Tomek zatrzymał się niezdecydowanie przed werandą. Drzwi do mieszkania były szeroko otwarte, tak jak je pozostawił, wybiegając za unoszącym skradziony pierścień złodziejem. Cisza oraz ciemność zalegały wnętrze domu. Ojciec i bosman zapewne nie powrócili jeszcze dotąd z uczty w pałacu maharadży. Nieobecność ich ułatwiała Tomkowi dotrzymanie przyrzeczenia danego księżnej, że nie powie nikomu o kradzieży pierścienia. Jeżeli bowiem towarzysze zastaną go w domu, z całą pewnością niczego się nie domyślą, a tym samym nie będą również o nic pytali. Należało jedynie przedtem przywrócić porządek w mieszkaniu i usunąć ślady walki. Dom ział niepokojącą ciemnością. Tomek nie był pewny, czy podczas jego nieobecności jakiś zabłąkany tygrys lub pantera [79] nie przyczaiły się w mieszkaniu bądź też czy niefortunny złoczyńca, który wcześniej od niego opuścił świątynię, nie pokusił się o ponowienie napadu z ukrycia w opuszczonym domku.
Tomek rozważał swe szanse, a jednocześnie nasłuchiwał, czy nie dojdą go jakieś podejrzane odgłosy.
“Drzwi otwierają się do wewnątrz, jeżeli zdążę wśliznąć się za nie, to osłonią mnie na chwilę, a potem zorientuję się, co mam dalej robić” — postanowił w myśli.
Nie miał zbyt wiele czasu do stracenia. Wszedł na werandę. Stąpając na palcach krok za krokiem dotarł do progu izby, a potem szybkim skokiem skrył się za drzwiami. W domku w dalszym ciągu panowała cisza. Tomek wydobył z kieszeni zapałki. W mieszkaniu nie było nikogo. Szybko zamknął i zaryglował drzwi, założył bambusową kratę w otworze wiodącym na dach. W kwadrans później rozebrany leżał na swoim posłaniu. Teraz nie obawiał się jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Jego niezawodny kolt wyglądał spod poduszki.
Mimo późnej pory nie mógł zasnąć. Niezmiernie był ciekaw wyników rozmowy swoich towarzyszy z Panditem Davasarmanem. Niecierpliwie oczekiwał na ich powrót i rozmyślał o niezwykłym, intrygującym wydarzeniu z pierścieniem. Księżna znała złoczyńcę. Jej oświadczenie, że nie posiadał blizny na twarzy odsuwało od niego posądzenie o dokonanie zabójstwa w Bombaju. Kim wobec tego naprawdę był ów złodziej? Tłumaczenie księżnej o istnieniu trzech identycznych sztyletów mogło być po prostu zmyślone dla osłonięcia niecnego czynu jej małżonka. Dlaczego jednak opływający w bogactwa maharadża dopuszczałby się kradzieży pierścienia podarowanego przez żonę? Było to dla Tomka niezrozumiałe.
Fakt schronienia się złodzieja w samotnej świątyni, ukrytej w dżungli, w dociekaniach Tomka uporczywie kojarzył się z posągiem okrutnej bogini Kali, czczonej przez Thugów. Ci zawodowi przestępcy tworzyli swego czasu, szczególnie w północnych Indiach, potężne bandy. Dusili lub truli swe ofiary, kradli, znajdując do tego podnietę w wierzeniach sekty religijnej. Ryzykowali wszystko bez jakiejkolwiek obawy, przekonani byli bowiem, że każdy Thung, zabity podczas zbójeckiej wyprawy, natychmiast dostanie się do raju. Istniał w Indiach okres, kiedy działalność Thugów sparaliżowała nawet handel pomiędzy miastami, ponieważ nikt nie był pewny, czy uda mu się szczęśliwie powrócić do domu. Były to wszakże czasy dość odległe, albowiem w latach tysiąc osiemset trzydziestych Anglicy rozgromili Thugów. Wyniszczenie ich przyczyniło się do wydatnego zmniejszenia liczby mordów na tle religijnym, lecz mimo to w Indiach nadal działała szeroko rozprzestrzeniona kasta Crimów — zawodowych złodziei, uznających za swą patronkę boginię Bogiri Mahalakshmi. Właśnie u stóp jej posągu Tomek odnalazł złodzieja pierścienia.
Tajemnicza świątynia na odludziu mogła być kiedyś zbudowana przez Thugów lub Crimów. Ponieważ znajdowała się na prywatnych terenach łowieckich maharadży, można było przypuszczać, iż władcy Alwaru byli w jakiś sposób związani z przestępczą kastą. Tomek przecież słyszał już dawniej, że nieraz nawet bardzo bogaci Hindusi z pobudek religijnych byli członkami bandy Crimów. Każdy Hindus musi przynależeć do kasty, w której się urodził. Jeśli więc ktoś z przodków maharadży Manibhadry należał kiedyś do Crimów, to i Manibhadra, nie chcąc narazić się na hańbiące w mniemaniu krajowców usunięcie z kasty, musiałby dokonywać przestępstw.
“Może maharadża jest członkiem albo nawet hersztem bandy Crimów? — rozmyślał Tomek. — Tłumaczyłoby to przynajmniej ten niezrozumiały w innym przypadku czyn. A może maharani mówiła prawdę o tych trzech sztyletach?”
Rozmyślania Tomka przerwały odgłosy rozmowy prowadzonej już w pobliżu myśliwskiego domku. Niebawem na werandzie zadudniły ciężkie kroki bosmana Nowickiego.
— Pewno śpi już nasze biedne chłopczysko — mówił marynarz tubalnym głosem. — Zupełnie słusznie ma do nas żal. Moim zdaniem niepotrzebnie wyprawiłeś go do domu. Cóż nas obchodzą Burton i ten milczek Mac Donald?! Niechby się wściekali ze złości, że piękna maharani bardziej lubi Polaków niż Anglików. Aż zazdrościłem Tomkowi, gdy z nim tak miło gruchała...
— I o to również chodziło, bosmanie — sumitował się Wilmowski. — Wydawało mi się, że maharadża był z tego trochę niezadowolony.
— Ech! Tomek poza Sally świata bożego nie widzi i tylko patrzyć, jak się jej oświadczy, a ty do niego z pretensjami o maharani! Czysta niesprawiedliwość!
— Ciszej mów, bosmanie! Zbudzisz Tomka. Już nie wiem, który raz tłumaczę ci, że nie mam do niego o nic pretensji i nawet żałuję...
W tej chwili Tomek rozradowany otworzył drzwi na oścież, wołając:
— Wcale nie śpię i wszystko słyszałem. Cieszę się, ojcze, że nie masz do mnie żalu. Martwiłem się o to czekając na wasz powrót.
— Nigdy nie kłopocz się na zapas. Po prostu jestem czasem zbyt ostrożny. Ale dostałem za swoje, ponieważ bosman przez całą drogę dosadnie wyrażał niezadowolenie. Mamy dla ciebie ciekawą nowinę. Pandit Davasarman przyjechał do Alwaru.
— Czyżby sam przyjechał? — pytał Tomek, nic nie wspominając, iż wie o jego przybyciu.
— Tak, Tomku! To właśnie wzmogło nasz niepokój. Pandit Davasarman ma razem z nami jechać do Smugi, który jakoby obecnie przebywa w Szrinagarze w Kaszmirze [80] — odparł Wilmowski chmurząc czoło. — Podobne postępowanie zawsze tak zrównoważonego Smugi wydaje mi się bardzo dziwne.
— Czy pan Smuga nie przysłał dla nas listu? — indagował Tomek.
— Nie, ani słowa — potwierdził bosman.
— To naprawdę bardzo dziwne — rzekł Tomek. — Czy powiedzieliście Panditowi Davasarmanowi o tragicznej śmierci pana Abbasa?
— Oczywiście, Tomku, przecież to on prosił Abbasa o oddanie Smudze przysługi. Pandit Davasarman był bardzo zaskoczony morderstwem — wyjaśnił Wilmowski. — Odnieśliśmy wrażenie, że domyśla się, kto był zabójcą, aczkolwiek nie powiedział nam tego wręcz.
— Prawda to rzetelna, umie on trzymać język za zębami — wtrącił bosman — pewny jestem, że wie więcej, niż mówi!
— Niewiele dowiedzieliśmy się od Pandita Davasarmana. Miejmy nadzieję, że w Szrinagarze zastaniemy naszego przyjaciela i dowiemy się, o co chodzi.
Tomek położył się na macie. Bosman z fajką w zębach przysiadł na brzegu posłania. Wilmowski natomiast rozebrał się i wszedł do łazienki.
Tomek pozostał sam na sam z przyjacielem. Skwapliwie skorzystał z okazji, by zasięgnąć dalszych informacji.
— Czy dobrze bawiliście się po moim wyjściu z pałacu? — zagadnął.
— Niezgorzej, chociaż nie wiem, czy to by ciebie ciekawiło — odparł bosman. — Podfruwajki, czyli tak zwane tutaj bajadery, tańczyły ładne kawałki. Niczego sobie widowisko!
— Maharani zapewne przez cały czas dotrzymywała wam towarzystwa — wypytywał Tomek, pilnie przypatrując się przyjacielowi.
— A jakże, opuściła nas dopiero po przybyciu swego brata, Pandita Davasarmana.
— Czy maharadża wyszedł razem z nią?
— Skądże znowu? Jak mógł z nią wyjść, kiedy go już nie było?
— Czyżby wyszedł wkrótce po mnie?
— No tak — potwierdził bosman. — Powiedział, że wróci wkrótce, ale już go nie widzieliśmy, bo tymczasem przyszedł ten Davasarman i maharani zaproponowała, żebyśmy w trójkę z twoim ojcem pogadali na osobności.
Tomek zamilkł z wrażenia. Maharadża mógł być owym złodziejem pierścienia!
— Więc Pandit Davasarman nic więcej nie mówił wam o panu Smudze? — zagadnął po chwili, aby usprawiedliwić przed bosmanem własne podniecenie.
— Niewiele, kochany brachu, niewiele — odpowiedział marynarz ciężko wzdychając. — Krótko tylko oświadczył, że razem pojedziemy do Smugi, który oczekuje nas w Kaszmirze.
— Czy nie pytaliście go, dlaczego pan Smuga wezwał nas do Indii?
— Pytaliśmy o to, a jakże! Ale on wciąż powtarzał: “Szikar Smuga sam wyjawi szlachetnym sahibom swoje zamiary” — nic więcej nie można było z niego wyciągnąć.
— Co to wszystko może znaczyć? — głowił się Tomek.
— Ha, powiem tylko, że mój bosmański nos niucha zbliżanie się piekielnego sztormu. Pewno czeka nas diabelski taniec. Nie będziemy chyba narzekali na nudy podczas tej wyprawy!
— Byle tylko panu Smudze nie groziło niebezpieczeństwo, zanim dotrzemy do niego.
— Nie martw się, brachu! Nie należy on do takich, co to pozwalają sobie bezkarnie w kaszę dmuchać. Ojciec twój mówi, że cała ta sprawa cuchnie polityką.
— Żebyśmy chociaż wiedzieli, jaką rolę odgrywa Pandit Davasarman. Czy jest on naprawdę życzliwy panu Smudze? Zanim się o tym przekonamy, musimy mieć go dobrze na oku.
— O to bądź spokojny. Nie chciałbym być w jego skórze, gdyby naszemu druhowi z przeciwnej strony dmuchał w żagle.
Tomek bardzo źle spał tej nocy. Niezwykły splot wydarzeń nie dawał mu spokoju. Snuł najrozmaitsze domysły na temat tajemniczego zachowania się Smugi, próbując powiązać w logiczną całość zaskakujące ich niespodzianki. Wydawało mu się, że skoro Smuga ufał Panditowi Davasarmanowi, to on mógł dać wiarę słowom maharani. Ona zaś zaręczyła, iż złodziej pierścienia nie ma blizny na twarzy. Wobec tego nie był mordercą z Bombaju. Wniosek ten znajdował pewne potwierdzenie w słowach ojca i bosmana Nowickiego, którzy odnieśli wrażenie, że Pandit Davasarman domyśla się, kim był człowiek z blizną. Gdyby morderca i złodziej pierścienia stanowili jedną i tę samą osobę, to prawdopodobnie przebywałaby ona obecnie, jako posiadacz jednego z trzech sztyletów podarowanych przez maharadżę, w najbliższym jego otoczeniu, a tym samym byłaby doskonale znana Panditowi Davasarmanowi. Wówczas tenże inaczej musiałby zareagować na wieść, iż ktoś mu bliski zamordował nieszczęsnego urzędnika linii okrętowej.
Kim w takim razie byli obydwaj złoczyńcy? Tomek zastanawiał się, dlaczego maharani przeszkodziła mu w zerwaniu maski, zakrywającej twarz złodzieja pierścienia? Dlaczego prosiła, aby zapomniał o napadzie i kradzieży?
“Gdybym tylko mógł sprawdzić, czy istnieją trzy takie same sztylety — rozmyślał. — Bo przecież maharani mogła powiedzieć nieprawdę, chcąc skierować podejrzenia na mylne tory”.
Zaledwie świt wkradł się przez okratowane okienko, Tomek zły i niewyspany zerwał się z posłania. Szybko ubrał się i wymknął z domu nie budząc nikogo. Zdawało mu się, że poranna przechadzka po parku uspokoi jego wzburzone myśli. Poza tym chwilowo pragnął unikać rozmów z ojcem i bosmanem, bowiem ogarniały go wątpliwości, czy słusznie postępuje, ukrywając przed nimi dziwne wydarzenie z pierścieniem. Uniesiony szlachetnością, przyrzekł pięknej maharani nie mówić nikomu o kradzieży, a teraz wstydził się swego postępowania wobec towarzyszy. Dotąd przecież nigdy nie mieli przed sobą tajemnic. Dlatego też wolał nie przebywać z nimi sam na sam do czasu nadejścia Pandita Davasarmana, z którym mieli pójść do pałacu, by pożegnać się przed wyjazdem z uprzejmymi władcami Alwaru.
Zamyślony, z daleka okrążył pałac, zerkając na słonie dokonujące przy pomocy mahutów porannej toalety, po czym zboczył w długą, ocienioną aleję. Po pewnym czasie, zmęczony bezcelowym wałęsaniem się, usiadł na ławce pod platanem. Niebawem jakieś ożywione szepty przerwały jego rozmyślania. Zaczął nasłuchiwać. Wkrótce zorientował się, skąd dochodziły go odgłosy rozmowy. Powstał z ławki i podkradł się do rosnącego za nią długiego żywopłotu. Ostrożnie rozchylił gałęzie.
W tym właśnie miejscu żywopłot oddzielał posiadłość maharadży od kilku wieśniaczych chat widocznych w pobliżu. Tuż przy krzewach ujrzał Tomek dwóch chłopców i dziewczynkę w wieku około dziesięciu lat, przykucniętych przed starszym mężczyzną. Rozmawiali w nieznanym Tomkowi języku hindustani, lecz mimo to łatwo domyślił się, że przedmiotem ich zainteresowania było kilkanaście kur żerujących nie opodal jednej z chat. Mężczyzna wskazywał na nie ręką i mówił coś półszeptem, a dzieciarnia słuchała go pilnie niczym wykładu nauczyciela w szkole.
W końcu pierwsza podniosła się dziewczynka i wolno ruszyła w kierunku pobliskiego domku. Tomek uważnie ją obserwował, albowiem zachowywała się tak, jakby odtwarzała wyuczoną przez starszego mężczyznę rolę. Zrywała kwiaty, a jednocześnie coraz bardziej zbliżała się do chatki. Tymczasem starszy mężczyzna podzielił pomiędzy chłopców garstkę nie łuszczonego ryżu wydobytego z woreczka. Malcy natychmiast wepchnęli ryż do ust i żując go powoli, razem ze swoim opiekunem pilnie obserwowali krążącą teraz wokół domu dziewczynkę.
Naraz nadbiegła mała kobieta odwróciła się do chłopców, po czym wpięła sobie kwiatek we włosy. Jakby na umówione hasło chłopcy podkradli się do stada kur. W odpowiednim momencie wypluli na ziemię sklejone śliną kulki z niełuszczonego ryżu. Dwie najbliższe kury łapczywie rzuciły się na nie. Zdradliwe smakołyki okazały się niełatwe do przełknięcia, toteż obydwa ptaki zaczęły się dławić. Chłopcy korzystając z chwilowej bezsilności kur porwali je i pomknęli z łupem do mężczyzny oczekującego na nich pod żywopłotem. Teraz również i dziewczynka przyłączyła się do nich.
Mężczyzna skinieniem głowy pochwalił dzieci, wepchnął kury do worka i wszyscy chyłkiem oddalili się od miejsca kradzieży.
Tomek zdumionym wzrokiem spoglądał za uciekającymi. Słyszał już dawniej od ojca, że Crimowie bardzo chętnie widzą jak największą liczbę dzieci we własnych rodzinach, a często porywają nawet i obce, by szkolić je w sztuce złodziejskiej. Toteż obecnie nie miał jakiejkolwiek wątpliwości, że owi dwaj chłopcy i dziewczynka byli młodymi adeptami niecnego rzemiosła, a mężczyzna ich nauczycielem. Tomek, do głębi oburzony na mężczyznę, który nie wahał się deprawować dzieci, miał ochotę dogonić go i dać mu odpowiednią nauczkę. Zrozumiał jednak, że takim odruchem nie zdoła zmienić zwyczajów od wieków zakorzenionych w Indiach. Tutaj, w kraju tak bogatym, a zarazem tak bardzo ubogim, dzieci już od najmłodszych lat musiały pomagać rodzicom w zarabianiu na codzienny chleb. Przejeżdżając przez Indie, Tomek widział dzieci pracujące na plantacjach przy zbiorze herbaty, bawełny i maku. Nic więc dziwnego, że również zawodowi złodzieje odpowiednio “przygotowywali” swoje potomstwo do pracy.
Widok tej smutnej, a zarazem w pewnym sensie komicznej sceny upewnił Tomka, że w pobliżu prywatnej rezydencji maharadży grasowała banda zbrodniczych Crimów. Czyżby wobec tego sam maharadża również do niej należał? Pełen sprzecznych uczuć powrócił do myśliwskiego domku.
Ojciec i bosman zajęci byli przygotowaniami do wyruszenia w drogę. Teraz już lada chwila spodziewali się przybycia Pandita Davasarmana. Dzięki temu udało się Tomkowi pierwszym lepszym wytłumaczeniem usprawiedliwić swą przydługą nieobecność. Niewiele się odzywał, za to stale wychodził na werandę pod pretekstem sprawdzenia, czy nie nadchodzi Pandit Davasarman.
Niezwykła w tym dniu małomówność Tomka niebawem zwróciła uwagę bosmana. Kilkakrotnie zagadywał przyjaciela, ale ten zbywał go lakonicznymi odpowiedziami. Bosman zdziwiony jego zachowaniem powiedział o tym Wilmowskiemu:
— Coś Tomek dzisiaj nie w humorze. Zapewne ma do nas żal za wczorajszy wieczór. A może też i co innego go gnębi? Nic nie gada i jakiś taki zamyślony. Nie zauważyłeś, Andrzeju?
— Masz rację. Nie przypuszczam jednak, aby przejął się przedwczesnym opuszczeniem przyjęcia. Za rozsądny na to. Może ma dzisiaj po prostu swój “zły dzień” lub też jak i my niepokoi się o Smugę. Wiesz przecież, że za nim przepada. Ja również wciąż gubię się w domysłach, co ma oznaczać intrygujące zachowanie się Jana.
— Dowiemy się prawdopodobnie w Szrinagarze. Czy mi się coś przywidziało, czy też Tomek ma na brodzie siniaka? Zupełnie jak od uderzenia pięścią...
— Nic nie zauważyłem — odparł Wilmowski.
— No to przyjrzyj mu się nieznacznie.
— Wydawało ci się chyba, mroczno tu w izbie.
— Mroczno czy nie mroczno, a mnie się wydaje, że siniak na brodzie jest, chociaż wczoraj na uczcie na pewno go nie miał.
— Do licha, powiedz jasno, o co ci chodzi?
— O co ma chodzić? — oburzył się bosman. — Po prostu mówię, że Tomek na uczcie jeszcze nie miał siniaka, a dzisiaj ma! Założę się nawet o butelczynę jamajki...
— Więc twierdzisz, że ma siniaka, jak od uderzenia pięści? — zastanowił się Wilmowski.
— No, nareszcie skapowałeś, o co mi chodzi. Najlepiej wyjdź za nim na dwór i nieznacznie puść oczkiem na jego brodę. Coś on mi niewyraźny dzisiaj...
Wilmowski szybko zamknął walizkę. Właśnie skończył ją pakować i wyszedł za Tomkiem na werandę. Niebawem powrócił zafrasowany.
— To dziwne, ale masz rację — rzekł zmieszany. — Tomek ma siniaka na podbródku. Wieczorem wcale tego nie zauważyłem.
— Może przewrócił się wczoraj wracając do domu? A może też dzisiaj spotkał się z kimś podczas porannej wycieczki? Nie, moje bosmańskie oko nigdy mnie nie myli. To jest siniak od rąbnięcia pięścią w brodę. Znam się coś niecoś na tym. Mało to razy miałem podobne siniaki? Ciekawe, co znów i kiedy zmalował ten chłopak?
Z wejściem Tomka do pokoju, przerwali rozmowę. Chłopiec w ubraniu wyciągnął się na macie i nic nie mówiąc spoglądał w sufit. Po jakiejś chwili Wilmowski usiadł obok niego. Jeszcze raz nieznacznie spojrzał na jego podbródek. Teraz, gdy Tomek leżał, ciemny siniak był doskonale widoczny. Podczas obfitującej w różne przygody włóczęgi po świecie Wilmowski, mimo spokojnego usposobienia, widział już nie jedno. Sądząc więc po kolorze siniaka, doszedł do wniosku, że przypadkowe, czy też umyślne uderzenie, które wywołało taki skutek, musiało mieć miejsce dnia poprzedniego. Ponieważ na uczcie w pałacu Tomek nie miał jeszcze tego znaku na podbródku, wobec tego coś nieprzyjemnego musiało zdarzyć się nieco później, kiedy sam wracał lub wrócił do domu.
— Coś taki markotny dzisiaj? Może źle się czujesz, Tomku? — zagadnął Wilmowski.
— Wcale nie jestem markotny i czuję się doskonale, ojcze. Dlaczego mnie pytasz o to? — zdziwił się Tomek.
— Tak mało mówisz do nas, jakbyś się gniewał o coś. Czy przypadkiem nie przydarzyło ci się coś nieprzyjemnego? Masz dużego siniaka na podbródku.
— Mam siniaka na... Och, do licha, nic o tym nie wiedziałem?! — zawołał Tomek, usiłując ukryć zmieszanie.
Poderwał się, usiadł na posłaniu i wydobywszy z kieszeni małe lusterko spojrzał w nie szybko. Ciężkie westchnienie mimo woli wyrwało się z jego piersi. Na podbródku widniał ciemny, prawie niebieski znak.
“To pewno po tym podstępnym uderzeniu na ścieżce przy krokodylach, albo też może po pierwszym starciu w domu” — pomyślał zły na siebie, iż tego nie zauważył. Wtedy byłby to jakoś upozorował. Zmieszany spoglądał w lusterko, zastanawiając się gorączkowo, co ma powiedzieć ojcu.
Wilmowski tymczasem udawał, że nie zwraca na niego uwagi. Tym niemniej spod oka spoglądał na syna trochę zaintrygowany i zaniepokojony. Upewnił się równocześnie, że Tomek nic nie wiedział o siniaku.
— Chyba cię nieco zamroczyło po takim uderzeniu — odezwał się bosman z głupia frant.
Tomek zaczerwienił się; nie mógł wyznać prawdy, a jednocześnie nie chciał skłamać. Na całe dla niego szczęście w tym kłopotliwym momencie rozległy się kroki na werandzie i zaraz ktoś zastukał we framugę drzwi.
— Prosimy! — powiedział Wilmowski.
Do pokoju wszedł niezbyt wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o mocno ogorzałej twarzy ze spiczastą, czarną bródką i krótko przyciętymi włosami. Miał na sobie europejskie ubranie koloru khaki, a głowę jego okrywał mały, biały turban.
— Witamy pana — odezwał się Wilmowski, podając mu rękę. — To mój syn, Tomek, który wcześniej wyszedł wczoraj z pałacu i dlatego nie miał przyjemności poznać pana. Tomku, to jest właśnie pan Pandit Davasarman.
Tomek odetchnął z ulgą. Oto nadeszła nieoczekiwana pomoc. Z wdzięcznością spojrzał na brata maharani. Teraz ojciec i bosman na pewno zapomną o niefortunnym siniaku. Pandit Davasarman na moment dłuższy przytrzymał w powitaniu dłoń Tomka. Ten znów się zmieszał, czując na sobie badawczy, czujny wzrok Hindusa.
— Słyszałem już o panu wiele pochlebnych słów od mojej siostry. Twierdzi, że jest pan najszlachetniejszym białym dżentelmenem, który kiedykolwiek odwiedził Alwar — powiedział Davasarman, uwalniając jednocześnie dłoń Tomka.
— Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tak dobrą opinię — bąknął Tomek opuszczając głowę, gdyż zdawało mu się, że i Davasarman ciekawie zerka na jego podbródek.
— Wszystkie kobiety, prawdziwe kobiety, najbardziej cenią w mężczyźnie odwagę, rycerskość i szlachetność — dwuznacznie rzekł Davasarman. — Toteż cieszę się niezmiernie, iż tak zacnych będę miał towarzyszy podróży.
— Podobno dzisiaj mamy wyruszyć z Alwaru. Jesteśmy nawet spakowani — odparł Tomek pospiesznie, aby skierować rozmowę na mniej niepewne tematy.
— Wszystko już przygotowałem do drogi — wolno powiedział Davasarman. — Możemy wyruszyć, kiedy tylko panowie sobie życzą. Jednocześnie chciałem przeprosić w imieniu szwagra i siostry, iż nie będą mogli osobiście panów pożegnać. Właśnie wczoraj wieczorem szwagier pośliznął się na schodach i zwichnął sobie ramię. Oczywiście żona musi go pielęgnować i stąd cała przykrość.
Tomek cofnął się o krok. Bladość pokryła jego twarz. Więc to jednak owym niefortunnym złodziejem pierścienia był maharadża, któremu Tomek, stosując niezawodny chwyt bosmana, zbyt mocno wykręcił ramię!
Pandit Davasarman nie spuszczał wzroku z trzech białych sahibów. Doskonale uchwycił wrażenie, jakie sprawiły na Tomku jego słowa, a także wyraz szczerego zaniepokojenia oraz współczucia dla maharadży, malujący się w oczach Wilmowskiego i bosmana, którzy przecież niczego się nie domyślali i teraz nie zwracali na Tomka uwagi.
Tomek tymczasem zdołał się opanować. Nie wiedział jeszcze, czy Davasarman został wtajemniczony w szczegóły wydarzeń minionego wieczoru, lecz to przecież było mniej ważne.
Davasarman uśmiechnął się życzliwie do Tomka, po czym znów powiedział:
— Teraz mogę dokończyć oficjalnej misji. Otóż szwagier mój jest bardzo zasmucony, ponieważ przez własną nieostrożność i lekkomyślność nie może panów osobiście pożegnać. Przesyła więc przeze mnie pewien drobiazg na pamiątkę. Myślę, iż najlepiej uczynię wręczając go młodemu panu Wilmowskiemu, który zyskał tyle przyjaznych uczuć księcia oraz jego małżonki.
Mówiąc to wydobył spod surduta dość długi przedmiot owinięty w barwny jedwab i podał go Tomkowi. Zapanowała chwila kłopotliwego milczenia. Tomek, patrząc prosto w oczy Davasarmanowi, przesunął dłonią po spowitym w jedwab podarunku. Wiedział już, co przysłał mu książę Alwaru. Na rękojeści owiniętego sztyletu wyczuł dłonią duży guz. To zapewne ten wielki krwawy rubin. Szybko odwinął jedwab.
— Sztylet maharadży — szepnął zdumiony.
— Zgadłeś, sahibie, to jest sztylet maharadży Manibhadry, wykonany dla niego przez najlepszego hinduskiego mistrza w tym zawodzie — potwierdził spokojnie Davasarman. — Ze sztyletem tym maharadża nigdy się nie rozstawał. W dowód przyjaźni, która zawsze potrafi wiele wybaczyć, przesyła go panu.
Wilmowski i bosman odruchowo spojrzeli na siebie. Bosman nieznacznie dotknął ręką podbródka i znacząco mrugnął okiem.