Niebezpieczny wypadek Tomka wytrącił wszystkich z równowagi, toteż gdy w godzinach popołudniowych dobrnęli do małego, zacisznego wąwozu, jednogłośnie postanowili zatrzymać się w nim na nocleg. Najpierw urządzili w namiocie wygodne posłanie dla Tomka, bowiem zaczął teraz narzekać na bóle w plecach.
— Trochę jestem potłuczony, ale do jutra na pewno poczuję się lepiej — uspokajał towarzyszy. — Panie bosmanie, czy nie zrobiłby mi pan masażu?
— Zaraz to uczynię, brachu. Mogę nawet założyć się o butelkę rumu, że po marynarskim masowaniu zgrabnie zatańczysz na kirgiskim weselu.
— Bosmanie, zajmij się Tomkiem! My tymczasem uporządkujemy juki i przygotujemy posiłek. Po tym denerwującym dniu przynajmniej zjedzmy coś gorącego na kolację — powiedział Wilmowski.
Obydwaj przyjaciele weszli do namiotu. Tomek rozsiadł się wygodnie na posłaniu.
— Rozbieraj się, brachu! — polecił marynarz.
— Po jakie licho, nic mi nie jest — zaoponował Tomek.
— Przecież chciałeś, żebym zrobił ci masaż!
— To był tylko pretekst do porozmawiania z panem na osobności.
— A to cwaniak z ciebie! Pal więc sęk masaż. Wobec tego napijmy się po kubku jamajki. Tylko nie wymiguj się tym razem, bo to doskonałe lekarstwo. Twoje zdrowie!
— Dziękuję, bosmanie.
Tomek wypił łyk rumu, lecz skrzywił się i odstawił kubek.
— Pewno chciałeś pogadać o tych karabinach ukrytych w dywanach — zagadnął marynarz. — Widocznie Anglicy chcą nawarzyć piwa Rosjanom w Pamirze, skoro przemycają broń. Oj, będzie tam gorąco, gdy bandyci otrzymają nowoczesne karabiny. Niejedna karawana kupiecka nie ujrzy już swych ojczystych stron.
— Nie podoba mi się ta krecia robota — odparł Tomek. — Anglicy bez skrupułów uzbrajają bandytów, byle tylko siać zamęt po przeciwnej stronie granicy. Ilu to uczciwych ludzi straci życie od kul i karabinów przemycanych przez nas!
— Święta prawda... Pocieszam się, że podczas zbójeckich wypadów w Pamirze Naib Nazar nieraz dał się we znaki znienawidzonej przez nas carskiej armii.
— Gdyby chociaż tak naprawdę się zdarzyło! Obawiam się jednak, że w tym przypadku przede wszystkim ucierpią spokojni mieszkańcy i karawany kupieckie. Zbóje nie będą mieszali się do polityki.
— Najświętsza prawda — przyznał bosman zafrasowany. — Cóż możemy począć? Davasarman zapewne zobowiązał się przemycić karabiny, a Anglicy w zamian za to zezwolili Smudze na urządzenie wyprawy w pasie przygranicznym.
— Mimo to nie powinniśmy pomagać zbójom.
— Dobrze mówisz — rzekł z uznaniem bosman. — Może powiedzmy ojcu i Smudze o tych karabinach?
— Nie, bosmanie. Nie powinniśmy żądać od pana Smugi, aby zachował się nielojalnie wobec Pandita Davasarmana. Lepiej nic nie mówmy nikomu. Mam pewien projekt. Sami cichaczem wyjmiemy karabiny, a na ich miejsce włożymy kamienie.
— Do niczego twój pomysł. Pamirskie zbóje na pewno zechcą sprawdzić zawartość ładunku, zanim przejmą go od nas. Którykolwiek z nich wsunie łapsko w rulon i już wszystko się wyda.
— Ha, tak źle i tak nie dobrze — zmartwił się Tomek. — Mimo to nie powinniśmy przyczyniać się do rozlewu krwi.
Bosman przysiadł na posłaniu obok druha. W milczeniu wysączył trzy kubki jamajki, zakurzył fajkę, a potem odezwał się:
— Może coś da się zrobić w tej sprawie. Kładź się do łóżka i narzekaj na bóle w krzyżu. Jutro też musisz być chory. Jeśli uda się nam tylko we dwóch pozostać w obozie, kiwniemy zbója i Anglików.
— Co pan wykombinował?
— To się okaże w praniu, teraz prześpij się naprawdę, bo mam coś pilnego do załatwienia.
Bosman wyszedł z namiotu. Zbliżył się do Wilmowskiego i Smugi, dokonujących przeglądu juków oraz uprzęży koni.
— Zrobiłem Tomkowi masaż, ale chłopak nie czuje się najlepiej. Obawiam się, że jutro nie powinien jeszcze siadać na szkapę — informował ich bosman, udając zmartwionego.
— Biedny Tomek, już idę do niego — powiedział zaniepokojony Wilmowski.
— Lepiej pogadaj z nim później, Andrzeju. Akurat zasypiał, gdy wychodziłem z namiotu. Czy nie moglibyśmy jutro urządzić jednodniowego wypoczynku? To by Tomkowi doskonale pomogło na te bóle w krzyżu.
— Halo, Davasarmanie, przyjdź tu z łaski swojej razem z Sadyr Chodżą — zawołał Smuga.
— Co się stało, sahibie? — niespokojnie zapytał Pandit. — Czyżby młody sahib czuł się gorzej?
— O to właśnie chodzi. Narzeka na bóle w krzyżu — odpowiedział Smuga. — Czy możemy sobie pozwolić na urządzenie jutro jednodniowego wypoczynku? Kiedy mamy się spotkać z Naib Nazarem?
— Zastanówmy się, sahibie. Orszak weselny będzie przejeżdżał przez Wzgórze Kupców w piątek w południe. Dzisiaj mamy dopiero wtorek. Stąd do Wzgórza Kupców możemy dotrzeć w półtora dnia. Chyba nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy umożliwili młodemu sahibowi konieczny wypoczynek.
— Co sądzisz o naszym zamiarze, Sadyr Chodżo? Czy zdążymy na czas? — upewnił się Wilmowski. — Jeśli tylko Allach zechce, to zdążymy — rzekł Kandżut.
— Miejmy nadzieję, że twój Allach okaże się dla nas łaskawy. Wobec tego jutro odpoczywamy — orzekł Smuga.
Bosman kiwnął głową na Sadyr Chodżę. Wyprowadził go poza obóz. Upewniwszy się, iż nikt nie może ich podsłuchać, zagadnął:
— Czy bardzo przypadła ci do gustu moja pukawka?
— To zaczarowana broń, z innej nie ustrzeliłbyś tego orła, sahibie — odparł Sadyr Chodża. — Wiedziałeś, że muszę chybić i dlatego drwiłeś ze mnie, pozwalając strzelać aż trzy razy.
— Chciałbyś ją mieć, co?
Sadyr Chodża chytrze spoglądał na bosmana, starając się odgadnąć jego zamiary.
— Słuchaj, brachu, podaruję ci karabin, jeśli jutro z samego rana namówisz białych sahibów na polowanie z nagonką na górskie kozice. Aż ślinka idzie do ust na świeże mięso. No, co myślisz o mojej propozycji? — kusił marynarz.
— Orzeł buja w obłokach, a kozice kryją się wysoko w górach. Niełatwo je upolować.
— Nie żądam przecież, żebyś zastrzelił kozicę. Biali sahibowie sami to uczynią. Ty namów ich tylko na polowanie.
— A jeśli nie zechcą pójść?
— Zachęć ich odpowiednio, to na pewno pójdą. Pamiętaj jednak mój zasadniczy warunek: wszyscy ludzie mają wziąć udział w polowaniu.
— Podczas drogi nigdzie nie spostrzegłem kozic — zafrasował się Sadyr Chodża.
— Głupi jesteś, brachu! Czy koniecznie musisz widzieć kozice, żeby urządzić polowanie? — oburzył się bosman. — Na każdym postoju rozkładasz dywanik i trykasz w niego głową [144], więc poproś swego Allacha, aby cię oświecił!
— Dobrze radzisz, szlachetny sahibie, Kismet [145], jeśli Allach zechce, będę miał twoją broń.
— Niech będzie, jak chcesz, stary cwaniaku, wręczę ci go w chwili wyruszenia na łowy. Zgoda?
— Rzekłeś, szlachetny sahibie!
Wieczorem uczestnicy ekspedycji odwiedzali Tomka, troskliwie wypytując go o zdrowie.
Młodzieniec nieco postękiwał, narzekał na bóle krzyża i nieznacznie mrugał okiem do bosmana. Sadyr Chodża przed ułożeniem się do snu długo klęczał na swym dywaniku. Raz po razie pochylał czoło, zapewne usilnie prosząc o coś miłosiernego Allacha.
Noc minęła spokojnie. Następnego ranka podróżnicy wcześnie zerwali się z posłań, zaintrygowani krzykami Kandżutów. Lotem błyskawicy rozeszła się po obozie wieść, iż Sadyr Chodża spostrzegł na pobliskich szczytach znaczne stado dzikich pamirskich baranów.
— Guldża [146]! Widziałem dziesiątki sztuk dużych guldża! Były również wśród nich młode! — wołał podniecony, wskazując ręką na grupę urwistych szczytów. — O, tam właśnie je widziałem! Przed chwilą skryły się za skałami!
— Czy to na pewno były guldża? — ciekawie dopytywał się Wilmowski.
— Wielkie, zakręcone rogi guldża rozpoznam gołym okiem nawet na najdalszym szczycie — zapewnił Sadyr Chodża. — Tu łatwo byłoby je osaczyć. Liczne rozpadliny uniemożliwiają baranom szybką ucieczkę. Doskonale znam tę okolicę!
— Janie, mamy dzisiaj dzień odpoczynku, może wobec tego urządzilibyśmy małą wycieczkę, aby chociaż przyjrzeć się z bliska rzadko już obecnie spotykanym baranom pamirskim — zaproponował Wilmowski, który jako łowca zwierząt niezmiernie interesował się różnymi okazami fauny.
— Nie wiem, czy zdołamy je podejść. Barany są nadzwyczaj płochliwe. Umykają po urwiskach z niezwykłą zręcznością — odparł Smuga. — Ciekawie byłoby zobaczyć je w dzikim stanie na łonie natury...
— Sahibie, przyobiecaj dastur Mahmed Alemu, aby poprowadził nagonkę, ja zaś będę waszym przewodnikiem. Na obiad zjemy guldża — gorączkowo zachęcał Sadyr Chodża.
— Jak myślisz, Pandicie Davasarmanie, czy możemy narażać ludzi na dodatkowe marsze? — zwrócił się Wilmowski do Hindusa. — Nie chciałbym wywołać niezadowolenia. Wszyscy są zmęczeni, należy im się dzień wypoczynku.
— Moi ludzie przywykli do nużących marszów. Konną jazdę traktują jako wypoczynek. Możemy zapolować na barany — odpowiedział Pandit Davasarman.
— Mahmed Ali poprowadzi moich i sahiba Pandita Davasarmana ludzi, jako nagonkę. Spłoszą guldża akurat w naszym kierunku — wtrącił Sadyr Chodża.
— Wszyscy nie możemy iść na polowanie. Przecież oprócz Tomka jeszcze ktoś musi pozostać w obozie — zauważył Wilmowski.
— Ja pozostanę z Tomkiem — odezwał się bosman, który dotąd w milczeniu przysłuchiwał się naradzie. — Dość już mam tego wspinania się po górzyskach, wolę tę przyjemność pozostawić wam i... baranom.
Cała gromada wybuchnęła śmiechem, słysząc tę przymówkę. Zaczęli przygotowywać się do drogi. Sadyr Chodża podszedł do bosmana. Stanął przed nim wyczekująco.
— Czekasz jak diabeł na duszę! Chodź, zarobiłeś na pukawkę! — mruknął bosman, klepiąc Kandżuta po ramieniu. — Wróćcie przed wieczorem...
Wkrótce dwie grupy łowców opuściły obóz. Bosman podparty rękoma pod boki śledził ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli za zakrętem wąwozu. Przeczekał jeszcze dłuższą chwilę, nabijając fajkę i wtedy dopiero zajrzał do namiotu Tomka.
— Wstawaj szybko, brachu, mamy niezłą robótkę do odwalenia! — zawołał.
W późnych godzinach popołudniowych zakończyli ciężką pracę. Tomek zmęczony, lecz równocześnie bardzo rad z dokonanego dzieła, powrócił do łóżka i zasnął niemal natychmiast. Marynarz jeszcze raz uważnie sprawdził, czy juki ze ślubnym upominkiem dla Naib Nazara są dobrze powiązane, potem paląc fajkę doglądał zupy gotującej się w kociołku zawieszonym na drągu nad ogniskiem.
Dopiero o zmierzchu u wylotu wąwozu rozległy się głosy towarzyszy powracających z polowania. Gniewni, zmęczeni zjawili się w obozie.
— Coś wracacie z nosami zwieszonymi na kwintę — wesoło powitał ich bosman. — Ha, widzę, że nic nie upolowaliście na kolację! Nie martwcie się, ugotowałem dla was smakowitą zupę.
— Sadyr Chodża włóczył się po skałach przez cały dzień, ale nie ujrzeliśmy nawet rogów baranich — roześmiał się Wilmowski. — Jak się czuje Tomek, bosmanie?
— Prawie zupełnie dobrze. Spałaszował michę zupy. Wczoraj naprawdę martwiłem się o niego. Nawet rumu nie chciał wypić.
— Całe szczęście, że przynajmniej w piciu alkoholu nie chce ciebie naśladować. Czy już śpi?
— A jakże, zaśpiewałem mu kołysankę, żeby prędzej zasnął. Ładny musieliście mieć spacerek... Na waszym miejscu wygarbowałbym skórę Sadyr Chodży. Ma on szczęście, że nie dałem się nabrać na jego stado baranów.
— Były, szlachetny sahibie, na pewno były tam rano. Widocznie Allach nie chciał, żebyśmy je odnaleźli. Szkoda, że jutro musimy jechać. Może mielibyśmy więcej szczęścia — wtrącił Sadyr Chodża, nie wypuszczając z rąk wymarzonego karabinu.
— Przestańcie wreszcie gadać o tych baranach — mruknął Smuga.
Mimo zmęczenia Sadyr Chodża był w doskonałym humorze. Jadł za trzech, a gadał za wszystkich. Co chwila przesuwał dłonią po lufie karabinu, uśmiechając się z radości. Zwróciło to w końcu uwagę bacznego na wszystko Davasarmana. Paląc fajkę nieznacznie obserwował rozgadanego mahometanina.
“Z czego on się tak cieszy? — rozmyślał. — Sahib bosman pożyczył mu karabin na polowanie, ale jakoś teraz nie spieszy się z odbiorem. Czyżby mu go podarował? Sprawa ta wygląda bardzo podejrzanie. Za co on mu dał swój karabin...? Chyba nie za to, aby włóczył nas po górach...”
Spoglądał to na Sadyr Chodżę, to na bosmana. Naraz podniósł się i ukradkiem podszedł do juków przeznaczonych dla Naib Nazara. Szybko wsunął rękę w jeden z rulonów. Odetchnął lżej, namacawszy zimną lufę karabinu.
“Widocznie starzeję się, bo prześladują mnie dziwaczne myśli” — mruknął. Uspokojony zniknął w namiocie.
W dwa dni później, tuż przed świtem, karawana po niemal całonocnym marszu, znajdowała się już w pobliżu granicy Pamiru. Sadyr Chodża jakimś chyba psim węchem rozpoznawał kierunek w bezdrożnych wąwozach. Czasem tylko przystawał na krótką chwilę, by popatrzeć na gwiazdy migocące na niebie, lub gdy urwiste szczyty przesłaniały mu widok. Wtedy węszył jak prawdziwy ogar. Zanim słońce ukazało się na niebie, karawana zaszyła się pomiędzy skały na samej granicy.
— Tutaj będziemy czekali na Naib Nazara — odezwał się Sadyr Chodża złażąc z konia.
— Czy daleko jeszcze do Wzgórza Kupców? — zapytał Smuga.
— Gdy nastanie dzień, ujrzysz je, sahibie, jak na dłoni — odparł Sadyr Chodża. — Trzeba nieco zluźnić koniom popręgi, lecz juków nie należy zdejmować.
— Naib Nazar ma przybyć dopiero około południa. Nasze juczne zwierzęta nie mogą stać przez tyle godzin z ładunkiem na grzbiecie — zaoponował Smuga. — Musimy mieć wypoczęte konie. Jeszcze dzisiaj ruszymy w dalszą drogę.
Smuga z Panditem Davasarmanem naradzali się po cichu, po czym przywołali Udadżalakę.
— Czy orientujesz się , gdzie jesteśmy? — zapytał Pandit Davasarman.
— Tak jest — odszepnął żołnierz. — Byliśmy już w tej okolicy. O jakieś sto lub dwieście metrów stąd na północ znajduje się Wzgórze Kupców. Granica Chińskiego Turkiestanu leży na wschodzie nie dalej jak o trzydzieści kilometrów.
— Doskonale, Udadżalaka. Czy pamiętasz równie dobrze nasz dawny szlak do Chotanu?
— Tak jest, pamiętam.
— To dobrze! Kto wie, czy nie będziemy zmuszeni przemykać się dwiema partiami. Jeśli zaszłaby taka konieczność, ty poprowadzisz jedną, a ja drugą.
— Rozkaz!
— Teraz rozjucz nasze konie. Trzymaj je w pogotowiu, aby w razie konieczności można było szybko założyć juki. Rosyjskie patrole zapewne kręcą się w pobliżu. Wierzchowym koniom jedynie zluźnij popręgi. Ja z sahibami będę trzymał straż.
— Rozkaz! — szepnął Udadżalaka.
Przyczajeni wśród nagich skał z radością powitali słońce wyłaniające się zza gór. Było bardzo chłodno. Płaskowzgórza oraz doliny Wyżyny Pamirskiej leżą przeciętnie na wysokości około czterech tysięcy metrów. Z tego powodu nawet podczas krótkiego lata, trwającego tam zaledwie trzy miesiące, różnica temperatur dnia i nocy jest znaczna.
O świcie Pandit Davasarman poprowadził sahibów na skraj skalnych rumowisk, aby nieco zorientować ich w okolicy. Ukryci za głazami pilnie słuchali jego wyjaśnień.
— Ten łagodny pagórek przed nami to Wzgórze Kupców. Tutaj właśnie Sachib-Nazar często przyczajał się na karawany dążące z Chińskiego Turkiestanu do Indii. Auł Naib Nazara znajduje się obecnie około dwóch kilometrów na wschód od wzgórza. Orszak weselny nadjedzie z zachodu. Tutaj zatrzyma się na krótki wypoczynek. Ojciec panny młodej da nam znak. Wtedy przyłączymy się do orszaku, który podąży wprost do aułu Naib Nazara. Stamtąd wyruszymy razem z gośćmi weselnymi w kierunku granicy Turkiestanu. Naib Nazar udzieli wskazówek, gdzie bezpiecznie można przekroczyć granicę. W Turkiestanie nie powinniśmy natrafić na zbyt wielkie trudności, ponieważ Rosjanie pozostają z Chinami w dobrych stosunkach handlowych. Rosyjski paszport młodego sahiba ułatwi nam podróż. Teraz natomiast musimy rozstawić straże, aby nas Rosjanie nie zaskoczyli. Szikar Smuga z młodym sahibem niech pozostaną tu, gdzie jesteśmy, sahib Wilmowski i ja będziemy obserwowali południowy pas przygraniczny, a sahib bosman musi czuwać nad Sadyr Chodżą i jego ludźmi. W razie niebezpieczeństwa należy przede wszystkim juczyć konie.
Słońce zaczęło mocno przygrzewać. Tomek wydobył lornetkę. Położył się na płaskim głazie i uważnie przepatrywał okolicę. Wokół Wzgórza Kupców rozciągała się zielona równina. Między kamieniami buszowały świstaki. Ich wesołe, beztroskie harce trwały bez końca. Jedynie wystawione przez nie czujki stały “słupka” na wzniesieniach, by w porę ostrzec towarzyszy przed niebezpieczeństwem. Szeroko porozgrzebywane nory świadczyły o częstych wizytach niedźwiedzi [147], które z gór himalajskich i Wyżyny Tybetańskiej zapuszczały się w letnich miesiącach aż tutaj w poszukiwaniu obfitego żeru. W lecie często można było w Pamirze spotkać niedźwiedzia [148] o puszystym kołnierzu, rozkopującego nory świstaków lub zręcznie wyrzucającego łapą ryby z rzeki na brzeg.
Tomek wodził lornetą po równinie. Czasem dojrzał przemykające stadko wilków, to znów zauważył lisa skradającego się do świstaków, bądź kołującego w górze nad nimi drapieżnego orła. Po godzinie, w myśl umowy, przebudził drzemiącego Smugę. Przekazał mu lornetę. Podczas czatów zabronione były rozmowy, toteż Tomek ułożył się na głazie, po czym przymknął oczy. Nie chciało mu się spać. Z niepokojem rozmyślał o mającym nastąpić niebawem spotkaniu z Naib Nazarem.
“Jeżeli zbóje dowiedzą się prawdy, to możemy mieć sporo kłopotów — monologował w myśli. — Czy nie rozsądniej byłoby teraz wyjawić wszystko ojcu i panu Smudze? Ba, ale pan Smuga również może się rozgniewać. Nie, lepiej nic nie mówić. Musimy z bosmanem mieć szeroko otwarte oczy.”
Doszedłszy do takiej konkluzji zaczął rozmyślać o Sally. Zaraz też zapomniał o Naib Nazarze, karabinach i złocie ukrytym w górach Ałtyn-tag.
Po trzech godzinach Udadżalaka przyniósł im suchy prowiant.
— Czy szlachetni sahibowie nie zauważyli nic podejrzanego — zagadnął.
— Widziałem tylko świstaki, wilki i lisa — zażartował Tomek.
— To znak, że ludzie nie kręcą się w pobliżu — odparł Udadżalaka. — Za godzinę będziemy juczyli konie.
— Jak dobrze pójdzie, to jutro przekroczymy granicę Turkiestanu — dodał Smuga, zabierając się do jedzenia.
Znów minęło około półtorej godziny. Teraz Smuga co chwila wychylał głowę zza głazu, uważnie przepatrując przez lornetę zachodnią połać równiny. Po jakimś czasie podał Tomkowi szkła mówiąc pospiesznie:
— Jadą! Spojrzyj i natychmiast zawiadom naszych! Niech nie zapomną przyciągnąć popręgów. Spiesz się, teraz każda chwila decyduje o powodzeniu naszej wyprawy!
Tomek spojrzał przez lornetę. Od zachodu zbliżała się znaczna kawalkada jeźdźców oraz jucznych zwierząt. Duże toboły miarowo kołysały się na grzbietach wielbłądów. Tomek oddał lornetę Smudze, po czym chyłkiem pobiegł między skały.
Kandżuci uprzednio zmusili juczne muły do położenia się na ziemi razem z niesionym przez nie bagażem. Teraz energicznie i szybko poderwali zdrożone zwierzęta na nogi. Natomiast biali podróżnicy, chcąc oszczędzić siły wierzchowców, w ostatniej chwili juczyli konie, przyciągali popręgi. W pół godziny później Hindusi z Udadżalaką na czele stali przy wierzchowcach, trzymając juczne konie na arkanach.
Wilmowski, Tomek i bosman podkradli się do swej przedniej straży.
— Zaraz tu będą — informował Smuga. — Według wszelkiego prawdopodobieństwa zatrzymają się na odpoczynek pomiędzy wzgórzem a nami. Czy wszystko już przygotowane?
— Tak, możemy ruszyć w każdej chwili — odpowiedział Wilmowski.
— Pamiętajcie wcisnąć czapy głęboko na oczy, a brody kryć w kożuchach — upominał Smuga.
Niebawem w pobliżu Wzgórza Kupców wyłonił się orszak weselny. Na pierwszym wielbłądzie okrytym grubym, barwnym wojłokiem, siedziała otulona w futro oraz zawój na głowie piętnastoletnia dziewczyna, zapewne panna młoda. Z obydwóch jej stron dwaj jeźdźcy przytrzymywali wielbłąda za uzdę. Drugi z kolei wielbłąd obładowany był złożoną jurtą [149], w której młoda para miała zamieszkać w aule męża. Dalej, również na wielbłądzie, jechała opiekunka młodej dziewczyny. Za nią ciągnął się cały korowód wielbłądów i koni, objuczonych sprzętami domowymi, skrzyniami oraz innym dobytkiem oblubienicy. Na samym końcu kilku Kirgizów pędziło woły i krowy.
Orszak przystanął nie dojeżdżając do wzgórza. Stary Kirgiz wiodący z jednej strony za uzdę wielbłąda panny młodej zeskoczył z konia. Zdjął z głowy futrzaną czapę; białą chustą trzykrotnie wytarł czoło z potu. Na ten znak Pandit Davasarman stanął na głazie i powiał nad głową chusteczką.
Kirgiz z powrotem dosiadł wierzchowca. Weselny orszak zaczął wolno zbliżać się do skalnych rumowisk.
— Na konie, włączamy się do orszaku — rozkazał Smuga.
Kirgiski korowód przysunął się do skał. Wtedy zza głazów wyłoniła się ukryta dotąd karawana. Udadżalaka wraz ze swymi ludźmi i pięcioma jucznymi końmi wcisnął się pomiędzy wielbłądy dźwigające dobytek panny młodej. Nasi podróżnicy, razem z Sadyr Chodżą, jechali obok mułów objuczonych rulonami dywanów.
Na widok kilkunastu niskich, słabo zbudowanych Kirgizów towarzyszących pannie młodej, bosman odzyskał dobry humor. Podczas czatów w rumowiskach skalnych, na równi z Tomkiem, odczuwał niepokój na myśl o rychłym spotkaniu z Naib Nazarem. Obecnie śmiał się z uprzednich obaw. Cóż im mogło grozić od tej garstki niskich, spokojnych Kirgizów?! Jeśli nawet odkryją, że zostali oszukani, to i tak dziewięciu dobrze uzbrojonych mężczyzn łatwo da sobie z nimi radę. Uspokojony takim wnioskiem wesoło mrugał do Tomka. Wkrótce jednak obydwóm spiskowcom zrzedły miny. Oto z przeciwnej strony zbliżała się do orszaku weselnego gromada jeźdźców. Galopowali szeroką ławą. Osadzili wierzchowce tuż przed wielbłądem panny młodej. Z gromady jeźdźców wysunął się na spienionym rumaku bogato odziany Kirgiz. Sprężystym skokiem zsunął się z siodła, podszedł do ojca swej małżonki; w pełnym szacunku pokłonie dotknął czołem jego strzemienia. Teraz towarzyszący mu dżygici [150] również zsiedli z koni. Z workami napełnionymi kumysem [151] zbliżyli się do orszaku.
Naib Nazar poczęstował kumysem swego teścia, po czym kolejno zbliżał się do wszystkich, zapraszając do swego aułu na wesele. Podróżnicy zsiedli z wierzchowców. Naib Nazar rychło ich wypatrzył stojących obok swych koni. Zaraz skierował się ku nim. Bystrym, przenikliwym wzrokiem wodził po zarośniętych twarzach. Bosman i Tomek zmieszali się pod jego natarczywym spojrzeniem. Za pasem Naib Nazara tkwiły rękojeści dwóch rewolwerów i handżyru.
— Od kogo przywozicie mi pozdrowienia? — zapytał Naib Nazar metalicznym głosem, nie spuszczając wzroku z twarzy podróżników.
— Przyjaciel z Gilgit przesyła ci pozdrowienia oraz podarunek ślubny — odparł Pandit Davasarman.
Naib Nazar uśmiechnął się; wyciągnął dłoń do Pandita Davasarmana.
— Witaj, miły posłańcu, skoro znasz umówione hasło — powiedział. — Dobrze wypełniłeś swoją misję, teraz kolej na mnie. Najpierw wszakże zapraszam was wszystkich na moje wesele. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, już gdzieś spotkaliśmy się.
— Nie mylisz się, piłem kumys w jurcie twego ojca Sachib-Nazara, gdy Rosjanie zajęli Pamir.
Naib Nazar długo przyglądał się Panditowi Davasarmanowi, po czym rzekł półgłosem:
— Więc to ty jesteś naprawdę? Tak, teraz dopiero cię poznałem. Umiesz zmieniać swoją skórę. Przybyłeś wtedy, aby przeszkodzić w zesłaniu na Sybir Hudojara Chana [152]. Spóźniłeś się i omal nie wpadłeś w ręce Rosjan. Przestraszył mnie twój wybuch gniewu. Posądzałeś mego ojca o zdradę. Zmieniłeś się od tej pory...
— A ja poznałem ciebie od razu, chociaż widziałem cię zaledwie małym chłopcem.
— Stare oczy, stara pamięć! Za dawną znajomość napij się ze mną kumysu!
Po obfitym poczęstunku połączone orszaki ruszyły do aułu. Pięćdziesięciu kirgiskich zuchów otaczało karawanę. Uzbrojeni w rewolwery, handżyry i karabiny byli pewni siebie i zachowywali się bardzo swobodnie.
— Prawdziwe zbójeckie wesele — mruknął bosman pochylając się do ucha Tomka. — krucho może być z nami...
— I to nawet bardzo krucho... — dodał Tomek.
Bosman zaklął po cichu.
— Co zrobimy, brachu? Oni palą się z ciekawości do tych dywaników. W aule, jak amen w pacierzu, zaraz zajrzą do środka.
— Źle może być z nami... — mruknął Tomek. — Musimy coś zrobić, bosmanie!
— Sam to rozumiem, ale nie wiem, co mamy zrobić? Oni obłupią nas ze skóry... Ot, nawarzyliśmy piwa!