Pochód słoni

Był wczesny ranek. Wilmowski i bosman jeszcze spali na dolnych łóżkach, rozmieszczonych po obydwóch stronach czteroosobowego przedziału wagonu kolejowego. Leżeli nieruchomo z przymkniętymi oczami, a piersi ich unosiły się w głębokim, ciężkim oddechu. Tomek natomiast spoczywał na jednym z dwóch górnych łóżek. Ułożył się na boku niemal na samym skraju posłania i wsparłszy głowę na lewej dłoni, prawą chłodził się papierowym wachlarzem. Zamyślony, raz po raz spoglądał w okno wagonu.

Tropikalny żar przenikał do przedziału poprzez okienną drucianą siatkę, chroniącą pasażerów przed zdradliwą w tym kraju natarczywością owadów. Odchylona okiennica ukazywała jasny błękit nieba.

Poranna cisza w wagonie pierwszej klasy, zarezerwowanym w Indiach wyłącznie dla białych podróżnych, nastrajała Tomka do rozmyślań o tej niezwykłej wyprawie do kraju odwiecznych tajemnic. Tajemniczy splot wydarzeń po wylądowaniu w Bombaju usuwał dotąd inne wrażenia na drugi plan. Toteż dopiero podczas długich godzin podróży pociągiem na północ Tomek w myślach porządkował wszystkie uprzednio poczynione spostrzeżenia.

Dzięki pilnej nauce geografii posiadał już znaczny zasób wiadomości o Półwyspie Indyjskim, jako jednym z największych półwyspów na Ziemi [29]. Samo geograficzne położenie Indii stwarzało z nich kraj przedziwnych kontrastów. Południowym bowiem krańcem sięgały równika, centralne zaś leżały w strefie umiarkowanej i stanowiły nie tylko krainę potężnych rzek oraz żyznych dolin, lecz posiadały także wielkie pustynie, a na północy dotykały najwyższych na kuli ziemskiej łańcuchów górskich, pokrytych wiecznym śniegiem i lodem. Tomek wiedział, że Indie są niezwykłym krajem, zamieszkiwanym przez ludy reprezentujące, pod względem zewnętrznym, niemal wszystkie rasy żyjące na ziemi. Słyszał też o legendarnym wprost bogactwie maharadżów indyjskich, o różnicach religijnych, lecz mimo to nie przypuszczał nigdy, iż słynne z przepychu Indie są równocześnie krajem beznadziejnej nędzy i głodu [30]. Jakże teraz niezrozumiali wydali mu się krajowcy hinduscy. Szczycili się jedną z najstarszych kultur, a mimo to wierzyli w gusła, zabobony, przesądy społeczne upośledzające całe warstwy ludności oraz modlili się do potwornych bóstw wykutych z kamienia. Przy całym bogactwie i ogromie kraju, ile tam było poniżania godności ludzkiej i wyzysku!

Na rozmyślaniach i rozmowach z towarzyszami o tajemnicy Smugi czas szybko mijał Tomkowi. Posiłki spożywane w pociągu również stanowiły pewne urozmaicenie, albowiem w myśl zwyczajów panujących w Indiach otrzymanie ich podczas drogi było dość kłopotliwe. Wywoływało to protesty bosmana Nowickiego. Lubił jeść często i dużo. Tymczasem, gdy się chciało spożyć obiad, należało go zamówić u bosonogiego kelnera, zbierającego zamówienia podczas postoju na jednej ze stacji. Zamówione w ten sposób jedzenie przynoszono do przedziału na następnym przystanku pociągu, podczas gdy opróżnione naczynia kelnerzy zabierali dopiero na trzeciej stacji. Toteż bosman zapewniał, że w czasie podróży pociągiem przez “taki niezdarzony kraj” przy życiu jedynie utrzymywali go spotykani na wszystkich stacjach krzykliwi sprzedawcy smakowitych, soczystych owoców.

Pociąg wciąż podążał na północ. Tomek zapisywał w swym notesie mijane podczas podróży ważniejsze miasta, a więc: Bombaj, Surat, Baroda, Ahmadabad i Dżajpur [31]. Owego właśnie ranka dopisał stację “Bandikoi”. W dniu tym mieli dotrzeć do celu swej podróży — Alwaru.


* * *

Pociąg zwalniał bieg. Tomek niemal przylgnął do okiennej siatki. W dali, z tropikalnej zieleni porastającej okolicę wyłoniły się kopuły pałaców i świątyń ponad murami okalającymi indyjskie miasteczko.

W tej właśnie chwili bosman wydobył z kieszonki w spodniach zegarek, po czym rzuciwszy na niego wzrokiem, rzekł:

— Coś mi się wydaje, Andrzeju, że nareszcie dobijamy do portu. Według rozkładu jazdy zaraz powinniśmy wylądować w Alwarze.

— Słuszne spostrzeżenie, drogi bosmanie, jeżeli oczywiście umówimy się, że ten pociąg jest statkiem, a miasteczko Alwar, leżące w samym sercu Indii, portem — odparł Wilmowski, pokpiwając z marynarza, który nawet na lądzie używał wyrażeń związanych z jego zawodem.

Bosman zniecierpliwiony machnął zabandażowaną ręką i burknął:

— Nie czepiaj się, za przeproszeniem, każdego słówka, bo mi wcale nie do żartów. Pociąg wlecze się jak żółw, a tymczasem cała ta tajemnicza sprawa Smugi cuchnie mi gnijącym na mieliźnie wielorybem!

— Wszelkie nasze dociekania na ten temat nie doprowadzą do odgadnięcia prawdy. Wobec tego poczekajmy lepiej, dopóki Smuga sam wszystkiego nam nie wyjaśni. Nie może tu chodzić o drobnostkę — odpowiedział Wilmowski, a zwracając się do syna dodał: — Tomku, czas przygotować się do wysiadania, dojeżdżamy do Alwaru.

— Tak, ojcze, już widać budowle miasta, a tymczasem pan bosman, starym zwyczajem, znów zaczyna utyskiwać. W Hamburgu narzekał, że w miejskich murach czuje się jak solony śledź w beczce zabitej denkiem. Teraz dla odmiany denerwuje go zbyt długa jazda pociągiem...

— Ejże, brachu, nie wódź mnie na pokuszenie, żebym nie przyciął ci języka — burknął bosman, spod oka spoglądając na młodszego przyjaciela. — Pod nosem masz dopiero miejsce na wąsy, ale coraz więcej zaczynasz starszym dogadywać.

Tomek uśmiechnął się; podszedł do marynarza i zajrzał mu w oczy mówiąc:

— To niech pan stałym gderaniem nie pokrywa niepokoju o pana Smugę. Przecież my również obawiamy się o niego.

— Skąd wiesz, że się niepokoję o Smugę? — burknął bosman.

— Nasza rezolutna przyjaciółka Sally, która przeżyła z nami tyle niezwykłych przygód [32], powiedziałaby, że w twarzy pana można czytać jak w otwartej książce.

Bosman zmieszany chrząknął, żeby zyskać na czasie. Wkrótce jednak opanował zakłopotanie, znalazłszy sposób odpłacenia się pięknym za nadobne domyślnemu przyjacielowi.

— Ładnie to nawet z twojej strony, że niemal co dzień wspominasz tę miłą sikorkę, Sally — zaczął niby z uznaniem. — Ha, pewno wolałbyś teraz siedzieć przy niej i pomagać jej w lekcjach. Moim jednak zdaniem lepiej tak często nie mów o niej.

— Nie rozumiem, do czego pan zmierza — mruknął Tomek rumieniąc się mimo woli.

— Iiiii, nic takiego! Podobno wspominanie nieobecnej osoby przyprawia ją o czkawkę, a to przecież naszej sikorce może przeszkadzać w nauce. Nie chciałbyś chyba, żeby twoja narzeczona została w tej samej klasie na drugi rok?

— Tyle razy prosiłem pana o nie nazywanie Sally “sikorką”. Poza tym, kto panu powiedział, że jest moją narzeczoną? — oburzył się Tomek.

— Więc to tak, zdrajco?! — nie na żarty rozzłościł się bosman. — Wypierasz się dziewczyny, mimo że dla jej ocalenia ryzykowaliśmy życie?! Gadaj, co chcesz, a ja i tak wiem swoje, na twoim jednak miejscu nie ścierpiałbym, żeby jakiś bubek z przylizanymi włosami na łepetynie zaczynał umizgać się do niej!

— Kogo właściwie ma pan na myśli? — zaniepokoił się Tomek, zapominając o swym oburzeniu. — Chyba nie chodzi panu o kuzyna Sally, który stale patrzy na nią jak sroka w gnat?

— Nie w smak ci ten kuzynek, obłudniku? — triumfował bosman. — No, ale pal cię sęk, na mój gust jednak mógłbyś czasem trzepnąć go po uchu! Wprawdzie nie dziwię się ani tobie, ani temu angielskiemu chudzielcowi, bo gdybym był ciut młodszy, to sam bym zrobił oczko do niej... Zuch dziewczyna i kompan pierwsza klasa! Jak się to dzielnie spisywała, gdy Indiańce w Ameryce porwali ją do niewoli!

— W Meksyku gniewał się pan na wodza Czarną Błyskawicę za swatanie pana z Indiankami, a teraz sam przedzierzgnął się pan w swata — zżymał się Tomek. — Dokucza mi pan przy każdej okazji, ale ja...

— Przestańcie się kłócić, moi drodzy, wysiadamy — powiedział Wilmowski, kładąc kres przekomarzaniu.

Zbliżali się do małej stacyjki. Tomek i bosman natychmiast zapomnieli o sprzeczce. Zaraz też w największej zgodzie pośpiesznie zdjęli z łóżek swą podróżną pościel, umieścili w specjalnie przeznaczonym na nią koszu i zaledwie pociąg przystanął na stacji, natychmiast zaczęli wyładowywać na peron swe bagaże. Uporali się z tym szybko, jak ludzie przywykli do odbywania dalekich podróży. Nim pociąg odjechał w dalszą drogę, Tomek zdążył sprawdzić, czy wynieśli z wagonu wszystkie walizy i futerały z bronią, po czym dopiero rozejrzał się wokoło.

Samotny dworzec w Alwarze przypominał dużą, drewnianą szopę. Widać stąd było drogę wijącą się wśród pól i drzew ku miasteczku, otoczonemu starym obronnym murem. Na peronie znajdowało się zaledwie kilku półnagich wyrostków. Ciekawie przyglądali się obcym, białym podróżnym.

Wilmowski przywołał chłopców przyjaznym ruchem ręki, po czym odezwał się do nich w języku angielskim:

— Czy wiecie, gdzie znajduje się pałac maharadży Alwaru?

— Ho, ho, biały sahibie, któż by zliczył wszystkie pałace naszego potężnego władcy! — odparł również po angielsku rezolutnie wyglądający chłopiec. — Posiada on ich chyba tyle, ile jest gwiazd na niebie. Ja znam z nich tylko trzy, lecz ktoś starszy potrafi ci zapewne wskazać ich więcej. Otóż jeden pałac znajduje się w samym Alwarze, drugi poza miastem w wielkim ogrodzie na skraju dżungli, a trzeci w świętym mieście Benares [33], dokąd maharadża udaje się co roku na pielgrzymkę.

— Czy maharadża przebywa teraz w Alwarze? — dalej indagował Wilmowski.

— To już wie tutaj nawet każde dziecko, że w porze polowania na tygrysy nasz maharadża mieszka w swoim pałacu obok dżungli. Słyszałem, że dzisiaj reszta słoni ma wyruszyć z Alwaru do rezydencji łowieckiej na wielkie polowanie — wyjaśnił chłopiec, zdumiony ignorancją zazwyczaj wszystkowiedzących białych sahibów.

— Dziękuję ci za tak dokładną informację — z uśmiechem odparł Wilmowski. — Teraz już wiemy, gdzie należy szukać maharadży. Czy mógłbyś nam jeszcze powiedzieć, w jaki sposób najdogodniej dotrzemy z naszym bagażem do tego pałacu?

— Nie ma nic łatwiejszego, szlachetny sahibie, przed stacją stoi tika ghari [34]. Woźnica na pewno zawiezie was za kilka annas [35] do samych wrót pałacu — doradził chłopiec.

— Wobec tego pomóżcie nam przenieść bagaże — zaproponował Wilmowski.

— Chętnie to uczynimy, wspaniałomyślny sahibie! Myślę, że dasz nam za to po jednej anna — zawołał chłopiec, ochoczo chwytając dużą walizę.

— Dobrze, otrzymacie po jednej anna — potwierdził Wilmowski i mrugnął znacząco okiem do umorusanych urwisów.

Razem wyszli przed dworzec. Zgodnie z zapowiedzią młodego Hindusa tika ghari stał przed dworcem. Był to rodzaj wozu bez resorów, wyglądem przypominający dyliżans. Wewnątrz, po obu jego bokach, znajdowały się ławki dla pasażerów, osłonięte przed słońcem oryginalnym baldachimem, sporządzonym z połatanych worków jutowych i przymocowanych w górze do bambusowych kijów sterczących w czterech rogach tego dziwacznego pojazdu. Zaprzęg stanowiły dwa małe, chude koniki.

Wilmowski szybko dobił targu z woźnicą, ubranym w długie luźne spodnie, wyłożoną na wierzch koszulę bez kołnierzyka i niewielki turban. Z kolei wręczył po jednej anna chłopcom, którzy popychając się i przekrzykując piskliwie, ulokowali bagaże pomiędzy ławkami dyliżansu.

Biali podróżni wsiedli do prymitywnego wehikułu. Woźnica, nie spiesząc się, przysiadł na grubym dyszlu pomiędzy końmi, po czym nie przerywając żucia betelu [36], krzyknął:

— Honk, hai, hai! [37]

Wychudzone szkapiny ruszyły z miejsca i wlokąc się noga za nogą podążyły w kierunku Alwaru.

Droga usiana drobnym żwirem, w pewnej odległości od dworca zaczęła nieco piąć się w górę. Tuż przy niej, pośród okolonych krzewami aloesu i dość czysto utrzymanych podwórzy, rozsiadły się splecione z bambusu wiejskie chatynki. Niemal przed każdą z nich rósł bananowiec [38]. Spostrzegawczy Tomek wkrótce zwrócił na to uwagę i o zaobserwowanej ciekawostce poinformował towarzyszy. Wilmowski jako doskonały geograf znał zwyczaje ludów zamieszkujących różne kraje, wyjaśnił więc, iż samotne bananowce znajdują się nieprzypadkowo obok chat indyjskich wieśniaków. W myśl miejscowego zwyczaju, Hindus w dniu ślubu zasadza przed swym domkiem bananowiec, aby jego pożywne owoce chroniły w przyszłości całą rodzinę przed klęską głodu. Na podwórzach przed domkami, w cieniu rododendronów obsypanych czerwonym kwieciem widać było kobiety oraz gromadki dzieci.

Ubranie wieśniaczek składało się z dwóch kawałków kolorowego materiału przeważnie w czerwono-żółtą kratę. Jeden z nich opinał smukłe biodra, drugi okrywał piersi i ramiona. Młode niewiasty nosiły wokół rąk i kostek u nóg bransolety, a w uszach olbrzymie kolczyki.

Mężatki miały ponadto wpięty z lewej strony dziurki od nosa półksiężycowaty kolczyk z rubinem bądź brylantem, zależnie od stopnia zamożności. Niektóre kobiety przykucnąwszy na ziemi przygotowywały posiłek dla mężczyzn pracujących na pobliskich poletkach, inne otłukiwały ryż w dużych kamiennych stępach, posługując się przy tym długimi, ciężkimi, drewnianymi tłuczkami. Tylko staruchy bezczynnie obserwowały zapracowane młodsze gospodynie i z filozoficznym spokojem człowieka, który spełnił już swój życiowy obowiązek, paliły fajki bądź kaliany zwane również nargilami [39]. Dzieciarnia o brunatnych, błyszczących ciałkach, wysmarowanych kokosowym masłem dla zabezpieczenia przed zgubnymi skutkami palących promieni słońca, biegała niemal naga. Często tylko amulet [40] zawieszony na sznurku na szyi był całym ubiorem dziecka.

Na widok białych podróżników młodsze Hinduski zakrywały twarze zapaskami. Matki ponadto zarzucały dzieciom chustki na głowę. Gdy dyliżans oddalał się, natychmiast sięgały po skorupę orzecha kokosowego napełnioną tuszem, by umoczonym w nim pędzelkiem namalować szerokie, czarne kreski na dolnych powiekach dzieci. Według ich wierzeń miało to skutecznie chronić potomstwo przed urokiem rzucanym przez “złe oko” cudzoziemca.

Tuż przy drodze bujnie krzewiły się zagajniki bambusowe i migdałowe oraz drzewa pinii. Wśród nich spokojnie pasły się sarny, dumnie spacerowały pawie z szeroko rozpostartymi, barwnymi ogonami, to znów z gałęzi drzew rozlegał się skrzek małych zielonych papug, jakby podenerwowanych ruchliwością małp, zerkających zza migdałowych pni.

Obaj Wilmowscy z zainteresowaniem obserwowali mijaną okolicę, bosman natomiast, chociaż był zazwyczaj ciekaw poznania nowych krajów, tym razem siedział nachmurzony i złorzeczył pod nosem na zbytnią powolność “indyjskich szkap”. Cierpliwość dobrodusznego wielkoluda została niebawem poddana znacznie trudniejszej próbie.

Oto o kilkadziesiąt metrów przed dyliżansem pojawiła się na drodze duża, chuda, biała krowa. Wyszła z przydrożnego zagajnika i korzystając z cienia rzucanego przez rozłożyste konary platanu [41], legła na samym środku drogi. Gdy dyliżans zbliżył się do beztrosko odpoczywającego zwierzęcia, woźnica nie mogąc go wyminąć, zatrzymał swe koniki, po czym zeskoczył z dyszla, na którym siedział, i z nabożną czcią zaczął przypatrywać się przeżuwającej pokarm krowie.

Bosman Nowicki coraz bardziej zniecierpliwiony przedłużającym się postojem uniósł się z ławki i zawołał:

— Hej tam, dobry człowieku, czy nigdy w życiu nie widziałeś krowy, że gapisz się, jakbyś ujrzał nie wiadomo jakie cudo? Przegnaj prędzej to bydlę i ruszaj dalej w drogę!

Woźnica nie zwrócił najmniejszej nawet uwagi na ponaglenie. Dostojnym ruchem pochylił się nad krową, dotknął jej głowy wskazującym palcem, a następnie z największą czcią przyłożył go do swego czoła.

— Ani chybi zwariował chłop — oburzył się bosman. — To pewno z tego gorąca mieszają mu się klepki w głowie. Hej, woźnico, do wszystkich diabłów...

— Milcz bosmanie, jeśli nie chcesz narazić nas na poważne kłopoty — po polsku ostro odezwał się Wilmowski.

Bosman przerwał w połowie zdania, zmieszany kategorycznym tonem przyjaciela, dla którego zawsze miał wiele szacunku z powodu jego dużej wiedzy i rozsądku.

— Podróże po szerokim świecie — mówił Wilmowski — są doskonałą szkołą dla każdego człowieka, siedź więc cicho, mąciwodo, i uważnie notuj w pamięci oryginalne zwyczaje mieszkańców tego kraju.

— Słusznie mówisz, Andrzeju, gdy człowiek trzyma język za zębami, często unika niepotrzebnych kłopotów — sumitował się marynarz. — O mało jednak z własnej skóry nie wyskoczę, gdy ten niezdara, zamiast przeciągnąć krowinę batem, stuka ją tylko palcem po grzbiecie. Jeżeli tak dalej pójdzie, to i za rok nie dojedziemy do pana Smugi.

— W pewnych okolicznościach najlepiej jest pogodzić się z zaistniałymi faktami — powiedział Wilmowski. — Przede wszystkim pamiętaj, bosmanie, że dla mieszkańców Wschodu wszelki pośpiech jest cechą niższości. Toteż jeżeli chcesz, aby cię tutaj szanowano, zachowuj się statecznie i dostojnie. Po drugie nasz woźnica nie stuka krowy palcem po grzbiecie, aby ją zegnać z drogi, lecz dokonuje obowiązującego Hindusów ceremoniału i nie ma takiej siły na świecie, która mogłaby go zmusić do zakłócenia spokoju bydlęciu.

— A to ci heca! — zawołał bosman, śmiejąc się rubasznie. — U nas na wsi byle berbeć smaga batem krówsko po grzbiecie, gdy włazi w szkodę. Tutaj zaś dorosły chłop “sieje cykorię” przed takim spokojnym bydlęciem. Skoro jednak tak jest, to muszę sam przemówić tej krowinie do rozsądku, bo nie mam zamiaru sterczeć na drodze dla jej przyjemności.

Mówiąc to ponownie uniósł się z ławki, by wysiąść z dyliżansu. Naraz zniecierpliwiony Tomek odezwał się:

— Jest pan, jak zwykle, kąpany w gorącej wodzie. Niech pan siedzi i słucha!

— A ty znów czego chcesz ode mnie?! — żachnął się marynarz.

— Gdyby pan stale nie przerywał ojcu, to dowiedziałby się pan czegoś bardzo ciekawego.

— Nie przeczę, że twój szanowny tatuś jest chodzącą encyklopedią — skwapliwie przyznał bosman. — Cóż jednak więcej ciekawego mógłbym dowiedzieć się o zwykłych krowach? Nie zacznij mi tylko klarować, że mają one wymiona do dojenia i rogi, bo to już sam wiem od dawna.

— To niewiele, panie bosmanie — z przekąsem zauważył Tomek. — Czy nie słyszał pan nigdy o hinduizmie?

— Co ma piernik do wiatraka, mądralo? — rzekł bosman wzruszając ramionami.

— Może i ... ma! Niech pan najpierw odpowie na moje pytanie!

Bosman podejrzliwie spojrzał na Tomka. Nie był pewny, czy przyjaciel nie płata mu jakiegoś figla. Nie dojrzawszy wszakże w jego twarzy wesołości, namyślał się przez dłuższą chwilę, po czym dopiero odparł niezbyt pewnym głosem:

— Hm, to chyba jakaś tutejsza religia...

— Nieźle, nawet zupełnie nieźle, niech pan jeszcze trochę pomyśli — zachęcał Tomek.

Nagle bosman uderzył się dłonią w czoło, wołając:

— A niech mnie zdechły wieloryb połknie za taką pamięć! Przecież w Bombaju klarowaliście mi, iż Hindusi mają bzika na punkcie krów!

— Brawo bosmanie, a już myślałem, że Tomek zapędzi cię w kozi róg — pochwalił Wilmowski. — Nie pomyliłeś się jednak! Hinduizm jest religią większości Hindusów. Nakazuje on wyznawcom zachowanie ustroju kastowego [42], wiarę w świętość braminów, czyli hinduskich kapłanów, a także wiarę w świętość krowy i w wędrówkę dusz. Dlatego właśnie białe krowy oraz woły są stworzeniami czczonymi przez Hindusów.

— Dlaczego oni tak się przyczepili do tych krów? Przecież tyle jest jeszcze innych bydląt na świecie — dziwił się bosman.

— Posiada to pewne naturalne uzasadnienie — odpowiedział Wilmowski. — Krowa była dla starożytnych Ariów bardzo użytecznym zwierzęciem. Dostarczała im pożywienia, skór, nawozu na opał, przy jej pomocy orali pole oraz zaprzęgali ją do wozu jako zwierzę pociągowe. Wyróżnianie się krowy wielostronną użytecznością ułatwiało braminom wpojenie wyznawcom hinduizmu kultu religijnego dla tego zwierzęcia. W myśl ich nauki wszystko, cokolwiek pochodzi od krowy, posiada symboliczne, religijne znaczenie. Na przykład tak zwanych “pięć produktów krowy”, a więc: masło, mleko, śmietana, kał i uryna, ma jakoby skutecznie wyjednywać łaskę dla modlącego się, jeżeli je ofiaruje bogom przed ołtarzami świątyń. Asceci nacierają swe ciało popiołem z krowiego nawozu. Krowi ogon był uważany za symbol władzy oraz amulet odpędzający złe duchy, toteż dawniej noszono go jak godło nad głową panującego. Nawet obecnie w czasie składania przysięgi, Hindus wylewa na krowi ogon wodę zaczerpniętą ze świętego Gangesu, a ponadto niektórzy Hindusi wierzą również, iż krowi ogon włożony w dłonie konającego wyznawcy ułatwia mu przekroczenie progu życia i śmierci.

Bosman śmiał się tak ubawiony, że aż łzy płynęły mu z oczu. Tymczasem Wilmowski kończył:

— Nie tylko krowy cieszą się religijną czcią u Hindusów, chociaż są uważane za najbardziej święte zwierzęta. Poza nimi czczone są węże, szczury, papugi, małpy, słonie, tygrysy, gęsi, byki i inne, a z każdym z tych zwierząt związane są mity oraz legendy oparte na motywach religijnych. No, przestań, bosmanie, rechotać jak żaba; pamiętaj, że Hindusi uważają za ciężki grzech nie tylko zabicie krowy, lecz nawet i jej “znieważenie”.

— Daj mi spokój z takimi zabobonami, ale mimo wszystko miałeś rację, iż podróże po świecie kształcą człowieka. Teraz zrozumiałem, dlaczego garstka angielskich cwaniaków rządzi się tutaj, jak u siebie w domu — rzekł bosman wycierając oczy chusteczką.

— Uwaga twoja jest w znacznej mierze słuszna — przyznał Wilmowski. — Należy jednak pamiętać, że kultura hinduska, porównywana do kultury Greków i Rzymian należy do najstarszych na Ziemi. Hindusi posiadają bogaty dorobek w dziedzinie piśmiennictwa o tematyce religijnej, a także w dziedzinie filozofii i poezji. Ponadto budownictwo ich wspaniałych świątyń i pałaców nie ustępuje architekturze innych starożytnych ludów. Oni również szeroko rozwinęli system sztucznego nawadniania pól oraz chów bydła.

— Za mądre to dla mnie! — zaoponował bosman. — Noga mnie mocno swędzi, więc lepiej powiedz, Andrzeju, jaka kara grozi tutaj człowiekowi za kopnięcie krowiny w zadek?

— Czasem można za to stracić głowę lub też zostać skazanym na męczarnie straszniejsze niż śmierć. W każdym razie, jeśli prawowierny Hindus dopuści się zabicia krowy, to musi odbyć pielgrzymkę do jednego ze świętych miast i przez cały czas nieść tykę udekorowaną krowim ogonem na znak, że odprawia ciężką pokutę. Ostatnie dziesięć mil do celu pielgrzymki przemierza długością własnego ciała, to znaczy pada na ziemię z wyciągniętymi jak najdalej przed siebie ramionami, potem wstaje, odmawia modlitwę i znów pada, wstaje, modli się i czyni tak aż do końca wędrówki. Po przybyciu do świętego miasta musi “oczyścić się” pijąc i jedząc pięć ofiarnych “produktów krowy”, co nie należy chyba do specjalnych przyjemności.

— Ależ to obrzydliwe, ojcze! — niedowierzająco zawołał Tomek.

— Taki obowiązuje tutaj obyczaj — zapewnił Wilmowski.

— Daj spokój, Andrzeju, bo zaczyna mnie w dołku uciskać i będę musiał wychylić się za burtę dyliżansu, a przecież szkoda śniadania zjedzonego w pociągu — powiedział bosman wykrzywiając usta. — Wprawdzie nie jestem Hindusem, ale słusznie zrobiłeś, powstrzymując mnie od spostponowania tej krowy, pal ją sęk!

— Jak widzę, nauka w las nie poszła — rzekł rozweselony Wilmowski. — Wiele jeszcze poznamy niezrozumiałych obyczajów, jeżeli okoliczności zmuszą nas do pozostania dłużej w tym niezwykłym kraju. Dlatego też nie żałujmy straconego czasu, ponieważ spotkanie ze świętą krową było pouczającą przestrogą dla nas.

— Uwaga panowie! Chyba zaraz pojedziemy dalej — zauważył Tomek.

W tej właśnie chwili krowa, jakby nie chcąc dłużej nadużywać cierpliwości białych sahibów, wolno podniosła się z ziemi. Opędzając się ogonem przed rojem owadów, skryła się w przydrożnym zagajniku. Woźnica bez pośpiechu z powrotem wlazł na dyszel pomiędzy konie. Niebawem zawołał: “Honk, hai, hai!” Tika ghari ruszył w drogę.

Za chwilę wóz wtoczył się na most, przerzucony przez fosę wykopaną przed murem obronnym miasteczka, minął kamienną bramę. Alwarskie domki tonęły w powodzi drzew o jasnokoralowym kwieciu; posiadały mnóstwo ażurowych altan, podcieni, wykuszów, spowitych zielenią pnączy balkonów oraz kokieteryjnie wpółosłoniętych okien. Wspaniałe pałace oraz stare świątynie nadawały miasteczku wyraz swoistego, niezapomnianego piękna. W biedniejszej dzielnicy, gdzie wszędzie królował swąd oliwy, używanej do smażenia potraw, mężczyźni pracowali w podcieniach domów. Jedni rzeźbili z kości słoniowej filigranowe ozdoby, inni wycinali z marmuru lub alabastru posążki bóstw, a wytwórcy ulubionego przez strojnisie hinduskie delikatnego muślinu suszyli świeżo ufarbowane sztuki, nosząc je w rękach, ponad głowami, rozpięte na wietrze.

Woźnica kierował dyliżans ku północnej bramie miasta, aby wyjechać na drogę do łowieckiej rezydencji maharadży. W pewnej chwili znaleźli się na placu, na którym akurat odbywał się jarmark. Tutaj, według zwyczaju panującego w Indiach, kupcy sprzedający ten sam towar grupowali się w jednym miejscu i siedzieli wszyscy obok siebie. W ten sposób gromadzili się cechami rzemieślnicy. Na bambusowych stoiskach widać było czerwone strąki pieprzu, małe cebulki, imbir oraz inne korzenie, które służą do sporządzania przypraw do ryżu, codziennej potrawy Hindusów. Na barwnych chustach rozłożonych wprost na ziemi piętrzyły się stosy melonów, granatów, arbuzów, brzoskwiń, bananów, mango, kokosów, ananasów, pomarańcz, fig, daktyli, orzeszków ziemnych i słodkich patatów. Nie opodal piekarze sprzedawali, zawijane w liście bananowe, placki jajeczne z papryką i cebulą, ciastka oraz pączki nadziewane ostrymi korzeniami. Rzeźnicy zachwalali ćwiartki baranie i koźlęce, a jednocześnie czujnym wzrokiem śledzili krążące w powietrzu nad jatkami żarłoczne sępy i jastrzębie, gotowe, w chwili nieuwagi sprzedawcy, porwać kawał mięsa. Pomiędzy warzywnymi straganami wałęsała się jakaś “święta” krowa. Bez przeszkód zjadała z koszów smakowite kąski. Handlarze nie odpędzali jej, wierząc, iż poniesiona dla świętego zwierzęcia ofiara zjedna im łaskę bogów. Dalej znajdowały się stoiska sprzedawców skór koźlich, owczych, leopardzich i łasiczych. W pobliżu znów inni handlarze zachwalali skuteczność najrozmaitszych amuletów, bądź prezentowali kobietom błyskotliwe ozdoby.

Podróżnicy przejeżdżali skrajem targowiska. Bosman zerkał na stragany, skąd płynęły smakowite zapachy. Już brała go ochota, by przystanąć w celu poczynienia zakupów, gdy naraz wokół zapanowało niezwykłe ożywienie. Handlarze pospiesznie usuwali stoiska. Woźnica dyliżansu zatrzymał konie, po czym wskoczył na siedzenie, by lepiej widzieć.

— Co to ma znaczyć? — zawołał bosman wstając z ławki.

Wilmowski niespokojnie spoglądał w wylot ulicy na rynek. W pobliżu widać było kopuły hinduskiej świątyni. Stamtąd właśnie nadchodził potężniejący z każdą chwilą krzyk ludzi. Wilmowski wiedział, że w Indiach na tle różnic religijnych często wybuchają krwawe zatargi pomiędzy wyznawcami hinduizmu i mahometanami, albowiem obydwa fanatyczne ugrupowania wzajemnie się zwalczają. Na przykład hinduiści podczas procesji polecali swoim kapelom grać najgłośniej w pobliżu muzułmańskich meczetów, ponieważ prorok zakazywał muzułmanom muzyki, natomiast mahometanie mieli zwyczaj szlachtować krowy w pobliżu świątyń hinduskich, co znów było zbrodnią w myśl wierzeń Hindusów. Tym jednak razem obawy okazały się nieuzasadnione.

Na targowisko wkraczał dziwny korowód. Jeden za drugim szły olbrzymie słonie. Na każdym z nich siedział mahut [43], kierujący zwierzęciem uderzeniami bambusowej laseczki. Mahuci w języku hindi [44] ganili ludzi za powolność, a słonie poruszały uszami niczym wachlarzami i bez obawy zagłębiały się w tłum ustępujący przed nimi. Tratowały stragany, lecz mimo to nie było słychać jakichkolwiek protestów. Jak spod ziemi wyrastali chłopcy z wielkimi, okrągłymi koszami. Gdy tylko jakiś słoń przystanął w celu załatwienia naturalnej potrzeby, chłopcy natychmiast podstawiali mu swój kosz.

Bosman widząc to klepnął się w udo i zawołał:

— A niech mnie wieloryb połknie! Nigdy bym nie przypuszczał, że Hindusi są takimi higienistami, jeżeli chodzi o słonie. Patrzcie tylko, nic im nie przeszkadza, że muchy niczym latające rodzynki obsiadają ciastka na straganach, ale za każdym słoniem biegnie chłopaczysko z przenośną ubikacją.

Tomek i Wilmowski wybuchnęli śmiechem, słysząc tę zabawną uwagę.

— Mój bosmanie, ci chłopcy są zbieraczami nawozu, który w Indiach jest bardzo ceniony — wyjaśnił Wilmowski. — Dlatego przejście słoni przez miasto jest dla mieszkańców nie lada gratką. Widzisz, słoń za jednym zamachem napełnia kosz po brzegi.

Piętnaście olbrzymich słoni majestatycznie kroczyło przez targowisko. Gdy znajdowały się w pobliżu dyliżansu, Wilmowski zwrócił się do woźnicy:

— Do kogo należą te słonie, którym wolno bezkarnie tratować ludzki dobytek?

— To słonie naszego maharadży, sahibie. Tutaj wszystko należy do niego — odparł woźnica. — One idą na wielkie polowanie na tygrysy do łowieckiej rezydencji.

— Wobec tego korzystajmy z okazji i podążajmy za nimi, dopóki mamy wolną drogę — polecił Wilmowski. — Przecież i my jedziemy na spotkanie z waszym maharadżą.

— Honk, hai, hai! — krzyknął woźnica.


Загрузка...