Noc tajemnic

Nazajutrz podróżnicy zerwali się z posłań tuż przed świtem. Wkrótce byli gotowi do drogi. Ku swemu zdziwieniu na dziedzińcu przy koniach ujrzeli trzech nowych hinduskich służących. Tak jak Udadżalaka, postawą swoją sprawiali wrażenie żołnierzy odzianych w cywilne ubrania. Każdy z nich posiadał karabin i kukri za pasem.

— Jak widzę, powiększyła się nasza kompania — zawołał zdumiony bosman Nowicki, podchodząc do Davasarmana. — Jeżeli dalej tak pójdzie, to zapewne niezadługo będzie nam towarzyszyła cała armia indyjska!

— To byłoby trochę za dużo, szlachetny sahibie. To moi towarzysze dawnych wypraw. Jesteśmy już w komplecie — odparł spokojnie Davasarman. — Musimy się pospieszyć, jeśli chcemy następną noc spędzić w Hemis.

Na szerokiej ulicy rynkowej ziemia tłumiła odgłos końskich kopyt. Mimo wczesnej pory panował tam już ożywiony ruch. Kupcy rozkładali stragany w podcieniach domów, bądź na ulicy. Obok prasowanej w cegiełki tybetańskiej herbaty, worków soli, ryżu, wełny oraz skór leżały wspaniałe kaszmirskie dywany, piękne szale, ladakhijskie srebrne ozdoby dla kobiet wysadzane kamieniami, a także całe worki błękitno-zielonych turkusów z Chińskiego Tybetu. Stragany zapełniano wojłokowymi strojami, obuwiem, rozmaitymi naczyniami, bańkami z naftą, latarkami, świecami, cebulą, paszą dla zwierząt i wieloma innymi produktami. Na targowisku przewijał się tłum kupujących z wszystkich sąsiednich krajów.

Karawana wolno zbliżała się ku bramie miasta. Podróżnicy ochoczo odpowiadali na sypiące się zewsząd “salamy” i “dżule”. Pandit Davasarman rozpoznawał po strojach głowy mieszkańców różnych zakątków Azji. Ladakhowie i Tybetańczycy nosili czapki z materiału z klapami na uszy. Ich kobiety, o grubych, tatarskich rysach, przykrywały głowy peyrakami [121] nabijanymi turkusami.

Kaszmirczycy oraz Hindusi wyróżniali się turbanami i czerwonymi fezami, Baltowie spiczastymi wojłokami, a Turkiestańczycy futrzanymi czapkami. Barwny tłum uprzejmie pozdrawiał i rozstępował się przed karawaną białych sahibów, która wkrótce wyjechała poza miasto w szczerą pustynię.

Teraz babu skierował się ku północy wzdłuż wałów padmowych i czortenów, wskazujących pobożnym pielgrzymom drogę do najbardziej czczonego przez buddystów w Ladakhu klasztoru w Hemis. Kręty, urwisty trakt wciąż piął się pod górę odnogą doliny Indusu. Biali sahibowie wymijali wolniej ciągnące karawany pielgrzymów, z którymi wymieniali pozdrowienia.

Widoczność stawała się coraz gorsza. Opadająca na ziemię mgła nadawała błękitnemu dotąd niebu żółtawy odcień. To wiatr niósł z odległych pustyń wzbite przez burzę obłoki pyłu.

Wierzchowce z trudem pięły się pod górę, często przystawały, by odpocząć. Jeźdźcy nie popędzali koni, suche, rozrzedzone powietrze im także dawało się we znaki [122]. Odetchnęli z niezmierną ulgą, gdy pod wieczór ujrzeli przed sobą na zboczach górzystego masywu białe zabudowania starożytnego klasztoru w Hemis. Na płaskich dachach wielopiętrowych budowli chwiały się od podmuchów wiatru duże parasole oraz łopotały modlitewne chorągwie. U stóp klasztoru widniały liczne namioty pielgrzymów.

— Ten klasztor bardziej przypomina fortecę, niż świątynię — zawołał Tomek, przyjrzawszy się potężnym murom.

Wjechali na wąski podwórzec klasztoru, ozdobiony wysokimi drągami, na których powiewały czarne ogony jaków i modlitewne chorągiewki. Rozległe budynki o płaskich dachach piętrzyły się na stoku góry niby pueblo [123] Indian północnoamerykańskich, różniły się jednak od tamtych licznymi galeriami, balkonami oraz zewnętrznymi schodami łączącymi poszczególne kondygnacje budowli.

Był to prawdziwy labirynt domów, dziedzińców, krużganków oraz ciemnych korytarzy, kryjących w swoim wnętrzu sześć świątyń i cele lamów.

Gwałtowne ujadanie czarnych psów uwięzionych na łańcuchach wywabiło na podwórze kilku lamów, odzianych w czerwone spódnice oraz szale osłaniające tylko prawe ramię. Na głowach nosili czerwone małe czapki z klapkami na uszy. Lamowie, z nieodłącznymi bębenkami modlitewnymi w rękach, mamrotali formułki religijne, przerywając pacierz jedynie na krótką chwilę, gdy rozmawiali z podróżnikami.

Pandit Davasarman musiał być dobrze znany czerwonym lamom. Witali go “dostojnymi dżulami”, nie zważając na różnicę wyznań, albowiem buddyści zawsze raczej litowali się nad innowiercami, wyobrażając sobie, jakie to przykrości oczekują ich w przyszłych wcieleniach.

Jak spod ziemi wyrośli przed karawaną lamowie-robotnicy, by rozjuczyć konie i zaprowadzić je do stajen. Jeden z lamów wskazał podróżnikom drogę do pomieszczeń przeznaczonych dla nich na odpoczynek. Wszystkie bagaże zostały złożone w większej izbie, łączącej się z kilkoma mniejszymi, przypominającymi ubogie, klasztorne cele. Zastali w nich już przygotowane posłania z mat.

Zaledwie znaleźli się w swej kwaterze, Wilmowski przytrzymał lamę-przewodnika za ramię mówiąc:

— Dostojny lamo, przybyliśmy z bardzo daleka, aby zobaczyć się z szikarem Smugą. Czy możesz nas zaraz do niego zaprowadzić?

— Nie, lepiej mu teraz nie przeszkadzać. On sam przyjdzie do swych przyjaciół, gdy ostatecznie przekona się, iż żaden człowiek nie może zmienić tego, co mu los przeznaczył. Czekaj cierpliwie, szlachetny sahibie, szikar Smuga przyjdzie do was, zanim słońce ponownie rozproszy mrok nocy — zagadkowo odparł lama.

— Czyżby już nadszedł czas? — zapytał Pandit Davasarman.

Lama skinął głową, po czym kręcąc młynek modlitewny zniknął w mrocznym korytarzu.

— Cóż to wszystko znaczy? — zwrócił się Wilmowski do Davasarmana. — Nie lubię, gdy się próbuje grać ze mną w kotka i myszkę. Co ukrywasz przed nami, Pandicie Davasarmanie?

— Lepiej wal, brachu, prosto z mostu, bo mnie również zaczyna brakować cierpliwości. Nic nie rozumiem z tego, co rzekł ten kręci-młynek — zaperzył się bosman, kładąc swą ciężką rękę na ramieniu Pandita Davasarmana.

Hindus wahał się jeszcze. Zmarszczywszy brwi poważnie spoglądał w twarze białych sahibów, lecz po chwili namysłu powiedział:

— Mogę jedynie wyjaśnić słowa lamy. Otóż szikar Smuga przebywa obecnie przy łożu ciężko chorego, a nawet prawdopodobnie konającego człowieka. Lama jest przekonany, iż chory już nie doczeka świtu. Gdy skona, szikar Smuga przyjdzie do nas.

— A więc tak się rzeczy mają! — zawołał bosman.

— Kim jest ów ciężko chory człowiek? — pytał Wilmowski, nie spuszczając wzroku z Hindusa.

— To biały sahib, ale proszę, nie pytajcie mnie o nic więcej, ponieważ jedynie szikar Smuga może zaspokoić waszą ciekawość — stanowczo odpowiedział Pandit Davasarman.

— Ejże, szanowny panie, nie tak ostro, bo tu przecież nie chodzi o zwykłą babską ciekawość! Dopóki nie ujrzę Smugi, będę dobrze cię miał na oku — zagroził bosman.

Davasarman przeciągle spojrzał marynarzowi w oczy, ale doskonale zapanował nad sobą.

— Dobrze, nie oddalę się od ciebie ani na krok, biały sahibie, wkrótce jednak przekonasz się, iż nie byłem upoważniony do udzielania wyjaśnień — odparł.

— Niepokoimy się o naszego przyjaciela, proszę więc nie gniewać się na nas — wtrącił Tomek.

— Skoro czekaliśmy tyle czasu, to możemy poczekać jeszcze kilka godzin na wyjaśnienia — dodał Wilmowski. — Warto teraz zakrzątnąć się koło kolacji. Jestem już porządnie głodny.

W milczeniu zaczęli się posilać. Po skończeniu kolacji zapalili fajki. Nikt nie usiłował nawet nawiązywać rozmowy. Trzej biali podróżnicy wsłuchiwali się w odgłosy dochodzące z korytarza. Zdenerwowani i podnieceni rozmyślali o Smudze.

Pandit Davasarman pykał fajeczkę, obrzucając towarzyszy poważnym, pełnym skupienia spojrzeniem. Zaledwie wytrząsnął popiół z fajki, skinął wszystkim głową i zaczął przygotowywać się do snu. Tomek pierwszy poszedł w jego ślady. Szybko rozebrał się, układając ubranie tuż przy posłaniu. Następnie położył się na matach i okrył grubym kocem. Po chwili odwrócony twarzą do ściany udawał, że śpi; cierpliwie czekał, dopóki w kwaterze nie zgaszono kaganka.

Tomek czujnie nasłuchiwał. Łowił uchem oddechy śpiących towarzyszy, a jednocześnie zwracał pilną uwagę na odgłosy dochodzące z korytarzy. Ciche, jakby ukradkowe stąpania przywodziły mu na myśl postacie lamów kręcących młynki modlitewne. W miarę jak czas upływał, szmery na korytarzach stawały się coraz rzadsze, aż w końcu zupełnie zamarły.

Tomek ostrożnie wyśliznął się spod koca. Usiadł na posłaniu i po ciemku zaczął się ubierać. Przez cały wieczór rozmyślał o Smudze, czuwającym przy śmiertelnie chorym człowieku. Kim mógł być ten nieszczęśliwiec? Niewątpliwie musiał być dla Smugi kimś bardzo bliskim, jeśli nie odstępował go w tragicznej chwili życia. Tomek szczerze współczuł Smudze, chciał służyć mu pomocą i pociechą. Szczególny niepokój Tomka budziło wspomnienie mordercy z Bombaju — człowieka z blizną na twarzy. Może obecnie czai się gdzieś w pobliżu Smugi — by zabić go tak, jak przedtem zabił Abbasa? A może ten konający człowiek był również jego ofiarą?

Jeśli Smuga naprawdę znajdował się w klasztorze i czuwał przy chorym, to odnalezienie ich nie powinno być zbyt trudnym zadaniem. Tak rozumując postanowił pomyszkować po zakamarkach klasztornych.

Obawa o przyjaciela spędziła sen z jego powiek, coraz straszniejsze myśli przychodziły do głowy.

Smuga przecież musiał czuć się zagrożony, skoro prosił ich o pomoc i o jak najszybsze przybycie do Indii. Tymczasem już od kilku tygodni dążyli jego tropem, który w końcu doprowadził ich do ponurego, buddyjskiego klasztoru. A może Smuga ukrywał się tutaj przed jakimiś wrogami? Może Pandit Davasarman i wszyscy inni nie mówili im całej prawdy?

Wkrótce Tomek był już ubrany. Wsunął rewolwer za pas spodni, po czym prawie bezszelestnie zbliżył się do maty osłaniającej otwór drzwiowy. Ostrożnie wychylił głowę. Odblask rozjarzonego gwiazdami nieba nieśmiało wpełzał przez wąskie okienka do ciemnego korytarza.

Gdzieś w głębi migotał oliwny kaganek.

Tomek wymknął się zza zasłony na mroczny korytarz. Krok za krokiem posuwał się wzdłuż ściany w kierunku płonącego kaganka. Przed każdym otworem wiodącym do celi, przystawał i nasłuchiwał. Wszędzie panowała niczym nie zmącona cisza. Płonący kaganek znajdował się już zaledwie o kilkanaście metrów od niego. Naraz usłyszał szmer kroków. Przylgnął do zimnego muru. Zorientował się, że korytarz, którym dąży, łączy się z poprzeczną, rozjaśnioną teraz migotliwym światłem, galerią. Jacyś ludzie zbliżali się do załomu korytarza. Tomek gorączkowo rozejrzał się wokoło. O wyciągnięcie dłoni spostrzegł wejście do celi. Bez namysłu wśliznął się za zasłonę. Teraz uchylił maty i przez szczelinę zerknął na zewnątrz.

W czerwonym odblasku pochodni zatańczyły na ścianach duże, nieforemne cienie.

W sąsiedniej galerii ukazał się dwurząd lamów. Jedni nieśli zapalone pochodnie, inni kręcili modlitewne młynki, mamrocąc święte buddyjskie formuły. Głuchy pomruk modlitw lamów pełzł po korytarzach.

Tomek nieco więcej uchylił zasłony, by odblask płonących pochodni pozwolił mu rozejrzeć się po przypadkowej kryjówce. Znieruchomiał obejrzawszy się za siebie. Tuż obok spał na macie jakiś człowiek przykryty kocem. Tomek odruchowo cofnął się i naraz coś szorstkiego dotknęło jego twarzy. Z trudem stłumił okrzyk mimowolnego przestrachu. Odwrócił się szybko. Odetchnął z ulgą! Czerwony odblask padł właśnie na zawieszone na kółku odzienie śpiącego mnicha, o które się otarł. Tomka jakby olśniło. Pospiesznie zdjął z koła ubranie i gdy tylko lamowie zniknęli w głębi galerii, wysunął się znów na korytarz. Przy mdłym świetle kaganka ubrał się w czerwoną spódnicę, ramiona owinął szerokim szalem i wcisnął na głowę czapę.

Tak przebrany, śmielej podążył w kierunku, w którym dopiero co zniknął dwuszereg lamów. Minął galerię, by zapuścić się w inny korytarz. Po kilkunastu krokach znów przystanął. Tuż za pobliskim zakrętem rozbrzmiały uderzenia dzwonka. Powtarzały się w krótkich, regularnych odstępach czasu.

“Zapewne w pobliżu znajduje się świątynia — pomyślał Tomek. — Do niej to szli lamowie”.

Nasłuchiwał dłuższą chwilę. Srebrzysty dźwięk rozlegał się nieprzerwanie. Tomek podkradł się do załomu ściany. Teraz usłyszał plusk płynącej wody. Zajrzał do sąsiedniego korytarza. O kilkanaście kroków przed nim, w samym rogu, stał duży bęben modlitewny, zaopatrzony z jednej strony w koło z poprzecznymi łopatkami, które zanurzały się w strumieniu wartko płynącej wody w kamiennym kanaliku. Woda uderzając o łopatki wprawiała je w ruch i w ten sposób bęben wolno obracał się dookoła swej osi.

Za każdym pełnym obrotem rozlegał się głos dzwonka przymocowanego do koła.

Tomek zbliżył się do bębna oświetlonego przez zatkniętą w ścianie pochodnię. Duży walec pokrywały wyryte na nim święte formułki i modlitwy. W myśl buddyjskich wierzeń, bęben obracający się bez przerwy, przekazywał Bogu ludzkie prośby oraz dziękczynienia.

Tomek uśmiechnął się na widok tak niezwykłej naiwności. Szedł dalej, zagłębił się w jeszcze jedno odgałęzienie korytarza. Niebawem znów usłyszał pomruk ludzkich głosów. Przygarbiony niczym wiecznie zamodlony lama, śmiało ruszył przed siebie. Po chwili, jakimś zapewne bocznym wejściem, wszedł do rozległej świątyni. Przystanął za jednym z kilku błyszczących srebrem i złotem grobowców-czortenów.

Nieznacznie rozglądał się po świątyni. Przed ołtarzami płonęły niezliczone kaganki oliwne. W powietrzu unosił się ciężki, mdły zapach kadzideł. Przed olbrzymim posągiem oraz wieloma posążkami Buddy modlili się czerwoni lamowie. Gdzieś w głębi rozbrzmiewał głos dzwonków i huk bębna. Dźwięki ich mieszały się z modłami mnichów. Sufit tonął w półmroku. Rozwieszone na nim malowidła smoków i poczwar, zdawały się ożywać w otaczających je chmurach dymów kadzielnych.

Tomek poczuł się trochę nieswojo w tej dziwacznej świątyni, toteż gdy kilku mnichów opuszczało bocznym wyjściem przybytek Buddy, wysunął się za nimi. Nikt z lamów nie zwrócił uwagi na wędrującego na końcu szeregu skulonego “mnicha”.

“Wracają tą samą drogą, którą przyszedłem do świątyni — mruknął Tomek dla dodania sobie odwagi. — Zaraz za zakrętem będzie bęben modlitewny poruszany przez wodę”.

Z zadowoleniem stwierdził, że nie stracił orientacji w labiryncie klasztornych korytarzy. Znaleźli się w galerii. Tomek kroczył za lamami. Szli teraz jakimś nowym korytarzem. Naraz orszak zatrzymał się; jeden z lamów uchylił ciężkiej zasłony i w milczeniu skinął głową. Czterech lamów zniknęło w celi, podczas gdy czterech innych wyszło z niej i przyłączyło się do orszaku. Zaledwie lamowie ruszyli w głąb korytarza, Tomek wiedziony intuicją wśliznął się za zasłonę.

W obszernej celi na stosie mat spoczywał niesamowity człowiek. Całą głowę i część twarzy leżącego pokrywał długi, siwy zarost. Dłonie złożone na piersiach ostro odcinały się bielą od czerwieni szala okrywającego jego ramiona. Nie to jednak nadawało mu niesamowity wygląd. Miękki koc okrywający go opadał luźno na matę, tak jakby ów mężczyzna w ogóle nie posiadał nóg. Gdy Tomek przyjrzał się jego nieruchomej twarzy, oświetlonej kagankami umieszczonymi u wezgłowia — zrozumiał, iż mężczyzna już nie żyje.

Wzrok Tomka objął teraz czterech lamów siedzących na podwiniętych nogach z jednej strony łoża. Kręcili bębenkami swych młynków modlitewnych i odmawiali święte formułki. Po drugiej stronie zmarłego, w głębi celi, na stosie poduszek siedział biały mężczyzna. Plecami i głową opierał się o ścianę, a jego przymknięte powieki sprawiały wrażenie, iż jest pogrążony we śnie.

Tomek drgnął. Jakże dobrze znał tę piękną, męską twarz pełną stanowczości! Nie mógł go zmylić nawet długi, czarny zarost. To był jego ukochany przyjaciel — Jan Smuga, w którego poszukiwaniu przybyli w głąb Azji do tego ponurego, buddyjskiego klasztoru. Tomek, głęboko wzruszony, wolno zbliżył się do przyjaciela. Z wrażenia nie mógł wymówić słowa, więc tylko oparł dłoń na jego ramieniu.

Ten zaledwie uchylił powiek. Musiał być bardzo zmęczony, bo musnął wzrokiem postać stojącego przed nim “lamy” i cicho wypowiedział kilka słów w nieznanym języku.

“Nie poznał mnie” — pomyślał Tomek i nachyliwszy się do Smugi zawołał zrozpaczony:

— To ja, Tomek, czy pan mnie nie poznaje?!

Na dźwięk tego głosu Smuga poderwał się z poduszek. Spoglądał przenikliwym, zdumionym wzrokiem.

— Czy pan mnie nie poznaje? — ponowił Tomek zapytanie.

— Do diabła, ten mnich przemawia głosem Tomka — mruknął Smuga.

Nagłym ruchem ściągnął “uszastą” czapę z głowy domniemanego lamy. Zaledwie ujrzał płową czuprynę, porwał chłopca w ramiona. Długo ściskali się w milczeniu. W końcu Smuga ochłonął z wrażenia i rzekł:

— Poznałem cię jedynie po głosie. Od kiedy to zostałeś lamą? Gdzie ojciec, gdzie bosman i Pandit Davasarman?

Tomek odetchnął pełną piersią.

— Dzisiejszego wieczoru przybyliśmy do Hemis. Lamowie nie chcieli nas do pana zaprowadzić. Mówili, że pan czuwa przy konającym człowieku. Gdy wszyscy posnęli, wykradłem się z kwatery, aby pana odszukać, bo myślałem, że może będę mógł w czymś pomóc. Po drodze zabrałem śpiącemu lamie ten strój i myszkowałem po klasztorze tak długo, aż trafiłem tutaj.

Nikły uśmiech rozchmurzył twarz Smugi.

— Dawno nie widzieliśmy się, mój drogi, więc zapomniałem, że tobie nigdy nie brak oryginalnych pomysłów — powiedział. — Nie byłem przygotowany na taką niespodziankę. Lamowie spodziewali się, iż on umrze tej nocy, dlatego widocznie dopiero rano chcieli mnie zawiadomić o waszym przybyciu. Dla nich doczesne sprawy nie mają zbyt wielkiego znaczenia, aczkolwiek wiedzą przecież, iż oczekuję na was z wielką niecierpliwością.

Wskazał leżącego na matach mężczyznę i dodał ze smutkiem.

— To jest mój przyrodni brat, Tomku. Czy spostrzegłeś, iż nie ma obydwóch nóg? Zmarł przed trzema godzinami. Już nie męczy się dłużej...

— To bardzo przykre... Dlaczego pan go przywiózł w głąb Azji? — szepnął Tomek.

— Nie przywiozłem go do Hemis. On ściągnął mnie tutaj, lecz to długa historia.

Na dworze ozwało się przeciągłe, jękliwe, głębokie huczenie mosiężnych trąb. To lamowie z dachów świątyń oznajmiali wschód słońca.

— Już świta... Chodźmy do naszych towarzyszy. Wstali już zapewne i niepokoją się o ciebie — powiedział Smuga. — Mojemu bratu nie jesteśmy potrzebni. Dla niego skończyły się kłopoty.

— Czy pana brat był buddystą? — nieśmiało zapytał Tomek, zerkając na mnichów mamroczących modlitwy.

— Och nie! Po prostu przyzwyczaił się do lamów, którzy oddali mu wielką przysługę. Ponieważ otaczali go troskliwą opieką, więc nie chcę pozbawiać ich tej drobnej przyjemności. Niech w swój, nieco zabawny sposób modlą się za niego. Chodźmy, Tomku...

Smuga podszedł do łoża, pochylił się nad zmarłym. Łagodnym ruchem odgarnął długie włosy z czoła. Przez chwilę wpatrywał się w zastygłe rysy, potem cofnął dłoń, ujął Tomka pod ramię i wyprowadził go z celi.


* * *

Donośne huczenie trąb lamów przebudziło Wilmowskiego i jego towarzyszy. Oczywiście zaraz spostrzegli nieobecność Tomka. Zaniepokojeni tym ubierali się pospiesznie, gdy Tomek i Smuga weszli do kwatery.

— Oto i nasza zguba — zawołał bosman na widok wchodzących. — Jak tylko nie znaleźliśmy cię w betach, od razu pomyślałem, że postanowiłeś nabić w butelkę kręcimłynków i na własną rękę odszukać naszego kumpla. No i miałem rację! Nareszcie mamy pana Smugę!

Długo witali przyjaciela, a on nie mniej od nich cieszył się, ściskając ich serdecznie. Smuga opowiedział, jak nie poznał Tomka w przebrania buddyjskiego mnicha, z czego natychmiast skorzystał bosman, by zażartować:

— Miałem, moi panowie, zamiar wynająć jakiś jachcik i wypuścić się z Tomkiem na dłuższą morską wyprawę, ale teraz wolę z tego zrezygnować — mówił. — Bo skoro w Australii Tomek przystał do rozbójników, w Afryce przedzierzgnął się w murzyńskiego czarownika, w Ameryce został indiańskim wodzem, a teraz lama z niego jak się patrzy, to przecież gdybyśmy wyruszyli w morze, jak amen w pacierzu, zamieniłby się w wieloryba i tyle byśmy go już widzieli!

— Przestań żartować, bosmanie — skarcił go Tomek. — Przyrodni brat pana Smugi umarł tej nocy.

— Co ty gadasz, brachu? Czyżby po nieszczęsnym panu Abbasie teraz przyszła kolej na szanownego brata pana Smugi?! Ha, jeśli to nowa sprawka tego draba z blizną na gębie, to czas najwyższy dobrać się do jego skóry — zawołał do głębi oburzony marynarz. — Za dużo trupów pozostawiamy na naszej drodze podczas tej wyprawy!

— Janie, nigdy nie słyszałem od ciebie o twoim bracie! — wtrącił zaniepokojony Wilmowski. — Czy umarł naturalną śmiercią, czy też może to znów tragiczny wypadek?!

Smuga zdumiony spojrzał na podnieconych przyjaciół.

— Nie rozumiem, o co wam chodzi?! — odezwał się po chwili zaniepokojony. — Czy może coś nieprzyjemnego przytrafiło się Abbasowi?

— Święta racja, przecież pan nic nie wiesz o tym — pospieszył z wyjaśnieniem bosman. — Ten biedak Abbas został zamordowany akurat wtedy, gdy wręczał nam list i depozyt. Zabił go drab o gębie przeciętej szeroką blizną.

Smuga oniemiał zaskoczony usłyszaną wiadomością. Wkrótce jednak gniewnie zmarszczył brwi i pytająco spojrzał na Pandita Davasarmana. Ten zapewne zrozumiał nieme pytanie.

— Zdałem już dokładną relację sir Younghusbandowi — odrzekł. — Obiecał zająć się odszukaniem mordercy. Nie ujdzie on karzącej ręki sprawiedliwości.

— Ej, panie Davasarman, przecież przy nas nie mówiłeś o tym z rezydentem — zaperzył się bosman.

— Zaraz po naszej wspólnej wizycie jeszcze raz odwiedziłem sir Younghusbanda — wyjaśnił Hindus.

Wilmowski opowiedział przebieg wypadków w Bombaju. Kończył właśnie mówiąc:

— Morderstwo dokonane na Abbasie, a potem przedłużająca się podróż twoim tropem, Janie, niepokoiły nas bardzo. Muszę nawet wyznać, że czasem byliśmy nieufni w stosunku do pana Pandita Davasarmana, za co teraz serdecznie przepraszamy.

— Faktycznie wyglądał nam pan trochę podejrzanie, ale prawda jak oliwa zawsze na wierzch wypływa. Teraz już zgoda między nami — dodał bosman. — Chyba nie będziesz się pan boczył na nas?

Pandit Davasarman złożył ręce jak do modlitwy, skłonił głowę i rzekł:

— Troska o przyjaciela jest dowodem szlachetności serca. Nie można się o to gniewać.

— To ja naraziłem was na niepokój, a Pandita Davasarmana na wasze podejrzenia — odezwał się Smuga. — Ostrożność nakazywała mi wstrzymać się z wszelkimi wyjaśnieniami. Niestety, nie przewidziałem, że nieszczęście zupełnie przypadkowo może dotknąć tego poczciwego Abbasa. Domyślam się, kto jest jego mordercą. Wy również za chwilę zrozumiecie wszystko. Opowiem historię mego brata. Należy wam się wyjaśnienie, w jakim celu prosiłem was o przybycie do Hemis.

— Teraz to już nic pilnego — powiedział Wilmowski. — Widzimy cię w zdrowiu, a o to przecież głównie nam chodziło. Janie, wyglądasz mizernie. Zapewne długo czuwałeś przy chorym? Może wypocząłbyś najpierw?

— Święte słowa, skoroś pan zdrów i cały, nie ma pośpiechu z wyjaśnieniami — dodał dobroduszny bosman.

— Wprawdzie nie spałem dwie noce, ale nie jestem zbytnio zmęczony — odparł Smuga. — Surowe górskie powietrze dobrze mi służy. Nawet to niebezpieczne drżenie dłoni ustało zupełnie [124]. Obecnie strzelam tak celnie jak dawniej.

— Wspaniała nowina! — zawołał uradowany Tomek.

— Wyśmienita! Musimy ją oblać butelczyną prawdziwej jamajki — dodał bosman.

— Doskonała myśl, bosmanie! Przy szklanicy oraz fajce łatwiej mi będzie opowiedzieć wam moją niezwykłą historię — zachęcił Smuga.

Zasiedli na matach. Bosman ochoczo napełnił kubki rumem, zapalili fajki. Smuga wydmuchnął kłąb błękitnego dymu, po czym zaczął mówić:

— Moja lakoniczna depesza sprawiła wam wiele niepokoju, wszakże zrozumiecie, że nie mogłem inaczej postąpić. Zamierzam udać się na bardzo ryzykowną wyprawę, której powodzenie, jak potwierdziło moje smutne wydarzenie w Bombaju, głównie zależy od zachowania całej sprawy w ścisłej tajemnicy. Dlatego też usilnie was proszę, abyście natychmiast zapomnieli o wszystkim, co wam powiem, jeśli oczywiście uznalibyście swój udział w wyprawie za niemożliwy.

— Możesz na nas liczyć, Janie — poważnie zapewnił Wilmowski. Inni potakująco skinęli głowami.

— Po śmierci matki odziedziczyłem trochę pieniędzy i wtedy to wyruszyłem na włóczęgę po świecie. Od czasu do czasu pisywałem listy do mego ojczyma i przyrodniego brata, którzy zamieszkiwali w Warszawie. Już około dwóch lat pracowałem u Hagenbecka, gdy nagle w 1887 roku Michał, mój przyrodni brat, został aresztowany za udział w tajnej organizacji polskiej. Wywieziono go na Sybir i wkrótce słuch po nim zaginął. Ojczym, zgnębiony losem Michała, zmarł w rok później. Byłem przekonany, że więcej już nie usłyszę o przyrodnim bracie. Kilka miesięcy temu nieoczekiwanie otrzymałem list z Indii. Po długich dwudziestu latach dowiedziałem się, że Michał, straszliwie okaleczony, przebywa w buddyjskim klasztorze w Hemis. W liście pisanym przez obcego człowieka usilnie prosił mnie o zachowanie w ścisłej tajemnicy wiadomości o jego odnalezieniu się w Indiach. Dlatego właśnie nie powiedziałem wam o tym i natychmiast udałem się w podróż do Hemis.

Po przybyciu do klasztoru ujrzałem mego biednego brata. Nie byłem już w stanie pomóc mu w czymkolwiek. Był to tylko strzęp dzielnego niegdyś człowieka. Z ogromnym wzruszeniem wysłuchałem jego niezwykłej historii. A było to tak.

W drodze na Syberię grupa zesłańców, w której znajdował się mój brat, spotkała wyprawę odkrywczą Piewcowa, udającą się do Azji Środkowej. Uczestniczył w niej polski geolog i podróżnik, Karol Bohdanowicz. Znał on mego brata, jako dobrze zapowiadającego się geologa, toteż za pośrednictwem Piewcowa, wyjednał przydzielenie go do wyprawy badawczej. Zaręczył, iż po zakończeniu badań skazaniec uda się dobrowolnie do miejsca zesłania. Wyprawa podążyła do Chińskiego Turkiestanu i w pogranicznych górach założyła bazę. Oczywiście Bohdanowicz, wbrew własnemu zaręczeniu, nie miał zamiaru namawiać brata do powrotu do miejsca zesłania. Toteż gdy w 1890 roku kończyli badania na północnym pograniczu Tybetu, doradził mu i ułatwił ucieczkę. Pewnej nocy brat zabrał objuczonego niezbędnymi zapasami konia i umknął z obozu. Zaszył się w dziczy górskiej. Po oddaleniu się wyprawy z okolicy przez długie lata wędrował po górach Ałtyn-tag.

Smuga wypił spory łyk jamajki, po czym mówił dalej:

— Zapewne pamiętacie doskonale dwóch poszukiwaczy złota, O'Donnellów, których Tomek uratował w Australii przed buszrendżerami [125]. Otóż tak jak oni w górach Nowej Południowej Walii, mój brat znalazł w górach Ałtyn-tag w strumieniu rodzime złoto, naniesione przez wodę [126]. Przez kilka miesięcy wydobywał je własnymi rękami, po czym ukrył w bezpiecznym miejscu. Postanowił wrócić po skarb w liczniejszym gronie.

Przedtem jednak musiał wydostać się z mało znanego, dzikiego kraju. Oczywiście droga przez Rosję była dla niego zamknięta. W Turkiestanie Chińskim również nie mógł czuć się bezpieczny. Piewcow według wszelkiego prawdopodobieństwa rozgłosił tam o jego ucieczce. Wobec tego postanowił przejść przez Tybet do Kaszmiru. Z woreczkiem pełnym złota wyruszył w szaleńczy marsz. Trudno zrozumieć, w jaki sposób zdołał dotrzeć do granicy Ladakhu. Katastrofa zaskoczyła go dopiero w górach Karakorum już w pobliżu Hemis. Mianowicie trzej tybetańscy przewodnicy ujrzeli na śniegu na przełęczy jakieś tajemnicze ślady stóp, które według ich mniemania miał pozostawić legendarny stwór — Śnieżny Człowiek. Przesądni krajowcy odmówili dalszego towarzyszenia bratu, obawiając się ewentualnego spotkania z tym stworem.

Brat oczywiście nie wierzył w bzdurne przesądy. Był już jednak straszliwie wyczerpany ustawicznym czuwaniem, ponieważ przewodnicy od szeregu dni odmawiali dalszego udziału w wyprawie. Toteż pozwolił im odejść i sam ruszył ku Hemis oddalonemu zaledwie o dwa dni marszu. Jeszcze na przełęczy zaskoczyła go straszliwa burza śnieżna. Wkrótce padł mu jedyny juczny jak. Brat nie miał siły rozpiąć namiotu. Rankiem przypadkowo znalazł go pewien człowiek na wpół żywego, przysypanego śniegiem. W tym akurat czasie podążał tamtędy lama z klasztoru w Hemis. Zastał on Abdul Mahmuda, przekupnia z Leh, nad nieprzytomnym bratem. Razem przewieźli go do Hemis, gdzie na skutek odmrożenia trzeba było amputować mu obydwie nogi. Zaraz po odzyskaniu przytomności brat podyktował znającemu język angielski Mahmudowi list do mnie, adresowany do Hamburga na ręce pana Hagenbecka. Lamowie natychmiast wysłali pismo. Mahmud tymczasem nie oddalał się od ciężko chorego mego brata. Cierpliwie czekał na mój przyjazd. Wiedział, że brat wkrótce umrze. Wiedział również, że na przechowaniu u lamów znajduje się jego woreczek ze złotem.

— Czy Mahmud miał szeroką bliznę na twarzy? — zagadnął Tomek.

— Oczywiście, to on na pewno jest mordercą Abbasa — potwierdził Smuga. — Często widywałem go w Hemis. Prawdopodobnie śledził mnie potem w drodze do Bombaju, dokąd musiałem się udać w celu uzyskania zezwolenia władz na swobodne przekroczenie granicy podczas zamierzonej wyprawy. Zapewne miał zamiar napaść na mnie, ponieważ wiedział, że zabrałem z sobą część złota.

Jadąc do Bombaju, wstąpiłem do Alwaru, aby namówić mego przyjaciela, Pandita Davasarmana, do udziału w wyprawie i prosić go o pomoc w zdobyciu zezwolenia od władz angielskich. Bo muszę wam jeszcze wyjaśnić, że mój brat poinformował mnie o skarbie ukrytym w górach Ałtyn-tag oraz wręczył mi dokładny plan umożliwiający odnalezienie złota. Nieszczęśliwiec na łożu śmierci przez cały czas marzył o ofiarowaniu połowy skarbu towarzyszom niedoli zesłanym na Syberię. Dał mi nazwiska, adresy. Błagał, abym wydobył złoto z ukrycia i przekazał połowę według jego dyspozycji. Nie mogłem odmówić ostatniej, jedynej prośbie skazanego na śmierć tak mi bliskiego człowieka. Obiecałem wypełnić jego wolę.

Pandit Davasarman przez przyjaźń dla mnie zgodził się na udział w wyprawie. Razem udaliśmy się do Bombaju i to właśnie, jak obecnie się domyślam, pomieszało szyki knującemu złe zamiary Mahmudowi. Nie mógł dokonać napadu na nas dwóch, więc zapewne jak cień dążył za nami i szpiegował. W Bombaju nie zastaliśmy generała Mac Donalda, od którego należało uzyskać zezwolenie na wyprawę. Powiedziano nam, że przebywa w Delhi, wobec czego zaraz wyruszyliśmy w drogę. Mahmud musiał podpatrzyć, jak pozostawialiśmy dla was list i depozyt u Abbasa. Potem czekał tylko na sposobną chwilę, aby ukraść złoto.

— To jest bardzo prawdopodobne — dorzucił Wilmowski. — Wątpię jednak, czy on odważy się teraz na powrót do Leh. Będzie obawiał się, że ty i pan Pandit Davasarman zidentyfikujecie go jako mordercę Abbasa.

— Mahmud wiedział, że zabrałem od lamów tylko połowę złota — rzekł posępnie Smuga. — Tego niestety nie ukrywałem przed nim, bo przecież podstępnie wkupił się w łaski mego brata. To chytra sztuka. Zapewne pokusi się jeszcze o dostanie w swoje ręce drugiej połowy zawartości woreczka.

— Można by tu zaczaić się na niego — poddał bosman.

— Niech szlachetni sahibowie pozostawią tę sprawę sir Younghusbandowi — zauważył Pandit Davasarman. — Jestem pewny, że zdoła schwytać mordercę.

— Pandit ma rację. Younghusband potrafi wytropić go nawet pod ziemią — potwierdził Smuga. — Nie mówmy już więcej na ten temat... oczywiście do pewnego czasu. W Azji wszelkie wiadomości, a szczególnie intrygi, obiegają kraj lotem błyskawicy.

— Teraz już wiecie, dlaczego wezwałem was do Indii — dalej mówił Smuga. — Obawiałem się opisywać całą sprawę w liście. W celu odnalezienia skarbu należy przedrzeć się przez tereny należące do Rosji i Chin. Nawet nieumyślne rozgłoszenie wiadomości o zamierzonej wyprawie mogłoby okazać się szczególnie niebezpieczne dla ciebie, Andrzeju, oraz dla bosmana.

Prosiłem Pandita Davasarmana, aby w czasie drogi do mnie nie rozmawiał z wami na temat mego brata i wyprawy. Wiedziałem, że będziecie się niepokoili o mnie, lecz właśnie ten szczerze okazywany przy wielu okazjach niepokój, moim zdaniem, doskonale powinien ukrywać przed zbyt ciekawymi osobami właściwy cel naszego spotkania i Indiach. Niestety otrzymana w Delhi wiadomość o poważnym pogorszeniu się stanu zdrowia mego brata zmusiła mnie do natychmiastowego przyjazdu do Hemis. Z tego powodu nie mogłem czekać na was w Alwarze, jak to uprzednio planowałem. Wybaczcie mi więc tę może przesadną ostrożność i tajemniczość, lecz postępowałem tak jedynie przez wzgląd na wasze bezpieczeństwo.

Wszystko przygotowałem do drogi. Muszę jednak jeszcze raz uprzedzić, że wyprawa jest bardzo ryzykowna i zrozumiem was, jeśli nie zechcecie na nią pójść.

Smuga zaczął nabijać fajkę tytoniem. Wilmowski pierwszy przerwał kłopotliwe milczenie.

— Po rozmowie z sir Younghusbandem w Leh, który natarczywie wypytywał nas o rosyjskie dokumenty osobiste, przyszło mi na myśl, iż zamierzasz jakąś wyprawę na tereny należące do Rosji. Obecnie moje obawy potwierdziły się; to oczywiste szaleństwo, Janie. Linia graniczna pomiędzy Indiami a Rosją jest na pewno doskonale strzeżona przez obydwie strony. Wpadlibyśmy jak mysz w pułapkę.

— Ryzyko jest duże, aczkolwiek starałem się przewidzieć niebezpieczeństwo grożące podczas wyprawy — przyznał Smuga. — Poczyniłem nawet pewne kroki. Powinny one ułatwić nam wykonanie tego szalonego przedsięwzięcia. Władze angielskie w Indiach sprzyjają ekspedycji.

— Czy bezinteresownie? — zagadnął Wilmowski.

— O to nie można posądzać Anglików — odparł Smuga. — Oni są bardzo ciekawi wszystkiego, co się dzieje w Rosyjskim Pamirze i Chińskim Turkiestanie. Dlatego zgodzili się ułatwić przejście z Indii do Pamiru pod warunkiem, iż będzie mi towarzyszył ich wywiadowca. Pan Pandit Davasarman zgodził się na ochotnika i... mogłem przyjąć ten warunek.

— Powiem szczerze, towarzystwo angielskiego wywiadowcy powiększa jeszcze i tak już ogromne niebezpieczeństwo — stwierdził Wilmowski.

— To zależy jedynie od składu osobowego wyprawy. Wszyscy uczestnicy muszą przemykać się w obcych krajach w przebraniu. Jeżeli wszyscy również potrafią trzymać język na wodzy, niebezpieczeństwo nie będzie tak duże. Ruch na uczęszczanych od wieków traktach jest znaczny, łatwo się można prześliznąć. Natomiast na bezdrożach kilku dobrze uzbrojonych, pewnych ludzi da sobie radę. Pan Davasarman posiada kontakty w wielu krajach Azji Środkowej. Podjął się też roli przewodnika wyprawy.

— Czy przypadkiem nie trzeba będzie jechać przez góry? — zapytał bosman.

— I to przez nie byle jakie!

Bosman posmutniał, ciężko wzdychając.

— Proponujesz szaleństwo, Janie — spokojnie powiedział Wilmowski.

— Nie przeczę, lecz czym byłoby dla mnie życie bez takich szaleństw? Nie zależy mi na tym złocie. Nie pragnę go dla siebie. Mimo to muszę dotrzymać obietnicy danej bratu. Poza tym, czyż wszyscy badacze tych regionów byli mniej szaleni ode mnie? Podczas wyprawy na pewno dotrę do miejsc, których nie dotknęła dotąd stopa białego człowieka. To posiada dla mnie niezmierny urok i gotów jestem ponieść znaczne ryzyko.

Podniecony Tomek nie spuszczał oczu ze Smugi. Naraz podniósł się i stanął przed ojcem.

— Wyprawa jest naprawdę szaleńcza. Ty, ojcze, i pan bosman nie możecie w niej wziąć udziału, lecz mnie władze rosyjskie nie uczynią krzywdy. Legalnie opuściłem Polskę. Nie gniewaj się, ojcze, i nie miej żalu, idę z panem Smugą. Zawsze marzyłem o takiej wspaniałej wyprawie!

Wilmowski siedział zadumany. W końcu spojrzał synowi prosto w oczy.

— Nie mogę ci tego zabronić, Tomku. Na twoim miejscu uczyniłbym to samo.

Uradowany młodzieniec rzucił się ojcu na szyję, ściskał go i całował. Bosman pociągnął łyk jamajki.

— Góry, i to nie byle jakie, a pal je sęk! Pewno będziemy mieli okazję pomacać kogo po łepetynie. Idę z wami! Kiedy wyruszamy? — rzekł śmiejąc się rubasznie.

— No tak, pozostało tylko ustalić termin wyruszenia w drogę — odezwał się Wilmowski.

— Jak to, ojcze, czy naprawdę i ty chcesz pójść na tę szaleńczą wyprawę? — zawołał zdumiony Tomek.

— Oprócz pana Pandita Davasarmana będę w waszym towarzystwie drugim rozsądnym człowiekiem. Myślę, że przydam się wam podczas wyprawy — odpowiedział Wilmowski, uśmiechając się poważnie. — Kiedy wyruszamy, Janie?

— Jutro o świcie, jeśli nie jesteście zbyt zmęczeni — odparł Smuga.

— A więc jutro — potwierdził Wilmowski.

— Panowie, wznoszę toast za powodzenie wariackiej wyprawy — zawołał bosman, nalewając rumu do kubków.


Загрузка...