Chińska uczta i zła wiadomość

Następnego dnia podróżnicy dotarli do rzeki Kara-kasch-darii i przez płytki bród przeprawili się na drugi jej brzeg. Obecnie znajdowali się w widłach, utworzonych przez Kara-kasch-darię i Jurung-kasch-darię, z których pierwsza wypływała z gór, druga z wyżyn Tybetu. Obydwie rzeki zbiegały się w Kotlinie Tarymskiej i płynęły dalej jako rzeka Chotandaria. Ginęła ona w piaskach w głębi pustyni Takla Makan, bądź też, w przypadku większego przyboru wody, stanowiła dopływ rzeki Tarym.

Międzyrzecze, nawiedzane często przez powodzie, porastały łęgowe lasy topolowe podszyte gąszczem wysokich trzcinowych oczeretów. Wilmowski, zamiłowany botanik, zwrócił uwagę na te nie spotykane gdzie indziej w Azji Środkowej drzewa. Smukłe z rozłożystymi koronami topole, zwane “tugrak”, rosły na piaszczystych barchanach. Ich suche liście szeleściły i rozsypywały się w proch za lada podmuchem wiatru. Podróżnicy wolno torowali sobie drogę przez gęstwinę. Trzymali w pogotowiu broń, tutaj bowiem łatwo było natknąć się na duże stada dzików i tygrysów. Pandit Davasarman podczas poprzedniej bytności w Chińskim Turkiestanie widział w tych okolicach również dzikie konie i wielbłądy.

Tonąc w wysokich trzcinach wraz z końmi, orientowali się tylko według położenia słońca. Konsekwentnie zdążali na wschód ku brzegowi Jurang-kasch-darii. Po przeprawie przez tę rzekę, Pandit Davasarman, bosman i Tomek odłączyli się od karawany. Aby w Chotanie nie budzić podejrzeń straży miejskiej, nie zabrali karabinów ani juków. W trójkę skierowali się na południe wzdłuż brzegu Jurang-kasch-darii, podczas gdy cała karawana udała się w kierunku południowo-wschodnim, by ominąć miasto i w umówionym miejscu u podnóża gór rozbić obóz.

Bliżej Chotanu trzej jeźdźcy znaleźli się wśród uprawnych pól, poprzecinanych sztucznymi kanałami. Jeszcze przed zmierzchem dotarli do drogi wiodącej ze wschodu do miasta. Teraz skręcili na zachód wprost ku Chotanowi. Jeśli patrole chińskie nadal kontrolowały karawany dążące z zachodu, to dzięki sprytnemu manewrowi Pandita Davasarmana nie powinny były zwrócić uwagi na trzech jeźdźców, przybywających do Chotanu z odwrotnego kierunku. Pokrzepieni tą nadzieją spokojnie jechali drogą wysadzoną drzewami morwowymi oraz topolami. Znużeni monotonnym krajobrazem piaszczystej pustyni, ciekawie rozglądali się po rozległej oazie i podziwiali przydrożne wioski tonące w zieleni sadów i pól.

Raźno zbliżali się do Chotanu. W rzeczywistości miasto tworzyły trzy miasteczka: Ilcza, Jurung-kosz i Kara-kosz, aczkolwiek krajowcy tylko pierwsze z nich, największe, zwykli zwać Chotanem. Miasto nie było okolone murem, mimo to wjechać do niego można było jedynie przez jedną z pięciu bram, a po ich zamknięciu przez furtkę kontrolowaną przez wojskową wartę.

Znajomy Pandita Davasarmana mieszkał w Ilczy-Chotanie. Ponieważ podróżnicy nadjechali ze wschodu, musieli minąć miasteczka Jurung-kosz i Kara-kosz, aby dotrzeć do jego domu. Dzięki ożywionemu ruchowi bez trudności przemknęli się wśród tłumu ludzi oraz jucznych zwierząt przez bramę do miasta. Mijali wąskie uliczki pozbawione jakiejkolwiek zieleni. Szare, ponure domy przeważnie nie posiadały okien. W ten sposób przezorni wyznawcy Allacha chronili swe kobiety przed pokusą pokazywania się z nie osłoniętymi twarzami obcym mężczyznom. Górne piętra niektórych domów wysuwały się ponad ulice, a nawet łączyły się z domami po przeciwnej stronie, toteż miejscami podróżnicy jechali niczym przez długie mroczne tunele.

Pandit Davasarman zatrzymał wierzchowca w pobliżu głównego rynku, całkowicie ocienionego dachem. Zsiedli z koni. Znajdowali się przed piętrowym, wąskim domem. Nad masywnymi drzwiami, obecnie jeszcze szeroko otwartymi, wisiał szyld pokryty chińskim pismem.

— Jesteśmy na miejscu — oświadczył Pandit Davasarman.

— Czy ten pana znajomy jest Kitajcem? — zapytał bosman, zerkając na pokryty hieroglifami szyld.

— Tak, jest Chińczykiem, lecz ożenił się z Kirgizką — wyjaśnił Pandit Davasarman. — Będziecie mogli z nim rozmawiać po rosyjsku.

Przywiązali konie do żelaznych kółek wmurowanych w ścianę, po czym weszli do sklepu. Sun Li, właściciel, musiał być bardzo zamożnym człowiekiem. Świadczyły o tym stosy kaszgarskich dywanów, dorównujących znanym na całym świecie perskim artystycznym kobiercom, oraz umieszczone na półkach setki kumganów, czyli imbryków do herbaty, ozdobne tace i inne naczynia z doskonale cyzelowanej miedzi.

Zaledwie znaleźli się w sklepie, zza kotary z różnokolorowych koralików wynurzył się stary Chińczyk w krymce na głowie. Potrząsnął wyciągniętymi przed siebie, złożonymi razem dłońmi i jednocześnie pochylił głowę.

— Czy zastaliśmy dostojnego Sun Li? — po rosyjsku zapytał Pandit Davasarman.

— Mój pan oddalił się do swego mieszkania, lecz chociaż jestem wobec niego tylko nędznym prochem, postaram się spełnić wszystkie życzenia czcigodnych gości. Zaraz podadzą herbatę, a potem porozmawiamy o interesach — odparł Chińczyk.

— Chętnie napijemy się herbaty, lecz najpierw powiadom dostojnego Sun Li, iż przybył z daleka wędrowiec, aby obejrzeć drogocenny kumgan, z wyrytymi na nim figurami wszystkich narodów Azji.

— Natychmiast wykonam twe polecenie, czcigodny panie — szepnął Chińczyk, po czym schylony w niskim ukłonie skrył się za zasłoną.

Słowa Pandita Davasarmana musiały zawierać umówione hasło, gdyż po krótkiej chwili znów zaszeleściła koralowa zasłona. Przed podróżnikami stanął mężczyzna odziany w długą, jedwabną kurtkę oraz luźne spodnie. Spod obcisłej, okrągłej krymki na głowie opadał mu na plecy długi warkocz. Ze złożonymi na brzuchu rękoma i dłoniami wsuniętymi w szerokie rękawy kurtki, spoglądał przenikliwym wzrokiem na przybyłych.

— Nie poznałeś mnie, dostojny Sun Li! Zaraz przypomnisz sobie tego, którego kiedyś nazwałeś wielkodusznym przyjacielem — zagadnął Pandit Davasarman. Uchylił futrzanej czapy.

Jedynie błysk oczu Sun Li mógł zdradzić, iż poznał gościa. Zaraz jednak opuścił powieki. Pochylił się nisko, mówiąc:

— Witaj, czcigodny Pandicie, w moich skromnych progach. Dawno cię nie widziałem. Zapewne jesteś z przyjaciółmi?

— Zgadłeś, dostojny Sun Li. Nasze wierzchowce zostawiliśmy przed domem.

Sun Li klasnął w dłonie. Zza zasłony bezszelestnie wysunęło się czterech krępych chińskich służących. Stanęli wyczekująco obok swego chlebodawcy. Wsunięte pod kaftany dłonie zapewne zaciskały się na rękojeściach sztyletów. Sun Li rzucił po chińsku krótki rozkaz, a następnie skłonił się przed gośćmi i rzekł po rosyjsku:

— Chodźcie, czcigodni przyjaciele, na górę do mego mieszkania. Służba zaopiekuje się końmi i zaraz zamknie sklep. Nikt nam nie będzie przeszkadzał.

Za zasłoną pięły się w górę kręte schody. Po nich weszli na pierwsze piętro. Sun Li wprowadził ich do obszernej izby oświetlonej kolorowymi lampionami. Wzdłuż jednej ściany stał kan, to jest rodzaj szerokiej ławy z cegły otynkowanej gliną, w której wnętrzu były zbudowane kanały, jak u nas w kaflowych piecach. W istocie rzeczy owa ława zastępowała piec i ciągnęła się wzdłuż jednej ściany przez wszystkie pokoje. Przy wejściu do mieszkania znajdował się otwór tego oryginalnego pieca i palenisko, podczas gdy ujście do komina mieściło się na drugim końcu kanu. Dobrze nagrzany kan utrzymywał ciepło przez całą dobę, toteż w zimne dni Chińczycy używali go jako ławy, a w nocy rozściełali na nim maty do spania.

Podłogę izby pokrywały wzorzyste dywany. Niski, okrągły stół, taborety, oszklone gabloty z porcelanowymi figurynkami i ozdobne skrzynie z podobiznami straszliwych smoków stanowiły umeblowanie. Sun Li poprosił podróżników, aby czuli się jak we własnym domu. Trójka przyjaciół zdjęła grube kożuchy i zasiadła na niskich taboretach. Służba zaraz wniosła kumgan z zielonawą, gorzkawo-cierpką oryginalną chińską herbatą. Gospodarz osobiście napełnił nią porcelanowe filiżaneczki.

— Nim wypijemy herbatę, podadzą nam skromny obiad. Nie spodziewałem się dzisiaj wizyty miłych przyjaciół — odezwał się Sun Li. — Czy tym razem, czcigodny Pandicie, raczysz dłużej zatrzymać się w Chotanie?

— O świcie musimy ruszyć w dalszą drogę, aby dogonić naszą karawanę dążącą do gór Kunlun — wyjaśnił Pandit Davasarman. — Mimo iż bardzo nam się spieszy, nie mogłem sobie odmówić przyjemności wypicia filiżanki herbaty z tobą, dostojny przyjacielu.

— Sprawiłeś mi wielki zaszczyt, Pandicie. Oczy moje zawsze cieszą się widokiem czcigodnych przyjaciół — odparł Sun Li. — Czy spokojną mieliście podróż?

— Spotkała nas nieprzyjemna niespodzianka. Patrole wojskowe kontrolowały karawany przybywające traktem z zachodu. Aby uniknąć kłopotów, kołowaliśmy po pustyni i do Chotanu wjechaliśmy od wschodu.

— Mój znajomy, krewny ambania Chotanu, mówił mi dwa tygodnie temu, iż władze poszukują angielskich szpiegów. Podobno przemknęli się z Pamiru z jakąś niebezpieczną misją do Chińskiego Turkiestanu — obojętnie powiedział Sun Li. — Wszystkich podejrzanych odprowadza się do Padszy-Szab-Beka i tam torturuje się ich w celu wydobycia zeznań.

— Czyżby ci szpiedzy zdradzili się w jakiś sposób? — zapytał Pandit Davasarman.

— Nie, czcigodny przyjacielu, to ich zdradzono.

— Bardzo zajmująca historia, czy znasz jakieś szczegóły?

— Mój znajomy twierdził, iż przebrani za krajowców Anglicy mieli w Pamirze zatarg z bandą Naib Nazara i zastrzelili go na samej granicy. Władze rosyjskie od dłuższego czasu bacznie obserwowały potomka starego rozbójnika, toteż oddział Kozaków omal nie schwycił całej jego bandy razem z owymi szpiegami w chwili, gdy toczyli zaciętą walkę. Nim Rosjanie zorientowali się w sytuacji, Anglicy uciekli do Turkiestanu.

— Czy to władze rosyjskie doniosły o szpiegach?

— Nie, kilku ludzi Naib Nazara zdołało wymknąć się Rosjanom i udało się w pogoń za Anglikami, aby pomścić zabicie herszta. Po drodze zgubili ślad, lecz mimo to dotarli do Karghaliku. Tam pod przysięgą na Allacha zeznali wszystko Padszy-Szab-Bekowi. Twierdzili, iż głównym celem wyprawy Anglików był Chiński Turkiestan, gdzie mieli do wypełnienia jakąś tajemniczą misję.

— Jak widać Naib Nazar potrafi mścić się nawet zza grobu — zauważył Pandit Davasarman. — Skąd można mieć pewność, iż to Anglicy zabili rozbójnika?

— Rozmyślałem nad tym, czcigodny przyjacielu — odparł Sun Li, uśmiechając się zagadkowo. — Ostatnio podejrzewano Naib Nazara o konszachty z Anglikami. Podobno przemycał broń dla rosyjskich Kirgizów.

— Słyszeliśmy po drodze, że Naib Nazar miał jakoby otrzymać transport karabinów z powyjmowanymi zamkami. Może to właśnie było powodem zatargu na granicy? — powiedział Pandit Davasarman. — Nic to nas jednak nie obchodzi, ponieważ nie jesteśmy Anglikami i odbywamy ściśle prywatną podróż.

— Słusznie, czcigodny przyjacielu, lecz mimo to ciekawie słucha się ploteczek z wielkiego świata — potaknął Sun Li. — Czy nie zastanawiałeś się, w jakim celu mógł ktoś powyjmować zamki z karabinów Naib Nazara?

— Może ów “ktoś” chciał udaremnić rozbójnikom dokonywanie napadów? — odparł pytaniem Pandit Davasarman.

Sun Li lekko przysłonił oczy powiekami. W tej chwili służba zaczęła wnosić tace z jedzeniem. Bosman i Tomek nie znali chińskich zwyczajów, zdziwili się więc niepomiernie na widok zapowiedzianego przez gospodarza “skromnego obiadu” [167].

Obok wazy napełnionej zupą z gniazd jaskółczych, smakującej jak klejowaty rosół, ustawiono półmiski z tłustymi, pieczonymi kaczkami, wieprzowymi pyskami i nosami, marynowane kurczęta z pączkami bambusowymi, potrawki oraz sałatki z ptaków i ryb, drobno krajaną baraninę, a także różne wędliny. Następnie wniesiono jaja gotowane na twardo, których prawie ciemnogranatowy kolor wymownie świadczył o wieloletnim przetrzymywaniu w wapnie, pijawki smażone w cukrze, pierogi z mięsem, smażone cebulki lilii, tace z ryżem, czarki z różnymi sosami, migdały prażone w soli dla zaostrzenia apetytu, ciastka i jarzyny, w końcu na stole znalazły się karafki z chanszynem [168] i winem ryżowym oraz kumgan z oryginalną chińską herbatą. Ponętne zapachy wprawiły wygłodniałych podróżników w doskonały humor. Ochoczo przysunęli się do stołu. Za przykładem gościnnego gospodarza ujęli w dłonie długie, owalne drewniane pałeczki, których Chińczycy używają zamiast widelców. Z początku nabieranie potraw tym oryginalnym dla Europejczyków sposobem sprawiało im niemało trudności. Toteż bosman i Tomek zabrali się przede wszystkim do dań mięsnych, przygotowanych w większych kęsach. Widząc to Pandit Davasarman szepnął im, iż dobry obyczaj nakazuje choćby pokosztować każdej z podanych potraw.

— Nie żartuj pan — mruknął bosman w odpowiedzi na tę uwagę. — Któż by jadł śmierdzące jaja albo pijawki!

— Popróbuj, sahibie, to wystarczy — szepnął Pandit Davasarman. — Chińczycy przestrzegają ceremoniału i są obraźliwi.

— Kiedy naprawdę nie mogę, bo jak tylko zjem jakieś paskudztwo, to zaraz mi się odbija.

— Zachwycisz tym gospodarza, odbijanie się bowiem, w myśl tutejszych zwyczajów, jest oznaką sytości i należy do dobrego tonu.

Zachwyty, jakie wywołało głośne “beknięcie” bosmana, zachęciły go do pofolgowania sobie w jedzeniu. Sun Li co chwila podsuwał mu półmiski z innymi potrawami i napełniał małe kieliszki mocnym chanszynem. Wkrótce marynarz wygodnie rozparł się na taborecie. Dwóch służących zmieniało mu talerzyki, a on wciąż jadł, jakby jego żołądek był bez dna. Sun Li wiernie mu sekundował w tym niezwykłym obżarstwie. Pandit Davasarman spoglądał na marynarza oraz na szybko opróżniane karafki chanszynu coraz bardziej zaniepokojony. Tomek natomiast, świadom nieprawdopodobnej zaprawy druha w pochłanianiu alkoholu, bawił się w najlepsze, coraz to podrzucając mu nieznacznie na talerz ocukrzone pijawki.

Po kilku godzinach bosman ociężałym ruchem zsunął na tył głowy futrzaną czapę [169]. Odgłos donośnej czkawki, poprzedzonej głębokim westchnieniem, wprawił podochoconego Sun Li niemal w zachwyt.

— Naprawdę od dawna nikt mnie tak nie ugościł — powiedział bosman, znów popuszczając pasa. — Teraz wystarczą mi już na zakąskę solone migdały i pestki z dyni, jako że doskonale pobudzają pragnienie.

Sun Li z ukontentowaniem pogładził dłonią brodę pokrytą rzadkim, czarnym zarostem, po czym przysunął swój taboret bliżej bosmana i rzekł:

— Czcigodny panie, znam pewną grę o niezwykłych zaletach dla spragnionych biesiadników.

— Na czym ona polega? — zaciekawił się bosman. — W szachy i warcaby grywam najlepiej na głodnego.

— Gra jest bardzo prosta. Widzisz moją pięść? Otóż będę szybko rozprostowywał palce, a ty musisz natychmiast powiedzieć, ile ich rozprostowałem. Jeśli dobrze zauważysz, to ja muszę wypić tyle kieliszków, ile pokazałem palców, a jeśli pomylisz się, wypijesz je ty.

— Ho, ho, to nawet pożyteczna gra, skoro człowiek najadł się pijawek, które przepadają za wodą — pochwalił bosman. — Zaczynaj pan!

Ku niezmiernej uciesze Sun Li bosman stale przegrywał. Wkrótce Tomek zaczął podejrzewać przyjaciela, iż z premedytacją źle odgaduje. Utwierdził się w tym przekonaniu, gdy po samodzielnie opróżnionej karafce bosman nagle przestał się mylić; teraz Sun Li musiał raz po raz wypróżniać kielichy.

— Sahibie, obawiam się, iż nie będziemy mogli o świcie wyruszyć z miasta — szepnął Pandit Davasarman do Tomka.

— Niech się pan nie obawia, nigdy nie widziałem bosmana nietrzeźwego — odparł Tomek.

— Możliwe, że duży sahib jakoś to przetrzyma, ale Sun Li już się chwieje na taborecie, a ja muszę pomówić z nim o ważnych sprawach przed wyjazdem.

— Skoro tak, postaram się przerwać zabawę — uspokoił go Tomek.

Nieznacznie stanął za plecami Sun Li i machnął ręką, by zwrócić uwagę bosmana, po czym dłonią nakreślił w powietrzu znak krzyża nad głową Chińczyka. Sprytny marynarz od razu pojął, o co chodzi. Pochylił się ku partnerowi i uważnie zajrzał mu w oczy.

— Chyba już dość nabawiliśmy się. Nauczę tej gry kumpli z braci marynarskiej — powiedział po chwili. — A teraz, szanowny panie, warto nieco kimnąć się przed drogą.

— Chciałbym, dostojny gościu, abyś pod moim dachem miał rozkoszne sny. Wypal fajeczkę opium, a noc szybko minie w krainie złudzeń — zaproponował Sun Li.

— Nie trzeba, serdecznie dziękuję. Po takiej uczcie i bez opium będę miał przyjemne sny.

Sun Li ucieszony pochlebstwem podszedł do stolika, na którym stała mała klatka nakryta jedwabną chustką. Odsłonił klatkę, ujął za metalowe kółko i podał ją bosmanowi mówiąc:

— Zaszczyciłeś mój dom swoją obecnością, czcigodny gościu, racz więc przyjąć na pamiątkę mego ulubionego kanarka. On potrafi wyśpiewać cztery piękne melodie i będzie uprzyjemniał ci spacery.

Bosman spoglądał na klatkę zdziwiony i zakłopotany. Nie wiedział, iż Chińczycy z upodobaniem hodują ptaki i w klatkach zabierają je z sobą na spacer, podobnie jak my to czynimy z psami, które w Chinach uważane są jedynie za strażników domu. Na szczęście Pandit Davasarman dobrze znał obyczaje mieszkańców Azji Środkowej, toteż pospieszył bosmanowi z radą.

— Sahibie, przyjmij kanarka, po czym za chwilę podaruj go gospodarzowi — szepnął nieznacznie.

— A nie obrazi się na mnie? — mruknął bosman.

— Nie, sprawisz mu tym przyjemność...

Bosman postąpił w myśl rady Pandita Davasarmana. Gdy klatka z kanarkiem znów stała na stoliku nakryta chustą, Sun Li klasnął w dłonie. Służba natychmiast uprzątnęła stół i sprawnie rozesłała na kanie maty.

— Życzę miłym gościom przyjemnych snów, a ty, czcigodny Pandicie, chyba, jak zwykle, zechcesz jeszcze obejrzeć moją kolekcję kumganów? — odezwał się Sun Li.

— Odgadujesz myśli, dostojny Sun Li — odparł Pandit Davasarman. — Dobranoc szlachetnym sahibom...

Chińczyk i Hindus zniknęli w głębi domu.

— No, no, nie spodziewałem się, że Kitajcy mają takie tęgie głowy do chanszynu i polityki — z uznaniem zauważył bosman. — Davasarman dobrał sobie odpowiedniego kumpla.

— Ma pan rację, oni obydwaj są doskonałymi dyplomatami — odpowiedział Tomek. — Jak zręcznie poinformowali się wzajemnie o najważniejszych sprawach zaraz na początku uczty!

— Tęgie łby...


* * *

Bosman i Tomek zaledwie przyłożyli głowy do poduszki, natychmiast zasnęli. Tymczasem Pandit Davasarman do samego świtu toczył cichą rozmowę z Sun Li. Wczesnym rankiem obudził towarzyszy. Na podwórzu stało już kilkanaście objuczonych mułów. Sun Li osobiście przeprowadził karawanę przez bramy miasta. Trzej podróżnicy udawali poganiaczy jucznych zwierząt i dopiero poza Chotanem dosiedli swych wierzchowców. Teraz szybko pożegnali Sun Li. Popędzając dwa muły objuczone zapasami żywności, zboczyli z traktu na południe ku potężnemu łańcuchowi gór.

Niebawem znaleźli się w skalistej pustyni, a wtedy Pandit Davasarman odezwał się:

— Teraz, szlachetni sahibowie, trzymajcie rewolwery w pogotowiu i nie żałujcie koni. Musimy jak najszybciej odnaleźć naszych towarzyszy.

— Czy zdarzyło się coś nadzwyczajnego? — zaniepokoił się Tomek.

— Wal pan prosto z mostu, o co chodzi — zawtórował bosman.

— Władze chińskie wyznaczyły wysoką nagrodę za pomoc w schwytaniu angielskich szpiegów. Liczne patrole wojskowe powiadamiają o tym ludność. Nasza karawana powinna omijać sadyby ludzkie, jeśli chcemy cało wydostać się z Turkiestanu.

— Ha, jeśli tak się sprawy przedstawiają, to mieliśmy do tej pory dużo szczęścia — rzekł bosman. — Teraz zrozumiałem, dlaczego Sun Li osobiście wyprowadzał nas z miasta.

— Nasi towarzysze nic nie wiedzą o grożącym nam wszystkim niebezpieczeństwie, spieszmy więc do nich, zanim zdarzy się katastrofa — zawołał Tomek, niespokojnie oglądając się w kierunku Chotanu.

Arkany ze świstem spadały na końskie grzbiety. Odgłos cwałujących wierzchowców głucho rozbrzmiewał po skalistym stepie.


Загрузка...