Tajemnice indyjskich fakirów

Następnego dnia po dramatycznym polowaniu na tygrysy maharadża wyprawił w swym pałacu przyjęcie, aby uczcić szczęśliwe zakończenie niebezpiecznej przygody. Trzej Polacy byli oczywiście najbardziej honorowymi gośćmi. Oprócz nich zostali również zaproszeni pułkownik Burton i generał Mac Donald. Obydwaj Anglicy, zazwyczaj wyniośli i chłodni w obcowaniu z ludźmi innych narodowości, jakby zapomnieli o swej charakterystycznej narodowej dumie. Głośno chwalili odwagę oraz przytomność umysłu polskich łowców, a pułkownik Ralf Burton nie odstępował niemal ani na krok Wilmowskiego, usiłując wciągnąć go w rozmowę na różne tematy.

Wilmowski na początku rozmowy zachowywał uprzejmą rezerwę. Sam odzywał się mało, pozwalając mówić Anglikowi. Wszakże po pewnym czasie zaczął zwracać baczniejszą uwagę na słowa Burtona, ponieważ wydało mu się, że nagła zmiana w zachowaniu się Anglika i cała ta rozmowa miały jakiś ściśle określony cel.

— Przepraszam, iż wspomnę pewną drażliwą sprawę, lecz muszę to uczynić, aby pan o mnie źle nie sądził — mówił Burton pochylając się nieco ku Wilmowskiemu. — Chodzi mi o słowa wypowiedziane przez pana, gdy ostrzegałem, że gepard księżnej jest naprawdę bardzo niebezpieczny.

Wilmowski z ukosa spojrzał na Anglika, słuchając jego wyjaśnień:

— W Indiach nie ceni się tak życia ludzkiego, jak my to zwykliśmy czynić w Europie. Członkowie niższych kast są niczym dla uprzywilejowanych arystokratów. Gdybyśmy od razu usiłowali zmienić tutaj zwyczaje zakorzenione od wieków, to chyba bezpowrotnie stracilibyśmy Indie. Niech mi pan wierzy, że Hindusi jeszcze obecnie są pod wieloma względami barbarzyńcami. Anglicy mają tu do spełnienia wielką misję cywilizacyjną.

Wilmowski milczał w dalszym ciągu, tylko lekko ironiczny uśmiech błąkający się na jego ustach świadczył, iż nie został przekonany zasłyszanymi argumentami. Burton zauważył ten uśmiech, lecz mówił dalej, przyjaznym tonem:

— Wprowadzenie odpowiednich zmian w tak wielkim i ludnym kraju nie jest łatwe. Mimo to właśnie Brytyjczycy zakazali matkom w Indiach składać w ofierze krokodylom na pożarcie niemowlęta i znieśli okrutny zwyczaj “sati”, który nakazywał wdowom, aby dla udokumentowania swej miłości do zmarłego małżonka dzieliły z nim całopalny stos pogrzebowy [71].

— Nikt chyba nie odmawia tych zasług Anglikom — odezwał się Wilmowski. — Według mego zdania, w miarę ogólnego rozwoju cywilizacji, u wielu ludów samorzutnie zanikają zbyt surowe obyczaje. Podróżując po różnych kontynentach nabrałem przekonania, że “uszczęśliwianie” krajowców wbrew ich woli nie wychodzi im na dobre.

— Rzecz oczywista, że w tych sprawach można mieć różne zapatrywania — powiedział Burton ściszonym głosem. — Cenię ludzi o szerokim światopoglądzie. Wśród samych Hindusów również są podzielone opinie co do naszej roli w ich kraju. Najlepszym tego przykładem jest maharadża Alwaru, jego małżonka i jej brat Pandit Davasarman. Maharadża oraz Davasarman sprzyjają Anglikom, podczas gdy młoda księżna jest naszym nieprzejednanym wrogiem.

— Czyżby? — szczerze zdziwił się Wilmowski.

— To smutna prawda — potaknął Burton, — Z tego też względu w obecności Anglików maharani zawsze okazuje większą sympatię gościom innych narodowości.

Informacja ta ubawiła Wilmowskiego, lecz nie pokazał tego po sobie.

— Na szczęście maharadża rządzi księstwem, a nie jego młoda małżonka — rzekł, bacznie obserwując Burtona.

— Niestety, księżna niczym nie przypomina na ogół potulnych wobec mężów Hindusek. To wykształcona osoba, potrafiła wyzwolić się z przesądów upośledzających kobietę w Indiach. Dzięki temu przebywa tutaj z nami jak równa z równymi. Zazdrosny maharadża jest bezwolnym narzędziem w jej ręku. Właściwie to ona rządzi Alwarem!

Przy ostatnich słowach twarz Anglika nabrała wyrazu głodnego sępa, krążącego od dawna nad upatrzonym łupem. Zaraz wszakże się opanował i ciągnął dalej swobodnym tonem:

— Oczywiście wszystko to nie ma większego znaczenia dla naszych stosunków w tym kraju. Władcy poszczególnych księstw przemijają, a my — pozostajemy. Zrozumienie tej prawdy niezmiernie ułatwia podróż po Indiach.

— Dziękuję za “uprzejmą” radę — odpowiedział Wilmowski oschłym tonem, zrozumiawszy już teraz, do czego Burton zmierzał.

— Och, czyżbym się źle wyraził?! Nasza poufna rozmowa nie dotyczy panów, posiadających angielskie paszporty. Ponadto towarzystwo Pandita Davasarmana zapewni panom wolny przejazd nie tylko przez Indie. Mogą panowie całkowicie zaufać swemu przewodnikowi. To człowiek pewny i uczony, a także doskonale przygotowany do penetracji krajów niedostępnych dotąd dla Europejczyków.

Wilmowski zdumiał się, czyżby Burton był tą “osobistością”, u której Smuga zabiegał o uzyskanie zezwolenia na odbycie wyprawy? Jego dwuznaczne wypowiedzi świadczyły, że orientował się w jakim celu przybyli do Indii, podczas gdy oni sami nie byli dotąd tego świadomi. Ogarnął go niepokój. Czyżby Smuga naprawdę dał się uwikłać w jakąś intrygę polityczną? Postanowił natychmiast wyjaśnić niepokojącą sprawę. Pochylił się ku Burtonowi i zapytał:

— Panie pułkowniku, powiedział pan za dużo lub... za mało! Chciałbym wiedzieć, gdzie znajduje się mój przyjaciel Smuga, po co wezwał nas tutaj i co wspólnego ma z tym wszystkim Pandit Davasarman, o którym się tyle nam mówi?

— Ho, ho, a to szelma z naszego gospodarza! Nie wiedziałem nawet, iż posiada tak piękne tancerki ukryte w świątyni w dżungli — cicho zawołał Burton, jakby w ogóle nie słyszał pytania Wilmowskiego. — Niech pan spojrzy, ile zachwytu maluje się we wzroku pana przyjaciela! Nawet tak opanowany pan Tomek zdaje się być nimi oczarowany!

Wilmowski już nie ponowił pytania. Zrozumiał, że nie otrzyma na nie odpowiedzi. Zaczął zastanawiać się, dlaczego wokół tajemniczego wezwania Smugi panowała jakaś dziwna zmowa milczenia. Jednocześnie mimo woli obserwował taniec powabnych bajader [72].

Trzy młodziutkie tancerki, ubrane w muślinowe, luźne szarawary, złociste napierśniki oraz w przeźroczyste welony na głowach, tańczyły w takt staroindyjskiej melodii, niepokojącej wschodnim rytmem i barwą tonów. Brzęk srebrnych dzwoneczków przytwierdzonych do szerokich bransolet, które dziewczęta nosiły na nogach powyżej kostek, mieszał się ze śpiewnymi dźwiękami sarod-tamburyny [73], grą fletów i huczeniem bębnów. Smukłe sylwetki tancerek rzucały ruchliwe cienie na białe, marmurowe ściany sali, oświetlone migotliwym blaskiem płonących pochodni.

Wilmowski niełatwo ulegał nastrojowi. Zwrócił uwagę na syna i marynarza. Bosman Nowicki, zerkając co chwila na indyjskie bajadery, opowiadał zapewne jakieś wesołe przygody maharadży i generałowi Mac Donaldowi, którzy słuchali tego z dużym zainteresowaniem. Tomek natomiast bawił rozmową piękną maharani. Księżna, jakby chcąc dokuczyć Anglikom, przyjaźnie uśmiechała się do młodego Polaka, coraz częściej opuszczała rąbek sari osłaniający jej piękną twarz, a gdy bajadery po ukończeniu tańca wybiegły z sali, podarowała Tomkowi na pamiątkę pobytu w Alwarze drogocenny pierścień z brylantem. Tomek zażenowany tak kosztownym upominkiem wzbraniał się go przyjąć.

— Chcę, aby pierścień ten zawsze przypominał panu, młody sahibie, Indie. Jeślibyś go nie przyjął, mogłabym przypuszczać, iż przyjaźń księżnej Alwaru jest ci przykra — rzekła maharani.

Tomek zaczerwienił się, wkładając pierścień na mały palec lewej dłoni. Nie mógł przecież obrazić życzliwej księżnej odmową.

W chwili gdy maharani wręczała Tomkowi pierścień, Wilmowski dostrzegł cień niezadowolenia na twarzy Burtona i jego znaczące spojrzenie na nieco zadumanego maharadżę. Nasunęło to Wilmowskiemu obawę czy Tomek, który wszędzie z największą łatwością zdobywał sobie przyjaciół, tym razem nie przyczyni im jakichś niepotrzebnych kłopotów w wypełnieniu zagadkowych planów Smugi. Bosman akurat przerwał swe opowiadanie i sięgnął po czarkę z aromatyczną herbatą, wobec czego Wilmowski skorzystał z okazji, by nawiązać ogólną rozmowę.

— W Europie wiele słyszałem o niezwykłych wprost umiejętnościach indyjskich jogów i fakirów. Jak dotąd jednak, mimo że od kilku dni przebywam w ojczyźnie tajemnej wiedzy, widziałem zaledwie jednego fakira... i to jeszcze w dodatku w Anglii, gdzie popisywał się w cyrku różnymi sztuczkami — głośno zagadnął, zerkając nieznacznie na syna, pasjonującego się takimi tematami.

Wilmowski nie pomylił się w swych rachubach. Bosman pierwszy natychmiast zapomniał o czarce z herbatą i zawołał tubalnym głosem:

— Święta prawda! Byliśmy wtedy razem w cyrku! Ten brodaty chudzielec kładł się gołymi plecami na deskę nabitą gwoździami, wsuwał do gardła noże, łykał ogień i czarował węże. Zręczne to były sztuczki!

— Ojcze, chyba zapomniałeś o ulicznym zaklinaczu wężów, którego spotkaliśmy podczas pobytu w Bombaju. Sprzeczaliśmy się nawet, czy jego węże miały usunięte zęby jadowe — zauważył Tomek, przerywając prowadzoną półgłosem rozmowę z maharani.

— Według mego zdania, zaklinacze nie są kuglarzami — powiedział Wilmowski. — Dlatego też stwierdzam, że dotąd nie widzieliśmy w Indiach fakirów.

— Bardzo chciałbym zobaczyć prawdziwego fakira — porywczo rzekł Tomek.

Maharadża Manibhadra uśmiechnął się i biorąc z rąk służącego krótką, nabitą tytoniem, zapaloną fajeczkę odezwał się:

— Postaram się zaspokoić panów ciekawość. Zanim jednak to uczynię, może pan pułkownik Burton zechce wyjaśnić panom właściwe znaczenie słów: fakir i jog. Pułkownik podczas długiego pobytu w Indiach wykazał wiele zainteresowania nie tylko dla spraw politycznych naszego kraju, lecz również dla tajemnej wiedzy naszych świętych mężów, a także dla intrygujących sztuczek kuglarzy. Toteż obecnie, jak sądzę, jest nie lada znawcą w tej dziedzinie.

Anglik nachmurzył się, ponieważ w słowach maharadży wyczuł ukrytą drwinę, ale mimo to odpowiedział swobodnym tonem:

— Chętnie to uczynię, ponieważ wielu Europejczyków mylnie interpretuje obydwa słowa. “Fakir” pochodzi z języka arabskiego i oznacza ubogiego, żebrzącego mnicha muzułmańskiego, który ślubował ubóstwo. Natomiast jogiem nazywa się w Indiach człowieka studiującego tajemne siły natury i stosującego w tym celu, w myśl hinduskiej filozofii, specjalny system skomplikowanych ćwiczeń “yoga” dla opanowania własnego ducha i ciała.

— Bardzo proszę, niech nam pan wytłumaczy, na czym polega ów system joga? — wtrącił zaciekawiony Tomek.

— Jog ślubuje ubóstwo, porzuca własne ognisko rodzinne i zamieszkuje w jakimś pustkowiu z dala od ludzi. Wyszukany przez niego guru, czyli nauczyciel, udziela mu wskazówek, jakie ma przyjmować pozycje ciała, wykonywać ruchy oraz uczy go świętych formułek. Po opanowaniu tej podstawowej wiedzy, jog zaczyna naukę oddychania, siedzenia oraz rozmyślania. Jeżeli zdoła skutecznie przebrnąć przez wszystkie trudne ćwiczenia, zostaje poddany praktykom pokutniczym. Nie są one łatwe. Pokutnik bądź ślubuje na długie lata milczenie, bądź też wysiaduje w upale słonecznym przy płonących ogniskach, lub przebywa przez szereg dni w wodzie wysuwając z niej tylko głowę, a czasem całymi godzinami trzyma wyciągniętą w górę jedną bądź obydwie ręce. Ponadto musi odbyć kilka pielgrzymek do świętych miejscowości.

Gdy jog pomyślnie przebrnie ten jakby “nowicjat”, otrzymuje tytuł “sannyasi”. Teraz dokonuje swego obrzędowego pogrzebu, oznaczającego symboliczną śmierć ciała oraz narodziny do życia duchowego. Po tej ceremonii sannyasi uważany jest za świętego człowieka, a w końcu może osiągnąć najwyższy stopień świętości stając się paramahamsą.

Wspólną cechą muzułmańskiego żebrzącego mnicha-fakira i hinduskiego joga, przyjmującego po ukończeniu nowicjatu tytuł sannyasi jest to, że obydwaj ślubują żyć w ubóstwie. Jest to wszakże jedyna łącząca ich cecha.

Nie mają też nic wspólnego z tak zwanymi przez nas w potocznej mowie “fakirami-kuglarzami”, pokazującymi dla zarobku zręczne, na pozór nawet “cudowne” sztuczki.

— Faktycznie jasno nam to szanowny pan wytłumaczył — rzekł bosman. — Ponieważ jednak nie znam się na arabskich, ani na hinduskich praktykach religijnych, przeto więcej interesują mnie ci fakirzy-kuglarze. Ciekaw jestem, czy istnieją jeszcze tacy w Indiach?

— A jakże, istnieją i podobnie jak zaklinacze wężów, mają nawet swój odrębny cech. Zdaje się, że jego wysokość maharadża Alwaru przygotował dla nas jakąś niespodziankę. Wobec tego może ujrzymy prawdziwego indyjskiego sztukmistrza.

Zaledwie pułkownik Burton wypowiedział te słowa, maharadża Manibhadra czterokrotnie klasnął w dłonie. Przed ucztującymi gośćmi pojawił się stary, przygarbiony Hindus trzymający w rękach płaski, zamknięty koszyk. Biednie ubrany starzec, miał na głowie turban z trzema pięknymi pawimi piórami — oznaką zaklinaczy wężów. Zatrzymał się przed maharadżą, postawił swój koszyk obok, po czym złożywszy dłonie na piersiach, nisko skłonił się władcy Alwaru.

Manibhadra lekko pochylił głowę. Dał znak ręką, aby zaklinacz wężów popisał się swoimi umiejętnościami.

Starzec postawił płaski koszyk na środku sali i otworzył wieko. Na dnie kosza spoczywał zwinięty w kłąb żółtawo-popielato-niebieski wąż. Zaklinacz przykucnął nie opodal koszyka, po czym wydobył spod chałata instrument przypominający wyglądem klarnet i przytknąwszy go do ust, zaczął grać powolną, żałosną, monotonną melodię.

Po krótkiej chwili wąż uniósł się nieco, wyprostował swe lśniące cielsko. Sprawiał wrażenie, jakby siedział na zwiniętym ogonie.

— Nalla-pamba, okularnik, chyba ma więcej niż półtora metra długości — szepnął Burton w kierunku łowców, z zainteresowaniem przyglądających się niezwykłemu widowisku.

— Śliczny okaz kobry — odparł również szeptem Wilmowski.

Wąż początkowo nie próbował opuścić kosza. Teraz zaczął objawiać niepokój. Stawał się coraz bardziej ruchliwy. Rozwinął tarczę na karku, ukazując na niej rysunek do złudzenia przypominający okulary. Na stronie brzusznej przedniej części tułowia kobry widniały trzy poprzeczne czarne pręgi. Podrażniony gad głośno sykał i żywo poruszał wytkniętym z paszczy językiem. Zaklinacz bez przerwy grał monotonną melodię na swym instrumencie. Kobra kilka razy rzuciła się w jego kierunku, jakby go chciała ugryźć, lecz zaklinacz wpatrywał się w nią uporczywie, nie usuwając się ani na krok.

Monotonna melodia rozbrzmiewała bez przerwy. Wąż z wolna zaczął zapadać w stan jakiegoś sennego upojenia. Jego oczy, gorejące jeszcze przed chwilą wściekłością i nienawiścią, teraz spoglądały w nieruchomym osłupieniu.

Zaklinacz wężów, wciąż grając, powoli zbliżył się do kobry. Na króciutką chwilę dotknął nosem, a potem językiem głowy węża. Kobra przebudzona nagle z dziwnego, jakby letargicznego snu, z wściekłością rzuciła się na swego pogromcę, lecz ten w porę zdołał od niej odskoczyć. Po chwili kobra znów uspokoiła się, wtedy zaklinacz zamknął koszyk.

— Do licha, jeśli wąż nie jest pozbawiony zębów jadowitych, to ten człowiek ryzykował życie — zawołał Wilmowski niedowierzająco.

— Czy podobna sztuka byłaby warta rupii, gdyby kuglarz nie ryzykował życia? — odezwał się maharadża, obrzucając wszystkich białych sahibów kpiącym wzrokiem. — Łatwo można sprawdzić, czy ta kobra ma wyrwane zęby jadowe. Czy któryś z panów ma na to ochotę?

— Tylko niewierny Tomasz chciał wszystko sprawdzać osobiście — odparł bosman swobodnie. — Moim wszakże zdaniem zaklinacz nie byłby na tyle głupi, by całował się z jadowitym wężem.

Maharadża znów klasnął w dłonie. Na salę wbiegł służący z dwoma kurczakami w koszyku.

— Przekonywanie się, czy nalla-pamba posiada zęby jadowe nie jest zbyt przyjemne, lecz może teraz sprawdzi pan, czy te kurczaki są żywe i zdrowe? — z humorem zwrócił się maharadża do bosmana.

— Ho, ho, nawet znam się coś niecoś na tym, bo zanim jeszcze zostałem bosmanem, kucharzowałem na jednym starym pudle podczas rejsu do Jokohamy [74] — odparł bosman.

Ochoczo zbliżył się do służącego trzymającego koszyk z kurczakami, po czym zbadawszy dokładnie ptaki, rzekł:

— Zdrowe jak ryby, chociaż nie bardzo odkarmione. Co mam teraz robić?

— Nic, szlachetny sahibie. Resztę wykona zaklinacz wężów — wyjaśnił maharadża.

Stary zaklinacz wziął jednego kurczaka i zbliżył się do kosza z uwięzioną w nim kobrą. Zaledwie odkrył wieko, wąż natychmiast uniósł się szybko. Pochylił płaski łeb i rozpostarł tarczę, na której błysnęły brudnobiałe okulary otoczone czarną obwódką. Jego ślepia gorzały wściekłością. Dojrzał Hindusa trzymającego ptaka. Zaklinacz nie zwracał uwagi na podniecenie rozgniewanego gada — podsunął mu kurczę. Kobra przez chwilę przyglądała się kurczęciu, po czym nagłym ruchem rzuciła się na nie, otwierając szeroko paszczę. Widać było, jak wyprostowują się osadzone w górnej szczęce jadowe zęby, które w zamkniętej paszczy, niby ostrza w złożonym scyzoryku ułożone były w specjalnych zagłębieniach.

Tomek krzyknął ostrzegawczo. Wiedział, że podczas otwierania paszczy i unoszenia się jadowitych zębów, spływa do nich jad z naciskanego mięśniami gruczołu. Gdy jad ten, o składzie zbliżonym do trupiego, dostanie się do krwi człowieka, lub zwierzęcia, wywołuje szybki rozkład ciałek krwi i powoduje śmierć w bardzo krótkim czasie.

Nikt nie zwrócił uwagi na okrzyk Tomka, gdyż kobra, błyskawicznie wysunęła łeb do przodu i zatopiła w ptaku swe zęby. Kurczę zatrzepotało w ręku zaklinacza. Atak kobry trwał nie dłużej niż mgnienie oka. Zaklinacz cofał się już od kosza z rozwścieczonym gadem. Teraz puścił wolno ukąszone przez węża kurczę, po czym zaraz podsunął mu drugie.

Podczas gdy uwolnione kurczęta wędrowały po posadzce strosząc piórka, kobra, sycząc głośno, wpijała swój zimny wzrok w ludzkie twarze. Mijała minuta za minutą. Kurczęta trzepotały skrzydełkami, a kobra głośno sykała rozglądając się dokoła.

Hindusi, u których kobra odgrywała ważną rolę w podaniach religijnych, spoglądali na gada z nabożną czcią oraz strachem. Pozostając od wieków pod wpływem braminów, uważali wyczyny zaklinaczy wężów za objawy ich nadprzyrodzonej siły.

W przeciwieństwie do hinduskich krajowców, trzej biali łowcy zwierząt oraz obydwaj Anglicy w inny sposób oceniali intrygujące widowisko.

— Jak pan sądzi, czy ta kobra jest naprawdę jadowita? — półgłosem odezwał się generał Mac Donald do Wilmowskiego.

— Chyba tak! Zresztą wkrótce się o tym przekonamy — odparł Wilmowski. — Kurczaki rozstrzygną nasze wątpliwości.

— Święta prawda, lecz dlaczego nie rzuciła się na tego cwaniaka z fujarką? — szeptem zapytał bosman. — Jeżeli kurczaki zdechną, to uwierzę, iż zaklinacz potrafi kumać się z gadami. To nieczysta moc.

— Głupstwa pleciesz, bosmanie — odpowiedział Wilmowski wzruszając ramionami, — Trudno zaprzeczyć, że zaklinacze poufałym obcowaniem z jadowitymi gadami budzą ogólny podziw dla swych umiejętności. Mimo to nie są oni obdarzeni jakąkolwiek nadprzyrodzoną mocą. Po prostu posiadają umiejętności postępowania z wężami oraz dobrze znają ich naturę. Zaklinacz zbliża się do węża dopiero wtedy, gdy gad się uspokaja. Poza tym, jak słyszałem, wielu zaklinaczy ginie od ukąszeń swych pupilów.

— Patrzcie, panowie! Kurczaki zdychają! — zawołał Tomek.

Jedno z kurcząt przewróciło się na posadzkę. Kilkakrotnie wyprężyło nogi, a następnie znieruchomiało. W parę minut później drugi ptak również legł martwy. Było to widomym dowodem, że kobra mogła w każdej chwili pozbawić życia zaklinacza wężów. Europejczycy ujęci jego odwagą ofiarowali mu w nagrodę kilka rupii.

Niebawem zaklinacz oddalił się wraz ze swoim śmiercionośnym koszykiem. Maharadża znów klasnął w dłonie. Sześciu Hindusów wniosło na żelaznych prętach dużą, płaską, miedzianą tacę, napełnioną żarzącym się węglem drzewnym. Za nimi pojawił się przygarbiony, chudy starzec o twarzy okolonej długim, gęstym, siwym zarostem. Usiadł obok tacy, krzyżując podwinięte nogi. Założył ręce na piersiach i popadł w zamyślenie. Jego oczy przesłonięte nieco kosmykami krzaczastych brwi nie odzwierciedlały ani cienia zainteresowania dla półgłosem żartujących białych gości.

— Sahibowie chcieli ujrzeć prawdziwego indyjskiego fakira. Oto jeden z mistrzów w tym zawodzie. Może zdoła zabawić panów swymi sztuczkami — powiedział maharadża, z trudem tłumiąc szelmowski uśmiech, wyrażający pewność, iż spłata białym gościom doskonałego figla.

— Wygląda na to, że fakir będzie piekł kurczaki zakatrupione przez okularnika — szepnął bosman.

— Co też pan opowiada! — oburzył się Tomek. — Pokpiwał pan również z zaklinacza wężów, lecz gdy kurczaki zdechły, to zrzedła panu mina.

— Słuchaj, brachu, jadowity okularnik to nie micha z czerwonymi węgielkami — odciął się marynarz. — Masz jednak rację, lepiej nie łapać ryb przed niewodem. Może kuglarz połknie płonące węgle?

Obydwaj przyjaciele przerwali cichą wymianę zdań; w tym właśnie momencie fakir drgnął, jakby zbudził się z głębokiego snu. Dopiero teraz zaczął zdradzać zainteresowanie gośćmi zgromadzonymi na sali. Przenikliwym wzrokiem wodził od twarzy do twarzy. Nie pominął nikogo. Służbę indyjską zaledwie musnął spojrzeniem, trochę dłużej spoglądał na maharadżę, po czym kolejno wpatrywał się w białych sahibów. Tomkowi i bosmanowi niewiele poświęcił uwagi, lecz Wilmowskiego mierzył swym wzrokiem bardzo długo. Potem obydwaj Anglicy stali się przedmiotem jego zainteresowania, a w końcu przyglądał się przez chwilę pięknej maharani.

Niezwykłe zachowanie się fakira zmuszało wszystkich do milczenia i skupienia uwagi. Wytworzyła się podniecająca tajemniczością atmosfera. Naraz fakir odezwał się:

— Może któryś ze szlachetnych sahibów zechce sprawdzić, czy węgle wypełniające tacę naprawdę płoną i parzą?

Po doświadczeniu z jadowitą kobrą jakoś nikt nie kwapił się do okazania swoich wątpliwości. Fakir wodził wzrokiem po twarzach białych gości. Po dłuższej chwili wpił wzrok w oczy Tomka i rzekł cichym, sugestywnym głosem:

— Zbliż się do mnie, szlachetny, młody sahibie!

Tomek przez moment jakby się wahał, lecz mimo to poszedł do fakira, przyklęknął i wsunął dłoń ponad tacę. Żar zmusił go do cofnięcia ręki.

— Skoro już przekonałeś się, sahibie, że ten ogień naprawdę parzy, to proszę stań tu obok mnie i przyglądaj się pilnie — powiedział fakir. Po chwili zaczął śpiewać cichym głosem jakąś dziwną pieśń. Słaby początkowo głos stopniowo nabierał coraz większej mocy, aż w końcu wypełnił całą salę drgającą fanatyzmem melodią. Oryginalna pieśń niepokoiła słuchaczy i jednocześnie zmuszała ich do skupiania uwagi na niepozornym fakirze, którego wzrok błądził teraz gdzieś ponad głowami widzów. Na twarzach Hindusów odmalował się wyraz upojenia. Czy to pod wpływem słów pieśni, śpiewanej w nieznanym Tomkowi języku, czy też na jakiś niemy znak fakira, kilku hinduskich służących zgromadzonych na sali, jeden za drugim, poczęło wolno zbliżać się do tacy wypełnionej żarem węglowym. Zasłuchani w dziki, płomienny śpiew fakira, bez pośpiechu przechodzili bosymi stopami przez rozżarzone węgle. Na twarzach ich nie było widać jakichkolwiek oznak bólu, ani poparzeń na stopach.

Tomek również pozostawał w pewnej mierze pod wrażeniem niezwykłej sceny i pieśni, lecz jednocześnie przez cały czas głowił się, na czym polegała sztuczka indyjskiego fakira? W końcu ciekawość, tak właściwa młodemu wiekowi, wzięła w nim górę nad rozsądkiem. Spojrzał na towarzyszy. Nikt nie zwracał na niego uwagi, wszyscy w napięciu obserwowali przechodzących przez ogień Hindusów. Tomek szybko zdjął obuwie i skarpetki. Podszedł do magicznej tacy. Stało się to właśnie w chwili, gdy fakir przerwał swój śpiew. Zaledwie Tomek dotknął stopą węgli, jeszcze szybciej odskoczył, głośno sykając z bólu.

Maharadża poruszył się zaniepokojony i zawołał pospiesznie:

— Nie powinieneś tego czynić, sahibie, ogień nie parzy jedynie podczas śpiewu fakira. Może mam polecić służbie, aby zaraz sprowadziła lekarza?

— Och, nie, nie! To drobiazg — zaprotestował Tomek, zawstydzony swym nieprzemyślanym czynem.

— A to ciekawa sztuczka! Jeszcze dotąd nie widziałem czegoś podobnego, chociaż przypatrywałem się różnym wyczynom fakirów — odezwał się pułkownik Burton.

— Doskonała robota. Zapewne ulegliśmy zbiorowej hipnozie [75] — stwierdził Wilmowski.

— Więc ty, Andrzeju, przypuszczasz, że ten fakir nas uśpił? — zdziwił się bosman. — To przecież niemożliwe! Raz już jeden taki magik próbował mnie uśpić, ale nic z tego nie wyszło. O mało sam się nie kimnął. Przed chwilą uszczypnąłem się, za przeproszeniem, w pośladek i stwierdziłem, że nie śpię.

— Zbytnia ciekawość czasem nie popłaca. Przecież zdarzają się na świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom — powiedział maharadża.

Stary fakir zniknął już z sali ze swoją płonącą misą, a Tomek zbliżył się do maharani i wiódł z nią cichą, ożywioną rozmowę. Wilmowski spostrzegł to niebawem. Podszedł do syna i zapytał:

— No, jak tam, Tomku, czy nie pomyślałeś o nałożeniu opatrunku na stopę?

— Nie potrzeba, ojcze. Wcale mnie nie boli — odparł Tomek.

— Jeżeli oparzelina rozjątrzy się w trzewiku, łatwo może nastąpić zakażenie. Pamiętaj, w jakim klimacie się znajdujemy. Radzę pójść do domu i nałożyć opatrunek.

Tomek uśmiechnął się niedowierzająco. Przecież zraniona przed kilkoma dniami dłoń bosmana goiła się bardzo szybko. Chciał zaoponować, lecz powstrzymał się spojrzawszy na ojca. Wilmowski nieznacznie mrugnął do niego okiem.

— Jak zwykle masz rację, ojcze. Lepiej nie ryzykować... Pójdę do naszej kwatery i zrobię opatrunek — odpowiedział.

— Może tutaj wezwiemy lekarza? — zapytał maharadża, który znalazł się akurat obok grupki rozmawiających.

— Nie zakłócajmy całemu towarzystwu przyjemnej zabawy takim drobiazgiem. Tomek doskonale sam sobie poradzi — stanowczo zaoponował Wilmowski.

— Ale niebawem wróci pan do nas? — spytał maharadża.

— Rozsądniej będzie opatrzyć oparzelinę. Radzę po nałożeniu opatrunku położyć się i odpocząć — odpowiedział Wilmowski, uprzedzając syna.

— Oczywiście, ojcze, uczynię, jak radzisz — odparł Tomek.

Przeprosił wszystkich za mimowolnie wywołane zamieszanie, po czym skłonił się i wyszedł. Piękna maharani miała tak bardzo zawiedzioną minę, że Wilmowski szczerze ucieszył się odprawieniem syna do domu.


Загрузка...