Dyliżans jechał szosą w niewielkiej odległości za orszakiem słoni. Na horyzoncie coraz wyraźniej rysowała się czarna linia dżungli. O kilka kilometrów za miastem słonie zboczyły na wysadzoną wysokimi drzewami drogę, wiodącą już wprost do rezydencji łowieckiej maharadży Alwaru.
Duża, drewniana, misternie rzeźbiona brama zamykała wstęp na teren pałacowych zabudowań. Przed nią stała przyboczna straż maharadży. Niscy, żylaści żołnierze odziani byli w obcisłe, białe surduty zapięte z przodu na duże guziki oraz takiego samego koloru spodnie wpuszczone w owijacze, spowijające łydki ponad bosymi stopami. Głowy okrywali cytrynowego koloru turbanami, a w taliach opasywały ich szarfy o podobnym odcieniu; do nich przytwierdzone były ładownice z nabojami.
Straż przepuściła przez bramę kolumnę słoni, lecz gdy nadjechał dyliżans, dwóch żołnierzy zastąpiło drogę, krzyżując karabiny z nasadzonymi na końce luf długimi szerokimi bagnetami.
— Dokąd jedziesz, głupcze?! Czy nie wiesz, że na tereny łowieckie His Highness [45] wstęp jest wzbroniony? — zawołał po angielsku do woźnicy jeden z żołnierzy, udając, że nie widzi siedzących w dyliżansie podróżnych.
— Wiozę białych sahibów do His Highness maharadży Alwaru — pokornie odparł woźnica schodząc z dyszla. Potem zwrócił się do naszych podróżników i oznajmił: — Jesteśmy już u wrót pałacu maharadży. Dalej jechać nie mogę, ponieważ żołnierze His Highness nie przepuszczają nikogo.
— Zawołaj do mnie dowódcę straży — krótko polecił Wilmowski, nie ruszając się z miejsca.
Woźnica skrzyżował ręce na piersiach, skłonił się z szacunkiem, po czym podszedł do zastępujących drogę żołnierzy. Pomyślał, że biali sahibowie są zapewne możnymi Anglikami, skoro nie chcą rozmawiać ze zwykłymi żołnierzami.
Bosman Nowicki, pomny uprzednich uwag Wilmowskiego na temat “dostojnego” zachowania się, przybrał srogą minę, jakby był co najmniej kapitanem bojowego okrętu, i rozparł się wygodnie na ławce. Tomek zaś niecierpliwie oczekiwał na wydarzenia, zerkając wesoło na puszącego się przyjaciela.
Słowa Wilmowskiego musiały wywrzeć odpowiednie wrażenie nie tylko na biednym woźnicy, lecz i na żołnierzach, albowiem niemal zaraz zjawił się dowódca warty z laseczką trzcinową w ręce. Zasalutował uprzejmie i powiedział:
— Jestem dowódcą osobistej straży His Highness maharadży Alwaru. Czego sobie szlachetni sahibowie życzą?
— Proszę zanieść maharadży mój list. Tutaj będziemy czekali na odpowiedź — odparł Wilmowski.
Wydobył z podręcznej torby przybory do pisania, by skreślić kilka słów:
His Highness!
Przybyliśmy z Europy do Indii na wezwanie naszego przyjaciela, pana Jana Smugi, który polecił nam zgłosić się do Maharadży Alwaru. Czekamy na wyjaśnienia przed bramą pałacu.
Łączymy wyrazy poważania — Andrzej Wilmowski
List włożył do koperty i podał żołnierzowi, który natychmiast zniknął za bramą. Minęło sporo czasu, zanim dowódca warty powrócił w towarzystwie starszego wiekiem Hindusa.
Bosman, na widok bogatego stroju krajowca szepnął do swych towarzyszy:
— Do licha, czyżby sam maharadża wyszedł na nasze spotkanie?
— Cicho siedź, bosmanie, zaraz się dowiemy, kim on jest — odpowiedział szeptem Wilmowski.
Tymczasem Hindus podszedł do dyliżansu, pochylił głowę i składając, jak do modlitwy ręce na piersiach, odezwał się niskim głosem:
— W imieniu jego wysokości maharadży Alwaru witam przyjaciół wielkiego szikara [46], sahiba Smugi. Maharadża zajęty jest wydawaniem dyspozycji w związku z polowaniem na tygrysy, które odbędzie się pojutrze o świcie, polecił mi jednak oznajmić szlachetnym sahibom, iż jutro przed południem przyjmie ich na specjalnej audiencji, by osobiście poznać, znanych mu już dobrze z opowiadań sahiba Smugi, znamienitych polskich łowców dzikich zwierząt...
Bosman, słysząc tę nadzwyczaj uprzejmą przemowę, pokraśniał. Tomek nie mniej zadowolony od niego przyjaźnie spoglądał na Hindusa, lecz Wilmowski, który ani na chwilę nie zapomniał o niepokojącym wezwaniu Smugi, niecierpliwie czekał na zakończenie przydługiego powitania.
Tymczasem Hindus mówił dalej:
— Jego wysokość maharadża nie chce krępować miłych gości ceremoniałem pałacowym, przeto oddaje do dyspozycji sahibów swój pawilon myśliwski w parku. Jako wielki radżput [47] maharadży, proszę o rozgoszczenie się jak u siebie w domu.
— Proszę w naszym imieniu podziękować jego wysokości maharadży za tak miłe przyjęcie — odezwał się Wilmowski. — Ponieważ jednak odbyliśmy daleką podróż w celu zobaczenia się z panem Smugą, pragnąłbym dowiedzieć się, czy nasz przyjaciel przebywa w gościnie u maharadży.
— Szikar Smuga opuścił nas miesiąc temu. Nie wiem, gdzie obecnie jest. O tym sahibowie zapewne dowiedzą się od His Highness maharadży — wyjaśnił Hindus.
Wielki radżput klasnął w dłonie. Na ten znak żołnierze szeroko otworzyli bramę. Kilku bosonogich służących pobiegło do dyliżansu po bagaże. Radżput niedbałym ruchem rzucił woźnicy pod nogi dziesięć rupii, po czym zwrócił się do podróżników:
— Jeśli sahibowie sobie życzą, zaprowadzę ich teraz do pawilonu myśliwskiego.
— Proszę, jesteśmy gotowi — oświadczył Wilmowski, wręczył przy tym umówioną zapłatę pochylonemu w głębokim ukłonie woźnicy.
Radżput nie był zbyt rozmowny, toteż trzej podróżnicy kroczyli za nim zaintrygowani nieobecnością Smugi w Alwarze.
— Co to ma znaczyć, Andrzeju? — mówił bosman. — W Bombaju zamiast Smugi przywitał nas morderca. Teraz znów, jak wynika z gadaniny tej hinduskiej mumii, Smuga wyjechał z Alwaru już miesiąc temu, chociaż w pobliskim Delhi miał starać się o zezwolenie na wyprawę. Bądź tu mądry z tego wszystkiego! Wzywa nas na pomoc, a tymczasem sam gdzieś znika.
— Czy pan się obawia, że nie mówią nam tutaj prawdy? — niepokoił się Tomek.
— Musimy cierpliwie czekać do jutra. Spodziewam się, że maharadża udzieli wystarczających wyjaśnień — tłumaczył Wilmowski. — Smuga w liście pisał: “pytajcie o mnie maharadżę Alwaru”. “Pytajcie o mnie” nie oznacza przecież “czekam na was w Alwarze”. Nie widzę powodów do jakichś podejrzeń. Może ma trudności w uzyskaniu zezwolenia, o które zabiega. Smuga jest doświadczonym człowiekiem. Gdyby nie ohydne zabójstwo poczciwego Abbasa, w ogóle nie niepokoiłbym się o niego.
— Masz rację, Andrzeju, uspokoiłeś mnie nieco — potaknął bosman. — Mamy niezbity dowód, iż Smuga tutaj gościł, ponieważ znają tu nas z jego opowiadania. Dobrze, że mile wspomina przyjaciół.
Tak pocieszając się wzajemnie minęli rozległy park i przybyli przed obszerny, parterowy domek zbudowany z grubych pali drewnianych. Był to właśnie wspomniany przez radżputa pawilon myśliwski. Masywna budowla posiadała małe, wysoko umieszczone nad ziemią okna, przysłonięte grubą siatką oraz tylko jedne, mocne drzwi, prowadzące z otwartej werandy w głąb domu.
Biali podróżnicy zatrzymali się zdumieni przed myśliwskim pawilonem. Bosman mrużąc oczy, mruknął:
— A niech to tajfun porwie, przecież ta chałupa zupełnie wygląda jak więzienie!
— To samo chciałem powiedzieć. Musimy mieć na wszystko szeroko otwarte oczy — szepnął Tomek.
Jakby w odpowiedzi na te ciche uwagi czynione w polskim języku wielki radżput wyjaśnił:
— Sahibowie będą bezpieczni w tym domku nawet w nocy, jeżeli tylko od wewnątrz zamkną drzwi na zasuwę. Na płaskim dachu znajduje się duży otwór wentylacyjny, który można pozostawić otwarty. Tygrysy często przychodzą tutaj po zapadnięciu zmroku, lecz żaden z nich nie dostanie się na dach.
Tomek i bosman znacząco spojrzeli na siebie. A więc pawilon myśliwski specjalnie zbudowany był w ten sposób, by zabezpieczyć mieszkańców przed drapieżnymi zwierzętami. Tłumaczenie było bardzo logiczne. W tym właśnie miejscu olbrzymi park stykał się z rozległą dżunglą, obramowaną na linii horyzontu zalesionymi górami. Drapieżne zwierzęta bez jakichkolwiek przeszkód mogły zapuszczać się w pobliże myśliwskiego pawilonu.
Dom składał się z dwóch wygodnie urządzonych pokoi, oddzielonych od siebie jedynie jedwabną zasłoną oraz łazienki z dużą miedzianą wanną. W małej, oddzielnej przybudówce mieściła się kuchnia. Kilku hinduskich służących podgrzewało na piecu wodę do kąpieli oraz przygotowywało posiłek.
Radżput oznajmił, iż nazajutrz około południa przyjdzie po sahibów, aby zaprowadzić ich na audiencję do maharadży, a potem, życząc dobrego wypoczynku, oddalił się.
Podróżnicy szybko wykąpali się i przebrali, po czym zaraz przeszli do jadalni. Rozchodziły się w niej przyjemne dla utrudzonych długą drogą zapachy potraw.
W samym środku jadalni stał, nakryty śnieżnej białości obrusem, okrągły stół, wysoki zaledwie na tyle, iż nie można było powiedzieć, że jedzenie ustawiono na podłodze. Nasi podróżnicy, świadomi już niektórych zwyczajów mieszkańców Indii, przysunęli sobie niskie stołeczki bez oparcia i usiedli na nich z podwiniętymi nogami.
Bosman zanim przystąpił do zaspokojenia głodu, okiem znawcy przyjrzał się potrawom umieszczonym na stole. W dużej srebrnej wazie dymiło hinduskie narodowe “curry”, sporządzone z ryżu, ryb, jarzyn i baraniego mięsa, a zawdzięczające nazwę ostrej mieszance korzennej. Obok, na błyszczącej tacy piętrzyła się góra gotowanego ryżu, otoczona wieńcem specjalnych czarek, z różnymi do niego przyprawami. Na innych półmiskach podano gotowane i smażone ryby, baraninę, sarninę i sery. Nie brak było również pomidorów, cebuli, zielonej papryki i zielonych strączków pieprzu do “przegryzania” poszczególnych potraw. Pieczywo zastępowały podpłomyki “czapati”. Na osobnych paterach leżały owoce, a więc: ananasy, mango, pomarańcze, daktyle, banany i figi oraz przeróżne wschodnie słodycze. Dwa srebrne dzbany zimnego piwa, naczynia z herbatą, którą na północy półwyspu pija się z niewielkim dodatkiem mleka, oraz kilka karafek z surową wodą dopełniały całości zastawy.
— No, no, nawet niczego sobie kolacyjka! Widzę, że głodni spać nie pójdziemy — pochwalił bosman, zadowolony z dokonanej “inspekcji”.
— Zabierajmy się więc do jedzenia, bo jestem już porządnie głodny — powiedział Wilmowski.
Tomek i jego ojciec z umiarem kosztowali różnych potraw, natomiast bosman Nowicki nakładał sobie na talerz duże porcje po kolei z każdego półmiska, toteż wkrótce sięgnął po karafkę z wodą, gdyż ostro przyprawione potrawy obudziły jego pragnienie.
— Nie pij surowej wody, bosmanie — zaoponował Wilmowski — albowiem zawiera ona drobnoustroje, mogące spowodować przykrą dla Europejczyka biegunkę amebalną. Ostrzegałem cię już podczas jazdy pociągiem.
Bosman, choć zaraz odstawił karafkę, rzekł niedowierzająco:
— Jakże to może być, skoro Hindusi każdą potrawę popijają wodą i nic im nie jest?
— Organizmy Hindusów dostosowały się do warunków, w których żyją od wieków. Nieszkodliwe dla nich ameby w nieprzygotowanej wodzie stanowią w Indiach najpoważniejsze niebezpieczeństwo dla Europejczyków. Pij piwo lub herbatę — doradził Wilmowski.
— Ha, skoro tak mówisz, to wleję do żołądka solidną porcję piwa, bo te korzenne przyprawy parzą mi wnętrze, jakby diabli wrzucili je do kotła z gotującą się smołą. Smutny musi być los grzesznego człowieka w piekle. Słuchaj, Tomku, przynieś z naszych bagaży butelczynę prawdziwej jamajki. Ona najlepiej gasi pragnienie i skutecznie przeciwdziała wszelkim zarazom.
Szybko zapadający w Indiach zmierzch zastał podróżników przy stole biesiadnym. Oliwne kaganki, zapalone przez służbę z nastaniem wieczoru, rzucały na izbę pełgające cienie, gdy Tomek na zakończenie obfitej uczty sięgnął po owoce.
Postanowił najpierw skosztować nieznanego mu dotychczas tajemniczego owocu mango, o którym już słyszał wiele dziwnych opowieści. Mianowicie wśród szeregu istniejących odmian tego owocu, o rozmiarach wahających się od wielkości jabłka do wielkości dyni, jedna odmiana wywołuje tak zwany “szał mangowy”. Ludzie dotknięci manią spożywania mango reagują już na sam ostry, podobny do zapachu terpentyny, zapach owocu: rozszerzają im się nozdrza, oczy niemal wychodzą na wierzch, a język przywiera do podniebienia.
Tomek wziął owoc wielkości dużego jabłka. Aksamitna, twardawa, zielona łupina przylegała do żółtego jak szafran, soczystego miąższu, a ten z kolei również przywierał do dużej pestki. Zaledwie Tomek energicznie zagłębił swój scyzoryk w łupinę, lepki sok trysnął mu na twarz i ubranie.
— Lepiej wejdź do wanny z tym indyjskim specjałem. Przy okazji będziesz mógł sobie wyprać koszulę na jutrzejszą wizytę u maharadży — złośliwie doradził przyjacielowi bosman. — Mnie tam już sam zapach wierci w nosie i przyprawia o mdłości.
— Nie dziwię się, skoro zjadł pan na kolację tyle, że i wieloryb, którego pan tak stale wspomina, nie powstydziłby się podobnej uczty — odciął się Tomek wstając od stołu.
— Nie zżymaj się, brachu! Raczej bądź wdzięczny owocowi-sikawce za przestrogę. Mógłbyś się przyzwyczaić do mango, a słyszałem, że ludzie nawet umierają w boleściach po zjedzeniu niedojrzałego owocu.
Tomek umył się, po czym za radą bosmana wyprał swoją koszulę. Wyszedł z łazienki. Ojciec rozciągnięty wygodnie na matach, spał w najlepsze, a bosman, leżąc już także, ćmił krótką fajeczkę. Tomek zaczął rozglądać się, na czym mógłby powiesić mokrą koszulę.
Marynarz uśmiechnął się na jego widok i doradził:
— Ponad płaskim dachem chałupy zwisają z drzewa gałęzie. Powieś, brachu, koszulinę na jednej z nich. Lepszej góry do suszenia bielizny nie znajdziesz tutaj. Koszula wyschnie ci tam raz dwa. Drzwi już zamknąłem. Wachty nie będziemy wystawiali, bo chyba tylko jakiś duch mógłby dostać się do nas przez zakratowane okna. Uff, duszno jak w parówce!
— Straszliwie gorąco — przyznał Tomek. — Po umyciu się nie trzeba używać ręcznika, bo woda momentalnie wysycha. Dobranoc, bosmanie, zaraz kładę się spać.
— Dobranoc, brachu — powiedział marynarz. Ziewnął potężnie, odłożył na bok fajkę, odwrócił się twarzą do ściany i za chwilę już spał.
Tomek uchylił kotary. Wszedł do sąsiedniego pokoju. Za pomocą bambusowej drabinki wydostał się na płaski dach myśliwskiego pawilonu.
Jasne gwiazdy przebłyskiwały poprzez gałęzie rozłożystego platanu, rosnącego tuż przy domku. Wilgotny, upalny powiew płynął z pobliskiej dżungli, przynosząc wyziewy gnijących roślin. Rozległ się przeraźliwy skrzek papugi, przestraszonej zapewne przez jakiegoś nocnego drapieżnika. Tomek przystanął. Nasłuchiwał przez chwilę. Zdawało mu się, że słyszy szeleszczące kroki, jakieś głuche, mrożące krew w żyłach, dzikie pomruki, to znów dobiegały go jakby ciężkie westchnienia.
Tajemnicze odgłosy z głębi dżungli przypominały mu wyprawę na pogranicze Bugandy i Konga w Afryce, dokąd udali się swego czasu na poszukiwanie legendarnego zwierzęcia zwanego “okapi” [48]. Uśmiechnął się smutno, ponieważ podczas tamtych pamiętnych łowów stoczył samodzielnie swoją pierwszą prawdziwą walkę ze zbrodniczymi ludźmi-lampartami. Nie wspominał tego przyjemnie, aczkolwiek towarzysze łowów właśnie po tym przykrym wydarzeniu zaczęli traktować go jak dorosłego mężczyznę. Od owego polowania w Afryce minęło już sporo czasu. Tomek potem nieraz walczył z ludźmi. Nieraz chwytał za broń w obronie własnej czy przyjaciół, lecz nawet konieczny przelew krwi zawsze wywoływał w nim smutek i żal. Zamyślony powiesił koszulę na pierwszej lepszej gałęzi, po czym zszedł do wnętrza domu. Ułożył się na macie obok towarzyszy, równocześnie starym zwyczajem wsunął pod poduszkę rewolwer. Zamknął oczy. Zaczął rozmyślać o Smudze. Szczerze niepokoił się o niego. Gdzie też on teraz przebywa? Podczas gdy ojciec i bosman pracowali przy urządzaniu ogrodu zoologicznego pod Hamburgiem, Smuga wyjechał z Europy na jedną ze swych samotnych wypraw i na szereg miesięcy wszelki słuch o nim zaginął. Dopiero przed kilkoma tygodniami z lakonicznej depeszy dowiedzieli się, że czeka na nich w Indiach. Dlaczego wzywał ich na pomoc? Czyżby groziło mu jakieś poważne niebezpieczeństwo?
Przyjaciele Smugi niewiele o nim wiedzieli. Nie lubił rozmawiać o swej bogatej w przeżycia przeszłości. Kim Smuga był właściwie? Cały świat znał równie dobrze jak własną kieszeń. Dokądkolwiek udawali się na wyprawę, Smuga już tam był kiedyś przed nimi. Nieobce mu były najdziksze zakątki Ziemi, przeniknął tajemnice różnych ludów, lecz zdradzał się z tym jedynie, gdy zaszła potrzeba i mówił tylko tyle, ile wymagała dana sytuacja. Tomek nieraz zastanawiał się, co kryło za sobą określenie “niespokojny duch”, którego ojciec często używał mówiąc o nieobecnym Smudze. Najbliższy dzień powinien wyjaśnić, co się z nim działo. Co jednak uczynią, jeśli maharadża Alwaru nie zechce powiedzieć prawdy?
Tak rozmyślając Tomek przewracał się z boku na bok. Długo nie mógł zasnąć. Chwilami myśli o Smudze przesłaniało jak mgła wspomnienie o Sally. Złośliwa uwaga bosmana na temat nadskakującego jej kuzyna ukłuła Tomka niczym cierń.
“Hm, może bosman ma rację, że powinienem trzepnąć tego kuzyna w ucho” — rozmyślał i chyba uczyniłby to, gdyby w tej chwili przypadkiem ten ugrzeczniony Anglik znalazł się obok niego.
Na szczęście dzieliły ich tysiące kilometrów. Toteż skończyło się tylko na tym, że Tomek postanowił rozprawić się z kuzynem Sally zaraz po powrocie z wyprawy. Tak uspokojony zasnął.
Naraz przebudził się. Nie mógł sobie zdać sprawy, ile czasu trwał jego sen. W całym pomieszczeniu panował nocny mrok, tylko w sąsiedniej izbie słabo migotał oliwny kaganek. Tomek nasłuchiwał leżąc z otwartymi oczami. Bosman cicho postękiwał przez sen. Po chwili czujnego nasłuchiwania Tomek nabrał pewności, że ktoś chodzi po dachu. W nocnej ciszy wyraźnie było słychać stąpanie bosych stóp.
Tomek ostrożnie uniósł się na łokciu. Bosman i ojciec spali na swych matach. Któż więc mógł znajdować się na dachu, skoro jedyne drzwi zostały na noc zaryglowane od wewnątrz? Przypomniał sobie rosnący koło domu rozłożysty platan, którego konary rozpościerały się nad dachem. Ostrożne stąpania przywodziły mu na myśl mordercę z Bombaju — człowieka z blizną na twarzy. Tomek wyciągnął rewolwer spod poduszki. Podniósł się z maty. Na palcach zbliżył się do zasłony przedzielającej pokoje.
Kaganek oświetlał zaledwie jeden róg jadalni czerwonawym, migocącym światłem. Tomek uważnie spenetrował pokój. Nie, nikt nie wkradł się do wnętrza domu. Za to na dachu coraz wyraźniej rozlegały się stąpania bosych stóp. Tomek ostrożnie podszedł do bambusowej drabinki. Szczebel po szczeblu piął się w górę, trzymając rewolwer w prawej dłoni. Czerniejący w dachu otwór stawał się coraz bliższy. W końcu Tomek zatrzymał się na przedostatnim szczeblu. Nieznacznie wychylił głowę przez otwór i zerknął. Zaraz spostrzegł jakąś ciemną postać przycupniętą nad czymś białym leżącym na dachu. Nagle w konarach platanu zaszeleściły gałęzie.
Druga dziwna postać opadła prosto na kark pochylonego wspólnika. Rozległ się gniewny pisk.
Rozgorzała gwałtowna bójka.
Gdy zaalarmowani hałasem Wilmowski i bosman wybiegli na dach, zastali Tomka wyrywającego swą koszulę szalejącym z gniewu dużym małpom. Marynarz natychmiast rzucił się na pomoc druhowi. Potężnym kopnięciem zakończył cały bój. Jedna z małp zakreśliwszy wielki łuk w powietrzu zniknęła w ciemności nocy, a druga urwawszy kawał koszuli wykonała wspaniały skok na zwisające konary drzewa.
— Cóż tak stoisz niemy, niczym żona Lota? — zapytał bosman z niepokojem przyglądając się Tomkowi, czy przypadkiem nie poniósł jakiegoś szwanku w starciu z małpami.
— Posłuchałem pana rady i powiesiłem wypraną koszulę na gałęzi drzewa. Oto, co mi z niej pozostało — odparł Tomek, pokazując tylko strzęp jednego rękawa.
— Faktycznie niewiele — przyznał marynarz. — Ale pociesz się, brachu, ponieważ jednego z małpiaków nieźle poczęstowałem nogą niżej krzyża. Popamięta mnie on, popamięta...
— Masz szczęście, bosmanie, że jesteśmy tutaj sami — wtrącił Wilmowski. — Gdyby któryś z Hindusów zobaczył twój wyczyn, mielibyśmy sporo kłopotu.
— Czyżby to były znów jakieś bożki?!
— Jeśli dobrze je rozpoznałem, mieliśmy do czynienia z dwoma hulmanami [49] uważanymi przez wyznawców hinduizmu za święte małpy.
W tej chwili gruby kawał gałęzi upadł tuż pod nogi rozmawiających mężczyzn.
— Wracajmy do chałupy, bo jeszcze oberwiemy po łepetynach od rozgniewanych świętoszków — mruknął bosman zsuwając się na drabinkę w otworze dachu.
Po zejściu do mieszkania zamknęli otwór w dachu bambusową kratą, aby zabezpieczyć się przed ewentualną wizytą nieproszonych gości. Zabawne wydarzenie wybiło podróżników ze snu, toteż przez jakiś czas gawędzili na temat wierzeń, zakorzenionych wśród wyznawców hinduizmu.
— W Indiach wiele świątyń poświęconych jest małpom, które często zamieszkują w świętych gajach figowych, rosnących wokół chramów — wyjaśnił Wilmowski. — Szczególnie właśnie hulmany otaczane są specjalną opieką przez kapłanów. Dlatego też przyzwyczajone są do widoku ludzi i nie wykazywały obawy przed Tomkiem. W myśl mitologii hinduskiej bóg-małpy Hanuman dopomógł Ramie, jednemu z wcieleń boga Wisznu, w zwyciężeniu straszliwego olbrzyma, który porwał jego żonę Sitę. Jak więc widzicie, małpy mają swego zasłużonego przedstawiciela w panteonie hinduskich bogów.
— Coś mi tutaj za dużo świętych ludzi i zwierząt — mruknął bosman. — Ilu ostatecznie mają tych bożków?
— Według świętych ksiąg hinduskich zwanych Wedami, uchodzących za najstarsze biblie na świecie [50], jako pierwotna przyczyna wszystkiego istniał bóg Bram lub Braman. Dzięki niemu powstali bogowie: Brama, Wisznu i Sziwa. Dwaj ostatni są bogami dwóch głównych indyjskich kultów Wisznu i Sziwy. Żona Sziwy jest jedną z ważniejszych bogiń i nosi wiele imion. Zwą ją: Uma, Haimavati — Córka Himalajów, Durga, Kali, czyli Czarna, oraz Bhaivari — Straszna. Wszyscy bogowie mają awatarów, to jest wcielenia, przez które przechodzą w różnych okresach. I tak na przykład Wisznu był: rybą, żółwiem, niedźwiedziem, półlwem, półczłowiekiem, pięknym Ramą, Kriszną i Buddą, a w ostatniej swej reinkarnacji ma zjawić się dopiero przy końcu obecnej ery [51]. Oprócz tych trzech bogów w różnych środowiskach cieszą się czcią również inni bogowie i boginie, związane stopniem pokrewieństwa z głównymi bogami. Nie brak wśród nich potworków, jak Hanuman — bóg małp oraz Ghanesz, bóstwo z głową słonia. Poza tą całą plejadą bogów istniały jeszcze rozmaite bóstwa natury, demony, rusałki i dżiny.
— A to ci dopiero liczne koligacje — zdumiał się bosman. — Czy każdy z tych bożków miał swego zwierzaka? Jeśli tak, to nawet muchy muszą być tu święte.
— Jesteś bliski prawdy, bosmanie — potwierdził Wilmowski. — Z wielu zwierzętami i ptakami wiążą się najrozmaitsze mity oraz legendy. Na przykład byk jest jednym z wcieleń Sziwy, gęś natomiast ptakiem Brahmy, niebezpieczna kobra jest otaczana czcią, ponieważ jakoby miała kiedyś swym rozpostartym kapturem osłonić od słońca boga Wisznu; tygrys jest znów ulubieńcem Kali, a papuga ptakiem bogini miłości — Kamy. Na słoniu jeździ bóg Indra, podczas gdy Ghanesz dosiada szczura, a małżonka Brahmy, Sarasati, ma pawia za wierzchowca. Jeśli dodam, że wszyscy bramini uważani są za półbogów, to łatwo zrozumiesz, ilu bożków i świętych zwierząt posiadają Hindusi.
— Ho, to, będzie tego bractwa chyba parę milionów — zauważył bosman. — Czort tam z nimi, po co jednak dorabiają tym bożkom łby zwierzęce? Śmiech mnie zbiera, gdy na to patrzę!
— Moim zdaniem niesłusznie wyśmiewasz się z religii stworzonej przez braminów, albowiem potrafią oni dostosowywać ją do potrzeb mieszkańców tego kraju. Hinduizm jest mieszaniną wielu wierzeń, mitów, zabobonów, kultów zwierząt i sił przyrody oraz zbiorem nakazów i zakazów dotyczących wielu zasadniczych dziedzin życia.
— Zgadzam się z tobą, ojcze, chociaż i bosman ma rację. To wszystko jest bardzo śmieszne — wtrącił Tomek. — Mnie również ciekawi, dlaczego choćby na przykład bożek Ghanesz wyobrażany jest zawsze z głową słonia?
— Mogę wam to wyjaśnić — odparł Wilmowski. — Ghanesz był synem bożka Sziwy i bogini Kali. Otóż w myśl legendy pewnego razu Sziwa rozgniewany na syna odciął mu głowę, aby jednak nie zasmucać matki, polecił słudze odrąbać głowę pierwszemu napotkanemu żywemu stworzeniu i przyłożyć ją do tułowia Ghanesza. Gorliwy sługa napotkał słonia; natychmiast wykonał rozkaz boga. Syn-potwór z głową słonia martwił bardzo boginię Kali, toteż Sziwa, chcąc wynagrodzić mu przykry wygląd, obdarzył go niezwykłymi zdolnościami i rozumem. W ten sposób Ghanesz stał się bogiem mądrości i jest nawet obecnie czczony przez uczonych oraz kupców.
— Ha, na mój chłopski rozum wszystkie te zabobony wychodzą na korzyść jedynie braminom, którzy wyglądają niczym wielkie pączki nadziewane powidłami — powiedział bosman, po czym ziewnął potężnie.
— Dość już tej nocnej dyskusji. Niedługo będzie dniało, odpocznijmy choć trochę przed świtem — zakończył rozmowę Wilmowski widząc, że senność znów zaczyna ogarniać jego towarzyszy.