Zaledwie brzask słoneczny rozproszył mrok nocy, przed pałacem maharadży Alwaru zapanował ożywiony ruch. Mahuci pospiesznie kończyli przystrajanie i siodłanie słoni, gdy maharadża Manibhadra z małżonką oraz białymi gośćmi pojawili się przed pałacem.
Na widok maharadży olbrzymi słoń o jednym tylko, prawym kle, podniósł wysoko swoją trąbę i zahuczał doniośle. Za jego przykładem inne słonie zadarły w górę trąby. Maharadża, niczym dowódca przed oddziałem prezentujących broń żołnierzy, zatrzymał się przed długim szeregiem szarych olbrzymów, trzymających w górę wyciągnięte trąby. Powitał zwierzęta podniesieniem ręki. Słonie przestępowały z nogi na nogę, kołysząc potężnymi cielskami i, jak bronią, salutowały trąbami. Maharadża opuścił rękę.
Słonie natychmiast uspokoiły się; wkrótce też mahuci zaczęli podprowadzać je na środek dziedzińca.
Święty słoń o jednym, prawym kle, przeznaczony wyłącznie dla maharadży, miał przymocowaną na grzbiecie pozłocistą lektykę, osłoniętą z wierzchu czerwonym daszkiem. Długi, zakrzywiony nieco do góry kieł słonia ozdobiony był kilkoma szerokimi, złotymi pierścieniami, wysadzanymi szlachetnymi kamieniami. Na wielkiej głowie zwierzęcia siedział mahut, kierując nim podczas jazdy. Oryginalny wierzchowiec zatrzymał się przed maharadżą.
“Sit down!” [66] — po angielsku zawołał mahut.
Słoń zakołysał cielskiem i osunął się brzuchem na ziemię. Służba usadowiła się w lektyce. Tuż za władcą Alwaru przykucnął indyjski myśliwy, aby w odpowiedniej chwili podczas polowania podawać maharadży przygotowaną do strzału broń palną.
“Get up!” [67] — krzyknął mahut, gdy Manibhadra wygodnie rozsiadł się w lektyce.
Słoń posłusznie dźwignął się na nogi.
Z kolei podprowadzono słonia w specjalnej uprzęży, która umocowywała na jego grzbiecie wspaniale rzeźbioną oraz zaopatrzoną w muślinowe zasłony lektykę, wymoszczoną poduszkami i miękko wyprawionymi skórami. W lektyce tej spoczęła na posłaniu zwiewna, piękna maharani, ubrana nie mniej wspaniale niż dnia poprzedniego. Przy niej przykucnęły dwie młode służebne z wachlarzami ze strusich piór, aby chłodzić swą panią w gorętszych godzinach skwarnego dnia.
Następnie wielki radżput sprawnie po przydzielał słonie poszczególnym myśliwym. Pułkownik Burton oraz generał Mac Donald, tak jak maharadża, korzystali z usług strzelców-krajowców przygotowujących broń do strzału. Natomiast Wilmowski, Tomek i bosman zabrali na grzbiet swoich słoni Hindusów uzbrojonych w długie, mocne, rozwidlone na jednym końcu żerdzie, przystosowane do chwytania dzikich zwierząt.
Przy wtórze rogów i mosiężnych trąb oraz biciu w bębny długa kawalkada myśliwych wyruszyła sprzed pałacu w kierunku pobliskiej dżungli. Spłoszone niecodzienną wrzawą dzikie pawie, przeraźliwie krzycząc, kryły się pomiędzy drzewami.
W pochodzie nasi trzej łowcy jechali tuż za słoniem niosącym piękną maharani, albowiem jej życzeniem było pozostawać podczas polowania jak najbliżej nich. Wychynęli z parku na skraj dżungli. Słonie kroczyły teraz dowolnym szykiem. Korzystając z tego, iż Wilmowski z Tomkiem jechali tuż obok, bosman odezwał się:
— Po kiego licha robią oni tyle szumu? Nie tylko większy zwierz, ale nawet i owady pochowają się przed nami. Więcej tu będzie pompy, niż polowania.
— Zupełnie trafny wniosek, bosmanie — odparł Wilmowski. — Takie właśnie polowania są dla tutejszych książąt najprzyjemniejszą rozrywką. Przede wszystkim lubują się w pięknej i hucznej paradzie oraz w pokazywaniu własnego bogactwa; krótko mówiąc, dużo wrzasku i huku broni palnej przy małej szkodzie dla zwierzyny.
— Nie dla mnie takie polowanie — powiedział bosman pogardliwie. — Siedzi się na słoniu jak w fortecy. Żadna uciecha.
— Za to ten niezwykły orszak myśliwski naprawdę wygląda wspaniale — zauważył Tomek. — Hindusom należy się uznanie za oswajanie tak użytecznych zwierząt. Podczas gdy afrykańscy Murzyni bezlitośnie tępią słonie dla zdobycia cennych kłów, mądrzy Hindusi korzystają z ich pomocy w pracy i na łowach.
— Prawdę mówisz, brachu — przytaknął bosman. — W Afryce nie widzieliśmy ani jednego oswojonego słonia. A może tamta odmiana w ogóle nie nadaje się do oswajania?
— Nie wydaje mi się, aby tak było, ponieważ właśnie afrykańskie słonie już w starożytności występowały w historii wojen — odpowiedział Wilmowski. — W Asyrii za panowania królowej Semiramidy, a więc niemal dwa tysiące lat przed naszą erą, słonie wchodziły w skład asyryjskiej armii. Dariusz również użył tych zwierząt do walki z Aleksandrem Wielkim. Wówczas to Aleksander przywiózł po raz pierwszy do Europy kilka bojowych słoni, zdobytych na Persach w bitwie pod Arbelą w 330 roku przed naszą erą. Rzymianie poznali je podczas wojen z Pyrrusem królem Epiru. A czy do historii nie przeszło użycie słoni przez Hannibala w drugiej wojnie punickiej? Oczywiście we wszystkich tych przypadkach może być mowa jedynie o słoniach afrykańskich, stąd wniosek, iż dają się one oswajać. Widocznie Murzyni na Czarnym Lądzie po prostu nie są zainteresowani w pozyskaniu tych zwierząt dla usług człowieka. Dlatego też słoń indyjski, oswajany od dawna przez krajowców, nie jest tak prześladowany przez ludzi.
— To prawda. Hindusi dobrze obchodzą się ze słoniami i dlatego mają z nich pożytek — rzekł bosman. — Niezły to zresztą pomysł użycia słoni do walki. Ile “cykorii” musiały napędzać wrogom!
— Tak myślisz? Wobec tego powiem ci, że słonie stanowiły broń obosieczną — wyjaśnił Wilmowski. — Otóż podczas wojny z królem Pyrrusem w pierwszej chwili Rzymianie przerazili się na widok straszliwych zwierząt, lecz wkrótce zaczęli im rzucać w oczy oblane smołą, zapalone wieńce, czym tak je przestraszyli, że zawróciły w wielkim popłochu na szeregi własnego wojska i sprawiły w nich ogromne zamieszanie. Rzymianie przekonawszy się, że nie można polegać na takich sprzymierzeńcach, wcale nie używali słoni do boju. Toteż po zwycięstwie odniesionym przez Juljusza Cezara nad królem Numidii, Jubą, w morderczej bitwie pod Thapsus w 26 roku przed naszą erą, słoń zniknął z widowni wojen.
— Niech to kule biją! Nie pomyślałem o tym, a przecież jasne jak słońce, że przestraszony podczas bitwy słoń może tratować nawet własną armię — zawołał bosman. — Ha, na wojnie mogło się zdarzyć, ale takie polowanko to inna para kaloszy. Myśliwy siedzi sobie bezpiecznie na słoniu, jak u Pana Boga za piecem.
— Nie ma reguły bez wyjątku, bosmanie. Rzadkie to wprawdzie wypadki, lecz czasem na takim polowaniu, gdy myśliwy chybi celu, szczególnie stary tygrys, doprowadzony do ostateczności, może skoczyć na słonia i nawet obalić go na ziemię.
— Czy naprawdę, Andrzeju? — zdziwił się bosman. — Trudno mi uwierzyć, żeby taki siłacz jak słoń nie dał rady choćby największemu tygrysowi.
— Mój drogi, słoń jest dużym, silnym i odważnym zwierzęciem, toteż zazwyczaj wygrywa walkę, lecz niekiedy rozwścieczony tygrys mocno rani go pazurami. Wtedy słoń przewraca się na ziemię, aby tygrysa zgnieść ciężarem własnego ciała. Łatwo odgadnąć, co by się stało wtedy z ludźmi, którzy by siedzieli na grzbiecie słonia, jak my teraz.
— No, no, niezły byłby to kołowrotek! Lepszy niż na karuzeli na Bielanach — powiedział marynarz śmiejąc się. — Sam jednak mówisz, że takie cuda rzadko się zdarzają. Nasz maharadża nie zabierałby swej pięknej lubej na łowy, gdyby pachniało tu jakimkolwiek niebezpieczeństwem.
— I ja myślę podobnie — wesoło dodał Wilmowski. — Zapał łowiecki ludzi tego pokroju co maharadża nie posuwa się nigdy tak daleko, aby zapomnieli o zabezpieczeniu własnych, dostojnych osób.
— Wobec tego taki ostrożniak nie może wyprawiać się na polowanko, jeżeli na ten przykład nie posiada słoni.
— Nie martw się, mój drogi, tutejsi możni zawsze dają sobie radę. Słyszałem również o innym sposobie polowania. Wówczas myśliwi strzelają do zwierzyny z platform zbudowanych na wysokich drzewach.
— A niech to licho weźmie! Czyżby posiadali tresowane zwierzaki, które im same na strzał podchodzą? — śmiał się bosman.
— Niestety, podczas gdy przezorny strzelec siedzi bezpiecznie na platformie, nagonka, składająca się z biednych wyrobników, rozciągnięta w długi szereg, wrzaskiem płoszy zwierza w kierunku napowietrznej zasadzki.
— Dobra nasza, ale przecież tygrys może się rzucić na któregoś z obławników?
— Oczywiście, że tak się nieraz zdarzyło...
— To już zwykłe draństwo, bogacz z pukawką siedzi wygodnie na drzewie, a biedak nadstawia karku dla jego przyjemności! Tfu, z takim polowaniem!
— Czego się pan złości, panie bosmanie — wtrącił Tomek. — Przecież i naszym kosztem maharadża zorganizował sobie rozrywkę, a pan nic nie miał przeciwko temu! Jeszcze pan nalegał, abym szybciej wyraził zgodę, gdy “tak piękna dama nas prosi”. Oj, bosmanie, nie chciałbym być złym prorokiem, lecz kobiety doprowadzą pana do zguby, chociaż nie chce pan nawet słuchać o żeniaczce.
— Przestań, brachu, kłuć słówkami jak szpilkami, bo jeśli gniew mnie chwyci, to zeskoczę na ziemię i tak potrząsnę niby to świętego słonia za ogon, że maharadża zleci z tej bambusowej werandy i sam będzie sobie łapał tygrysa.
Wilmowski karcąco spojrzał na syna i rzekł:
— Nie gadaj głupstw, bosmanie, Tomek przecież tylko żartuje. Nie można nas porównywać z biednymi krajowcami, zmuszanymi do brania udziału w obławach. Chwytanie dzikich zwierząt jest naszym zawodem, nie pierwszyzna to dla nas.
— Racja, święta racja, Andrzeju, tylko ten mikrus zawsze wyprowadza mnie z równowagi.
— Czyżby pan chciał zaprzeczyć, że palił się pan do tych łowów dla pięknej maharani? — przekornie zapytał Tomek.
— Nie o to mi chodzi — burknął marynarz. — Maharani niczego sobie niewiasta i prawdę mówiąc, chciałem zrobić jej przyjemność, ale gniew mnie ogarnia na wspomnienie, że biednemu wiatr zawsze w oczy wieje.
Rozmowa urwała się; słonie wkroczyły w dżunglę. Znów szły gęsiego rozciągnięte w długim szeregu. Ścieżka wydeptana przez zwierzęta była dość szeroka, lecz po obydwu jej stronach piętrzyła się gęstwa tropikalnej roślinności. Wśród kwiatów o najdziwaczniejszych kształtach, barwach i zapachach królowała przepiękna, tajemnicza orchidea. Po jakimś czasie ustał śpiew cykad. Odurzający zapach kwiatów słabł coraz bardziej, aż w końcu uległ bagnistym wyziewom podmokłej dżungli. Wokół rósł gąszcz bambusów, trzcin i paproci, a w górze korony drzew, splątane lianami, tworzyły nieprzejrzystą zasłonę. W dżungli panował odwieczny półmrok. W powietrzu wirowały brzęczące roje moskitów, szerszeni, pszczół i jadowitych much, niepokojące ludzi i zwierzęta.
Tomek łowił uchem wrzask małp i skrzek papug, przepatrując jednocześnie czujnym wzrokiem mroczny las. Z prawej strony zaszeleściły krzewy. To stadko indyjskich dzików [68], różniących się od naszego dzika silnie rozwiniętą szczeciniastą grzywą, umykało przed ludźmi w głąb dżungli. Zanim wydostali się z wikłaniny krzewów na nieco wolniejszą przestrzeń, Tomek ujrzał w zaroślach piękne zwierzę. Przypominało mu ono pamiętne łowy na okapi w Afryce. Była to antylopa nilgaj [69] o tułowiu wyższym w kłębie i szerszym z przodu. Wspaniały samiec mierzył około dwóch metrów długości i półtora metra wysokości. Na jego kształtnej głowie sterczały półksiężycowato wygięte rogi. Na podgardlu zwierzęcia — wśród ciemnoszarej z niebieskawym odcieniem sierści — jaśniała duża, półokrągła biała plama, u dołu której zwisał czarniawy kosmyk włosów. Wyższy tułów w kłębie oraz białe pasy sierści nad pęcinami tylnych nóg upodabniały tę antylopę do afrykańskich okapi. Tomek, podniecony wspomnieniem niebezpiecznych łowów, chciał zwrócić uwagę ojca i bosmana na oryginalne zwierzę, lecz w tej chwili spłoszona przez myśliwych antylopa szybko skryła się w gęstwinie.
Po przeszło dwugodzinnym przedzieraniu się przez mroczną dżunglę, dobrnęli do skraju dziewiczego lasu. W tym miejscu szeroki pas stepu, porosłego wysoką pożółkłą trawą oraz pojedynczymi krzewami, odcinał dżunglę od koryta bagnistej rzeczki. Wśród drzew rosnących wzdłuż jej brzegów wyraźnie rysowała się rozległa kępa wierzbowych zarośli. W ich cieniu i chłodzie lubią zazwyczaj wypoczywać tygrysy po swych zbójeckich wyprawach.
Słonie jeden po drugim wychodziły z dżungli na step. Zachęcane okrzykami mahutów, kroczyły w kierunku wierzbowych zarośli na brzegu rzeczki. W odległości około trzystu metrów od przybrzeżnego gąszczu słonie zmieniły szyk marszu. Teraz formowały tyralierę, której obydwa krańce, w miarę zbliżania się do wierzbowych chaszczy, coraz więcej wysuwały się do przodu. W ten sposób wkrótce utworzyły półkole opasujące kępę zarośli.
Słoń pięknej maharani znajdował się w samym środku owego półkola. Po prawej stronie księżnej jechał maharadża z dwoma Anglikami, z lewej zaś — Wilmowski, Tomek i bosman.
Krąg myśliwych ścieśnił się jeszcze bardziej w pobliżu gęstwiny. Bosman bacznym wzrokiem lustrujący bliski już teren łowów, poruszył się niespokojnie na słoniu i rzekł do swych przyjaciół:
— Gąszcz wierzbiny przypomina mi sak zwrócony otworem ku rzece. Jeśli tygrysy umieją pływać, to nici będą z naszego polowania. Umkną właśnie owym otworem i przepłyną na drugą stronę.
— Tygrysy nie boją się wody i pływają doskonale — odparł Wilmowski. — Dlatego też przypuszczam, że maharadża musiał przewidzieć ewentualną ich ucieczkę ku rzece.
— Nie ma obawy, tygrysy nam nie uciekną, widziałem łodzie płynące w kierunku osaczonego przez nas gąszczu — wtrącił Tomek. — Gdy tylko wyjechaliśmy z dżungli, zaraz przez lornetę rozejrzałem się po okolicy.
— Ha, jeśli tak sprawy wyglądają, to niebawem zacznie się diabelski taniec — mruknął marynarz.
Słonie przystanęły na samym skraju wierzbowego nadbrzeża. Zabrzmiały rogi, trąby i bębny. Strzelcy hinduscy pokrzykiwali donośnie, niektórzy strzelali z pistoletów. Dopiero teraz, przy wtórze tej niezwykłej wrzawy słonie wolno ruszyły w zarośla. Olbrzymie zwierzęta torowały sobie drogę niczym tarany, deptały krzewy, gięły drzewa bądź wyrywały je z korzeniami i odrzucały na bok.
Było już zupełnie zrozumiałe, że maharadża postanowił zamknąć krąg obławy nad brzegiem bagnistej rzeczki.
W miarę jak słonie coraz bardziej brnęły w nadrzeczne chaszcze, cichła wrzawa ludzka. Naraz w kilku miejscach równocześnie rozległy się najpierw przeraźliwe wrzaski dzikich pawi, a w ślad za nimi ostrzegawcze nawoływania małp.
“Pillau! Pillau, pillau...” — wrzeszczały pawie, jakby chciały przestrzec ludzi przed czyhającym na nich niebezpieczeństwem.
Słonie, na których jechali trzej biali łowcy dzikich zwierząt, jeszcze bardziej przybliżyły się do lektyki maharani Alwaru, albowiem powodujący nimi mahuci nie zlekceważyli ostrzeżenia. Wiedzieli doskonale, że tygrysa niełatwo można dostrzec w gęstwinie, lecz pawie i małpy, często napadane przez małe tygrysięta, zaprawiające się w ten sposób do samodzielnych łowów, niemal zawsze zdradzają jego obecność. Małpy w nocy nieraz dają się podejść panterze lub wężowi dusicielowi, natomiast podczas dnia zawsze pamiętają o obowiązku ostrożności. Nie mylą się nigdy, co do rodzaju zwierzęcia czatującego w gęstwinie; jeżeli to będzie dzik lub sarna, zachowują się spokojnie, ponieważ nic im od nich nie zagraża, lecz gdy jest to tygrys bądź pantera, wówczas krzykiem ostrzegają swe towarzyszki.
Tomek porozumiewawczo spojrzał na ojca. On również zrozumiał, co oznaczał niepokój pawi i małp. To tygrys musiał podnieść się ze swego legowiska.
W tej właśnie chwili maharadża wypalił w górę ze sztucera.
Na to hasło od strony rzeki rozległy się krzyki oraz huk broni palnej. Ostatnie ogniwo łańcucha obławy zostało zamknięte. Gdzieś z prawej strony zatrzeszczały krzewy. Kilka słoni zatrzymało się wyczekująco. Olbrzymie zwierzęta na pozór zdawały się być zupełnie spokojne, lecz nerwowe ruchy trąb węszących wokół i gniewny błysk ślepi zdradzały ich wielkie rozdrażnienie. Był to nieomylny znak, że w pobliżu znajdował się tygrys.
Maharadża oraz dwaj Anglicy trzymali już w rękach broń gotową do strzału. Lewe skrzydło obławy zacieśniało krąg. Pod potężnymi, słupowatymi nogami słoni łamały się krzewy. W dali rozbrzmiał straszliwy pomruk, przypominający przeciągły, żałosny jęk, i powtarzał się jeszcze kilkakrotnie w krótkich odstępach czasu.
Słonie poruszały wachlarzowatymi uszami, przestępując jednocześnie z nogi na nogę. Tomek drgnął usłyszawszy głębokie, gardlane pojękiwanie. Potem rozległo się groźne warczenie.
Zanim Tomek zdążył wypatrzyć tygrysa, słoń maharadży uniósł do góry trąbę. Maharadża błyskawicznie przyłożył sztucer do ramienia i nacisnął spust.
Huk strzału oraz przeraźliwy ryk ranionego zwierzęcia zlały się w jedno. Wysmukłe, giętkie, cynamonowobrunatne cielsko, pokryte czarnymi pręgami, skręciło się w gąszczu zieleni jak sprężyna. Ryk rozwścieczonego tygrysa skonał w grzmocie dalszych strzałów.
To pułkownik Burton i generał Mac Donald dobijali zranione zwierzę.
Święty słoń, dosiadany przez maharadżę Alwaru, wolno zbliżył się do drgającego jeszcze cielska tygrysa. Przetoczył je trąbą po ziemi, po czym wysoko podrzucił w powietrze. Gdy martwy tygrys upadł tuż u jego nóg, uniósł trąbę i krótkim trąbieniem obwieścił zwycięstwo.
Mosiężne trąby, rogi i bębny rozhuczały się w dżungli. Przy ich wtórze nagonka znów ruszyła w kierunku brzegu rzeki.
— Nie ma co gadać, zmyślnie wytresowali te słonie. Widziałeś, jak trąbami dawały znak do strzału? — powiedział bosman do Tomka, kiedy znaleźli się obok siebie.
— Naprawdę wspaniała tresura. W dogodnej do strzału chwili słonie same zatrzymują się i ruchem trąby przynaglają myśliwego — entuzjazmował się Tomek.
— Jak widać słonie są nie zastąpione do polowań na tygrysy — dodał bosman. — Koń dawno by już “posiał cykorię”, a tymczasem poczciwe słonisko, chociaż podrażnione jest do najwyższego stopnia widokiem drapieżnika, stoi spokojnie i jeszcze człowiekowi ułatwia zadanie.
— To prawda, konie lękają się tygrysów i za żadne skarby nie podejdą do nich.
— Słuchaj, brachu, jeżeli oni będą tak rąbali do każdego napotkanego zwierzaka, to nie dadzą nam okazji do schwytania żywcem tygrysa — zaniepokoił się marynarz.
— Niech się pan nie obawia, maharadża nie zrezygnuje łatwo z podniecającego widowiska — odpowiedział Tomek wzruszając ramionami. — Jestem niemal pewny, że tutaj znajduje się więcej tygrysów.
Głębokie, jakby gardłowe pojękiwania, dobiegające z głębi gąszczu, zdawały się potwierdzać jego słowa. Wkrótce na lewym skrzydle obławy rozległy się strzały, a potem ryk trafionego zwierzęcia.
Brzeg rzeki zapewne znajdował się już bardzo blisko. Ciężkie słonie coraz głębiej zapadały nogami w miękką, podmokłą ziemię, coraz wyraźniej było słychać okrzyki ludzi płynących w łodziach.
Wilmowski dotąd spokojnie obserwował przebieg polowania i czujnie nadsłuchiwał odgłosów znad rzeki. Teraz dał znak siedzącemu za nim Hindusowi, aby podał mu rozwidlony na jednym końcu drąg. Jednocześnie zawołał do swych towarzyszy, by przygotowali się do łowów.
Bosman niedbałym ruchem ujął widły, sprawdził ich wytrzymałość, po czym wygodnie usiadł na grzbiecie słonia, beztrosko rozglądając się po chaszczach. Tomek natomiast z niepokojem myślał o schwytaniu żywego tygrysa. Tygrysy radżputańskie należały, według zdania wielu myśliwych, do największych okazów tych zwierząt w Indiach. Miały one być nie tylko większe, lecz również i silniejsze, od najbardziej znanych tygrysów bengalskich. Polując na nie, taki doświadczony łowca jak Smuga omal nie stracił życia.
Tomek nie lękał się niebezpieczeństwa, lecz zdawało mu się, iż tak hałaśliwe polowanie w obecności słoni rozdrażnionych widokiem tygrysów nie stwarzało odpowiednich warunków do chwytania żywych drapieżników. Ponadto nie był pewny, czy w krytycznej chwili będą mogli liczyć na skuteczną pomoc krajowców nie obeznanych z tego rodzaju łowami. Tymczasem pomoc ta była konieczna, a najmniejsza nieostrożność lub zawahanie się w decydującym momencie mogły spowodować nieobliczalne następstwa.
Tomek nieznacznie zerknął na przykucniętego za nim na słoniu Hindusa. Półnagi krajowiec jedną ręką przytrzymywał się uprzęży, podczas gdy w drugiej ściskał rozwidlony drąg.
“Może jakoś to będzie”, pomyślał Tomek, pokrzepiony na duchu dość raźną miną towarzysza łowów. Przypomniał sobie, że przed wyruszeniem na polowanie, ojciec kilkakrotnie tłumaczył przydzielonym przez wielkiego radżputa pomocnikom, na czym polega ich rola.
Wzmożona wrzawa od strony rzeki przerwała rozmyślania chłopca. Na prawym skrzydle łańcucha obławy znów gęsto padały strzały, nie musiały wszakże być celne, gdyż nie towarzyszyły im skowyty śmiertelnie ranionych zwierząt. Słonie tymczasem wciąż parły na przód, zacieśniając krąg. Podrażnienie łagodnych zazwyczaj olbrzymów wzmogło się na dźwięk gniewnego, głuchego ryku w gęstwinie.
Na rozkaz Wilmowskiego mahuci siedzący za Tomkiem i bosmanem skierowali swoje słonie jeszcze bliżej zwierzęcia niosącego maharani. Cztery słonie szły teraz niemal tuż obok siebie. Wilmowski przykucnął, przytrzymując się uprzęży, i tak, gotów do skoku na ziemię, pilnie przepatrywał wzrokiem wierzbowy gąszcz.
Naraz słoń generała Mac Donalda przystanął raptownie i uniósł trąbę w górę. Zaledwie Anglik dojrzał pręgowate cielsko bestii, pospiesznie nacisnął spust. Chybił wprawdzie, lecz kula musiała przelecieć blisko łba tygrysa, bo zdezorientowany i przestraszony rzucił się wprost pod nogi słonia maharadży. Sztucer Manibhadry plunął ogniem, choć strzały nie mogły dosięgnąć tygrysa, kotłującego się między nogami słonia. Święty słoń w lot zrozumiał sytuację, toteż cofnął się gwałtownie i trąbą usiłował schwycić drapieżnika. Ten jednak z nieprawdopodobną zręcznością wyrwał mu się spod nóg.
Piękna maharani znajdowała się najbliżej swego małżonka. Mahut kierujący jej słoniem krzykiem usiłował zmusić zwierzę do cofnięcia się, aby w ten sposób umożliwić Wilmowskiemu strzał do tygrysa. Niestety rozdrażniony słoń nie zrozumiał bądź też nie chciał wykonać rozkazu. Zamiast cofnąć się, odważnie zaatakował drapieżnika.
Szare, olbrzymie cielsko zazwyczaj ociężałego słonia stało się naraz niezwykle ruchliwe. Rozgniewany niebezpieczną bliskością tygrysa, usiłował chwycić go trąbą, to znów próbował przygwoździć do ziemi swoimi długimi kłami. Krzyk przestraszonych kobiet znajdujących się na rozjuszonym słoniu — w każdej chwili groziło im wypadnięcie z lektyki — jeszcze bardziej podniecał go do walki. Niebezpieczeństwo stawało się coraz groźniejsze, bowiem słonie Manibhadry, generała Mac Donalda i pułkownika Burtona okrążyły szalejącego tygrysa, uniemożliwiając mu ucieczkę.
Drapieżnik swym przeszło dwumetrowym cielskiem niczym błyskawica rzucał się na słonia, by zaraz jeszcze szybciej cofać się przed morderczymi ciosami trąby i kłów. Musiał być zaprawiony w takich zapasach, gdyż więcej teraz okazywał gniewu niż strachu. Walczące desperacko zwierzęta wirowały jak olbrzymie szaro-brunatne bąki, a myśliwi zamarli niemal z przerażenia, nie mogąc użyć broni palnej.
Naraz słoń maharani potknął się: tygrys nagłym, jak mgnienie oka, skokiem znalazł się na jego głowie. Mahut stoczył się na ziemię. Śmierć zajrzała w oczy księżnej i jej służebnych. Zanim jednak nastąpiła katastrofa, Wilmowski, obok którego przypadkiem znalazł się rozszalały słoń, przeskoczył na jego grzbiet odgradzając lektykę od tygrysa. Drewnianymi widłami zmiótł pręgowane cielsko z głowy słonia i sam zsunął się za nim na ziemię.
Tygrys upadł na grzbiet. Wilmowski znalazł się tuż obok niego. Nie tracąc przytomności umysłu, przytrzymał drapieżnika rozwidlonym drągiem. Swoją śmiałość prawdopodobnie przypłaciłby życiem, gdyby przyjaciele nie pospieszyli mu z pomocą. Na szczęście nieustraszony bosman nie zawahał się ani chwili; zeskoczył na ziemię i teraz, w najkrytyczniejszym momencie, swoimi widłami również przygwoździł drapieżnego kota.
Żerdź złowieszczo zatrzeszczała pod naporem mocarnych rąk marynarza. Zwierzę, niemal pozbawione tchu, stękało boleśnie. Mimo to prężyło cielsko, by strząsnąć przytłaczające je do ziemi drągi. Potężne łapy uzbrojone w mocne pazury usiłowały sięgnąć ludzkich ciał, ale zanim oszołomiona bestia zdołała zebrać się w sobie do dalszej rozpaczliwej walki, nadbiegł Tomek z trzema Hindusami. W jednej chwili trzy pary wideł unieruchomiły tylną część ciała tygrysa. Tomek wprawnie związał mu rzemieniem najpierw tylne łapy, a potem zaczął krępować przednie, zręcznie unikając wyszczerzonych kłów.
Podczas gdy trzej biali łowcy zmagali się z tygrysem, inne nie mniej groźne niebezpieczeństwo zawisło nie tylko nad nimi. Oto słoń maharani, ogarnięty bojowym szałem, wciąż rwał się do tygrysa. Tylko szybka, skuteczna interwencja mahutów, którzy cielskami innych słoni zatarasowali mu drogę, zapobiegła tragicznemu zakończeniu łowów.
Tymczasem maharadża i obydwaj Anglicy czynili wszystko, co było w tej sytuacji możliwe, aby ocalić księżnę. Osaczono z boków rozszalałe zwierzę i uwolniono z lektyki przestraszoną władczynię Alwaru oraz jej służebne.
Dzięki energii mahutów słonie w końcu uspokoiły się na tyle, że niefortunni myśliwi mogli zsiąść z nich na ziemię. Manibhadra z małżonką i Anglikami zbliżyli się do łowców tygrysa akurat w chwili, gdy Tomek kończył wiązać jego przednie łapy.
Trzej biali przyjaciele odetchnęli widząc, iż maharani nic się nie stało. Twarz jej była wprawdzie jeszcze poszarzała ze strachu, lecz wzrok jej już uważnie śledził zręczne ruchy Tomka krępującego tygrysa. Ten zaś, zawiązawszy drapieżnikowi łapy, podniósł z ziemi kawał grubej gałęzi, wydobył z kieszeni rzemienną pętlę i ponownie pochylił się nad tygrysem, który warcząc głucho, obnażył kły. Tomek podsunął mu pod nos gałąź. Tygrys nagłym zrywem poderwał łeb i paszczą chwycił kij, miażdżąc go kłami. Tomek, w tej właśnie chwili, drugą ręką zarzucił mu na pysk rzemienną pętlę. Z kolei zacisnął rzemień i zawiązał sprawnie w rodzaj kagańca.
Tomek wyprostował się; jego towarzysze odrzucili rozwidlone drągi.
— No, no, niczego sobie polowanko — odezwał się bosman rozprostowując plecy. — Niewiele brakowało, żeby tygrys nas złapał, a nie my jego. Skoro jednak udało się, to ofiaruj go teraz, Tomku, pięknej damie.
— Bosman ma rację, ciebie księżna prosiła o tygrysa, więc dokonaj ceremonii wręczenia tego... kłopotliwego daru — dodał Wilmowski.
Tomek uśmiechnął się słuchając tych uwag. Pochylił się przed księżną i rzekł po angielsku:
— Cieszymy się, iż wasza książęca wysokość szczęśliwie uniknęła złej przygody. A oto tygrys, którego obiecaliśmy schwytać.
— Thank you! [70] — odparła księżna jeszcze lekko drżącym głosem.