Na wschodnim horyzoncie sinawe pasmo lądu wyłaniało się ze szmaragdowych fal Morza Arabskiego. Statek “Gwiazda Południa”, w miesiąc po wypłynięciu z Hamburga [13], zbliżał się do Bombaju [14], zwanego również Bramą do zachodniej części Półwyspu Indyjskiego [15].
Po pewnym czasie na pokładzie pojawił się barczysty olbrzym. Rozejrzał się wokoło, jakby kogoś szukał, a dojrzawszy Tomka, zwinnym, lekkim krokiem podszedł do niego. Rubasznie klepnął go po ramieniu i zapytał:
— Coś się tak zagapił, brachu? Nic tu nie wypatrzysz, bo ktoś inny już odkrył Indie.
— Do licha, bosmanie, chyba jest pan jasnowidzem! Prawie odgadł pan moje myśli! Właśnie rozmyślałem o pewnej ciekawostce z dziejów odkryć geograficznych związanej z Indiami — odparł Tomek obrzucając bosmana, Tadeusza Nowickiego, wesołym spojrzeniem.
— Nie trzeba być jasnowidzem, żeby odgadnąć, o czym myślisz. Wrodziłeś się, brachu, w swego ojca. On również wciąż wodzi nosem po książkach, byle tylko wyczytać, kto pierwszy odkrył jakieś tam bajoro czy górę, bądź też jakie dzikie bydlęta żyją w różnych krajach.
— Oj, bosmanie! Przygaduje nam pan z tego powodu, lecz sam ciekawi się tymi sprawami nie mniej od nas — odpowiedział Tomek śmiejąc się głośno.
— Z kim kto przestaje, takim sam się staje. No, ale skoro los już pokarał mnie towarzystwem moli książkowych, to gadaj, o czym rozmyślałeś.
— Przeniosłem się myślami w XV wiek, kiedy to portugalski żeglarz, Vasco da Gama [16], jako pierwszy Europejczyk, dotarł drogą morską do Indii, a ściślej mówiąc, do portu Kalikat [17].
— Stara to i znana nawet ciurze okrętowemu historia — rzekł bosman wzruszając ramionami. — Dlaczego akurat teraz przyszła ci ona do głowy? Przecież Kalikat leży dalej na południu, u podnóża Ghatów Zachodnich [18]. Wobec tego nie ujrzymy go nawet z daleka!
— Ma pan rację! Historia odkrycia drogi morskiej do Indii jest powszechnie znana, lecz czy panu również wiadomo, że w dniu historycznego lądowania Vasco da Gamy w Kalikacie, wśród dworzan tubylczego władcy witających go w porcie znajdował się Polak, który, jak z tego wynika, musiał tam przybyć o wiele wcześniej od Portugalczyka?
— Ejże, brachu, czy poważnie to mówisz?
— Oczywiście, kochany panie bosmanie.
— No, no, naprawdę nic o tym nie wiedziałem. Któż to był taki?
— Był to polski Żyd z Poznania.
— Niech go licho porwie! A to cwaniak! W jaki sposób tam przywędrował?
— Właśnie się nad tym zastanawiałem, ponieważ tylko wiem, co się z nim później stało. Otóż Vasco da Gama nie zdołał pozyskać przychylności krajowców, wobec czego rozgniewany opuścił miasto i na “pożegnanie” ostrzelał je z armat oraz uprowadził uwięzionych na statku zakładników indyjskich. Wśród porwanych znajdował się również nasz poznaniak. On to właśnie po przybyciu do Portugalii zmienił nazwisko na Gaspara da Gama lub Gaspara da India i jako doskonale znający Indie, odegrał potem pewną rolę w ich podbiciu przez Europejczyków [19].
Bosman wysłuchał uważnie Tomka i rzekł:
— Ty, brachu, zawsze potrafisz wyszukać Polaka nawet w korcu maku. Nie czas jednak teraz na takie pogawędki. Stale rozmyślam, czy zastaniemy naszego druha, pana Smugę, całego i zdrowego.
— Ojciec i ja również niepokoimy się o niego. Zbyt wiele daje do myślenia lakoniczność depeszy, którą otrzymaliśmy pięć tygodni temu.
— Pokaż no ją jeszcze raz!
Tomek wyjął z portfelu depeszę. Obydwaj pochylili się nad nią i czytali:
Andrzeju — przyjeżdżaj natychmiast z Tomkiem i bosmanem do Indii. Spotkamy się w Bombaju. Wiadomość w biurze Dalekomorskich Wschodnich Linii Okrętowych. Konieczna wasza pomoc — Smuga.
— Kiepsko muszą wyglądać jego sprawy, skoro tak napisał — mruknął bosman. — Taki stary wyga i zuch jak Smuga nie “posiałby cykorii” przed byle jaką awanturką.
— Racja, bosmanie. Zapewne ojciec był również tego zdania, skoro natychmiast wezwał mnie z Londynu, nie licząc się z tym, że do końca roku szkolnego brakowało jeszcze kilku tygodni — odparł Tomek.
— Ha, zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by jak najprędzej znaleźć się przy naszym druhu. Patrz, brachu! Bombaj widać już jak na dłoni. Chodźmy pomóc twemu szanownemu ojcu w pakowaniu manatków — zaproponował.
Wprost z portu, znajdującego się w dzielnicy europejskiej, trzej podróżnicy udali się w dwukołowych rykszach, ciągniętych przez kulisów, do najbliżej położonego hotelu. Podczas drogi ciekawie przyglądali się miastu. Bombaj stanowił jedno z głównych centrów handlowych Indii. W zeuropeizowanym śródmieściu, zbudowanym głównie z inicjatywy Brytyjczyków, wznosiły się wspaniałe, nowoczesne budynki. Tutaj zadomowiły się zarządy angielskich przedsiębiorstw przemysłowych i zamożne banki, a wystawy luksusowych magazynów oraz sklepów wabiły oko przeróżnymi przedmiotami zbytku. W białych rykszach przemykali szerokimi ulicami wyniośli, dumni Anglicy, bądź ich żony ubrane w szeleszczące jedwabiem suknie. W tej części Bombaju krajowcy — mężczyźni, jako pracownicy angielskich przedsiębiorstw, zarzucili swe narodowe stroje na rzecz ubrań noszonych przez chlebodawców. Jedynie Hinduski paradujące nadal w barwnych sari [20] oraz błyszczące w słońcu kopuły hinduskich świątyń i minarety muzułmańskich meczetów zakłócały na wskroś europejski wygląd miasta.
Bosonoga, bezszelestnie poruszająca się służba hinduska przeniosła ich bagaże do wynajętych pokoi. Szybko przebrali się i znów wyszli na zalaną tropikalnym słońcem ulicę. W sąsiedztwie hotelu znajdowała się rozległa willa, w której mieścił się klub przeznaczony wyłącznie dla Europejczyków. Ocienione zasłonami okna zachęcały do wypoczynku w czasie skwarnego dnia w wygodnych, chłodnych pomieszczeniach klubowych, ale zatroskani o los przyjaciela podróżnicy nie ulegli pokusie.
Wsiedli do ryksz, każąc się zawieźć do biura Dalekomorskich Wschodnich Linii Okrętowych.
Mimo wczesnej popołudniowej pory w biurze linii okrętowej panował ożywiony ruch. Tomek niecierpliwie rozglądał się, czy przypadkiem nie ujrzy Smugi w tłumie interesantów, lecz ojciec pociągnął go za rękaw i razem podeszli do stolika opatrzonego napisem “Informacja”.
Mężczyzna o śniadej twarzy i kruczoczarnych włosach uprzejmie ich zagadnął:
— Czym mogę służyć szlachetnym sahibom?
— Nasz przyjaciel Jan Smuga obiecał pozostawić w biurze panów wiadomość dla nas — odparł Wilmowski. — Czy mógłby pan nam powiedzieć, do kogo mamy zwrócić się w tej sprawie?
— Czy mam przyjemność rozmawiać z sahibem Wilmowskim? — zapytał urzędnik, obrzucając podróżników badawczym spojrzeniem.
— Jestem Andrzej Wilmowski, a to mój syn Tomek i pan bosman Tadeusz Nowicki.
— Bardzo przepraszam szlachetnych sahibów, lecz jestem zmuszony prosić o okazanie dokumentów w celu stwierdzenia tożsamości przyjaciół sahiba Smugi — powiedział urzędnik.
— Służymy panu, oto nasze paszporty — odpowiedział Wilmowski.
Urzędnik dokładnie przejrzał dokumenty, po czym podniósł się z krzesła i skłonił głowę mówiąc:
— Cieszę się z poznania szlachetnych sahibów. Moje nazwisko jest Abbas. To u mnie właśnie sahib Smuga pozostawił wiadomość oraz cenny depozyt dla sahibów.
— Miło nam poznać pana — odpowiedział Wilmowski, witając się z urzędnikiem. — Przyjaciel nasz obiecał oczekiwać na nas w Bombaju. Zapewne ma pan jego adres?
— Sahib Smuga obecnie nie przebywa w Bombaju. W liście znajdą sahibowie wyjaśnienia.
— Wobec tego bardzo proszę o ten list.
— Niestety nie mam go przy sobie. List oraz cenny depozyt przechowuję u siebie w mieszkaniu.
— A cóż to za cenny depozyt pozostawił pan Smuga? — zaciekawił się Tomek.
Urzędnik podejrzliwym wzrokiem rozejrzał się wokoło. Upewniwszy się, że nikt nie może podsłuchać, pochylił się ku podróżnikom i wyjaśnił ściszonym głosem:
— Jest to woreczek napełniony złotem, jednak bezpieczniej nie rozmawiać tutaj o tym. Od czasu gdy sahib Smuga pozostawił u mnie swój depozyt, odnoszę wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Myszkowano nawet w moim prywatnym mieszkaniu. Na szczęście sługa mój spłoszył intruza. Za trzy godziny kończę pracę. Będę oczekiwał u siebie na szlachetnych sahibów. Oto mój adres.
Zaintrygowani słowami urzędnika opuścili biuro linii okrętowej. Korzystając z wolnego czasu, wstąpili do restauracji na obiad.
— A to ci heca! Coś mi się wydaje, że Smuga wpycha palec między drzwi — odezwał się bosman, gdy zasiedli przy stoliku.
— Zapewne grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. W depeszy przecież pisał, że potrzebuje naszej pomocy — cicho dodał Tomek.
— Wkrótce dowiemy się, o co chodzi. Teraz nie warto snuć domysłów — powiedział Wilmowski. — Jeśli podczas obiadu zajmiemy się tylko jedzeniem, na pewno nikomu nie przyczynimy tym zbędnych kłopotów. W niektórych przypadkach i ściany mają uszy.
— Słuszna uwaga, ojcze. Pamiętajmy o tym, co usłyszeliśmy od pana Abbasa — dodał Tomek.
— Bosmanie, czy masz broń przy sobie? — zapytał Wilmowski.
— Bądź spokojny, Andrzeju. Pukawka jak zwykle spoczywa w bosmańskiej kieszonce.
— Ja też mam rewolwer, ojcze — wtrącił Tomek.
— To dobrze. Bierzmy się do jedzenia.
Około dziewiątej wieczorem rykszami udali się pod wskazany przez Abbasa adres. Rykszarze z wolna torowali sobie drogę ku dzielnicy zamieszkiwanej przez krajowców. Teraz podróżnicy mieli możność naocznie się przekonać, że Indie były krajem najbardziej jaskrawych kontrastów. Na każdym niemal kroku oszałamiały wprost swą egzotyką oraz niezwykłymi zwyczajami mieszkańców.
Nowoczesne śródmieście nie ukazywało właściwego oblicza Indii. Gdy jednak wjechali w starą dzielnicę krajowców, obraz uległ zasadniczej zmianie. Teraz znaleźli się w krętych i wąskich uliczkach. Domy o poszczerbionych murach wybiegały podcieniami nad chodniki. Zniknęły luksusowe sklepy. W zamian, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać kramy, jatki i przygodne uliczne stoiska. Nie widać tu już było strojów europejskich. Bez względu na porę dnia czy nocy ulice przepełniał tłum ludzi odzianych według starego, indyjskiego obyczaju. Wielu z nich nie posiadało własnego skrawka dachu nad głową. Rodzili się, mieszkali i umierali wprost na ulicy. Handlarze rozkładali swoje towary przed domami. Sprzedawali odzież, naczynia, słodycze, owoce, ochłapy mięsne i jarzyny. W cieniu czarnych parasoli dentyści wyrywali zęby delikwentom, fryzjerzy golili i strzygli. Rzemieślnicy pracowali w warsztatach rozłożonych w podcieniach domów.
Rykszarze dokazywali cudów zręczności lawirując wśród handlarzy i przechodniów. W pewnej chwili Tomek wychylił się z rykszy, by przyjrzeć się zaklinaczowi wężów. Stary Hindus, otoczony gromadką ciekawskich, przygrywał na flecie jadowitej kobrze [21], kołyszącej się przed nim w takt monotonnej melodii. Nieco dalej jakiś fanatyk religijny — uważany przez współwyznawców za świętego — stał na głowie, trzymając wyprostowane w górę nogi. Przechodzące kobiety dźwigały na głowach dzbany z wodą bądź z oliwą i kosze napełnione różnymi produktami. Wielu żebraków, nierzadko o twarzach noszących znamiona trądu [22], wyciągało chude ręce w natarczywej prośbie o jałmużnę. Wśród tłumu ludzi krowy bezkarnie myszkowały wokół straganów, poszukując pożywienia, a gdzieniegdzie, w cieniu murów, spały bezdomne dzieci lub odziani w łachmany kulisi.
Tomek z niezwykłym zainteresowaniem przyglądał się przedziwnemu, rozkrzyczanemu, kolorowemu miastu. Po jakimś czasie ryksze zatrzymały się przed dwupiętrowym wąskim budynkiem. Na parterze znajdował się mały kramik. Przez otwór drzwiowy, nie osłonięty w tej chwili matą, widać było wróżbitę o przebiegłym “wszechwiedzącym” wyrazie twarzy. Przyciszonym głosem przepowiadał przyszłość przykucniętej przed nim młodej dziewczynie. Gdy ryksze przystanęły przed domem, zza parawanu stojącego za plecami wróżbity wysunęła się głowa spowita w duży turban. Czarne jak węgiel oczy przylgnęły spojrzeniem do białych podróżników, po czym przecięta szeroką blizną twarz bez drgnienia powiek zniknęła za parawanem.
Wilmowski pierwszy wszedł do mrocznej sieni. Wokół unosił się swąd oliwy.
— Pitraszą kolację — mruknął bosman, potykając się na schodach.
— To chyba tutaj — odezwał się Wilmowski.
Przystanął właśnie przed drzwiami. Wydobył pudełko z zapałkami. Przy migotliwym świetle odczytał napis na wizytówce i zapukał.
Drzwi otworzył hinduski służący.
— Czy zastaliśmy pana Abbasa? — zapytał Wilmowski.
— Dobry wieczór szlachetnym sahibom — powitał ich Abbas, ukazując się za służącym w przedpokoju. — Proszę wejść, właśnie przed chwilą wróciłem do domu.
Wprowadził ich do wygodnie urządzonego pokoju. Obydwa okna, z których jedno wychodziło na ulicę, a drugie prawdopodobnie na podwórze na tyłach domu, były zasłonięte lekkimi barwnymi matami. W kącie na trójnogu płonął kaganek oliwny. Mdłe światło leniwie pełzało po ścianach i prawie nie docierało do pogrążonego w półmroku sufitu.
— Proszę, niech sahibowie będą łaskawi spocząć — mówił Abbas.
Przysunął do małego stoliczka niskie taborety, a sam usiadł za biurkiem w trzcinowym fotelu. Bosman zakurzył fajkę, Wilmowski i Abbas zapalili papierosy.
— Przede wszystkim muszę wyjaśnić szlachetnym sahibom, dlaczego zachowuję pewną ostrożność, rozmawiając o sprawach sahiba Smugi — zaczął Abbas. — Otóż mój znajomy, dostojny Pandit Davasarman, prosił mnie w imieniu sahiba Smugi o przechowanie dla jego przyjaciół listu oraz wartościowego depozytu. Okoliczności tak się ułożyły, że sahib Smuga musiał udać się na północ przed przyjazdem sahibów. Uprzedzono mnie o znacznej wartości depozytu, wobec czego ulokowałem go w schowku w moim mieszkaniu. Wkrótce spostrzegłem, że jestem śledzony przez jakiegoś człowieka, starannie ukrywającego twarz. Zacząłem mieć się na baczności i pewnego dnia omal go nie schwytałem. Niestety, mimo na pozór wątłej budowy okazał się znacznie silniejszy ode mnie. Powalił mnie uderzeniem pięści. Wszakże podczas szamotania udało mi się zerwać z jego głowy kaptur burnusa [23]. Wówczas to ujrzałem twarz, przeciętą szeroką blizną. Jak już powiedziałem, zdołał umknąć. Tego samego wieczoru zakradł się tutaj do mieszkania, lecz na szczęście został spłoszony przez mego służącego. Wprawdzie od tej pory nie widziałem go więcej, lecz stale mam wrażenie, że kręci się gdzieś w pobliżu.
— Czy pan wiąże fakt śledzenia pana z powierzonym mu depozytem? — zapytał Wilmowski.
— Prowadzę spokojny tryb życia. Nigdy nie miałem z kimkolwiek zatargów. Kłopoty zaczęły się dopiero po przyjęciu depozytu na przechowanie. Ponadto mój służący odniósł wrażenie, że włamywacz szukał czegoś ściśle określonego. Powiedz sam szlachetnym sahibom, czy tak właśnie było.
Ostatnie słowa Abbas skierował do służącego, nalewającego do filiżanek herbatę z mlekiem. Ten postawił dzbanek na tacy i rzekł:
— To prawda, szlachetni sahibowie. Nie miałem wątpliwości, że on szukał schowka. Obserwowałem go chwilę zza portiery, zanim zawołałem o pomoc. Wówczas czmychnął natychmiast.
— Jeśli tak się sprawa przedstawia, to odzyska pan spokój pozbywając się kłopotliwego depozytu — powiedział Wilmowski. — Gdzie obecnie przebywa pan Smuga? Czy powiadomił go pan o tajemniczym człowieku z blizną na twarzy?
— Nie znam miejsca pobytu sahiba Smugi. Wiem tylko, że razem z dostojnym Panditem Davasarmanem udali się na północ kraju. Z tego też względu nie mogłem powiadomić ich o zaistniałych wypadkach.
— Któż to jest ten pan Pandit Davasarman? — zagadnął Tomek.
— To bardzo uczony i zamożny człowiek. Jest szwagrem maharadży [24] Alwaru [25] — wyjaśnił Abbas. — Niewątpliwie w liście znajdą sahibowie dalsze informacje.
— Wobec tego poprosimy pana o list i depozyt.
Abbas skinął głową. Podniósł się z fotela, po czym zbliżył się do ściany pokrytej misternie zdobioną boazerią [26]. Przesunął dłonią po płaskorzeźbie wyobrażającej głowę jakiejś mitycznej [27] poczwary. Zapewne uruchomił dotykiem palców ukryty mechanizm, gdyż w tej chwili część boazerii odchyliła się od ściany, ukazując drzwiczki małej, pancernej kasy. Abbas wydobył z kieszeni pęk kluczy. Po chwili położył na biurku zalakowaną kopertę oraz pękaty, skórzany woreczek.
— Oto list i depozyt — rzekł poważnie. — Szczerze cieszę się, że pomyślnie wykonałem polecenie dostojnego Pandita Davasarmana. Szlachetni sahibowie zechcą potwierdzić odbiór depozytu.
Mówiąc to podsunął Wilmowskiemu kartkę wyrwaną z notesu. Wilmowski ujął pióro, zanurzył je w kałamarzu. Czterej mężczyźni pochyleni nad biurkiem nie spostrzegli śniadej dłoni zaciśniętej na zwiniętym w kulę turbanie, która nagle wysunęła się zza maty zasłaniającej okno wychodzące na podwórze. Zręcznie rzucony zawój upadł wprost na płonący w kącie kaganek oliwny. Wilmowski właśnie podpisywał pokwitowanie, gdy naraz rozległ się ostrzegawczy krzyk służącego. Kompletna ciemność zaległa pokój. Wilmowski porwał z biurka zalakowaną kopertę. Dłoń jego zderzyła się z czyimiś rękami.
— Światło! Zapalcie zapałki! — zawołał.
W ciemności było słychać szamotanie się walczących i szybkie oddechy, później brzęk tłuczonych filiżanek. Błysnął żółtawy płomyk. Bosman, trzymając płonącą zapałkę, ujrzał skłębione ciała trzech mężczyzn. To Abbas i jego służący próbowali obezwładnić zamaskowanego mężczyznę. Nim płonąca przez krótką chwilę zapałka zgasła, napastnik skorzystał z okazji, by celnym uderzeniem pięści w podbródek powalić odważnego służącego. W ciemności rozległ się stłumiony okrzyk bólu. Coś ciężkiego osunęło się na podłogę.
Bosman rzucił się na pomoc Abbasowi. Zderzył się z kimś i natychmiast go przytrzymał kleszczowym chwytem.
— Do mnie, bosmanie! — rozbrzmiał krzyk Tomka.
— Niech to wszyscy diabli... — zaklął marynarz, zorientowawszy się, że walczy z swoim młodszym przyjacielem, który tak jak i on spieszył z pomocą Abbasowi.
Ktoś zerwał matę z okna wychodzącego na podwórze. Poświata księżycowa wtargnęła do ciemnego pokoju. Na tle jasnego otworu okiennego zarysowała się sylwetka mężczyzny. Bosman uwolnił Tomka z niedźwiedziego uścisku, odtrącił nogą stoliczek zagradzający mu drogę i jednym susem znalazł się przy oknie. Tajemniczy włamywacz skoczył z parapetu w dół. Bosman niczym kot rzucił się za nim. Całym ciężarem olbrzymiego cielska gruchnął na dach jakiejś przybudówki. Pod jego lewą nogą załamała się spróchniała deska. Stopa bosmana ugrzęzła w dziurze. Mimo to zdołał chwycić włamywacza za ramię. Ten syknął z bólu. Odwrócił się błyskawicznie. W świetle księżyca ukazał twarz przeciętą szeroką blizną. W ręku jego błysnął sztylet. Uwięziona w otworze dachu stopa uniemożliwiła bosmanowi skuteczne odparowanie ciosu. Cienkie ostrze rozorało mu dłoń, pod wpływem bólu odruchowo cofnął rękę z ramienia. Włamywacz szybko zsunął się z dachu na podwórze, przeskoczył przez płot i zniknął w ciemnym zaułku.
Bosman zdołał w końcu wyszarpnąć stopę ze zdradliwej pułapki. Właśnie schodził z dachu przybudówki na ziemię, gdy Tomek z rewolwerem w dłoni wybiegł z sieni na podwórze.
— Wolnego, brachu, wolnego. Ptaszek wyfrunął z klatki. Gonić go dalej po tych zakamarkach, to tyle, co szukać wiatru w polu — półgłosem zawołał bosman.
— Czy nic się panu nie stało? — niespokojnie pytał Tomek.
— Co mi się miało stać? Alboż to ja niemowlę? Schwyciłbym tego przeklętego szczura, gdyby noga nie ugrzęzła mi w dachu. Lepiej powiedz, czy wszystko w porządku tam na górze?
— Pan Abbas został raniony. Nie wiem, czy to coś poważnego. Gdy po zapaleniu kaganka stwierdziłem że złodziej skradł nasze złoto, natychmiast pobiegłem za panem, aby pomóc w pościgu.
Bosman bez zbędnych słów popchnął Tomka w kierunku sieni. W mieszkaniu zastali Wilmowskiego i służącego pochylonych nad leżącym na macie Abbasem.
— Trzeba natychmiast sprowadzić lekarza — pospiesznie odezwał się Wilmowski na widok wchodzących.
Bosman przyklęknął przy Abbasie. Lewą dłonią uniósł skrwawioną chustkę, którą służący starał się zatamować krew wypływającą z rany. Marynarz tylko rzucił okiem na wąski otwór pozostawiony po ukłuciu sztyletem i zagryzł wargi. Zrozumiał natychmiast, że rana jest śmiertelna.
— Tak, tak, trzeba sprowadzić lekarza, a także zawiadomić rodzinę — mruknął powstając z kolan.
Abbas wolno uniósł powieki. Zamglonymi oczyma spojrzał na białych sahibów. Z największym wysiłkiem zdołał wyszeptać:
— Zawiadomcie... mego brata... Służący zaprowadzi...
— Pójdziemy we dwóch — rzekł bosman do pobladłego służącego. — Czy mieszka tu gdzieś w pobliżu doktor?
— W sąsiednim domu, sahibie... — odparł służący.
— Pędźmy po doktora, a potem po brata. Tomku, trzymaj pukawkę w pogotowiu i strzelaj bez namysłu, gdyby bandyta ośmielił się tutaj powrócić.
Pomoc lekarska okazała się dla nieszczęsnego Abbasa bezskuteczna. Zmarł nad ranem nie odzyskując przytomności. Jeszcze podczas krótkiego śledztwa, prowadzonego przez policję, brat zmarłego czynił przygotowania do pogrzebu. Obydwaj bracia byli Parsami [28], wobec czego kondukt pogrzebowy miał udać się do słynnych Wież Milczenia, zbudowanych w dolinie poza miastem. W nich to bowiem, zgodnie ze zwyczajem, Parsowie, jako wyznawcy Zoroastra, pozostawiali swych zmarłych na łup drapieżnemu ptactwu.
Niesamowity obrządek pogrzebowy wywarł szczególnie na Tomku przykre wrażenie. Nad Wieżami Milczenia kołowały w powietrzu stada żarłocznych ptaków. W myśl zwyczajów Parsów, codziennie o tej samej porze nadchodziły do niezwykłych budowli, przypominających kształtem cylindryczne wieże, kondukty pogrzebowe. Rodziny nie przekraczały progów tych ponurych cmentarzy. U ich stóp przekazywały ciała zmarłych tak zwanym Przewoźnikom Śmierci, jedynie upoważnionym do wchodzenia do Wież Milczenia. Oni to składali na najniższym piętrze wieży zwłoki dzieci, na środkowym kobiet, a na najwyższym mężczyzn. Gdy tylko “grabarze” opuszczali wieżę, drapieżne ptactwo natychmiast wlatywało do jej wnętrza, by rozpocząć upiorną ucztę. Wkrótce w wieży pozostawały tylko nagie, ludzkie szkielety. Oczywiście kości pod wpływem warunków atmosferycznych ulegały murszeniu. Wtedy Przewoźnicy Śmierci strącali ich szczątki do studni w środku wieży, przygotowując w ten sposób miejsce dla innych zmarłych.
Dopiero po południu nasi podróżnicy znaleźli się w hotelu, gdzie pozostawili swe bagaże po przyjeździe do Bombaju. Przygnębieni tragicznym wydarzeniem i zmęczeni po nieprzespanej nocy, zasiedli w wygodnych fotelach na ocienionej werandzie. Bosman polecił służbie przynieść butelkę rumu oraz mrożone napoje owocowe.
— Kiepsko zapowiada się cała sprawa. Na samym początku witają nas morderstwem i kradzieżą — odezwał się bosman, zerkając na zabandażowaną swą prawą dłoń, gdy służący pozostawił ich samych. — Biedny pan Abbas! Cały czas zastanawiam się, dlaczego ten drab z blizną na twarzy dopuścił się zabójstwa? Czyżby chodziło mu tylko o zdobycie złota?!
— Kto wie? Sądząc po rozmiarach woreczka stanowiło ono znaczną wartość — rzekł Wilmowski.
— Pan Smuga osobiście złożył depozyt u pana Abbasa. W jaki wobec tego sposób mógł morderca wiedzieć, co znajdowało się w woreczku? — wtrącił Tomek.
— Coś wygląda mi na to, że pan Smuga nie zachował koniecznej w takim przypadku ostrożności — mruknął bosman.
— Wobec tego może i jemu grozi poważne niebezpieczeństwo — zawołał wzburzony Tomek. — Musimy jak najprędzej odnaleźć naszego przyjaciela!
— Jak amen w pacierzu, masz rację, brachu — przywtórzył marynarz. — Dobrze, że chociaż list nie wpadł w ręce tego tajemniczego mordercy. Andrzeju, odczytaj go nam jeszcze raz!
Wilmowski wyjął z kieszeni list i czytał półgłosem:
Drodzy Przyjaciele!
Obiecałem czekać na Was w Bombaju, lecz ku memu szczeremu żalowi muszę stąd wyjechać przed Waszym przybyciem. Obawiam się w liście obszerniej wyjaśniać, w jakim celu prosiłem Was o natychmiastowe przybycie do Indii. Bezpieczniej dla nas wszystkich będzie, gdy uczynię to osobiście. Wspomnę więc tylko, że planuję długą, dość ryzykowną wyprawę. W Bombaju czyniłem starania, aby uzyskać od władz angielskich zezwolenie na swobodne poruszanie się w pasie pogranicznym. Dopiero po przybyciu tutaj dowiedziałem się, że osobistość, od której zależy ostateczna zgoda, przebywa obecnie w Delhi, w północnej części kraju. Wobec tego, zmuszony koniecznością, jadę tam, pozostawiając dla Was ten list oraz depozyt u Pana Abbasa. Korzystajcie z zawartości woreczka według własnego uznania, a przede wszystkim opłaćcie wszelkie koszty podróży. Usilnie Was proszę — przybywajcie jak najspieszniej do Alwaru, leżącego w pobliżu Delhi i pytajcie o mnie maharadżę tego państewka. Niecierpliwie oczekuję Waszego przyjazdu. Mocno Was ściskam i z góry dziękuję za pośpiech w spełnieniu mej prośby.
Wasz stary druh — Jan Smuga
— Nic z tego nie rozumiem — westchnął bosman.
— Ciekawe, w jaki sposób pan Smuga zdobył to złoto? — zauważył Tomek. — Może było ono zapłatą za wykonanie jakiegoś niebezpiecznego zadania?
— Sami nie rozwikłamy zagadki, moi drodzy — powiedział Wilmowski. — Cała sprawa naprawdę wygląda niezwykle tajemniczo. Najlepiej uczynimy wyruszając jutro do Alwaru.
— Słusznie, ojcze, pan Smuga wyjaśni nam wszystko — przywtórzył Tomek.