Klasztor w Hemis

Oto zbliżali się do Leh — stolicy Ladakhu. Nawet nie musieli popędzać utrudzonych koni. Wyciągały one szyje na widok domostw, potrząsały łbami, jakby chciały zrzucić z siebie pustynny kurz, rżały i samorzutnie przyspieszały kroku. Jeźdźcy również z radością zdążali do gwarnego miasta, rozpościerającego się u stóp masywu skalnego. Doskonale już było widać siedzibę dawnych królów Ladakhu i klasztor. Poszczególne kondygnacje kilkupiętrowego pałacu zwężały się ku górze. Na płaskich dachach roiło się od ludzi.

Bosman osłonił dłonią oczy od słońca, by lepiej widzieć.

— A niech to wieloryb połknie, coś niezwykłego musi dziać się w mieście. Widzę gromady ludzi na dachach domów. Przypatrują się czemuś w dole na ulicy — zauważył po chwili.

— Ma pan rację, ja też to spostrzegłem — przytaknął Tomek.

W tej chwili potężny okrzyk uniósł się nad miastem.

— Co tam się dzieje, do licha? — powiedział bosman. — Może to jakaś rewolucja?

Wstrzymali konie, gdy reszta zbliżyła się, Tomek zawołał:

— Na dachach domów pełno ludzi i słychać krzyki. Właśnie zastanawiamy się, co to może oznaczać?

— Prawdopodobnie mieszkańcy Leh przyglądają się grze w polo [110] rozgrywanej na placu bazaru — poinformował Pandit Davasarman, a po chwili dodał: — Oczywiście, że się nie mylę, teraz na pewno jedna z drużyn wbiła gola. Słyszycie panowie orkiestrę? W ten sposób czci się tutaj każdą bramkę zdobytą przez drużynę.

Od strony miasta dobiegały odgłosy trąb i dudnienie bębnów. Niebawem karawana dotarła do szeroko otwartej bramy w murach okalających miasto i wjechała w ulicę rynkową, wysadzaną wysokimi topolami. Zazwyczaj tutaj odbywały się targi, lecz tego dnia wszystkie bazary były pozamykane, ponieważ na środku szerokiej ulicy ośmiu zręcznych jeźdźców rozgrywało mecz, obserwowany przez tłum kibiców. Wszędzie było pełno ludzi. Stali wzdłuż domów, wyglądali z okien, spoglądali z dachów. Wśród widzów przeważali Ladakhowie, lecz nie brak było Hindusów, Kaszmirczyków, Tybetańczyków, a nawet i kupców z odległego Chińskiego Turkiestanu. Mieszczanki wyróżniały się szykownymi ubiorami w porównaniu z baryłkowatymi wieśniaczkami, które nosiły grube suknie sięgające kostek i okrywały się owczymi skórami.

Karawana stanęła na skraju bazaru przed rozbawionym tłumem.

— Będziemy chyba musieli poczekać tutaj aż do zakończenia gry — odezwał się Wilmowski do Pandita Davasarmana. — Gdzie spodziewa się pan zastać pana Smugę?

— O tym dowiemy się od angielskiego rezydenta, przede wszystkim jednak musimy ulokować w karawanseraju naszych ludzi. Wszyscy są bardzo zmęczeni — odpowiedział babu.

— Czy daleko stąd do karawanseraju?

— Znajduje się przy końcu ulicy.

— Ten mecz może trwać jeszcze dość długo — zafrasował się Wilmowski. — Nie przedostaniemy się teraz...

— Dlaczego, sahibie? — roześmiał się babu. — Jedziemy!

Uderzył konia piętami, za nim ruszyła cała karawana. Koń Pandita Davasarmana wcisnął się w tłum widzów odwróconych plecami do bramy. Ktoś krzyknął oburzony i kilkanaście rąk wyciągnęło się ku cuglom wierzchowca, lecz naraz ucichły wszelkie protesty — Ladakhowie ujrzeli białych sahibów; natychmiast pospiesznie zaczęli się rozstępować, aby przepuścić karawanę. Mężczyźni kłaniali się uniżenie.

— Proszę, jacy to grzeczni ludzie — z uznaniem rzekł bosman, gdy karawana wyjechała na wolną przestrzeń. — Czy to zwyczaj miejscowy nakazuje im kłaniać się tak nisko wszystkim przybyszom?

— Według tutejszych zwyczajów wymienia się pozdrowienia nawet z obcymi ludźmi, lecz Brytyjczycy nauczyli Ladakhów oraz innych mieszkańców Azji szczególnego szacunku dla białej rasy. Nie doceniasz, szlachetny sahibie, przywileju, jaki daje ci tutaj kolor twej skóry — ironicznie odparł Davasarman.

Dobroduszny marynarz nie wyczuł drwiny w jego głosie, toteż z uznaniem skinął głową i rzekł:

— Wielka to zasługa Anglików, że wprowadzili grzeczność oraz dobre obyczaje.

— Nie było to wcale takie trudne. Bij, sahibie, tak jak oni szpicrutą, gdy ktoś niezbyt szybko ustępuje ci z drogi, a dokonasz tego samego “dobrego” dzieła.

— Kpisz pan chyba ze mnie! — zdumiał się bosman.

— Nie kpię, tylko dobrze znam angielską szkołę grzeczności.

— To znaczy, że ci nieszczęśni ludzie wzięli nas za Anglików?

— Oczywiście, w innym przypadku byliby uprzejmi, lecz nie wykazywaliby uniżoności powodowanej strachem przed białymi kolonizatorami.

— Tfu, do stu beczek zjełczałego tranu! Jak widzę, krajowcy słusznie nie mają zbyt wielkiego nabożeństwa do Anglików. Słyszałeś, Tomku?

— Słyszałem, panie bosmanie. Zaraz odniosłem wrażenie, że biorą nas tutaj za Brytyjczyków.

Wjechali na podwórze karawanseraju. Udadżalaka zajął się sprawami gospodarskimi. Dopilnował rozjuczenia koni, ulokował je w stajni, a także wypłacił należność ludziom wynajętym w Ganderbalu. Podróżnicy umyli się, przebrali w czyste ubrania, naprędce zjedli posiłek, po czym bez zwłoki wyruszyli do siedziby angielskiego rezydenta. Mieszkał on nie opodal rynkowej ulicy w obszernym, wygodnym domu otoczonym małym ogródkiem.

Hinduski służący wprowadził ich do salonu. Po kilku minutach pojawił się wysoki, opalony mężczyzna. Przyjaźnie skinął głową Panditowi Davasarmanowi i podał mu rękę.

— A to są zapewne panowie zapowiedziani przez mile u nas widzianego pana Smugę? — zapytał rezydent zwracając się do podróżników.

— Tak, Sir Younghusband, szlachetni sahibowie dążą na spotkanie z Szikarem Smugą — potwierdził Pandit Davasarman i kolejno dokonał prezentacji.

Rezydent przywitał się z podróżnikami, poprosił ich, aby usiedli.

— Czy bardzo uciążliwą mieli panowie podróż? Słyszałem, że śnieg spadł w górach — zagadnął.

— Jazda była dość męcząca. W niektórych miejscach śnieżyca zasypała przejścia. Musieliśmy wyruszać w drogę przed świtem, aby minąć je, zanim słońce roztopi zmrożoną w nocy pokrywę. Mimo to udało się nam przebyć całą trasę w ciągu jedenastu dni — odpowiedział Wilmowski.

— Zaraz spostrzegłem, że panowie są zaprawieni do odbywania długich marszów. Wcale nie widać po was zmęczenia, chociaż zaledwie dwie godziny temu obserwowałem wasz wjazd do miasta. Wtedy właśnie przyglądałem się grze w polo.

— Chętnie byłbym przyjrzał się rozgrywce, gdyby to nie opóźniło spotkania pana Smugi — wtrącił Tomek.

— Pan Smuga również ucieszy się przybyciem panów. Niecierpliwie oczekuje na was — powiedział rezydent uśmiechając się do młodzieńca.

— Więc nareszcie ujrzymy naszego przyjaciela! — zawołał Tomek uradowany.

— Zastaniecie go, panowie, w klasztorze w Hemis, odległym stąd o jeden dzień konnej jazdy — wyjaśnił rezydent. — Jeżeli wyruszycie jutro o świcie, to przy okazji będziecie mogli ujrzeć ciekawe buddyjskie misterium, odbywające się raz do roku w tamtejszym klasztorze. Zazwyczaj ściągają na nie pielgrzymi z bardzo odległych okolic, nawet z Lhasy.

— Jak to, więc pana Smugi nie ma w Leh?! — zmartwił się Tomek, spoglądając niespokojnie na ojca i bosmana.

— Nasz przyjaciel jakoś stał się bardzo nieuchwytny. Dążymy za nim aż z Bombaju i wszędzie, dokąd przybywamy, zastajemy jedynie wiadomość o nim — odezwał się Wilmowski.

— Widocznie istnieją ku temu ważne powody. Nie wątpię, że sam wyjaśni je panom w Hemis — spokojnie odparł rezydent.

— A jeśli go tam nie zastaniemy? — powątpiewająco mruknął bosman.

— Pan Smuga zaledwie dwa dni temu udał się z nowo zakupionymi końmi do Hemis, gdzie miał na panów oczekiwać. Gdyby zmienił zamiar, na pewno dałby mi znać o tym — stanowczo oświadczył rezydent. — Nie widzę powodu do niepokoju o niego.

— Powód może by się i znalazł — odpalił bosman. — Przybywamy z Europy na wezwanie przyjaciela. Obiecuje czekać w Bombaju. Tam zamiast niego wita nas morderca, a on stale wymyka nam się z rąk jak kamfora.

Rezydent obrzucił podróżników przenikliwym wzrokiem. Potem pytająco spojrzał na Pandita Davasarmana, jakby od niego oczekiwał wyjaśnień.

— Sahib Smuga za moim pośrednictwem pozostawił w Bombaju u pracownika linii okrętowej list oraz depozyt dla swych szlachetnych przyjaciół. Otóż urzędnik ten, Abbas, został zamordowany w chwili, gdy oddawał sahibom to, co u niego pozostawiliśmy. Po dokonaniu zabójstwa morderca umknął, zabierając depozyt — powiedział Pandit Davasarman.

— To naprawdę niezwykle intrygujące — zdumiał się rezydent. — Może panowie zechcieliby opowiedzieć mi coś więcej o tym dziwnym wydarzeniu?

Wilmowski spełnił jego życzenie, a wtedy rezydent rzekł:

— Hm, więc mówi pan, że morderca miał szeroką bliznę na twarzy. To naprawdę zastanawiające... W każdym razie musiał w jakiś sposób poznać zamiary pana Smugi. W innym przypadku nie mógłby wiedzieć, że pozostawiono dla was złoto u Abbasa. Miejscowa policja przeprowadzała śledztwo w Bombaju, a więc posiada panów zeznania jako świadków. To dobrze, w wolnej chwili zajmę się tą sprawą.

— Czy panu wiadomo, w jakim celu Smuga sprowadził nas aż do centralnej Azji? — zapytał Wilmowski.

— Tylko w ogólnych zarysach, lecz nie jestem upoważniony do wyjaśnień na ten temat. Niebawem pan Smuga osobiście wszystko panom wyjawi. Przy okazji chciałbym zapytać, czy panowie podróżują na angielskich paszportach?

— Tak, czy życzy pan sobie je obejrzeć?

— Bardzo proszę, muszę odnotować panów przybycie do Ladakhu.

Rezydent uważnie przeglądał dokumenty, robił jakieś notatki. W końcu znów zwrócił się do Wilmowskiego.

— Jak wynika z paszportów, wszyscy panowie pochodzą z Warszawy, która obecnie należy do Rosji. Czy wobec tego posiadacie jakieś dokumenty wydane przez władze rosyjskie?

— Oczywiście, lecz w obecnej naszej sytuacji nie są one aktualne — odparł Wilmowski, zaintrygowany zapytaniem rezydenta.

— Czy nikt z panów przypadkiem nie posiada autentycznego paszportu rosyjskiego?

— Owszem, ja mam, ponieważ całkowicie legalnie wyjechałem za granicę — odezwał się Tomek.

— Czy ma go pan przy sobie? — indagował rezydent.

— Nie, znajduje się w bagażach w karawanseraju.

— W Leh?

— Oczywiście.

— To bardzo dobrze. A czy pozostali panowie również posiadają w Leh jakieś dokumenty rosyjskie?

— Posiadamy, ale naprawdę nie rozumiem, o co panu chodzi? — zniecierpliwił się Wilmowski. — Czy angielskie paszporty nie są wystarczające?!

— Ależ, są doskonałe! O tamte historie pytałem jedynie... z własnej ciekawości. Proszę mi nie brać tego za złe — usprawiedliwił się rezydent.

Pospiesznie zwrócił podróżnikom dokumenty, po czym zaprosił ich na herbatę i szklaneczkę whisky [111]. Po godzinie wracali do karawanseraju. Niewiele rozmawiali po drodze, uzgodnili jedynie z Panditem Davasarmanem, iż nazajutrz rankiem wyruszą do Hemis. Wkrótce po powrocie do oberży, Davasarman wyszedł na miasto pod pretekstem poczynienia zakupów; nasi podróżnicy pozostali. Zaledwie Hindus oddalił się z izby, Tomek rzekł do ojca i bosmana:

— Czy zauważyliście, iż rezydent wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Davasarmanem, gdy powiedziałem o moim rosyjskim paszporcie?

— I mnie też się tak wydawało — potwierdził bosman.

— Ja nic nie zauważyłem, ponieważ siedział do mnie bokiem — powiedział Wilmowski, marszcząc brwi. — Ciekawe, o co mu chodziło? Czyżby... nie, to niemożliwe, aby Smuga poważył się na takie szaleństwo!

— Co masz na myśli, ojcze? Wyjaśnij nam, proszę!

— Zdawało mi się, że odgadłem zamiary Smugi, ale to jest naprawdę niemożliwe, więc lepiej dajmy pokój niedorzecznym domysłom. Smuga sam wyjaśni całą sprawę.

— Na frasunek najlepszy trunek. Mam tu pod ręką butelczynę jamajki, więc wypijmy po łyku dla nabrania humoru — zaproponował bosman.

— Wolę filiżankę czarnej kawy, której nie piłem już od wyjazdu z Bombaju. Czy masz ochotę na kawę, ojcze? — zapytał Tomek.

— Chętnie napiję się kawy i kieliszek rumu — potwierdził Wilmowski.

— Wobec tego przygotuj także dla mnie kubek kawy — dodał bosman. — Czuję, że Smuga wdał się w jakieś ciemne interesy, ale pal je sęk! Naprawdę rad go zobaczę.

Pandit Davasarman po powrocie do karawanseraju zastał swych towarzyszy na pogawędce przy czarnej kawie. Na uprzejme zaproszenie Wilmowskiego usiadł w ich gronie. Tomek przyrządził dla niego kubek kawy, po czym zaczął wypytywać o uroczystości w klasztorze w Hemis, o których uprzednio wspomniał rezydent.

— Jest to naprawdę bardzo oryginalne buddyjskie misterium — wyjaśnił Davasarman. — Lamowie, poprzebierani za różne maszkary, starają się odtworzyć obraz życia pozagrobowego, by w ten sposób przyzwyczaić wiernych do okropności, na jakie będą narażeni po śmierci.

— Niezłe to musi być przedstawienie, skoro ludziska przybywają na nie nawet z dalekiego Tybetu — zauważył bosman.

— Prawdę rzekłeś, sahibie — przytaknął Davasarman. — Ponadto klasztory w Hemis, Spittugu i w Sakarze są prawdziwymi bastionami buddyzmu w Ladakhu, a z nich najświętszy i najbogatszy jest właśnie klasztor w Hemis. Według zdania tak znanego badacza Azji Środkowej jak sir Younghusband został on zbudowany na wzór klasztoru dalajlamy w Lhasie.

— Sir Younghusband? — zdziwił się Tomek. Czyżby pan miał na myśli angielskiego rezydenta w Leh?

— Tak, o nim właśnie mówię. To jeden z nielicznych Europejczyków, który widział Lhasę — odpowiedział Davasarman.

— Więc to jest ten znany angielski podróżnik? — pytał Tomek.

— Zgadłeś, sahibie! To jest sir Francis Younghusband [112]. Już od roku przebywa w Kaszmirze jako angielski rezydent.

Wilmowski zdziwiony spojrzał na Pandita Davasarmana.

— O, do licha, przecież pan przedstawił mi rezydenta jako sir Younghusbanda! jak to się mogło stać, że od razu nie zwróciłem uwagi na tak dobrze znane mi nazwisko! — zawołał pospiesznie.

— A cóż w tym nadzwyczajnego? — zapytał bosman Nowicki wzruszając ramionami.

— Younghusband odgrywa niepoślednią rolę w zakulisowych działaniach Brytyjczyków w Azji Środkowej — odparł Wilmowski.

— Ach, więc to tak się sprawy mają — mruknął marynarz. — No, no, ciekawe, jakie to interesy łączą z nim pana Smugę.

— Niebawem dowiemy się wszystkiego — rzekł Tomek, nieznacznie mrugając do bosmana, aby nie wygadał się z czym niepotrzebnym.

Marynarz dostrzegł znaki dawane przez przyjaciela. Zaraz też zaczął z innej beczki:

— Szkoda, że tak późno dowiaduję się, jaką to ważną figurę mieliśmy przyjemność poznać. Chętnie pogadałbym z panem Younghusbandem o tutejszych krajach, skoro jest takim znawcą polityki. Dobrze to przecież wiedzieć, co w trawie piszczy.

— Ja również żałuję, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie zwróciłem uwagi na nazwisko rezydenta — przyznał Wilmowski.

— Nie wykorzystaliśmy tak wspaniałej okazji — z żalem powiedział Tomek. — Myślę jednak, że pan Pandit Davasarman również dobrze zna sprawy Azji Środkowej. Przecież odbywał pan niebezpieczne wyprawy do różnych krajów. Na pewno moglibyśmy wiele od pana usłyszeć.

— Święta racja, opowiedz pan z łaski swojej o tutejszych podróżnikach. Zawsze chętnie słuchamy takich historii — przyłączył się bosman do prośby Tomka.

— Wydaje mi się, że panów szczególnie ciekawią ekspedycje sir Younghusbanda — rzekł Davasarman.

— Chcielibyśmy usłyszeć o znanych badaczach Azji Środkowej — odparł Tomek. — Wiem coś niecoś o panu Younghusbandzie i Sven Hedinie [113], ale na tym też kończą się moje wiadomości.

— Niełatwo jest opowiadać o ekspedycjach odkrywczych, których działalność nie została jeszcze dotąd zakończona — rozpoczął Davasarman. — Do połowy XIX wieku Azja Środkowa wraz z górami granicznymi była niemal zupełnie nie znana, a o wielu obszarach Azji wiemy bardzo mało nawet i dzisiaj. Szczególnie niedostępna okazała się Wyżyna Tybetańska, dostępu do niej bowiem bronią najwyższe góry świata, surowy klimat oraz nieufni wobec obcych przybyszów mieszkańcy, otaczający niezwykłą tajemnicą święte dla nich miasto Lhasę.

Pierwsze intrygujące wieści o niektórych krajach Azji Środkowej dotarły w XIV wieku do Europy za pośrednictwem takich podróżników, jak: Rubruk, Marco Polo [114] i Odorico da Pordenone. Później do Tybetu przenikali z Chin jezuici. Klaproth zebrał w pewną całość wyniki ich spostrzeżeń. Na początku XIX wieku Manning oraz Huc i Gabet badali poszczególne szlaki, wszakże mimo to Tybet nadal pozostawał okryty mrokiem tajemnicy. Każdemu Europejczykowi groziła tam śmierć, więc Anglicy wpadli na pomysł, by wykształcić szereg topografów hinduskich. Ci, tak zwani w potocznej mowie “pundyci” lub “panditowie”, znając język i zwyczaje, zaczęli przekradać się do niegościnnego kraju. Oczywiście większość z nich ginęła bez śladu, a tylko kilku szczęśliwcom udało się dotrzeć do Lhasy. Jeden pundyta przez jakiś czas nawet przebywał w tym świętym dla buddystów mieście, udając pobożnego pielgrzyma. Pundyci Nain Singh i Krishna Ugyen Gyatso szczególnie wsławili się badaniami w Tybecie.

— To podobne do Anglików, oni lubią wyjmować kasztany z ognia cudzymi rękami — wtrącił bosman. — A o sobie to szanowny pan nic nie wspomni?

— Nie odbywam wypraw w celach wyłącznie odkrywczych. Poza tym jako żołnierz jestem szczególnie zobowiązany do utrzymania w tajemnicy wykonywanych zadań — odparł Pandit Davasarman. — Moja działalność przeważnie skupia się wokół krajów Azji Środkowej, bezpośrednio graniczących z Indiami Brytyjskimi. Chyba sahibowie zdają sobie sprawę, że im mniej się wie o zawiłych sprawach pogranicza, tym bezpieczniej odbywa się podróż po tych dzikich pustkowiach. Wracając jednak do historii odkryć, na początku drugiej połowy XIX wieku bracia Schlagintweit urządzili wypad poza góry Karakorum. Po nich Hayward i Shaw dotarli do Jarkendu oraz Kaszgaru we Wschodnim Turkiestanie, a Carey do zachodniego Tybetu i Kotliny Tarymskiej. Zaledwie siedemnaście lat temu obecny rezydent w Kaszmirze, sir Francis Younghusband, jako pierwszy przeszedł w poprzek Azję Środkową, idąc od Pekinu ku zachodowi. W latach 1903-1904 razem z generałem Mac Donaldem znów udał się do Tybetu i po raz pierwszy w historii tego kraju zmusił Tybetańczyków do wpuszczenia europejskiej ekspedycji do Lhasy.

— Przepraszam, że przerywam, ale czy generał Mac Donald, bawiący na polowaniu w Alwarze, był właśnie tym współtowarzyszem Younghusbanda w ekspedycji do Tybetu? — zaciekawił się Wilmowski.

— Nie mylisz się, sahibie — powiedział Pandit Davasarman.

— Co krok, to nowy prorok — burknął bosman. — Po nitce dojdziemy do kłębka...

Wilmowski skarcił go wzrokiem; marynarz umilkł, Davasarman tymczasem ciągnął dalej:

— U schyłku XIX wieku Capus i Bonvalot dokonali pierwszego przejścia przez Pamir, potem ten ostatni odbył wyprawę naukową w poprzek Tybetu od Taszkientu do Hanoi. Również w tym czasie Amerykanin Rockhill zapuścił się w głąb Tybetu, lecz nie udało mu się osiągnąć Lhasy. Poważne zdobycze naukowe przyniosły wyprawy Dutreuil du Rhinnsa i Grenarda. Wreszcie od 1894 roku sahib Sven Hidin rozpoczął swoje wielkie wyprawy. Jak słyszałem ostatnio, udało mu się zmylić czujność sir Younghusbanda i niedawno przedarł się z Leh do południowego Tybetu, gdzie podobno jeszcze przebywa [115]. W północnym Tybecie kilka lat temu prowadził badania Flichner i Tafel. Zaledwie rok temu Bruce i Layard wyruszyli z Leh, by przez Tybet, góry Kunlun i pustynię Gobi dojść aż do Pekinu. W ten sposób Europejczycy powoli przenikają do tajemniczych krajów Azji Środkowej, lecz mimo to Tybet w dalszym ciągu zamknięty jest przed nimi.

— Jak wynika z pana opowieści, Anglicy nie popierają wypraw Sven Hedina, chociaż zależy im na poznaniu Tybetu — zauważył Tomek.

— To nie jest takie proste, mój drogi — wtrącił Wilmowski. — Sven Hedin nie działa z ramienia Brytyjczyków. Dlatego też utrudniają mu badania, jak i innym podróżnikom obcych państw, które wszelkimi sposobami starają się ugruntować swoje wpływy w krajach Azji Środkowej. Należy wspomnieć przecież, że w czasie gdy Anglicy badali z południa wyżyny środkowo-azjatyckie, od strony północnej przedsiębrali wyprawy podróżnicy wysyłani przez rząd rosyjski. Na przykład w połowie XIX wieku Piotr Siemionow-Tiańszański [116], jeden z najwybitniejszych rosyjskich badaczy Azji, jako pierwszy zbadał góry Tien-szan, tworzące zaporę pomiędzy posiadłościami rosyjskimi w Azji a Środkową Azją i tym samym utorował Rosji drogę w głąb kontynentu. Potem miały miejsce badania Weniukowa we Wschodnim Turkiestanie oraz Siewiercowa [117] w Tien-szanie i Pamirze. Szczególnie duże znaczenie miały cztery wielkie wyprawy Mikołaja Przewalskiego, dzięki którym po raz pierwszy gruntownie zostały zbadane prawie nieznane obszary Kotliny Tarymskiej oraz północnego Tybetu. Przewalski także zapuścił się w głąb Tybetu, przekroczył Góry Marco Polo i dopiero w odległości dwustu pięćdziesięciu kilometrów od Lhasy władze tybetańskie zmusiły go do zawrócenia z drogi. Wykonał zdjęcia kartograficzne na trasie 30 000 kilometrów, odkrył dzikiego wielbłąda i dzikiego konia, nazwanego potem koniem Przewalskiego [118]. Także rosyjski badacz Potanin dwukrotnie podróżował po wschodnim Tybecie.

— Ojcze, nie wspomniałeś nic o generale Bronisławie Grąbczewskim — przypomniał Tomek.

— Zaraz o nim powiem, bo niemałe osiągnięcia w badaniu Azji Środkowej mają również i Polacy w służbie rosyjskiej. Do najwybitniejszych z nich należy właśnie Grąbczewski [119]. Badał on Turkiestan, Kaszgarię, góry Tien-szan, Pamir, góry Hindukusz w Afganistanie i północno-wschodnie krańce Tybetu. Podczas wszystkich wypraw gromadził zbiory przyrodnicze, etnograficzne, sporządzał mapy, i zdjęcia marszrutowe w krajach zupełnie nie zbadanych, czym poważnie przyczynił się do rozszerzenia wiadomości o Azji Środkowej. Pan Younghusband na pewno zna generała Grąbczewskiego, bo, jak słyszałem, wyprawy ich spotkały się swego czasu w Pamirze.

— Ekspedycje Grąbczewskiego wywołały wśród Anglików poważny niepokój. Zna go więc nie tylko sahib Younghusband — powiedział Pandit Davasarman uśmiechając się zagadkowo.

— W czasie badań prowadzonych przez Grąbczewskiego inny polski geolog, Karol Bohdanowicz [120], wyruszył w 1888 roku z wyprawą badawczą Piewcowa — ciągnął Wilmowski. — Polak ten dokonał pierwszych zdjęć geologicznych we wschodniej części Tien-szanu, w górach Kunlun i Ałtyn-tag na pograniczu Tybetu.

Wilmowski zaczął nabijać fajkę tytoniem, a Pandit Davasarman uśmiechnął się i rzekł:

— Ekspedycje rosyjskie nie mogły się podobać Anglikom. Góry Hindukusz stanowią naturalną granicę pomiędzy Indiami a Rosją i Turkiestanem Chińskim. Niektóre wojownicze ludy zamieszkujące pas przygraniczny Kaszmiru nie sprzyjały Brytyjczykom. Rozbójniczy Kandżuci — dzielący się na Hunzów i Nagarów — zawsze uważali Chiny i Rosję za największe potęgi świata. Pozostawali w szczególnie dobrych stosunkach z władzami Turkiestanu Chińskiego, gdzie w okolicy Jarkendu król Hunzów posiada prywatną jagir, czyli ziemię, nadaną w zamian za pomoc udzieloną Chinom podczas tłumienia powstania w 1847 roku w Turkiestanie. W tej to posiadłości schronił się też po zajęciu państwa Kandżutów przez Anglików. Brytyjczycy bardzo obawiali się wpływów rosyjskich w pogranicznych krajach, których ludy opierały się zakusom Wielkiej Brytanii. Zrozumieli, że krajowcy, dowodzeni przez rosyjskich oficerów, stanowiliby groźną siłę, toteż zbrojnie zajęli nadgraniczne państewka, potem zaś kierowali do zagrożonych rejonów wysłanników, aby ci obserwowali wszelkie poczynania Rosjan.

— Och, to może pan jest również takim wysłannikiem? — zawołał Tomek.

— Stąd zapewne i to przebranie — dodał bosman. — No, no, nie myślałem, żeś pan taki ryzykant!

— Pozory często mylą. Czas nam już udać się na spoczynek, dobranoc sahibom — zakończył dyskusję Pandit Davasarman, po czym zaczął przygotowywać się do snu.

— Nie lada to ptaszek — mruknął marynarz.

— Tak, tak, wszystko przemawia za tym, że przystraja się w obce piórka — szeptem powtórzył Tomek.

— Skoro opowieści skończone, to kładźmy się spać, panowie. Szybciej nam minie czas do spotkania z panem Smugą — głośno odezwał się bosman.


Загрузка...