Gniazdo rozbójników

Przez przeszło trzy tygodnie uczestnicy “szaleńczej” wyprawy podążali z Hemis do Gilgit, najdalej na północ wysuniętego angielskiego posterunku, panującego nad wszystkimi przełęczami gór Hindukusz.

Niemal niemożliwe byłoby opisać przeżywane przez naszych podróżników dzień po dniu wszystkie trudy i niebezpieczeństwa, jakie napotykali na swej drodze.

Początkowo jechali traktem, którym przybyli z Szrinagaru do Leh. Dopiero za oazą Kargil, mniej więcej w połowie drogi, zboczyli na północ ku miasteczku Gilgit.

W Tomka notatniku podróży pojawiły się nowe nazwy: Chorbatla [127], osada Goma Hanu, mieścina Chorbat, Lunkha, Kapalu, Skardu, Bannok-la, Astor i Gilgit. Cały ten odcinek drogi, podzielony na trzydzieści dwa uciążliwe, niebezpieczne marsze, wynosił ponad pięćset kilometrów.

Już sama panorama roztaczająca się z siodła przełęczy Chorbat napełniała mężne serce bosmana Nowickiego uczuciem prawdziwego niepokoju. Za górskimi lodowcami, spełzającymi długimi językami, które łączyły się w potrzaskane szczelinami i zasypywane przez lawiny pola lodowe, wystrzelały ku niebu skaliste szczyty. Na północy groźnie piętrzył się łańcuch Karakorum z potężnym K 2 [128], ustępującym wysokością jedynie najwyższemu szczytowi Ziemi — Mount Everest [129] w Himalajach [130]. Karakorum tworzy naturalną barierę pomiędzy Baltistanem i Chińskim Turkiestanem. Za przełęczą Chorbat, w osiedlu Goma Hanu, kończył się kraj buddystów. Dalej rozciągał się mahometański Baltistan, obramowany przez Himalaje, łańcuchy Hindukuszu, Karakorum i Wyżynę Tybetańską.

Chorbat-la zaśnieżona i mroźna, zdawała się być siedliskiem wszystkich złych wiatrów świata. Toteż podróżnicy poczuli się znacznie raźniej, gdy po zejściu z przełęczy arktyczna niemal okolica zmieniła się nie do poznania. Łagodniejsza od doliny Indusu dolina rzeki Szajok [131] witała ich subtropikalną zielenią. Tutaj w zacisznych głębokich dolinkach kwitły morele, czereśnie, orzechy włoskie, a grzędy pól uwieszone na zboczach żółciły się zbożem, groszkiem i lucerną. Kobiety kryły się przed podróżnikami w ulepionych z gliny domach bez okien, natomiast półnagie dzieci oraz mężczyźni, zawsze gotowi do drobnych usług, gromadzili się wokół obozowiska.

W Baltistanie niezbyt często napotykali skupiska ludzkie. Cała kraina nosiła jeszcze wyraźnie piętno rabunkowych najazdów wojowniczych Kandżutów oraz fanatycznych mahometan z sekty Suni.

Drogi, a raczej ścieżki górskie, wiodły przez gorące piaski, rumowiska i osypiska. Te ostatnie trzeba było czasem omijać, pnąc się na granie górskie, bądź też przemykać się ponad nimi po rusztowaniach zawieszonych u zboczy skalnych. Podróżnicy nie tracili zbyt wiele czasu na wypoczynek.

Warunki atmosferyczne pogarszały się i lada tydzień mogły uczynić Baltistan na długi czas całkowicie niedostępny. Wobec tego spieszyli się, aby uniknąć przykrych, a nawet groźnych niespodzianek.

Z doliny rzeki Szajok znów przeszli w dziką dolinę Indusu. W Skardu przeprawili się na drugi brzeg rzeki na gupsarach, to jest tratwach, sporządzonych z nadętych powietrzem kozich skór, przykrytych lekkimi drewnianymi rusztowaniami. Kilka godzin odpoczywali w dawnej stolicy Baltistanu. Była to mała osada o kilkudziesięciu glinianych domkach i bazarze, wobec których prawdziwie imponująco wyglądał zbudowany na skale wojskowy fort otoczony murem z wieżycami.

Po opuszczeniu osady podróżnicy wkrótce zaczęli zbliżać się do przełęczy Bannok. Na zboczach górskiego pasma zieleniły się sosny, wiązy i jałowce, lecz w górach i na przełęczy szalała śnieżna zawieja. Odetchnęli lżej dopiero w pobliżu Astor, gdzie zaczęli schodzić z gór ku drodze wiodącej do Gilgit. Szczególnie bosman Nowicki poczuł się raźniej, gdyż za chwilę kończyła się karkołomna jazda. Na nocleg zatrzymali się niemal na progu szerokiej, posępnej doliny. Podczas gdy wysoko w górach panowała surowa zima, tutaj w dolinie trwało upalne lato. U podnóża górskich zboczy kwitły róże, storczyki i bławatki.

Czas do zapadnięcia zmroku podróżnicy spędzili bardzo pracowicie: napełniali wory świeżą wodą, gromadzili paszę dla koni i drzewo na opał, albowiem dolina Astor była w rzeczywistości kamienistą, jałową, dziką pustynią, pod każdym względem niegościnną tak dla ludzi jak i zwierząt.

Wczesnym wieczorem udali się do namiotów na spoczynek. Noc na pustkowiu minęła spokojnie. Zaledwie różowy świt wkradł się w dolinę, w pobliżu obozowiska rozbrzmiały strzały karabinowe. Tomek i jego towarzysze natychmiast zerwali się z posłań. Z bronią w ręku co prędzej wybiegli z namiotów.

Huk strzałów nadal rozbrzmiewał w górach. Zaniepokojeni spojrzeli w tamtym kierunku.

Z przełęczy po stromym stoku zjeżdżał na koniu samotny jeździec. O dwieście lub trzysta metrów za nim gnali dwaj inni i gdy tylko wyłaniał się zza załomów skalnych, natychmiast prażyli do niego z karabinów.

— Do licha, zabiją go ci zbóje! — zawołał Wilmowski, przyjrzawszy się nierównej walce.

— Zamiast się bezczynnie gapić, panowie, wspomóżmy słabszego — pospiesznie doradził bosman.

— Wybiegniemy mu naprzeciw i powstrzymamy napastników — gorączkował się Tomek.

Pandit Davasarman w milczeniu przyglądał się przez lornetkę pościgowi. Po czym schował ją do futerału i jak zwykle opanowany, rzekł:

— Przede wszystkim powinniśmy się przekonać, po czyjej stronie jest prawo. Nie zawsze słabszy ma słuszność. Wobec tego proponuję najpierw zatrzymać uciekającego, a potem razem z nim poczekać na pościg. Wtedy z łatwością dojdziemy prawdy.

— Święta racja, szanowny panie — przyznał bosman. — Bierzmy się do dzieła.

Zanim jednak zdążyli wmieszać się do walki, uciekający powstrzymał konia, zeskoczył z siodła i podparłszy broń na głazie, strzelił. Jeden z pędzących za nim wierzchowców stanął dęba, po czym upadł na bok i zaczął staczać się po stoku góry. Niefortunny jeździec w ostatniej chwili ześliznął się z grzbietu rumaka. Tylko dzięki głazowi na skraju drożyny uniknął upadku w przepaść.

Uciekający znów dosiadł swego wierzchowca i pognał ku dolinie, co chwila oglądając się za siebie.

— Cwana sztuka! — z uznaniem zauważył bosman. — Teraz chyba da sobie radę ze zbójami.

— Zuch z niego, wyrwie się pogoni — powtórzył Tomek.

— Musimy go zatrzymać — stanowczo powiedział Smuga. — Nie mam zaufania do ludzi, którzy w tak rozległym dzikim kraju zabijają konie.

— Cóż miał robić? Ich jest dwóch, a on jeden — oburzył się Tomek.

— Szlachetny młody sahibie, nie bierz przedwcześnie niczyjej strony — spokojnie powiedział Pandit Davasarman. — Osaczmy go tak, aby nie mógł nam się wymknąć.

— Ruszcie wszyscy tyralierą naprzeciw niego — szybko zadecydował Smuga. — Natomiast ja z bosmanem ukosem podbiegniemy do stoku góry. Gdyby próbował wyminąć was, wpadnie wprost w nasze ręce.

Przewidywania Smugi sprawdziły się niebawem. Jeździec, ujrzawszy przed sobą kilku uzbrojonych mężczyzn, bez chwili wahania skierował swego konia wzdłuż stoku góry. Dwóch goniących, na widok tego, co działo się w dolinie, zaczęło raz po raz strzelać w powietrze, jakby chcieli zwrócić na siebie uwagę nieoczekiwanej pomocy.

Zaledwie Smuga to spostrzegł, zawołał do biegnącego obok niego marynarza:

— Bosmanie, ten zuch nie może nam umknąć! Jeśli nie usłucha naszego wezwania, strzelaj i.... mierz dobrze!

— Aj, aj, kapitanie! Lubię męską decyzję, polegaj na mnie — ochoczo odkrzyknął bosman i wielkimi susami wyprzedził swego towarzysza.

Mimo olbrzymiego cielska był zwinny jak sarna. Dobiegł do stoku góry, zanim jeździec zdążył ich minąć. Zagrodził mu drogę trzymając broń w pogotowiu. Uciekający, zaskoczony jego widokiem, wypalił pospiesznie z karabinu, po czym zboczył w górę na stok.

Kula bzyknęła w pobliżu głowy bosmana.

— O, draniu! Potrafisz kąsać — krzyknął marynarz.

Błyskawicznie przyłożył karabin do ramienia. Huknął strzał. Koń uciekiniera upadł, a następnie potoczył się po stoku. Powlókł za sobą jeźdźca.

Bosman podskoczył ku niemu.

Jeździec zdołał w końcu uwolnić swą stopę ze strzemienia. Trochę oszołomiony podniósł się z ziemi. Ujrzał bosmana. Padając zgubił karabin, lecz nie był jeszcze zupełnie bezbronny.

Zdecydowany na wszystko wydobył zza pasa długi nóż.

Bosman zatrzymał się o kilka kroków przed nim. Ujrzał na jego twarzy szeroką bliznę. Natychmiast skierował lufę swego karabinu wprost w pierś przeciwnika.

— Rzuć nóż i łapy do góry — rozkazał ostro.

Może uciekinier nie usłuchałby rozkazu, ale w tej samej chwili Smuga ukazał się zza krzewów.

— Ręce do góry, Abdul Mahmudzie, lub strzelam! — ostrzegł stanowczym głosem.

Po krótkim wahaniu Mahmud rzucił nóż na ziemię i podniósł w górę dłonie.

— Czego chcecie ode mnie?! — krzyknął z trudem tłumiąc wściekłość.

— Nie poznajesz mnie? — zapytał Smuga podchodząc bliżej ku niemu.

— Nie znam ciebie, przeklęty niewierny! — zaprzeczył Mahmud.

— Czy mego brata również nie znałeś?

Zanim mógł odpowiedzieć, nadbiegli Pandit Davasarman, Wilmowski, Tomek i hinduscy żołnierze. Pandit Davasarman dał znak, aby wszyscy cierpliwie czekali na nadejście pogoni. Wkrótce też ścigający, jeden na koniu, drugi pieszo, zbliżyli się do nich. Teraz zdjęli białe burnusy z kapturami, pod którymi uprzednio kryli mundury armii maharadży Kaszmiru. Stanęli przed Panditem Davasarmanem na baczność.

— Dzielnie spisaliście się, ptaszek wpadł w sidła, a nam przecież tylko o to chodziło — pochwalił Davasarman. — Co macie z nim zrobić? Jaki jest rozkaz sir Younghusbanda? Czy zabierzecie go z sobą do Leh?

— Ukarzemy go według miejscowego zwyczaju — odparł jeden z żołnierzy.

— Słusznie, szkoda dla niego kuli. Wykonujcie swoją powinność.

Żołnierze przystąpili do schwytanego. Jeden z nich odezwał się:

— Abdul Mahmudzie, jesteś aresztowany za morderstwo dokonane w Bombaju na pracowniku linii okrętowej. Ukradłeś również własność obecnych tu sahibów. Zwróć im ją, zanim zostaniesz ukarany.

— Nigdy nie dostaniecie już tego złota, przeklęci... — warknął Mahmud.

— Zrewidować go! — rozkazał Pandit Davasarman.

Żołnierze nic nie znaleźli przy Mahmudzie. Nie tracąc dłużej czasu Pandit Davasarman polecił nałożyć mu więzy i wszyscy razem powrócili do obozu.

— Co macie zamiar z nim uczynić? — zapytał Wilmowski Davasarmana.

— Wkrótce przekonasz się, szlachetny sahibie. Bądź spokojny, poniesie zasłużoną karę.

W pół godziny później jechali dalej posępną doliną Astor. Nowy szlak, ukończony zaledwie przed kilkoma laty, biegł między dwoma starymi gościńcami. Na każdym z nich nawet para mułów nie mogła się wyminąć. W lecie panował tutaj upał nie do zniesienia, zaś w zimie trakt stawał się zupełnie niedostępny z powodu nagłych, bardzo zimnych wiatrów, burz śnieżnych i mrozów. W ten sposób Gilgit przez dwie trzecie roku pozostawało całkowicie odcięte od Kaszmiru. Zapuszczając się w groźną dolinę Astor, karawany musiały zabierać wodę, paszę dla zwierząt i opał. Jako widomy znak niebezpieczeństwa często bieliły się przy drodze szkielety ludzkie i zwierzęce.

Po kilku godzinach marszu Pandit Davasarman zboczył nad bryzgający białymi pianami Indus. Obydwaj kaszmirscy żołnierze nadmuchiwali powietrzem gupsar, po czym rozwiązawszy ręce Mahmudowi, zmusili go do wejścia z worem umocowanym na sznurze w nurt rzeki.

Pandit Davasarman stał na brzegu z karabinem gotowym do strzału. Mahmud poszarzały na twarzy desperacko walczył z ostro rwącym nurtem rzeki. Dzięki temu, że gupsar uwiązany był na linie, zdołał jakoś uniknąć rozbicia o ostre głazy. Wkrótce wyczerpany wydostał się na przeciwny stromy brzeg. Wtedy żołnierze z powrotem przyciągnęli zaimprowizowaną tratwę.

Biali podróżnicy w milczeniu przyglądali się niezwykłej scenie. Mahmud przykucnął na głazie po drugiej stronie rzeki.

— Cóż to ma znaczyć, panie Pandicie Davasarman? Czy macie zamiar zostawić tego łotra na wolności?! To ma być kara za niecne morderstwo? — zdziwił się bosman.

— Uspokój się, szlachetny sahibie — odparł Davasarman. — Spotkała go okrutniejsza kara, niż myślisz. Według miejscowego zwyczaju, obowiązującego od wieków, skazańców przyprowadza się w tę okolicę, by pozostawić ich tutaj na drugiej stronie rzeki własnemu losowi. Dotąd żaden z nich nie zdołał stamtąd umknąć. W tym dzikim, niedostępnym i jałowym kraju bezbronny człowiek musi zginąć z głodu lub też dostaje się w ręce nie mniej dzikich krajowców, którzy zabiją go bądź sprzedadzą w niewolę. Nie na darmo przecież ten kraj zwie się często Syberią Kaszmiru...

— Ha, skoro tak, to Bóg z nim! Zasłużył sobie na to — mruknął dobroduszny bosman i zaraz odwrócił uwagę, by nie patrzeć na samotnego człowieka, siedzącego na przeciwległym brzegu.

Kaszmirczycy, wynagrodzeni przez Smugę, otrzymali ponadto od Pandita Davasarmana jednego konia w zamian za zabitego i zaraz wyruszyli w powrotną drogę do Leh. Nasi podróżnicy natomiast zapuścili się dalej w dolinę Astor. Wkrótce znaleźli się w Dardistanie, obejmującym dwa dominia maharadży Kaszmiru: Astoria i Gilgi, a także dwa małe chanaty Hunzów i Nagarów oraz niepodległą republikę Yasin.

Podczas drogi Pandit Davasarman wyjaśnił swym towarzyszom, w jaki sposób doszło do nieoczekiwanego przez nich schwytania Abdul Mahmuda. Otóż sir Younghusband przypuszczał, że morderca nie zadowoli się podstępnie ukradzioną częścią złota. Według zdania rezydenta chciwość powinna go zmusić do pokuszenia się o zdobycie reszty własności Smugi. Żeby dokonać tego, Mahmud musiałby tropić swą ofiarę, w nadziei, że w dzikich pustkowiach łatwiej uda mu się posiąść cały łup. Dlatego też sir Younghusband polecił dwom wytrawnym wywiadowcom udać się za karawaną podróżników. Jedynie Pandit Davasarman powiadomiony był o zamiarze sir Younghusbanda, by w odpowiednim momencie mógł przyjść z pomocą pościgowi. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności morderca został schwytany i surowo ukarany.

Przez szereg dni biali podróżnicy pozostawali pod wrażeniem tego wydarzenia. Im bardziej poznawali dzikość kraju oraz im więcej dowiadywali się o jego rozbójniczych mieszkańcach, tym mniej zaciętości odmalowywało się na ich twarzach na wspomnienie Abdul Mahmuda — tajemniczego człowieka z blizną na twarzy.

Gilgit witało ich sadami dojrzewających brzoskwiń i purpurowymi od gron winnicami. Sąsiedztwo i opieka garnizonu wojskowego umożliwiały ludności osiadłe życie. Mężczyźni prezentowali się tutaj nieco okazalej, a kobiety nie zakrywały twarzy welonami i nie stroniły od przybyszów.

Karawana zatrzymała się w pobliżu angielskiej agencji, umieszczonej w willi w uroczym ogrodzie.

— Do stu beczek zjełczałego tranu, nie spodziewałem się, że w tym piekielnym kraju ujrzę jeszcze taki sielski obrazek — odezwał się bosman, zsiadając z konia.

— Przeżyliśmy dwadzieścia pięć dni straszliwej mordęgi — odpowiedział Tomek. — Mamy już jednak kawał drogi poza sobą.

— Ładna mi pociecha — ironizował bosman. — Nie patrz za siebie, lecz przed siebie, a zrzednie ci mina!

Tomek uśmiechnął się, spojrzawszy na otaczające ich zewsząd skalne masywy. Nim minęła godzina, rozjuczyli konie, odprowadzili je do stajni, po czym sami zasiedli przy długim stole w prymitywnie urządzonej oberży. Wszyscy byli bardzo zmęczeni, wobec czego zaraz po posiłku udali się na spoczynek.

Następnego ranka Smuga i Pandit Davasarman, przebrani i odświeżeni, udali się z wizytą do angielskiego rezydenta w Gilgit. Ich towarzysze pozostali w oberży, ponieważ nie goląc za radą Smugi zarostów na twarzach, woleli nie pokazywać się na ulicach miasteczka.

Oficjalna wizyta musiała zapewne przemienić się w poufną, długą naradę, ponieważ obydwaj kierownicy ekspedycji powrócili dopiero około południa. Zaraz też polecili podać obiad w zacisznej izbie, aby móc bez przeszkód porozmawiać z przyjaciółmi. Gdy służba wniosła posiłek, Smuga zamknął drzwi i dopiero wtedy odezwał się ściszonym głosem:

— Przynoszę dobre wiadomości, sir Younghusband dotrzymał słowa. Na jego polecenie tutejszy rezydent sprytnie przygotował przemycenie nas przez granicę. Za dziesięć dni będziemy w Rosyjskim Pamirze, skąd łatwo już przedostaniemy się do Chińskiego Turkiestanu.

— W jaki sposób przekroczymy granicę Pamiru? — zapytał Tomek, obrzucając Smugę błyszczącym z podniecenia wzrokiem.

— Będziemy eskortowali karawanę przemytników — wyjaśnił Smuga. — Oni znają najbardziej pewne przejścia. W Pamirze włączymy się jako goście do orszaku weselnego, który akurat będzie wtedy przejeżdżał w pobliżu granicy.

Bosman zarechotał basem, podczas gdy Tomek niecierpliwie indagował:

— Po co nam ta heca z weselem? Czy nie lepiej, abyśmy jak najmniej zwracali na siebie uwagę?

— Pochwalam ostrożność Tomka. Oberżysta mówił mi, że obecnie w Pamirze nie jest zbyt spokojnie — zauważył Wilmowski.

Teraz z kolei Smuga cicho roześmiał się, a potem powiedział:

— I ty, i Tomek mielibyście rację, lecz w tym szczęśliwym przypadku oblubienica jest Kirgizką [132]. Wy przecież nie wiecie, w jaki sposób odbywa się kirgiskie wesele. Otóż, moi drodzy, przeprowadzenie panny młodej do domu męża jest nie byle jaką uroczystością, bowiem orszak weselny przewozi jednocześnie posag oblubienicy. Nikt nie zwróci uwagi na naszą małą karawanę, gdy wmieszamy się między juczne zwierzęta niosące toboły z dobytkiem młodej pary. Z domu weselnego niedaleko już do granicy Chińskiego Turkiestanu.

Toteż potem odjedziemy bez przeszkód razem z gośćmi weselnymi. W ten sposób zmylimy zaostrzoną czujność posterunków rosyjskich.

— Jak amen w pacierzu, nikt by tego lepiej nie wykombinował — zdumiał się bosman.

— Hm, pomysł naprawdę wydaje się dobry — przyznał Wilmowski.

— Dobry?! To za mało, jest wprost doskonały — entuzjazmował się Tomek.

Pandit Davasarman z zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowie. Wilmowski spojrzał na niego. Na twarzy Hindusa błąkał się zagadkowy uśmiech. Wilmowski zmarszczył brwi, jakby sobie przypomniał coś nieprzyjemnego.

— Janie, a co będzie przewoziła eskortowana przez nas karawana przemytników? — zapytał po chwili.

— Część posagu panny młodej, to jest kaszmirskie dywany, wojłoki i szale — odparł Smuga.

— Widzę, że weźmiemy udział w weselu jakiejś zamożnej kirgiskiej rodziny, skoro stać ją na bogaty posag. Zastanawia mnie fakt, iż weselnicy chcą mieszać się w niebezpieczne sprawy. Chyba nie czynią tego z sympatii dla nas?

— Oni specjalnie tak ustalili termin wesela, aby móc osłonić przed Rosjanami przerzut przemytu.

— Czyżby dywany i szale przedstawiały dla nich tak niezwykłą wartość? — dopytywał się Wilmowski.

— Nie mylisz się, szlachetny sahibie. Stanowią one dar thuma, czyli króla Hunzów, dla pana młodego — wtrącił Pandit Davasarman.

— Rzecz oczywista, iż za wspaniałomyślnością thuma Hunzów kryją się sprytni Anglicy — poufnie dodał Smuga.

— Kim wobec tego jest ów pan młody? — dziwił się Wilmowski.

— Panem młodym jest Naib Nazar, wnuk słynnego Sachib-Nazara [133] — wyjaśnił Pandit Davasarman.

— Nie słyszałem o takiej osobistości w historii Azji Środkowej — powiedział Wilmowski. — Z jakiego powodu stał się tak sławny?

— Sachib-Nazar był nadzwyczaj zuchwałym rozbójnikiem pamirskim. Ograbiał nie tylko kupieckie karawany, lecz napadał również na mieszkańców sąsiednich krajów. Łupił i brał w jasyr nawet rosyjskich Kirgizów w dolinie Wielkiego Ałtaju — wyjaśnił Davasarman, tłumiąc wesołość na widok zaskoczenia malującego się na twarzach towarzyszy.

— No, no, w niezłej kompanii pojedziemy na wesele — mruknął bosman. — Całe szczęście, że chyba nie będziemy musieli trzymać z nimi dzieci do chrztu...

— Czy ten Naib Nazar również uprawia zbójecki proceder? — zaciekawił się Tomek.

— W każdym razie już nie tak jawnie, jak jego dziadek, gdyż miałby do czynienia z Rosjanami, panującymi obecnie w Pamirze [134] — odpowiedział Smuga nie mniej rozbawiony od Pandita Davasarmana.

— Czy to nie podejrzane, że zazwyczaj skąpi Anglicy ofiarowują kosztowne upominki potomkowi pamirskiego zbója? — zauważył Wilmowski.

— Cóż w tym dziwnego? Widocznie opłaca się im popierać wszelkie niespokojne elementy w kraju sąsiada-konkurenta, jakim niewątpliwie w Azji Środkowej jest dla nich Rosja — odparł Smuga. — Nic nam jednak do tego, skoro, jak powiedział bosman, nie będziemy kumotrami, ani jednych, ani drugich.

— Gdzie spotkamy się z karawaną przemytników? — zapytał Wilmowski.

— Wyruszy ona z Baltit, siedziby króla Hunzów. On właśnie jest oficjalnym ofiarodawcą ślubnego podarunku.

— A więc idziemy do kraju zbójów oraz łowców niewolników, bo przecież Hunzowie i Nagarzy, zwani Kandżutami, byli postrachem wszystkich ludzi mieszkających między Afganistanem a Jarkendem — niechętnie rzekł Wilmowski. — Musimy pilnie czuwać, aby nam nie spłatali jakiegoś figla.

— Bądź spokojny, szlachetny sahibie, znajdujemy się pod opieką Anglików, którzy od chwili pokonania Kandżutów zdobyli sobie u nich niejakie wpływy — wtrącił Pandit Davasarman. — Przechodziłem już dwukrotnie przez ten dziki kraj i znam Nazim Chana, króla Hunzów. Tym niemniej zachowamy konieczną ostrożność.

Na tym skończyła się rozmowa, choć Wilmowski podejrzewał, że Pandit Davasarman nie zdradził im wszystkiego, co wie o podejrzanym przemycie. Zamyślony kurzył fajkę i z coraz większym niepokojem spoglądał na towarzyszy z zapałem czyszczących broń.

Przez trzy dni trwały przygotowania do drogi. Smuga i Pandit Davasarman z niezwykłą starannością dokonywali przeglądu sprzętu obozowego, miał on bowiem służyć im aż do końca wyprawy. Przede wszystkim zakupili w Gilgit dwa namioty o podwójnie szytych ściankach, zapewniających utrzymanie wewnątrz wyższej temperatury i ciepłe worki do spania, używane przez uczestników wypraw wysokogórskich. Oprócz tego przygotowali dwie maszynki do gotowania, zapas paliwa do nich, żywność, tytoń, dwa lekkie oskardy, trzy łopaty, latarki na świece i inne drobiazgi, konieczne w niezamieszkałych okolicach. Było to raczej skromne wyposażenie jak na wielotygodniową wyprawę, ale Pandit Davasarman odradzał obciążać się zbyt dużym bagażem. Jego zdaniem powodzenie wyprawy zależało w dużej mierze od szybkiego przemknięcia się przez Pamir i Chiński Turkiestan aż za miasta Chotan i Kerija [135], leżące u stóp gór Kunlun oraz ich odnogi — Ałtyn-tag. Bardzo obciążone juczne konie uniemożliwiałyby pospieszne marsze, co było niewskazane, a w Chotanie i Keriji mogli uzupełnić zapasy żywności.

Za radą Smugi wszyscy uczestnicy ekspedycji mieli odtąd podawać się za kupców z Chińskiego Turkiestanu. W związku z tym europejskie ubrania zmienili na długie, podbite futrem kaftany, płaskie, okrągłe, obramowane futrem czapki oraz wysokie kamasze z miękko wyprawionej skóry. Sporo kłopotu nastręczało zdobycie odpowiedniego rozmiarami odzienia dla niezwykle rosłego bosmana, ale w końcu przy pomocy miejscowego krawca udało się im należycie przystroić marynarza. Ubiór oraz zarosty na twarzach zmieniły ich nie do poznania, toteż Smuga zacierał dłonie z zadowolenia i rokował wyprawie pomyślny przebieg.

Oprócz tego, co włożyli na siebie, zabrali jeszcze trochę ciepłej bielizny i grube, filcowe buty, jako najbardziej odpowiednie do chodzenia po śniegu. Resztę przywiezionych z Europy osobistych rzeczy spakowali oddzielnie, by odesłać je do Szrinagaru, gdzie miały oczekiwać ich powrotu.

Przed opuszczeniem Gilgit Tomek napisał list do Sally. Informował ją tylko, iż po spotkaniu ze Smugą wyruszają na daleką wyprawę, wobec czego nie powinna się niepokoić, jeżeli przez kilka miesięcy nie otrzyma od niego wiadomości. Solennie przyrzekł opowiedzieć jej wszystko po powrocie do Anglii.

Czwartego dnia po przybyciu do Gilgit opuścili miasteczko jeszcze przed wschodem słońca, by jak najmniej zwracać na siebie uwagę mieszkańców. Po godzinnej jeździe wzdłuż rzeki Gilgit znaleźli się w miejscu, gdzie wpada do niej rzeka Hunza, zwana również Kandżutem. Państewka Nagarów i Hunzów leżą właśnie w odgałęzieniach górnej części doliny Hunzy, toteż karawana zboczyła wzdłuż jej biegu. Wschodzące słońce ukazało oczom podróżników dziką dolinę, otoczoną zewsząd granitowymi masywami górskimi. Droga umożliwiała względnie szybkie posuwanie się karawany, choć w niektórych miejscach należało przechodzić przez spełzające z gór wprost do rzeki języki lodowców.

Im dalej jechali, tym dolina Hunzy stawała się groźniejsza, a zarazem wspanialsza. Coraz to na niemal niedostępnych turniach dostrzegali obronne bastiony, niczym średniowieczne zamczyska. Nie tak jeszcze dawno w tym wojowniczym kraju ognie palone na szczytach górskich oznajmiały rozpoczęcie działań wojennych. Pandit Davasarman był w tych stronach, gdy Brytyjczycy dokonali ostatecznego podboju Nagaru i Hunzy. Teraz, korzystając z wolnego czasu, opowiadał towarzyszom o alpinistycznych wyczynach oddziału ekspedycyjnego podczas zdobywania [136] szturmem trudno dostępnych stanowisk obronnych.

Na nocleg zatrzymali się u podnóża fortu Chalt, zajmowanego przez oddział kaszmirskich sipajów. Następnego dnia około południa, zbliżali się już do stolic dwóch królestw, leżących na przeciwnych brzegach rzeki. Teraz co kilka kilometrów napotykali osady Hunzów, umocnione murami z obronnymi wieżami. W pobliżu osad w zacisznych dolinach każdą piędź ziemi wykorzystywano pod uprawę. Jakże niezwykły kontrast z śnieżno-lodową górską panoramą stanowiły dolinki o kwitnących sadach! Dawniej, w niespokojnych czasach, wieśniacy kandżuccy na noc chronili się za mury osad, teraz zamieszkiwali obok swych poletek w pozbawionych okien domkach o płaskich dachach, pokrytych gliną zmieszaną z drobno pociętą słomą. Kandżuckie domki były charakterystyczne, mianowicie dzienne światło doprowadzano do ich wnętrza przez wycięty w środku dachu duży, gwiaździsty otwór. We wszystkich wioskach spotykało się miniaturowe meczety. Większość ciężkich prac wykonywały kobiety, natomiast mężczyźni przeważnie siedzieli w podcieniach domów i palili fajki. Mężczyźni, a nawet i starsi chłopcy nosili handżyry, długie, zakrzywione noże oraz okute żelazem pałki.

Podróżnicy minęli Nagar, ufortyfikowaną osadę z wielkimi wieżycami, po czym przez drewniany, chwiejący się pod końskimi kopytami most przejechali na drugi brzeg rzeki Hunzy, kierując wierzchowce ku doskonale widocznej na tle niebotycznych skał stolicy Hunzów, miastu Baltit.

— Ho, ho, nieźle musieli napocić się Anglicy, zanim zdobyli to rozbójnicze gniazdo — zawołał Tomek, ujrzawszy wysoko wśród skał obronny zamek.

— Teraz chyba zrozumiałeś, sahibie, dlaczego Anglicy tak bardzo obawiali się rosyjskich wpływów w Kandżucie. Gdyby Rosjanie dostarczyli Kandżutom nowoczesnej broni i amunicji, Baltit byłby nie do zdobycia — wtrącił Pandit Davasarman. — Kandżut dzięki swemu położeniu jest jakby naturalną fortecą. Zewsząd otaczają go przepaściste góry i śnieżno-lodowe, ogromne pustynie. Od strony południowej, a więc z Kaszmiru do Baltit można dotrzeć jedynie doliną rzeki Hunzy wpadającej do Gilgit, lecz ta na pozór obecnie dość wygodna droga dostępna jest jedynie przez kilka miesięcy w roku. Na wiosnę rzeka zasilana wodą z topniejących lodowców gwałtownie wzbiera i zalewa całą dolinę, odcinając ją zupełnie od Kaszmiru. Wtedy jedynie kozice oraz wytrawni alpiniści mogą pokusić się o przejście karkołomnych, skalnych ścieżyn.

— Skoro tak jest, to i Rosjanie mieli równie trudny dostęp do Kandżutu — zauważył Tomek.

— Mylisz się, sahibie — zaoponował Pandit Davasarman. — W górze doliny, a więc od strony północnej, istnieje szereg stosunkowo łatwych przejść przez góry Hindukusz do Pamiru oraz Chińskiego Turkiestanu. Tym samym Rosjanie znajdują się w dogodniejszym położeniu od Anglików.

— Właśnie z jednego z tych przejść i my skorzystamy — dodał Smuga.

Wierzchowce wolno podchodziły w górę, z terasy [137] na terasę. Niby potężne naturalne stopnie, wiodły one do otoczonego murem miasta. Ponad nim wznosiła się rozległa, pięciopiętrowa twierdza, zbudowana z kamieni, drzewa i suszonego w słońcu błota. Na tarasach zieleniły się uprawne pola i sady. Kobiety pracujące na polach, szczelnie opatulone w chusty, odwracały się na widok obcej karawany. Natomiast mężczyźni śmiało zaglądali jeźdźcom w oczy. Byli odziani w długie, wełniane suknie choga, przepasane szerokimi pasami, w bawełniane koszule i spodnie oraz w łapcie z nie wyprawionej skóry.

— Przyjemny ludek, nie ma co mówić — mruknął bosman, pochylając się do Tomka. — Niby to nas pozdrawiają, a ze ślepiów ich widać, że chętnie pchnęliby nożem w plecy!

— Może biorą nas za Anglików, chociaż w tym przebraniu więcej chyba przypominamy zbójecką bandę Ali Baby — odparł Tomek. — Mnie samemu ciarki przechodzą po krzyżu, gdy spoglądam na wasze obrośnięte twarze.

— Z kim się zadajesz, takim się stajesz — burknął bosman.

Wjechali w mury miasta. Wyglądało ono niczym piramida budynków, pnących się kondygnacjami ku bramie twierdzy; prowadziły do niej wąskie, kręte uliczki. Przed zamkniętą na łańcuch bramą stała warta uzbrojona w karabiny oraz handżyry. Pandit Davasarman nie schodząc z konia, przywołał wartę, po czym odezwał się w narzeczu burishki [138].

— Powiadomcie wielkiego thuma Hunzów, Nazim Chana, iż przybył oczekiwany przez niego posłaniec od wielkich białych przyjaciół, aby uścisnąć jego dłoń!

Warta natychmiast podała tę wiadomość dalej. Podróżnicy tymczasem przyglądali się groźnemu zamczysku. Dolne piętra były całkowicie pozbawione otworów okiennych. Szczyt zamku zdobiły drewniane, misternie rzeźbione balkony, a na najwyższej wieży widać było wiszący olbrzymi, święty bęben Hunzów. Bęben ten, według wierzeń przesądnych krajowców, sam odzywał się potężnym dudnieniem, ilekroć wielki thum miał stoczyć zwycięską wojnę.

Naraz rozległ się brzęk łańcuchów. Otwarto niskie, szerokie podwoje w murze zamczyska. Przed podróżnikami pojawił się wezyr chana.

— Wielki Nazim Chan wita szlachetnych sahibów, którzy przybywają od jego przyjaciół — rzekł kłaniając się dostojnie. — Przyjmie was, gdy tylko skończy modlitwy. Szlachetni sahibowie pozostawią tutaj broń, a potem będą mogli udać się ze mną do sali przyjęć.

Pandit Davasarman ostentacyjnie zawiesił swój karabin na łęku siodła. To samo uczynili Wilmowski, Smuga, bosman i Tomek, po czym zsiedli z wierzchowców.

Wezyr Humayun przeprowadził ich przez bramę do mrocznej, rozległej sali o kamiennych ścianach. W świetle zatkniętych w mur pochodni widać było kilka granitowych filarów podtrzymujących strop oraz pośrodku sali drewnianą drabinę, znikającą w kwadratowym otworze w suficie, przez który można było wejść na wyższe piętro. Wezyr pierwszy wszedł po drabinie i pogrążył się w ciemnym otworze. Za nim udali się biali sahibowie. W ten sam sposób przechodzili na coraz wyższe piętra, aż w końcu dotarli do ostatniej kondygnacji zamku. Niektóre komnaty były obszerne i wygodne, lecz większość z nich przypominała małe, ciemne cele.

Na najwyższym piętrze komnaty dzięki dziennemu światłu wpadającemu przez okna miały nieco przyjemniejszy wygląd. Mimo to każdy zdawał sobie sprawę, iż źle przyjęty przez chana gość nie miał jakichkolwiek szans ujścia z życiem z tego labiryntu komnat i korytarzy. Wezyr polecił podróżnikom zatrzymać się w małej salce; sam zniknął za pięknie rzeźbionymi drzwiami następnej komnaty.

— Siedzimy teraz niczym mysz w pułapce. Gdyby te zuchy miały względem nas złe zamiary, kiepsko byłoby z nami! Pan Davasarman niby to zna tego królika rozbójników, ale kazali nam pozostawić broń przy szkapach — odezwał się marynarz.

— Nie dziw się, bosmanie! Większość władców Nagarów i Hunzów nie zmarła śmiercią naturalną. Dlatego też chanowie, obawiając się zamachu na swe życie, zachowują daleko posuniętą ostrożność — rzekł Smuga.

— W jaki sposób i dlaczego ginęli tutejsi chanowie? — zapytał Tomek.

— Te sprawy najlepiej zna Pandit Davasarman — odparł Smuga.

— Mury tego zamku mogłyby wiele powiedzieć — wyjaśnił Hindus. — Poprzednik obecnego władcy, Safdar Ali Chan, który uciekł przed Anglikami do Chin, objął tutaj władzę po zamordowaniu swego ojca [139] i braci. Podobnie postąpił Rajah Uzr Chan, poprzedni król Nagaru. Mianowicie chcąc usunąć ewentualnych kandydatów do tronu, zabił także swych dwóch młodszych braci. W ten właśnie sposób od wieków obejmowano rządy w Kandżucie, co często zdarza się również i w innych państwach muzułmańskich. Dlatego chanowie kandżuccy są nadzwyczaj ostrożni.

— Kto się sparzy na gorącym, ten na zimne dmucha — sentencjonalnie zakończył bosman. — Na szczęście nie jesteśmy chana krewniakami, to i nie będzie na nas dybał. Spójrzcie, panowie, przez okno! Cóż to za potężne górzysko piętrzy się tam na południu doliny? Proszę, proszę, lodowiec opuszcza się z niego aż do linii lasu!

— Spoglądasz na górę Rakaposhi, szlachetny sahibie, wysoką na 7790 metrów — wyjaśnił Davasarman.

W tej chwili drzwi otworzyły się szeroko. W progu stanął wezyr Humayun.

— Wielki król Hunzów gotów jest przyjąć szlachetnych sahibów — oznajmił.

Weszli do obszernej komnaty. Wokół ścian stała szeroka drewniana ława. Na obydwóch jej końcach wznosiły się drewniane słupy, sięgające aż do rzeźbionych belek powały. W otwartym kominku palił się ogień. Podłogę pokrywał olbrzymi, puszysty, kaszmirski dywan. Komnatę zdobiły chińskie skrzynie z wymalowanymi złotymi smokami oraz piękne wiklinowe kosze — zapewne dary chińskich protektorów chanów Kandżutu.

Nazim Chan, przyrodni brat zbiegłego króla Hunzów, był dobrze zbudowanym mężczyzną w średnim wieku. Siedział w głębi komnaty na wspaniale rzeźbionej ławie, przykrytej z wierzchu miękkim dywanem. Strój chana był niezmiernie kosztowny. Miał na sobie długą choga, gęsto przetykaną złotymi nićmi, od spodu podbitą śnieżnej białości piórami. Szeroki, kapiący wprost od złota pas otaczał jego biodra. Zza pasa wystawały rękojeści dwóch długich handżyrów oraz dwóch nabijanych srebrem pistoletów. Spod czapki w kształcie worka, bogato zdobionej złotem, opadały na policzki chana splecione w pierścienie, czarne włosy.

Nazim Chan siedział po turecku z podwiniętymi nogami. Piastował na kolanach dużego, czarnego kota. Przenikliwym, niespokojnym wzrokiem mierzył białych przybyszów. Tuż przed nim prężyła się przyboczna straż z długimi, gołymi mieczami w rękach, za ławą natomiast stali pachołkowie z barwnymi wachlarzami z piór.

Wezyr Humayun z szacunkiem zatrzymał się w pewnej odległości od chana. Skłonił się nisko.

— Dostojny, wielki królu Hunzy — odezwał się w języku angielskim. — Sahibowie w imieniu twoich możnych białych przyjaciół pragną złożyć ci pokłon.

Podróżnicy w ślad za Panditem Davasarmanem pochylili głowy, jednocześnie potrząsając wyciągniętymi przed siebie, złożonymi razem obydwiema dłońmi.

— Czy jesteś zdrów i zadowolony z podróży, Pandicie Davasarmanie? — zapytał Nazim Chan. — Angielski rezydent w Gilgit powiadomił mnie o twej nowej, tajemnej wyprawie do rozległych krajów Wielkiego Ak-Padszy [140]. Czy twoi towarzysze są angrezi sarkar [141]? Jeżeli tak, to doskonale udają krajowców.

— Pozdrawiam cię wielki, dostojny królu Hunzy — odpowiedział Pandit Davasarman. — Moi towarzysze nie są Anglikami. Pochodzą z bardzo odległego kraju, obecnie zawojowanego przez Ak-Padszę. Oni są Polakami. Kilkanaście lat temu ich rodak w służbie Ak-Padszy, generał Grąbczewski, przebywał w Kandżucie jako gość Safdar Ali Chana.

— Pamiętam go doskonale. Safdar Ali Chan twierdził, iż ten poseł przyrzekł mu poparcie Wielkiego Ak-Padszy. W mojej zbrojowni znajduje się nawet karabin podarowany przez tego posła Safdar Ali Chanowi — odparł zdziwiony Nazim Chan. — Skoro jednak sahibowie pochodzą z kraju podległego Wielkiemu Ak-Padszy, to nie widzę powodu, dla którego musielibyście przekradać się do Bam-i-Dunya [142], również należącego do cara Rosji.

— Pozwól, wielki królu Hunzów, że ci to krótko wyjaśnię — odezwał się Smuga. — Otóż my możemy tak samo legalnie pojechać do Pamiru, jak ty mógłbyś oficjalną drogą przekazać ślubny upominek potomkowi pamirskiego rozbójnika.

Pandit Davasarman mocno zmieszał się słysząc tę śmiałą, dwuznaczną odpowiedź. Nazim Chan ostro zmarszczył brwi, lecz znany u Hunzów, a tak rzadko spotykany u Azjatów, zmysł humoru wziął górę, bo zaraz rozpogodził się i odpowiedział:

— Prawdę rzekłeś, cięty w języku sahibie. Nie moja to sprawa. Dawniej Anglicy posyłali Kirgizom podobne podarunki za pośrednictwem Afgańczyków, lecz obecnie korzystają z moich usług. Karawana składająca się z piętnastu mułów jest przygotowana do wyruszenia. Sadyr Chodża wraz z sześcioma ludźmi przeprowadzi was aż do aułu [143] Naib Nazara. Haj, do widzenia!

Podróżnicy z pewnym uczuciem ulgi oddalili się od malejącego wśród gór zamku króla Hunzy. Nie zatrzymywali się nawet na noclegi w wioskach i warownych osiedlach. Ku swemu zdumieniu przekonywali się naocznie, iż uprawa roli w Kandżucie nie uległa zmianom od wielu wieków. Wieśniacy orali ziemię samorodnymi sochami, a zboże młóciły zwierzęta depczące po nim kopytami. Wojowniczy mieszkańcy przy lada okazji tańczyli tak zwany “taniec z szablami”. Często po zapadnięciu zmierzchu echo niosło po skalistych wąwozach dziką melodię graną na instrumentach strunowych, której wtórowało niepokojące dudnienie wojennych bębnów.

Karawana dążyła ku północy w górę doliny rzeki Hunzy. W tej części kraju nie było już traktów, czy choćby wygodniejszych dróg. Czasem nawet górskie ścieżyny urywały się na stromych stokach, wtedy jedynie instynkt wskazywał wierzchowcom pewniejsze oparcie dla kopyt. W niektórych szczególnie trudnych miejscach podróżnicy musieli zsiadać z wierzchowców, by rozjuczać konie i przeprowadzać je, przytrzymując za grzywy i ogony. Mimo przyzwyczajenia do takich przepraw zwierzęta drżały ze strachu i pokrywały się potem. Podróżnicy również przeżywali nie mniejsze emocje. Bosman, aczkolwiek nie lubił gór, teraz ku zdumieniu towarzyszy nie okazywał niepokoju na widok karkołomnych przejść. Z niezwykłą energią pomagał przeprowadzać konie, przenosił ciężkie juki i niemal każdego dnia dawał dowody swej nadzwyczajnej siły i odwagi. Toteż przydzieleni karawanie Kandżuci — na pół dziki Sadyr Chodża oraz jego sześciu towarzyszy — z coraz większym szacunkiem spoglądali na rosłego marynarza. Teraz bez słowa sprzeciwu spełniali każde jego polecenie. Rubaszny marynarz przyjacielsko poklepywał ich po plecach, a oni aż przysiadali pod “dotknięciem” jego niedźwiedziej łapy.

Już po trzech dniach wędrówki marynarz był za pan brat z Kandżutami. Widząc, iż Sadyr Chodża łakomym wzrokiem spogląda na jego doskonały karabin, bosman jako niezawodny strzelec postanowił zabawić się jego kosztem.

Podczas jednego z postojów wypatrzył bujającego w przestworzach nad nimi dużego orła. Wskazał go Sadyr Chodży mówiąc:

— Widzę, brachu, że jak kot na szperkę zerkasz na moją pukawkę. Zdmuchnij z niej tego ptaszka, a będzie twoja!

Oczu Sadyr Chodży błysnęły pożądaniem, lecz zadarłszy do góry głowę, zaraz posmutniał. Kołujący wysoko ptak stanowił bardzo niepewny cel. Mimo to pokusa była zbyt wielka, aby mógł łatwo zrezygnować z próby. Drapieżnym ruchem wyciągnął dłonie po karabin. Bosman przygotował broń do strzału i podał ją Kandżutowi.

Sadyr Chodża przyklęknął na jedno kolano, przyłożył karabin do ramienia. Mierzył długo, starannie. Bosman spokojnie nabijał fajkę tytoniem. Kilkakrotnie zdążył wydmuchnąć dym, zanim huknął strzał. Orzeł niewzruszenie kołował ponad doliną.

— Za wysoko, strzał bardzo niepewny — odezwał się Sadyr Chodża, z żalem oddając karabin.

— To się nazywa u ciebie wysoko? — odparł bosman, udając zdumienie. — Ręka ci drży, bo mierzysz zbyt długo. Pozwalam ci spróbować jeszcze dwa razy.

Sadyr Chodża znów nacisnął spust. Pocisk musiał przelecieć w pobliżu orła, ponieważ ptak zatoczył większe koło i wzbił się nieco wyżej. Niefortunny strzelec ponownie szybko zmierzył i strzelił. Orzeł wzbił się jeszcze wyżej.

— Nie udało się, nikt już nie potrafi zestrzelić tego przeklętego orła — mruknął zawiedziony Sadyr Chodża.

— Tak myślisz? Po prostu jesteś niezdarą. Spójrz, jak to się robi — odparł bosman.

Niedbałym ruchem ujął karabin, nastawił celownik, po czym zaledwie przyłożył broń do ramienia, rozbrzmiał huk strzału. Orzeł zatrzepotał skrzydłami, wzbił się jeszcze wyżej, lecz zaraz ciężko runął w dół. Za moment upadł na ziemię tuż obok Tomka.

— Niech cię licho porwie, bosmanie! Rękę masz pewną, a oko niezwykle celne — pochwalił Smuga.

— Trafił pan orła prosto w środek piersi — zawołał Tomek.

— Tomku, możesz być dumny, że miałeś tak wspaniałego nauczyciela — zauważył Wilmowski, bosman bowiem pierwszy wtajemniczał jego syna w strzeleckie arkana.

— Bosman zawsze twierdził, iż lepiej od niego mógłby nauczyć mnie strzelać tylko pan Smuga — z uznaniem mówił Tomek.

— Ha, kochana mamusia postarała się, żebym nie miał zeza w oku, zaś pewność ręki zapewne odziedziczyłem po ojcu, który samym końcem paska zawsze mógł mnie przeciągnąć kolejno po każdym pośladku — skromnie odparł bosman, rad pochwałom doskonałych strzelców.

— Musisz być czarownikiem, sahibie. Człowiek nie potrafiłby zestrzelić tego ptaka, ale nie mamy się z czego cieszyć. Orzeł upadł przed młodym sahibem! To jest bardzo zły znak dla niego — powiedział przestraszony Sadyr Chodża.

— Co ty klepiesz?! Jaki tam znów wypatrzyłeś zły znak? — ofuknął go bosman.

— Słuchaj uważnie, szlachetny sahibie: orzeł zawsze zlatuje do padliny, więc bardzo to zły znak, gdy upadnie obok człowieka — poważnie odparł Sadyr Chodża.

— Baj, baju będziesz w raju, a tam czeka na ciebie sto żon — przyciął bosman Sadyr Chodży, który jako mahometanin uznawał wielożeństwo. — Któż by wierzył w takie gusła! Nie pleć byle czego!

— Strzeż się, młody sahibie, źle ci wróży orzeł — z uporem powtórzył Kandżut.

Wszyscy tak długo żartowali z przesądnego Sadyr Chodży, aż w końcu przestał straszyć ich “złymi wróżbami” i sam zaczął śmiać się ze swych przepowiedni.

Następnego ranka wyruszyli w drogę o świcie. Był to szczególnie trudny odcinek marszu. Szlak wiódł przez żebra i żleby stromych zboczy przewieszonych nad kanionem spienionej rzeki Hunzy. Wąska ścieżka jednym brzegiem przywierała do niemal prostopadłej ściany podczas gdy drugi jej kraniec urywał się nad kilkunastometrowym, stromo opadającym stokiem, który tworzył przewieszony nad przepaścią występ skalny.

Tomek i bosman wlekli się na samym krańcu karawany tuż za ostatnim jucznym mułem. Wierzchowce szły powoli, postękując z wysiłku. Tomek wolno puścił cugle. Oparł dłonie na udach i spoglądał na stromy stok urwiska. Myślał o Sally. Wyobrażał sobie jej zachwyt, gdy usłyszy od niego o tej niezwykłej wyprawie. Sally przecież przepadała za przygodami. Na pewno będzie mu zazdrościła. Uśmiechał się do siebie na wspomnienie jej zaróżowionej z emocji twarzyczki.

Przyjemne rozmyślania nieoczekiwanie przerwał donośny łoskot. Z góry, z prostopadłej niemal ściany, posypała się lawina kamieni. Tomek odruchowo osłonił rękoma głowę. W tej samej chwili duży kamień uderzył w grzbiet jucznego muła tuż przed jego koniem. Muł upadł na przednie kolana, lecz zaraz powstał kwicząc boleśnie, raptownie cofnął się ku skalnej ścianie i zawadził o nią podłużnymi jukami. Ciężkie pakunki przekrzywiły się na jego grzbiecie. Stracił równowagę. Upadł wprost pod nogi konia Tomka, po czym rżąc przeraźliwie stoczył się na stromy stok.

Wierzchowiec Tomka, przerażony, stanął dęba na tylnych nogach. Jeździec spadł z siodła. Przez krótki moment prawa stopa uwięziona jeszcze w strzemieniu powstrzymywała go przed stoczeniem się po stromym, podciętym urwisku, lecz koń, zaledwie znów dotknął przednimi kopytami ścieżki — wierzgnął i uwolnił się od ciężaru, utrudniającego mu utrzymanie równowagi. Tomek runął na stromiznę. W tej chwili rozbrzmiał żałosny kwik muła przetaczającego się już przez skalny występ w przepaść.

Przywykły do niebezpieczeństw młodzieniec nie stracił w tak okropnej chwili przytomności umysłu. Zsuwał się na plecach, nogami do przodu w dół stoku. Grube odzienie zaczepiało o szorstką powierzchnię skały i hamowało nieco szybkość spadku. Tomek rozkrzyżował ramiona. Starał się chwycić dłońmi jakiejś wypukłości bądź szczeliny, lecz zwietrzała skała nie dawała oparcia. W olbrzymim napięciu nie słyszał nawet okrzyków grozy przerażonych towarzyszy. Kraniec podciętego stoku zwisającego nad przepaścią był coraz bliższy. Zdawało się, iż nic nie zdoła uratować go od śmierci, gdy naraz poczuł oparcie pod stopami. Natychmiast rozluźnił mięśnie i całym ciałem przywarł do skały. Przez długą chwilę, która zdała mu się niemal wiecznością, leżał nie wierząc własnemu szczęściu. W końcu jednak utwierdził się w pewności, iż już nie zsuwa się dalej.

Teraz dopiero usłyszał donośny głos bosmana.

“Trzymaj się, Tomku! Rzucam linę! Uwaga!” — wołał marynarz. Gruby sznur uderzył go wprost w twarz. Tomek powoli przysuwał lewą dłoń do głowy. Uchwycił linę, kurczowo zacisnął na niej rękę. Odetchnął głęboko pełną piersią. Drugą ręką uczepił się liny, po czym ostrożnie odwrócił się na brzuch.

— Czy możesz jeszcze popuścić sznura?! — zawołał.

— Mogę, mogę, powiedz tylko ile! — odkrzyknął bosman.

— Już dość, stop!

Usiadł na stromym stoku pochylony do tyłu dla utrzymania równowagi. Powolnymi ruchami opasał się liną, a potem zawiązał ją na piersi mocnym węzłem. Był ocalony. Rozejrzał się wokoło. O niecały metr od niego znajdował się kraniec stoku. Tam leżała jego futrzana czapa. Tomek odwrócił się do bosmana. Niezawodny w chwili niebezpieczeństwa przyjaciel stał na ścieżynie i mógł zdać sobie sprawy, w jaki sposób bosman zdołał w tak krótkim czasie zsiąść z wierzchowca i rozwinąć zbawczy sznur. Cała karawana przystanęła, gdy z góry posypała się lawina kamieni. Teraz wszyscy z zapartym tchem śledzili przebieg akcji ratowniczej, nie mogąc pomóc bosmanowi. Niezmierna wąskość ścieżyny uniemożliwiała prześliźnięcie się człowieka obok szeregu jucznych zwierząt. Na szczęście taki siłacz jak bosman nie potrzebował pomocy. Stał pewnie na szeroko rozstawionych nogach; krople potu mimo chłodu perliły się na jego twarzy.

— Napędziłeś mi strachu! — zawołał tubalnym głosem. — Czy możesz wejść o własnych siłach, czy mam cię wciągnąć?

— Wejdę sam! Nic mi się nie stało — odpowiedział Tomek.

— Dobra nasza, polegaj na mnie! Trzymam cię jak rybę na wędce.

Wilmowski i Smuga zdjęli czapki, by wytrzeć pokryte potem czoła. Tomek tymczasem odzyskał już swą fantazję. Powstał na nogi. Zamiast piąć się pod górę, wolniutko zbliżał się do czapki, leżącej na samym skraju przepaści. Bosman ostrożnie popuszczał linę, by stale była należycie naprężona. Tomek przykucnął, podniósł czapkę i włożył ją na głowę. Spoglądał w dół urwiska. Sięgną do pasa, gdzie w futerale nosił lornetę. Przez długą chwilę patrzył w przepaść. Na dnie wąwozu spoczywał martwy muł i juki. Jeden rulon rozwiązał się podczas upadku. Wzorzyste dywany zaścielały głazy wymyte do białości przez wodę. Na dywanach i obok nich leżały długie skrzynki z amunicją i karabiny. A więc to był ów ślubny podarunek Anglików dla Naib Nazara!

Tomek schował lornetę. Pochylony do przodu, oburącz trzymał się liny wciąganej przez bosmana i krok za krokiem zbliżał się do ścieżki. Zaledwie dotknął jej stopami, marynarz schwycił go w swe ramiona. Tomek niemal zduszony uściskiem druha na chwilę stracił oddech.

— A niech cię wieloryb połknie — wysapał marynarz. — To mnie tu łydki drżą ze strachu o ciebie, a ty zamiast jak najprędzej mnie uspokoić, przez szkiełka przyglądasz się krajobrazowi! Tfu, to tak robi przyjaciel?!

— Nie gniewaj się, kochany bosmanie, nie znęciły mnie piękne widoki. Przyjrzałem się naszemu mułowi i rozsypanym jukom. Już wiem, co za upominek posyłają Anglicy temu pamirskiemu zbójowi! W dywanach są ukryte karabiny i skrzynie z nabojami.

— Fiu, fiu, to jak widzę, szykuje się jakaś porządna heca — odparł bosman, po czym, dopiero teraz, wytarł chustką pot z twarzy.

— Pomówimy o tym na wieczornym biwaku, ale teraz cicho, sza przed wszystkimi.

— Jak tajemnica, to tajemnica. Będę milczał jak grób. Możesz na mnie polegać.


Загрузка...