Maharadża Alwaru

Przeraźliwe wycie w coraz to wyższych tonach rozległo się z nastaniem świtu niczym głos budzika. Piekielny koncert małp huloków [52], zamieszkujących zwartą gęstwę lasów Indostanu poderwał ze snu naszych podróżników. Nie było mowy o dalszej choćby tylko drzemce. Tomek wybiegł przed dom, aby rozejrzeć się w nieznanej okolicy. Niebawem w zielonej gęstwinie natrafił wkrótce na szeroką ścieżkę wiodącą wprost do dżungli.

Pod wpływem porannego żaru słonecznego wokół rozśpiewały się cykady [53]. Tomek rozglądał się po gałęziach drzew i krzewów, by dojrzeć choć jednego z tych oryginalnych owadów, znanych dobrze nawet już ludziom starożytnym, zwłaszcza Grekom, którzy nieraz trzymali je w małych klateczkach zrobionych z łyka podobnie jak teraz trzyma się ptaki pokojowe. Tomek, uważnie wypatrując cykad, nieoczekiwanie ujrzał prześwitującą przez gąszcz zieleni gładką taflę wód jeziora. Natychmiast zapomniał o owadach; na brzegu i w płytkiej przybrzeżnej wodzie spostrzegł ogromną ilość dużych ptaków o nadzwyczaj długich, cienkich nogach i równie długiej szyi. Miały charakterystyczne dzioby, silnie zagięte w połowie długości w dół.

Pokryte białym upierzeniem z różowym nalotem były niepospolicie piękne. Oto zdawało się, iż brzegi jeziora i woda pokryte są biało-różowym śniegiem. Tomek znał płochliwość flamingów, zwanych również czerwonakami [54]. W milczeniu z zachwytem przyglądał się odpoczywającemu stadu. Niektóre flamingi siedziały na stożkowatych gniazdach zbudowanych z mułu wprost na płytkiej wodzie, inne stały na jednej nodze i skręciwszy szyję do tyłu, kryły głowę pod skrzydłem, to znów brodziły po jeziorze, pogrążając w nim wraz z łbem część szyi. Szukały pokarmu dziobem, zaopatrzonym po brzegach w liczne blaszki rogowe, tworzące z niego coś w rodzaju sita.

Tomek już wcześniej poznał flamingi w ogrodzie zoologicznym Hagenbecka pod Hamburgiem. Wiedział, że ich pisklęta zaraz po wykluciu się z jaj pływają znakomicie, chodzić jednak mogą dopiero po kilkunastu dniach, a do lotu zdolne są po kilku miesiącach.

Nie opodal zatrzeszczały krzewy, przerywając obserwacje Tomka. Odruchowo spojrzał w kierunku, skąd dochodziły podejrzane szelesty. Przez zarośla przedzierał się olbrzymi bawół indyjski arni [55] o wielkich półksiężycowato wygiętych rogach. Tomek natychmiast przywarł do pnia drzewa, ponieważ arni skory jest do napaści i nie unika nawet walki ze słoniem. Potężne, ciemnoszare, aż prawie czarne zwierzę podążało w głąb dżungli, zapewne po nocnym żerowaniu w pobliżu jeziorka. Tomek nie miał przy sobie broni, nie chcąc więc się narażać na niespodzianki, wycofał się ostrożnie. O kilkadziesiąt kroków przed Tomkiem teren po lewej stronie ścieżki obniżał się znacznie i tworzył rozległe bagnisko. Serce zabiło mu żywiej w piersi; oto na sporych kępach wyrastających z bagna dojrzał dziesiątki wygrzewających się w słońcu krokodyli [56]. Spoczywały nieruchomo na brzuchu, z kończynami wyciągniętymi do tyłu i pyskiem szeroko otwartym. Tylko ich wyłupiaste, kaprawe ślepia czujnie śledziły człowieka idącego ścieżką.

Kilka płazów zsunęło się do wody. Szybko płynęły ku brzegowi, wzdłuż którego wiła się niezbyt szeroka w tym miejscu, urwista drożyna. Tomek przyśpieszył kroku. Wąska i nierówna ścieżka nie dawała stopom zbyt pewnego oparcia, a tymczasem potwornie uzębione paszcze były coraz bliżej. W tej chwili Tomek uzmysłowił sobie, iż jeszcze w ubiegłym stuleciu fanatyczne Hinduski rzucały w wody Gangesu swe dzieci w ofierze “świętym” krokodylom na pożarcie. Teraz, w niebezpiecznym sąsiedztwie żarłocznych gadów, doskonale odczuwał, co musieli przeżywać ludzie podejrzani o morderstwo, którym dla naocznego udowodnienia niewinności kazano przechodzić bądź przepływać rzekę rojącą się od krokodyli. Jeżeli podejrzany był dobrym pływakiem i miał wiele szczęścia, to uniknąwszy paszcz potworów, odzyskiwał wolność.

W odległości kilkudziesięciu metrów ścieżka się rozwidlała. Tomek skręcił w prawo. Przez liany i krzewy zamajaczyły białe mury hinduskiej świątyni. Do jej wnętrza wiodło “gopuram”, to jest ostrosłupowe wejście, ozdobnie rzeźbione w kamieniu i przybrane stiukami. Obok świątyni, zagubionej w gąszczu tropikalnej zieleni, przesunął się cicho jak zjawa jeleń aksis [57] o pięknym, długim, lirowatym porożu, błyskając białymi, nieregularnie rozmieszczonymi plamami na rudobrunatnej sierści. Stanowił on ulubioną zwierzynę łowną tak krajowców, jak i Anglików.

“Ależ to prawdziwy raj dla myśliwych. Prawdopodobnie nieroztropnie jest zapuszczać się tutaj bez broni” — monologował Tomek.

Miał olbrzymią ochotę zajrzeć do tajemniczej świątyni zbudowanej z dala od pałacu, lecz wydało mu się, iż mogłoby to być niebezpieczniejsze, niż błądzenie bez broni po dzikich chaszczach. Począł wracać ku domkowi myśliwskiemu. Zanim wkroczył na wąskie przejście wzdłuż bagna, wyszukał sobie w lesie kawał mocnej grubej gałęzi; tak uzbrojony odważnie zapuścił się na urwisko.

Olbrzymie gady jakby wiedziały, iż w okolicy istnieje tylko to jedno przejście, zdawały się czatować na powracającą ofiarę. Kilka pokrytych łuskami niby pancerzem łbów widać było na wodzie tuż przy samej ścieżce.

“Głodne muszą być bestie” — pomyślał Tomek, mocniej ściskając w garści kij.

W pewnym miejscu ścieżka znacznie zniżała się ku bagnisku i tworzyła wyrwę o ostro ściętym brzegu. Tędy zapewne krokodyle wychodziły z bagna. Gdy Tomek zbliżył się do zdradliwego przejścia, spostrzegł tam gada, do połowy wynurzonego z bagniska. Przystanął na chwilę niezdecydowany. Tutaj właśnie ścieżka tworzyła jakby stopień u stóp trzymetrowej wysokości ostro ściętego urwiska. Wspinanie się ku gęstwinie dżungli było bardzo ryzykowne. Gdyby ziemia osunęła się spod stóp Tomka, stoczyłby się wprost w bagno, gdzie czyhała śmierć. Obawiał się również czekać na samorzutne zejście bestii z drogi, ponieważ więcej gadów zwabionych jego widokiem mogło pojawić się na brzegu. Po krótkim namyśle Tomek ruszył w kierunku krokodyla. Ten wlepił w chłopca wzrok, bacząc na każdy jego ruch i zaczął wolno cofać się do wody. Aby nie przedłużać niebezpiecznej sytuacji, Tomek podbiegł do bestii i uderzył ją kijem w łeb. Krokodyl wykonał błyskawiczny ruch. Gruba gałąź trzasnęła jak zapałka w jego paszczy, na szczęście Tomek zdążył przeskoczyć zdradliwe miejsce i szybko biegł ku myśliwskiemu domkowi.


* * *

— Gdzieś ty się zawieruszył?! — zawołał Wilmowski, ujrzawszy pędzącego syna.

— Ejże, brachu, co tak biegniesz, jakby goniło cię co najmniej jakieś święte byczysko — wtórował bosman. — Tylko patrzeć, jak nas zaproszą do maharadży, a ty szwendasz się nie wiadomo gdzie!

Tomek wskoczył na werandę. Poufale klepnął bosmana w plecy, siadł na trzcinowym fotelu i odezwał się:

— Byłem na małym rekonesansie w dżungli. Maharadża stworzył tutaj prawdziwy rezerwat dla wszelkiej zwierzyny. Nad jeziorem widziałem flamingi, w bagnisku zaś roi się od krokodyli i to bardzo zgłodniałych. Spotkałem też jelenia aksis i bawołu arni, nie mówiąc już o różnorodnym ptactwie.

— Ho, ho, jeśli tak, to nie dziwię się, że wracałeś pędem z tej wycieczki, skoro byłeś na tyle nieroztropny, by wałęsać się po dżungli bez broni — skarcił go ojciec. — Czy zapomniałeś, ile to osób napadniętych przez tygrysy ginie corocznie w Indiach?

— Wcale nie zapomniałem, ojcze, lecz to ty właśnie nauczyłeś mnie nie bać się dzikich zwierząt — odparł Tomek.

— Dobrze, dobrze, lecz nie narażaj się niepotrzebnie na niebezpieczeństwo. Ubieraj się teraz szybko!

— Zaraz będę gotów — zawołał Tomek i zniknął w głębi domu.

Wielki radżput zjawił się w pawilonie myśliwskim pod koniec śniadania. Wkrótce podróżnicy razem z uprzejmym przewodnikiem wyruszyli na audiencję do maharadży. Z dala widoczna fasada pałacu, zbudowanego z czerwonego piaskowca, górowała nad drzewami parku. Tuż przed wspaniałą budowlą znajdował się rozległy dziedziniec. Tomek mimo woli krzyknął z podziwu, gdy ujrzał na nim trzydzieści słoni ustawionych w długi szereg. Każde zwierzę nosiło na tylnej nodze metalową obręcz z uchwytem do zaczepiania łańcucha, którego drugi koniec przymocowany był do niskiego, grubego słupa wbitego w ziemię.

Słonie dopełniały swej porannej toalety. Gromada mahutów żywo krzątała się wokół “królów dżungli”. Jedni popędzali woły zaprzęgnięte do kołowrotów, czerpiących w skórzane wory wodę ze studni, inni podrzucali słoniom siano, siekane warzywa i owoce bądź też szorowali zwierzęta ryżowymi szczotkami osadzonymi na długich drągach. Słonie pomagały im gorliwie w oblewaniu wodą swych olbrzymich cielsk. Wciągały ją w trąby z dużych cebrów, a potem wydmuchiwały niby z prysznicu na siebie. Niektóre kładły sobie trąbami wiązki siana na głowie, by osłonić się przed palącymi promieniami słońca, bądź obsypywały się piachem [58].

Radżput zadowolony z wrażenia, jakie wywarły słonie maharadży na białych podróżnikach, rzekł:

— Wszystkie słonie maharadży należą do odmiany kumiria [59]. Szlachetni sahibowie będą mieli okazję do zaobserwowania ich niezwykłych zalet łowieckich podczas polowania na tygrysy.

— Jak wspaniale prezentuje się ten pierwszy w szeregu słoń! — zawołał Tomek przyglądając się największemu okazowi, posiadającemu tylko jeden kieł.

— To jest właśnie przewodnik stada, a zarazem i święte zwierzę. Dosiada go jedynie maharadża podczas procesji religijnych bądź na dorocznych łowach na tygrysy — wyjaśnił Hindus.

— Nietrudno domyślić się, iż to wyjątkowo piękne zwierzę przewodzi stadu — powiedział Tomek. — Chyba w walce postradało jeden ze swoich cennych kłów?

Wielki radżput zmarszczył brwi; spojrzał na podróżników przenikliwym wzrokiem i dopiero upewniwszy się, iż w twarzach ich nie maluje się nic więcej prócz podziwu, odpowiedział:

— Nie wiesz zapewne, sahibie, że większość samic słonia indyjskiego w ogóle kłów nie posiada. Zdarza się również, że u niektórych samców rozwija się tylko jeden kieł; jeżeli to jest prawy, wtedy Hindusi uważają takiego słonia za boskie zwierzę.

— Nie wiedziałem tego. W każdym razie słoń ten naprawdę wygląda na królewskiego rumaka — przyznał Tomek.

Hindus rozchmurzył się; przyjaźniejszym wzrokiem obrzucił białego młodzieńca, po czym zbliżył się do niego i ściszonym głosem poinformował:

— Widzę szczerość i... prawość w twej twarzy. Pamiętaj szlachetny sahibie, iż tylko zarozumialec lub człowiek małej wiedzy wyśmiewa się z obyczajów innych ludzi. W myśl hinduskiej religii słoń jest symbolem najwyższej mądrości, buddyści [60] natomiast czczą białego słonia, który przecież jest nie lada rzadkością, jako jedno z wcieleń Buddy. Stąd właśnie pochodzi kult tego zwierzęcia w Syjamie. Może przydadzą ci się te wiadomości w krajach opanowanych przez buddyzm.

— Dziękuję za życzliwą radę, chociaż nie mamy zamiaru udawać się w głąb Azji. Wprost z Indii niebawem wracamy do Europy, dokąd wzywają nas pilne osobiste sprawy — odpowiedział Tomek.

— Skąd możesz wiedzieć, sahibie, co ci los przeznaczył? — szepnął Hindus. — Człowiek jest jak liść niesiony przez wiatr, z tą tylko różnicą, że wiatr zastępuje dlań nieomylne księgi przeznaczenia. Nie wiesz więc, co może się stać za chwilę, ani też, czy wkrótce nie wyruszysz w kierunku zupełnie przeciwnym zamierzonemu.

Tomek uderzony dwuznacznością jego słów chciał poprosić o jaśniejszą wypowiedź, lecz przeszkodził mu bosman, pokazując słoniątko, które odrzuciwszy na bok swą małą trąbę, usiłowało chwycić paszczą wymię matki. Na tym też intrygująca rozmowa urwała się, ponieważ radżput poprowadził ich teraz wprost do pałacu.

Wnętrze budynku tchnęło przepychem spotykanym tylko na Wschodzie. Krużganki i komnaty miały mozaikowe posadzki, marmurowe obramowania okien były ażurowo rzeźbione w przepiękne wzory, a ściany i sufity pokryte freskami i arabeskami. W mieszkalnych pomieszczeniach pałacu ciszę przerywał szmer wody z fontann wytryskujących z marmurowych sadzawek; nęciły baseny kąpielowe, wypełnione pachnącą wodą i otoczone palmami.

Maharadża Alwaru oczekiwał na gości w dużej sali o inkrustowanych ścianach, na których widniały wyrzeźbione kwiaty i głowy dzikich zwierząt z oczami ze szlachetnych kamieni. Z boku, w oryginalnym gaju egzotycznych palm, znajdowała się alabastrowa sadzawka, a w niej, na małej wysepce, czaiła się wykuta z czarnego marmuru pantera, z której paszczy, oczu i uszu tryskała perląca się, pachnąca woda.

Nasi podróżnicy przystanęli u wejścia, wtedy kroczący na przedzie wielki radżput zaanonsował ich:

— Przyjaciele wielkiego szikara Smugi — nieustraszeni łowcy dzikich zwierząt, szlachetni sahibowie: Andrzej Wilmowski, Tomasz Wilmowski i Tadeusz Nowicki.

Wśród zgromadzonych w sali zaległa cisza. Wszyscy zwrócili oczy na tak intrygująco zapowiedzianych gości. Tymczasem wielki radżput, jako jednocześnie mistrz dworskiego ceremoniału, poprowadził ich ku podwyższeniu pokrytemu tygrysimi skórami. Na nim to jak na tronie siedział Manibhadra [61] maharadża Alwaru.

Manibhadra wolno powstał na powitanie. Skrzyżował ręce na piersiach, pochylając głowę w ukłonie. Duża diamentowa brosza, przytrzymująca niewielki barwny pióropusz z przodu białego turbanu, błysnęła niebieskawymi ognikami. Tak samo mieniły się blaskiem brylantowe guzy spinające pod szyją długi surdut sięgający kolan, przepasująca talię szeroka, czerwona szarfa naszyta szlachetnymi kamieniami i perłami oraz zatknięty za nią, w pochwie zdobionej macicą perłową, długi sztylet o rękojeści wysadzanej brylantami, a zakończonej wielkim krwawym rubinem. Długie, luźne i białe jak surdut spodnie dotykały miękkich, wyszywanych złotą nicią pantofli o zakrzywionych do góry nosach. Ciężki złoty łańcuch na szyi jako symbol władzy oraz brylantowe pierścienie na palcach u rąk dopełniały całości nadzwyczaj bogatego stroju maharadży.

Manibhadra wyprostował się i obrzucił swych gości palącym wzrokiem. Był to mężczyzna po czterdziestce, o śniadej twarzy okolonej krótkim kruczoczarnym zarostem. Dźwięcznym głosem rozpoczął rozmowę czystą angielszczyzną:

— Witam panów jako miłych gości, zapowiedzianych przez mego szwagra Pandita [62] Davasarmana [63]. Cieszę się, iż przybyliście akurat w przeddzień wielkiego polowania na tygrysy. Chociaż jesteście znamienitymi łowcami dzikich zwierząt, myślę, że i nasze skromne polowanie będzie dla was przyjemną rozrywką w długiej, nużącej podróży. Teraz pragnąłbym przedstawić panów mojej małżonce, maharani Alwaru, która ma wiele życzliwości dla waszego przyjaciela — szikara Smugi.

Maharadża lekko pochylił głowę w kierunku sąsiedniego podwyższenia. Trzej biali łowcy przez dłuższą chwilę w milczeniu podziwiali niezwykłą urodę młodej i wiotkiej jak trzcina maharani. Księżna spoglądała na nich jakby lekko sennymi, wykrojonymi w kształt dużych migdałów oczyma o odcieniu bladoniebieskiego nieba. Uśmiechała się karminowymi, delikatnymi jak płatki róży ustami. Króciutka, błękitna bluzeczka, pokryta artystycznie wyszytymi złotą nicią orchideami, zapięta tylko u góry na trzy brylantowe guziki, nie osłaniała widocznego ponad sari pasa nagiego ciała, podobnego do jasnobrunatnego aksamitu.

Sari księżnej było widomym dowodem olbrzymiego bogactwa maharadży oraz niezwykłego artyzmu znanych na całym świecie dżajpurskich tkaczy. Błękitny muślin, przetykany złotą nicią w przepiękne wzory, mienił się brylantami niczym wieczorne niebo usiane płonącymi gwiazdami. Zwiewne sari, udrapowane na biodrach w sute fałdy, luźno spływało aż do kostek nóg. Jeden koniec kosztownej szaty tworzył z tyłu długi tren, podczas gdy drugi, przewieszony przez plecy do przodu, okrywał lewe ramię. W myśl obyczaju “purdach”, obowiązującego wszystkie Hinduski należące do wyższych klas społecznych, który zabrania ukazywania swej twarzy obcym mężczyznom, księżna prawą dłonią przytrzymywała zwisający na lewym ramieniu róg sari i przejrzystym rąbkiem muślinu kokieteryjnie niby to osłaniała się przed gośćmi. Na każdym placu obydwóch rąk nosiła drogocenne pierścienie, ponadto w jej uszach tkwiły duże półksiężycowate zausznice wysadzane brylantami. Tak jak jej książęcy małżonek miała zawieszony na szyi ciężki łańcuch. Wpięta z boku głowy w gładko zaczesane do tyłu czarne włosy żywa biała orchidea upodabniała zwiewną księżnę do przepięknego egzotycznego kwiatu.

Maharani opierała swe małe stopy, wsunięte w złociste sandały, na leżącym przed nią dużym gepardzie [64] o żółtawym futrze gęsto nakrapianym ciemnymi cętkami.

Za księżną stały młode służebne. Za pomocą złotych sznurów wprawiały w ruch duże “punkhas”, to jest wachlarze z kolorowych piór, zwisające z sufitu.

Wilmowski, a za nim bosman i Tomek postąpili nieco ku pięknej księżnej, po czym pochylili się w głębokim ukłonie.

— Mój brat, Pandit Davasarman, prosił mnie o zaopiekowanie się panami podczas jego nieobecności, jesteście więc obecnie moimi miłymi gośćmi — odezwała się maharani cichym, melodyjnym głosem. — Wiele już słyszałam o panów niezwykłych przygodach. To pan zapewne jest tym młodym dzielnym łowcą, który wszędzie zdobywa przyjaźń ludzi i przywiązuje do siebie nawet dzikie zwierzęta?

Mówiąc to maharani wpiła wzrok w twarz Tomka. Młodzieniec zmieszał się pod badawczym spojrzeniem księżnej. Nie był pewny, czy wypada wdawać się w rozmowę z maharani, albowiem w Indiach przeważnie nie spotykało się kobiet w towarzystwie mężczyzn. Maharani ośmielająco uśmiechnęła się do niego i płynną angielszczyzną dodała:

— Szikar Smuga opowiadał mi, jak to pan mężnie walczył w Meksyku z Indianami, aby ocalić swą Australijkę. Czy ona naprawdę jest tak bardzo ładna, jak słyszałam?

Śmiały zazwyczaj Tomek zarumienił się, gdy księżna nazwała Sally “jego Australijką”. Bosman bawił się doskonale słuchając słów maharani, ponieważ i on często lubił przymawiać Tomkowi na temat Sally. Teraz korzystając z chwilowej konsternacji przyjaciela, ochoczo wtrącił się do rozmowy:

— Święta to prawda, wielce szanowna pani! Sally jest jakby żywcem wycięta z jakiegoś pięknego obrazka. Nic więc dziwnego, iż nasz Tomek poszedłby za nią nawet w ogień.

Maharani wolno odwróciła głowę w kierunku marynarza. Przez chwilę przyglądała się barczystemu, wysokiemu bosmanowi, który przy na ogół niskich Hindusach wyglądał jak prawdziwy olbrzym.

— Opowiadano mi, że buntowniczy wódz Indian chciał ożenić pana w Ameryce ze swoją córką. Czy i ona była tak urodziwa jak ta Australijka? — zagadnęła maharani.

Teraz z kolei bosman zmieszał się na wspomnienie Indianki. Swego czasu, podczas dramatycznych wydarzeń, przyrzekł ożenić się z młodą dziewczyną, lecz szczęśliwszy był mogąc w tym szczególnym przypadku nie dotrzymać słowa. Ożenek zawsze uważał za największe zło, jakie może spotkać marynarza kochającego włóczęgę się po świecie. Toteż obecnie nie stracił przytomności umysłu i zaraz odparł:

— Wódz Apaczów Czarna Błyskawica nie był buntownikiem, szanowna pani. On tylko nie chciał nosić na karku jarzma niewoli. Tacy szlachetni ludzie jak on woleli zginąć niż żyć w upokorzeniu.

Wilmowski, zaniepokojony śmiałym odezwaniem się przyjaciela, chrząknął ostrzegawczo i zaczął dyplomatycznie:

— Dziękujemy jego wysokości maharadży i księżnej za uprzejme przyjęcie w Alwarze. Odbyliśmy długą podróż, aby zobaczyć się z panem Smugą, toteż pragniemy dowiedzieć się, gdzie on teraz przebywa.

Maharadża i jego małżonka, jakby nie zrozumieli politycznej przymówki bosmana, przyjaźnie spoglądali na polskich podróżników.

— Szikar Smuga z moim bratem kilka tygodni temu załatwiali jakieś sprawy w Delhi, skąd dość nieoczekiwanie wyruszyli w dłuższą podróż — odpowiedziała maharani. — Właśnie przedwczoraj otrzymałam wiadomość, że brat przybędzie tutaj lada dzień, a z nim, być może, zjawi się i szikar Smuga. Wobec tego mogą panowie wziąć udział w naszym jutrzejszym polowaniu na tygrysy. Przypuszczam, że dla tak znanych łowców zwierząt będzie ono przyjemną rozrywką.

— Wasza książęca wysokość raczy wybaczyć, lecz my niechętnie przyglądamy się zabijaniu dzikich zwierząt — uprzejmie odpowiedział Wilmowski. — Naszym zadaniem jest chwytanie żywych okazów i oswajanie ich dla ogrodów zoologicznych.

— To samo mówił szikar Smuga — rzekła księżna. — Nie mogę wszakże zrozumieć, dlaczego zawodowi łowcy zwierząt odmawiają udziału w polowaniu na tygrysy, na które zjeżdżają do nas nawet z Anglii najsłynniejsi myśliwi. Na przykład pan pułkownik Ralf Burton i generał John Mac Donald nie darowali by nam nigdy, gdybyśmy o nich zapomnieli przy takiej okazji.

Dwóch Anglików w wojskowych mundurach koloru khaki skłoniło się w kierunku pięknej maharani.

— Sława alwarskich polowań na tygrysy dawno już dotarła do dalekiej Europy — schlebiająco odezwał się pułkownik Burton.

— Stanąć oko w oko z dżajpurskim tygrysem, to prawdziwie męska rozrywka — dodał generał Mac Donald.

— Tak, tylko że z grzbietu słonia myśliwy bezpiecznie, niczym z fortecy, strzela do tygrysa, jak do ruchomej tarczy — wtrącił bosman.

Generał Mac Donald wykonał ruch, jakby chciał coś odpowiedzieć, lecz w tej chwili przemówił Wilmowski:

— Proszę nie dziwić się naszej niechęci do polowań, podczas których przeważnie bez uzasadnionej przyczyny tępi się zwierzynę. Jesteśmy nie tylko łowcami, lecz również propagatorami rozsądnego i przyjacielskiego stosunku człowieka do zanikających okazów fauny. My po prostu kochamy zwierzęta, a one doskonale wyczuwają stosunek każdego człowieka do nich.

— Drapieżnik zawsze pozostanie drapieżnikiem, choćby nawet nie wiem jaką przeszedł tresurę — zauważył pułkownik Burton. — Wspaniały gepard Nero, leżący u stóp jej wysokości maharani, tak samo skoczy mi do gardła, jak i panu, który “kocha zwierzęta”, jeżeli tylko spróbowalibyśmy zbliżyć się do księżnej.

— Tak pan sądzi? — spokojnie zapytał Tomek.

— Nie sądzę, młodzieńcze, lecz jestem tego pewny. Widziałem bowiem, jak zdławił złoczyńcę, gdy ten, prosząc księżnę o łaskę, niepotrzebnie zbyt blisko przystanął przy jej wysokości.

— Nero przeszedł specjalną tresurę. Nie dopuści nikogo obcego do mojej małżonki — chełpliwie potwierdził maharadża.

— Nie byłbym tego tak pewny. Istnieją ludzie obdarzeni przez naturę umiejętnością czy też darem obłaskawiania zwierząt bez stosowania siły i terroru — powiedział Wilmowski.

— Szikar Smuga usiłował nas przekonać, iż młody pan Wilmowski potrafi w niezwykły wprost sposób ujarzmiać zwierzęta — niedowierzająco odezwał się Manibhadra.

— To prawda, panie maharadżo! Włosy dęba stawały mi na głowie, gdy nasz Tomek właził do klatek z różnymi dzikimi zwierzakami. Nawet taki znawca jak pan Hagenbeck mówił, że nie byle kto potrafi pokazać podobną sztuczkę — wtrącił bosman.

— Gdybyś, sahibie, nie był moim miłym gościem, to zaproponowałbym ci próbę z gepardem mej małżonki — rzekł maharadża uśmiechając się dwuznacznie.

Tomek spostrzegł na ustach maharadży pełen niedowierzania uśmiech oraz kpiące, porozumiewawcze spojrzenia Anglików. Ponadto czuł na swej twarzy niepokojący wzrok księżnej. Po krótkiej chwili wahania spojrzał maharani prosto w oczy i zapytał:

— Cóż mam uczynić z gepardem waszej książęcej wysokości?

Maharani, jakby zapomniała o zwyczaju purdach, puściła wolno rąbek sari, którym osłaniała część twarzy. Ujęła chusteczkę leżącą na jej kolanach, po czym, rzuciwszy ją na posadzkę tuż przy pysku spoczywającego geparda, powiedziała:

— Podaj mi chusteczkę, młody sahibie!

Tomek postąpił krok ku księżnej. Wielki płowy gepard przetoczył się z boku na brzuch i przywarował u stóp swej pani. Batystowa chusteczka znalazła się teraz pod jego łapą, uzbrojoną w wysunięte na wierzch duże, mocne pazury.

W tej chwili pułkownik Burton podszedł do Wilmowskiego i dotknąwszy ręką jego ramienia szepnął:

— Niech pan powstrzyma syna, to nie ma najmniejszego sensu. Widziałem na własne oczy, jak ten gepard zagryzł krajowca.

— To dziwne, bo gdyby któryś z nas był przy tym, gepard zostałby zastrzelony — odpowiedział Wilmowski również po cichu.

Anglik zaczerwienił się, a Wilmowski, mimo iż wierzył w rozsądek syna, zerknął wymownie na bosmana. Było to wszakże zbyteczne, albowiem, gdy tylko Tomek zaczął wolno zbliżać się do maharani, marynarz natychmiast wsunął dłoń do kieszeni spodni, w której nosił rewolwer.

Tomek tymczasem zatrzymał się nie dalej, jak o pięć kroków od geparda. Poznał dobrze zwyczaje tych drapieżników, zetknąwszy się już z nimi podczas afrykańskiej wyprawy. Jego przyjaciel, młody król Bugandy, Daudi Chawa, miał dwa oswojone gepardy, doskonale wytresowane do polowania na antylopy [65]. Poza tym Tomek naprawdę posiadał, podziwianą przez europejskich treserów, dziwną umiejętność poskramiania zwierząt. Niektórzy nawet byli przekonani, iż wprost hipnotyzował je wzrokiem.

Teraz Tomek wpatrywał się w geparda nie wykonując najmniejszego ruchu. Minęła dłuższa chwila. Gepard wlepił w człowieka swe zielone źrenice, złowróżbnie prężąc kark. Długi, pokryty puszystą sierścią ogon uderzał nerwowo o posadzkę. Naraz ogon znieruchomiał. Gepard stulił krótkie, zaokrąglone uszy. Tomek zaś, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, krok za krokiem zbliżał się ku niemu. W pełnej napięcia ciszy przyklęknął przed gepardem. Łagodnym, lecz stanowczym ruchem dotknął dłonią łba o ostro ściętym pysku. Gepard drżał jak w febrze; mimo woli obnażał kły. Tomek delikatnie gładził głowę zwierzęcia, przemawiał doń, aż w końcu gepard położył swój łeb na jego kolanie. Tomek wsunął prawą dłoń pod łapę przyciskającą chusteczkę. Podał maharani jej własność. Z kolei, głaszcząc geparda po głowie, zmusił go do ułożenia się na posadzce. Teraz sam podniósł się i patrząc w źrenice zwierzęcia wycofał się do kręgu towarzyszy.

Gepard poderwał się na cztery łapy, wstrząsnął grzbietem jakby wyszedł z kąpieli, po czym otarł się o nogi maharani, wciąż spoglądając w kierunku niezwykłego pogromcy.

— Ależ to prawdziwy hipnotyzer! Czy potrafi pan również usypiać węże, jak to czynią hinduscy zaklinacze? — zawołał Burton, potrząsając prawą dłonią Tomka.

— Nie jestem hipnotyzerem, proszę pana — zaprzeczył Tomek. — Po prostu kocham zwierzęta i staram się przeniknąć ich naturę. One wyczuwają, iż nie mam zamiaru uczynić im krzywdy. Poza tym w ten sposób można postępować jedynie z już oswojonym drapieżnikiem. Jestem uczniem mego ojca, specjalizującego się w nowoczesnej tresurze zwierząt.

— Muszę powinszować panu wspaniałych wyników — zwrócił się Burton do Wilmowskiego. — Naprawdę obawiałem się o pańskiego syna.

— Tomek przewyższył już swego nauczyciela — odparł Wilmowski uśmiechając się. — Wprawdzie uczyłem go opanowania wobec zwierząt, lecz muszę przyznać, że sam nie spodziewałem się takich wyników.

— To było naprawdę zdumiewające — przyznał maharadża. — Myślałem, że mój gepard nie sprawi mi zawodu. Gdybyś kiedykolwiek, sahibie, chciał zamieszkać w Indiach, mógłbym mieć dla ciebie ciekawą propozycję.

— Kto wie, może kiedyś skorzystam z zaproszenia waszej wysokości — odpowiedział Wilmowski.

— Proszę powiadomić mnie, gdy będzie pan miał na to ochotę — dodał maharadża. — Skoro jednak strzelanie do tygrysów nie nęci panów, to proszę o schwytanie żywego tygrysa podczas polowania.

— Doskonała myśl — zauważyła maharani, nie odrywając od Tomka swego wzroku. — Obiecałam wicekrólowi Indii radżputańskiego tygrysa do ogrodu zoologicznego w Londynie. Szikar Smuga opowiadał mi, że panowie potrafią chwytać tygrysy nie zastawiając na nie pułapek. Chętnie przyjrzałabym się takim łowom. Chyba spełnią panowie moją prośbę?

Maharani spoglądała na Tomka, jakby głównie od niego oczekiwała odpowiedzi. Tomek tymczasem wahał się. Instynkt ostrzegał go przed pochopnym uleganiem kaprysom pięknej maharani, znudzonej gnuśnym życiem w bezmiernym bogactwie. Zdało mu się, że maharadża Alwaru po prostu doskonale wyreżyserował całą scenę z gepardem, aby sprawdzić, czy intrygujące opowiadania Smugi o jego niezwykłej zdolności oswajania dzikich zwierząt odpowiadały prawdzie. Teraz zaś maharadża i jego małżonka pragnęli zabawić się widokiem niebezpiecznych łowów. Tomek już miał zamiar odpowiedzieć odmownie, gdy naraz bosman odezwał się półgłosem po polsku:

— Powiedz brachu, że się zgadzamy, kiedy taka piękna dama prosi. Przy okazji pokażemy tym angielskim flegmatykom, co to naprawdę znaczy stawać oko w oko z tygrysem.

Tomek jeszcze niezdecydowany, zerknął na ojca. Wilmowski patrzył na niego z zagadkowym, jakby lekko drwiącym uśmiechem na ustach. Znał dobrze słabostki syna i przyjaciela — lubił popisywać się swymi umiejętnościami.

“Coś mi się wydaje, że i ojciec również nie ma nic przeciwko takim łowom” — pomyślał Tomek.

— Zgódź się prędzej, bo posądzą nas o “cykorię”! — syknął bosman.

— Jeśli tylko nadarzy się okazja podczas polowania, postaramy się spełnić życzenie jej książęcej wysokości — powiedział Tomek, pochylając się w ukłonie.


Загрузка...