceniał odległość. Pasterze nie oszczędzali koni. Wkrótce mogli dogonić karawanę wiodącą objuczone zwierzęta.
Znowu minęła godzina, zanim podróżnicy znaleźli się na łagodniejszym grzbiecie górskiego pasma. Podczas gdy oni pięli się po stromym szlaku, pościg w pełnym cwale przebył w wąwóz i teraz z okrzykiem triumfu wpadł na stok góry.
Bosman zaklął pod nosem. Z pochwy zawieszonej na łęku siodła wydobył karabin. Zanim przyłożył go do ramienia, Smuga zawołał:
— Nie strzelaj! Na razie pozostawmy ich w spokoju. Na tym stoku będą musieli zwolnić tempo pościgu, a my tymczasem nieco oddalimy się od nich zjeżdżając z góry w dolinę.
— Nie żałuj pan huncwotów, warto ostudzić kulą ich zapał — oburzył się marynarz.
— Mylisz się bosmanie, to na pół dzicy i biedni ludzie. Dla zdobycia wysokiej nagrody wyznaczonej przez władze bez wahania zaryzykują życie — zaprzeczył Smuga. — Teraz pragną jedynie otrzymać nagrodę, natomiast gdyby z ich strony padły ofiary łaknęliby zemsty.
— Więc mamy dać się złapać, jak te barany, które oni ganiają po pastwiskach?!
— Jeszcze nas nie schwytali! — uciął dyskusję Smuga.
Bosman zdziwiony spojrzał na niego. Zaczęli zjeżdżać w dolinę i stok górski zasłonił pościg. Teraz nawet juczne konie przyspieszały kroku.
Rozległą dolinę pokrywała żółtawa, żwirowata ziemia. Wokół wystrzelały w niebo ubielone śniegiem szczyty. Teren systematycznie wznosił się w górę, gdy więc pogoń osiągnęła po jakimś czasie grzbiet pasma, znów rozległ się okrzyk radości na widok wolno sunącej karawany.
Pandit Davasarman odwrócił się w siodle. Długo spoglądał na pasterzy cwałujących w dół po stoku. W końcu powstrzymał konia, by zrównać się ze Smugą. Po krótkiej, cichej naradzie polecił Udadżalace zboczyć z doliny na stromy górski stok. Nie było tutaj jakiegokolwiek szlaku. Karawana przemykała się wprost z jednego występu skalnego na inny, wciąż pnąc się pod górę. Wierzchowce postękiwały z wysiłku i chrapały przestraszone, bowiem głazy usuwały się im spod kopyt. Naraz jeden z koni objuczony zapasami żywności pośliznął się na chybotliwym kamieniu. Potknął się i runął na strome zbocze.
Smuga natychmiast zatrzymał całą karawanę. W tych stronach utracenie zapasów żywności bądź sprzętu obozowego równało się przegranej walnej bitwie. Oczekiwała ich uciążliwa wędrówka przez bezdroża Tybetu, cóż by więc tam mogli począć straciwszy cenne zapasy? Wszyscy zsiedli z koni. Zgrupowali się przy Smudze.
— Kiepsko z nami — odezwał się bosman. — Trzeba nam było wcześniej rozprawić się z tymi pasibaranami.
— Nie unikniemy starcia — westchnął Tomek i zarepetował karabin.
Smuga nic nie odpowiedział. Był nie mniej zasępiony od Wilmowskiego. W milczeniu rozważał jakiś desperacki plan działania, to obrzucał spojrzeniem odległy jeszcze od nich wierzchołek najbliższego pasma, to znów spoglądał na pościg, podchodzący ku nim po głazach.
— Pandicie, czy podejmiesz się roli tłumacza? — zagadnął w końcu.
— Czy chcesz, szikarze, pertraktować? — zapytał Davasarman.
— Tak, może uda mi się dojść z nimi do porozumienia.
— Nie warto ryzykować — zaoponował bosman. — Popatrz pan, jak kiepsko są uzbrojeni. Nasze karabiny raz dwa nauczą ich moresu.
— Tłumaczyłem ci już, że to odważni ludzie. Nie ustąpią łatwo, a gdy raz zaczniemy walkę, będziemy musieli zabijać bez pardonu.
— To byłoby okropne — wzdrygnął się Tomek. — Przecież właściwie oni nam nic złego nie zrobili.
— Ci biedacy mają nas za szpiegów. Przy okazji chcą zdobyć przyrzeczoną przez policję nagrodę. Czy zdołasz, Janie, przekonać ich, że pomylili się co do nas? — denerwował się Wilmowski.
— Spróbuję — krótko odparł Smuga. — Czy pójdziesz ze mną jako tłumacz, Pandicie?
— Idę z tobą, szikarze.
Smuga postąpił kilka kroków do przodu. Zaczął powiewać w powietrzu białą chustką. Na ten widok ścigający przystanęli poniżej na stoku. Pandit Davasarman przyłożył do ust obie dłonie i zawołał coś w tiurskim języku. Pasterze zbili się w gromadę. Naradzali się, gestykulując rękoma. Po chwili jeden z nich udzielił odpowiedzi.
— Zgadzają się na rozmowę — oświadczył Davasarman. — Dwóch z ich strony i dwóch z naszej spotka się w połowie drogi, bez broni.
— Może w tym kryje się podstęp? — wtrącił bosman.
— Zaryzykujemy. Na wszelki wypadek bądźcie w pogotowiu — odpowiedział Smuga. Zaraz też odłożył karabin i zdjął pas z rewolwerem ukryty pod kożuchem.
— Ja pójdę z panem — zaproponował bosman. — Gdyby podstępnie napadli, to na pewno przydadzą się moje pięści.
— Nie kłopocz się, bosmanie, dam sobie jakoś radę. Przecież Pandit idzie ze mną, ponieważ nie mógłbym sam rozmówić się z nimi.
— Będziemy trzymali broń w pogotowiu. W przypadku zdrady wycofujcie się w ten sposób, abyśmy mogli razić ich strzałami — rzekł Wilmowski.
— Tomku, stań tu przy mnie z pukawką — polecił bosman. — A ty, Udadżalaka, ze swoimi ludźmi przycupnijcie za głazami.
Smuga powiewając chustką razem z Davasarmanem schodzili w dół stoku. Dwóch krępych pasterzy wyszło im naprzeciw. Układy trwały dość długo, lecz wkrótce nabrały zapewne pomyślnego biegu, gdyż Smuga poczęstował pasterzy tytoniem.
Tomek przez cały czas obserwował ich przez lornetę. W pewnej chwili zdumiony zawołał:
— Pan Smuga wyjął woreczek ze złotem, który otrzymał od swego brata.
— Domyślałem się, że zechce zaproponować im okup... — powiedział Wilmowski. — Oby tylko przystali na tę propozycję!
— Ani chybi, Smuga wyjdzie z tej wyprawy goły jak święty turecki — zżymał się bosman.
Posłowie uprzejmie się pożegnali, po czym Smuga z Panditem Davasarmanem ruszyli ku karawanie, a dwaj pasterze pospiesznie oddalili się w dół zbocza ku swoim.
— Jakie są wyniki pertraktacji, Janie? — niespokojnie zapytał Wilmowski, gdy posłowie, trochę zasapani wchodzeniem pod górę, znaleźli się wreszcie w kręgu przyjaciół.
— Zaraz przekonamy się naocznie — odparł Smuga. — Za chwilę powinni rozpocząć odwrót.
— Czy przyjęli okup? — ciekawił się Tomek.
— Przyjęli, dałem im podwójną sumę, jaką władze chińskie wyznaczyły za schwytanie nas — potwierdził Smuga. — To dla nich prawie majątek. Ponadto zapewniliśmy ich, że udajemy się do Tybetu jako pielgrzymi do świętej dla buddystów Lhasy.
— Chyba nie chcesz pan powiedzieć, że oni w to uwierzyli? — roześmiał się marynarz.
— Tego nie wiem, w każdym razie przychylnie przyjęli to do wiadomości i wziąwszy okup, przysięgli na Koran, że zaniechają pościgu.
— A jeśli nas oszukają?
— Na ogół mahometanin nie łamie przysięgi złożonej na swą świętą księgę.
— Odjeżdżają, naprawdę odjeżdżają! — zawołał uradowany Tomek.
Podróżnicy z uczuciem niezmiernej ulgi spoglądali za odjeżdżającymi pasterzami. Dopiero gdy konna grupa połączyła się z nadciągającą pieszą gromadką i wspólnie z nimi ruszyła ku pasmu górskiemu, Smuga odezwał się:
— Teraz możemy sobie powiedzieć, że odbyliśmy wyłącznie krajoznawczą wyprawę. Pozbyłem się już prawie wszystkiego złota, które mój nieszczęsny brat pozostawił mi w spadku. Tych kilka grudek, spoczywających na dnie niegdyś pękatego woreczka, starczy nam zaledwie na powrót do Europy.
— Najlepiej pan uczynisz, rzucając tę resztę w przepaść — powiedział bosman. — To złoto zbyt wielu ludziom przyniosło nieszczęście. Pana brat zmarł jako kaleka, biedny Abbas, który przechowywał dla nas depozyt, został zabity, morderca jego, a zarazem złodziej poniósł okrutną karę, potem dla tego właśnie złota musieliśmy zabić zbója Naib Nazara oraz wielu jego zuchów, a przed chwilą omal nie doszło do krwawej rozprawy. Tfu, do stu zdechłych wielorybów, lżej oddycham na myśl, że znów jesteśmy goli.
— Skoro nikt z nas nie martwi się utratą fortuny, to zajmijmy się odzyskaniem juków z żywnością, które razem z koniem leżą wśród głazów na stoku — rzekł Smuga, uśmiechając się do towarzyszy. — Kto na ochotnika opuści się na linie?
— Ja, proszę pana — zgłosił się Tomek. — Nabyłem już nawet pewnego doświadczenia w karkołomnych wyczynach podczas tej wyprawy.
— Dobra nasza, będę trzymał cię na linie — zaproponował marynarz. — Możesz na mnie polegać.
Pandit Davasarman ciekawie przysłuchiwał się rozmowie białych sahibów. Z coraz większym zdumieniem spoglądał na nich. Przecież wyruszyli na niebezpieczną wyprawę dla zdobycia złota, a teraz cieszyli się, że są tak samo biedni jak przedtem. W parowie, z zawaloną głazami pieczarą, Pandit Davasarman postanowił, po powrocie do Alwaru, prosić swoją siostrę, by szczodrze obdarowała jego zawiedzionych w nadziejach przyjaciół. Na pewno chętnie by to uczyniła, choćby przez wzgląd na rycerskość Tomka. Teraz jednak, gdy poznał ich niezwykłą szlachetność, zrozumiał, że taki dar byłby dla nich obrazą.
Tymczasem czterej biali przyjaciele, nieświadomi uznania, jakie wzbudzili w sercu wielkodusznego Hindusa, ochoczo przystąpili do pracy. Pokpiwali przy tym z siebie wesoło, jakby zapomnieli, że jeszcze mają przed sobą przeszło czterotygodniową, groźną wędrówkę.