Podczas całonocnej ucieczki przez góry podróżnicy zatrzymali się tylko jeden raz na dwugodzinny wypoczynek. O świcie dotarli do zacisznej dolinki zamieszkałej przez górskie plemię Toglików. Wioszczyna składała się z kilku brudnych, wojłokowych jurt oraz z zimnych domków zbudowanych z cegieł z wysuszonej w słońcu gliny.
Pasterze, odziani w baranie kożuchy, narzucone na bawełniane koszule i spodnie, w długie pończochy oraz skórzane łapcie, gościnnie przyjęli utrudzonych wędrowców. Pozwolili im wypocząć w jednym z pustych o tej porze roku murowanych domków. Mężczyzn tutejszych cechowała niezwykła ciekawość. Szczególnie interesowały ich różne przedmioty posiadane przez podróżników. Pandit Davasarman, jedyny znający narzecze jarkendskie, stale znajdował się pod “obstrzałem” pytań. Kobiety Toglików, w przeciwieństwie do innych mahometanek, nie kryły się przed przybyszami, tylko nie zwracały na nich uwagi. Przygotowywały pożywienie, które stanowiła przeważnie mączna zupa kraszona mlekiem, owczy twaróg oraz chleb. Na przyjęcie gości podały także środkowoazjatycki przysmak, tak zwany “pilaw”. Były to drobno pokrajane kawałki baraniny, ugotowane razem z ryżem, rodzynkami i przyprawą ostrych korzeni.
Pandit Davasarman z prawdziwie wschodnim spokojem uprzejmie odpowiadał na pytania i rozdawał drobne upominki. W ten sposób wkrótce zjednał sobie przychylność Toglików; wtedy rozpoczął pertraktacje w sprawie wymiany zmęczonych koni na nowe. Niestety biedni górale nie posiadali tylu wierzchowców. Po długich namowach udało mu się wymienić zaledwie pięć jucznych koni oraz najbardziej zmęczonego wierzchowca bosmana. Oczywiście niemałą rolę w pomyślnym zakończeniu transakcji odegrały trzy bryłki złota, które Smuga wydobył z woreczka odziedziczonego po bracie.
Cena koni była dość wysoka. Mimo to Smuga nie żałował pieniędzy, ponieważ chciał zdobyć wierzchowce zdatne do długich, męczący pochodów. Aby nadmierną hojnością nie budzić podejrzeń pasterzy, Pandit Davasarman targował się długo, w wyniku czego dodali im, wyrabiane przez siebie, piękne, wzorzyste dery na konie oraz kilka skórzanych worów na wodę.
Po dwudziestoczterogodzinnym wypoczynku opuścili gościnną wioskę. W dwa dni później osiągnęli już kotlinę rzeki Tarym, zwaną także Turkiestanem Wschodnim. Olbrzymią, owalną kotlinę z trzech stron otaczały potężne łańcuchy gór: Tien-szan, Pamirów i Kunlun. Z wnętrzem wypełnionym piaskami tworzyła groźną pustynię Takla Makan, trzecią co do wielkości pustynię Azji [153]. Na północy obramowywała ją rzeka Tarym [154], której dopływy brały początek w niebotycznych węzłach górskich. Mieszkańcy, w większości Turcy, Kirgizi, i Chińczycy, przeważnie skupiali się w oazach u stóp gór, gdzie było więcej wody i żyźniejszej ziemi.
Podróżnicy jechali obecnie wzdłuż gór Kunlun. Po uciążliwej, kamienistej drodze zbliżali się do Karghaliku [155], położonego na starym trakcie karawanowym. Bliżej miasta coraz częściej napotykali gromady górali zdążających na jarmark. Wolno torowali sobie przejazd wśród ludzi i objuczonych koszami osłów. Pandit Davasarman odpowiadał na uprzejme pozdrowienia. Inni nie znali miejscowego narzecza, więc jechali w milczeniu, by nie wzbudzać obcą mową zbytniego zaciekawienia krajowców. W dali rysowały się zabudowania miasteczka.
Pandit Davasarman pierwszy wypatrzył na drodze mały oddziałek chińskich żołnierzy. Nieznacznie polecił towarzyszom, by więcej skryli twarze w kożuchach. Bosman i Tomek wymienili wesołe spojrzenia na widok umundurowanych wojaków, bardziej bowiem przypominali oni piratów niż żołnierzy. Spod barwnych chustek, zawiązanych na tyle głowy, opadały im na plecy czarne włosy splecione w warkocz. Z tyłu i z przodu na kurtce mieli naszyte białe kwadraty z wpisanym na nich własnym nazwiskiem oraz nazwiskiem dowódcy oddziału. Całość munduru uzupełniały luźne szarawary, związane u dołu ponad kostką oraz czarne buty. Żołnierze, uzbrojeni w stare karabiny, szli gęsiego skrajem drogi. Na przedzie kroczył dowódca. Obok niego dreptał tłumacz [156] ubrany w długi chałat.
Dowódca niedbale przypatrywał się mijanym ludziom. Naraz dostrzegł jeźdźców zakutanych w kożuchy i ich juczne konie. Rzucił po chińsku jakiś rozkaz. Natychmiast tłumacz zawołał po tiursku:
— Skąd i dokąd jedziecie?
— Jesteśmy kupcami rosyjskimi. Jedziemy z Margielanu [157] do Chotanu — odparł Pandit Davasarman, zatrzymując wierzchowca przed oficerem.
Chińczyk wysłuchał tłumacza, po czym znów zadał pytanie:
— Po co i do kogo jedziecie do Chotanu?
— W Chotanie nie znamy nikogo. Wieziemy jedwab na sprzedaż — odpowiedział Pandit Davasarman, po czym wymownie obejrzał się na towarzyszy.
Na ten znak Smuga z bosmanem przybliżyli się do niego. Tomek oraz jego ojciec nieznacznie wsunęli prawe dłonie pod kożuchy.
— Otwórzcie juki, chcemy obejrzeć ten jedwab — rozkazał tłumacz.
— Dobrze, zaraz pokażemy wam zawartość naszych juków, ale najpierw przedstawię dowódcy pewien polecający dokument, który wieziemy do ambania [158] Chotanu — zgodnie powiedział Pandit Davasarman.
Gdy tłumacz powtarzał jego słowa, Pandit wolno wsunął prawą dłoń pod kożuch; lewą ściągnął uzdą łeb konia, by zmusić go do odwrócenia się bokiem do oficera. Żołnierze zatrzymali się w bezładnej gromadce za nachmurzonym dowódcą. Pandit Davasarman pochylił się ku Chińczykowi, jakby chciał podać mu dokument wydobywany spod kożucha. Nagle błyskawicznym ruchem wyszarpnął dłoń uzbrojoną w ciężki rewolwer. Zaskoczony dowódca nie zdążył się uchylić. Mocny cios rękojeścią rewolweru w głowę powalił go na ziemię. Niemal w tej samej chwili Smuga i bosman zeskoczyli z koni — wydobytymi z kieszeni rewolwerami zaszachowali zdumionych żołnierzy. Zrozumieli swą bezsilność, bo oto pięciu dalszych jeźdźców natarło na nich końmi grożąc rewolwerami i karabinami.
— Nie stawiajcie oporu, a nic wam się nie stanie — zawołał Pandit Davasarman. — Nie zabierzemy wam broni, oddajcie jedynie naboje!
Tłumacz przerażony niespodziewanym atakiem pospiesznie powtórzył żołnierzom, czego od nich żądano. Ci ostatni mimo zaskoczenia nie wykazywali przestrachu. Szeptem naradzali się między sobą.
— Bosmanie, poleciłem im oddać naboje, poproś ich, aby tak długo się nie namyślali — powiedział Pandit Davasarman płynną ruszczyzną.
Olbrzymi marynarz wsunął rewolwer za pas kożucha. Tomek i Udadżalaka zeskoczyli z koni.
— Odsuń się trochę, przyjacielu — po rosyjsku rzekł bosman do Smugi.
Sękatym łapskiem chwycił pierwszego z brzegu żołnierza za bluzę na piersiach. Jak piórko uniósł go do góry jedną ręką, a drugą wyrwał mu karabin i rzucił o ziemię. Chińczyk krzyknął coś wysokim głosem, lecz w tej chwili bosman cisnął nim w zdezorientowaną gromadkę. Jeden z żołnierzy zamachnął się na olbrzyma kolbą karabinu. Wtedy podskoczył Tomek, obydwoma rękami chwycił lufę karabinu i szarpnął do tyłu, przewracając żołnierza na ziemię. Udadżalaka kolbą uderzył w plecy najbliższego napastnika. Na tym bijatyka się skończyła.
Chińczycy po tym krótkim, bezkrwawym oporze rzucili karabiny na ziemię. Bosman, Tomek i Udadżalaka sprawnie zrewidowali żołnierzy. Ze zdziwieniem stwierdzili, że tylko jeden z nich posiada trzy, a drugi jeden nabój. Wszystkie karabiny były nie nabite.
Dowódca tymczasem odzyskał przytomność. Ciężko dźwigał się z ziemi.
— No, no, niezbyt tęgich obrońców ma chiński cesarz — odezwał się bosman. — Proszę, chcieli nas straszyć patykami!
Dowódca krzyknął coś po chińsku.
— Czego on chce? — zapytał Pandit Davasarman tłumacza.
— Nie gniewaj się na mnie, szlachetny panie, lecz on mówi, że nie przejdzie wam to na sucho. Obiecuje zaaresztować was w Karghaliku i dostarczyć Padszy-Szab-Bekowi [159].
— Bardzo dobrze, zaświadczymy, że wypełnił razem z żołnierzami swoją powinność. Teraz precz od nas, bo będziemy strzelali!
Ku zdziwieniu przestraszonych wieśniaków, karawana ruszyła z kopyta ku miasteczku. Pandit Davasarman nawet nie obejrzał się za siebie, lecz zaledwie osłonił ich pagórek, natychmiast zjechali z drogi na północ. Niebawem miasteczko oraz mury fortecy zniknęły w dali na horyzoncie. Pandit Davasarman zwolnił tempo jazdy.
— Tutaj jesteśmy bezpieczni — poinformował towarzyszy. — Nie będą nas ścigali po bezwodnych, piaszczystych wydmach.
— I my również zginiemy łatwo wśród lotnych piasków pustyni Takla Makan — wtrącił Tomek.
— Nie martw się, damy sobie radę — uspokoił go Pandit Davasarman. — W najbliższej oazie napełnimy wory wodą i zakupimy paszy dla koni. Trzykrotnie byłem już w tym kraju.
— Czegoś się pan tak przestraszył tych żołnierzy? — zagadnął bosman. — Nie dogoniliby nas pieszo.
— Czy nie zwróciło twej uwagi, szlachetny sahibie, że spośród tylu ludzi wędrujących w kierunku miasta ów oficer nas właśnie zatrzymał? Czy to nie wydało ci się podejrzane?
— Pandit Davasarman ma rację, mnie również zaskoczyła natarczywość, z jaką chciał sprawdzić zawartość juków — potwierdził Smuga. — Zachowywał się, jakby wiedział, kogo lub czego ma szukać.
— Ja także odniosłem podobne wrażenie — dodał Wilmowski. — Być może Rosjanie zawiadomili władze chińskie, iż podejrzani ludzie przekroczyli granicę Turkiestanu?
— Kto wie? Oddział Kozaków po rozgromieniu bandy Naib Nazara, na pewno rozglądał się za karawaną, która stawiła tak zacięty opór bandytom. Wiedzieli, że jesteśmy dobrze uzbrojeni — powiedział Pandit Davasarman.
— W takim razie Chińczycy nie wysłaliby na poszukiwanie patrolu bez nabojów do karabinów — powątpiewał bosman.
— Nie znasz tutejszych stosunków, sahibie — wyjaśnił Pandit Davasarman. — Chińscy dowódcy nie dbają o żołnierzy. Większość sum otrzymywanych na zaopatrzenie wojska zagarniają do własnych kieszeni. Tym niemniej musimy zachować ostrożność. Nie możemy stale siłą torować sobie drogi, a tym bardziej pokazywać się w miastach o licznej policji i załogach wojskowych.
— Jaką taktykę doradzasz zastosować, Pandicie? — zagadnął Wilmowski.
— Taką samą, jaką obrałem podczas mej drugiej bytności w Chińskim Turkiestanie. Wtedy również celem mojej podróży był Chotan.
— Na czym polegała owa taktyka?
— Z Karghaliku wiodą dwie drogi do Chotanu. Jedna z nich przez Guma ciągnie się wzdłuż południowego skraju pustyni Takla Makan. Druga oddala się bardziej na południe i podnóżem gór Kunlun prowadzi do Sandżu, skąd zbacza na północny wschód i w miejscowości Sanguja łączy się z pierwszą drogą. Wolę trzymać się drogi na Guma, z której w każdej chwili można zjechać w pustynię i zatrzeć za sobą ślady. Będziemy zataczali małe łuki w Takla Makan wzdłuż traktu. W ten sposób unikniemy niepożądanych spotkań. W mało uczęszczanych oazach możemy zaopatrywać się w wodę i paszę.
— Rada dobra, ani słowa! Nareszcie nie muszę wytrząsać się po górzyskach — chwalił bosman. — Pustynia przypomina mi morze. Spójrzcie tylko, piaszczyste barchany [160] z daleka wyglądają jak fale!
— W pobliżu tych okolic rosyjski podróżnik Przewalski odkrył dzikiego konia i wielbłąda [161] — wtrącił Tomek.
Kilka godzin brnęli przez szczerą pustynię. Jechali wzdłuż wysokich wydm, to znów przerzynali się przez półksiężycowate barchany utworzone przez lotne piaski. Po południu Pandit Davasarman zboczył nieco ku traktowi. Doprowadził karawanę do zagubionej w piaskach małej oazy. Kilka nędznych chatynek otaczało zajazd. Obok niego mieściła się cysterna z wodą. Podróżnicy napoili konie, napełnili wszystkie wory wodą, uzupełnili własne zapasy żywności oraz kupili paszy. Po krótkim wypoczynku znów zaszyli się w pustynię.
Podczas następnych kilku dni Pandit Davasarman z Udadżalaką urządzali zwiadowcze wypady do pobliskich oaz na drodze do Chotanu. Stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że stacjonujące w nich oddziałki wojskowe pilnie obserwowały wszystkie karawany. W takiej sytuacji ostrożność nakazywała omijanie osad. Wędrówka przez rozległe, piaszczyste wydmy Takla Makan stawała się coraz bardziej uciążliwa. Co jakiś czas rozbijali obóz w szczerej pustyni, jedynie Pandit Davasarman bądź Udadżalaka wypuszczali się wtedy do osiedli po prowiant, wodę i paszę.
Przez przeszło dwa tygodnie gromadka przyjaciół przedzierała się przez pustynię. Wszyscy byli już porządnie zmęczeni. Zewsząd otaczało ich bezmierne morze piasków, urozmaiconych jedynie barchanami i wydmami, osiągającymi często wysokość kilkudziesięciu metrów. Wiatr wdmuchiwał piasek do ust, nosów, uszu, wciskał go pod ubrania i do juków. Toteż gdy Pandit Davasarman oznajmił pewnego popołudnia, iż znajdują się już w pobliżu Chotanu, wszyscy, z wyjątkiem bosmana przyjęli jego słowa z prawdziwym wybuchem radości. Jedynie marynarz z niepokojem wpatrywał się w zachodnio-północny pas nieba nad linią horyzontu.
— Bosmanie, czyżby pana martwiła wiadomość, że nareszcie dobijamy do portu? — zagadnął Tomek, starając się naśladować sposób mowy przyjaciela. — A może zagustował pan w monotonnym krajobrazie pustyni?
— Nie zwijaj przedwcześnie żagli, brachu — odparł bosman. — Czy pamiętasz, jak podczas polowania na strusie emu w Australii ogarnęła nas burza piaskowa?
— Oczywiście, pamiętam! Najadłem się wtedy niemało strachu. Dlaczego akurat teraz wspomina pan o tym?
— Zerknij na niebo na północnym zachodzie!
Tomek odwrócił się w siodle. Osłonił ręką oczy.
— Hop, hop! Przystańcie na chwilę! — zawołał do towarzyszy. — Spójrzcie na północny skłon nieba!
Karawana zatrzymała się; wszyscy odwrócili głowy we wskazanym przez Tomka kierunku.
W dali na linii horyzontu niebo przybierało szarożółtą barwę.
— Pan bosman właśnie zwrócił uwagę na to zjawisko — wyjaśnił Tomek. — Niebo tak samo wyglądało w Australii, gdy podczas polowania na emu wpadliśmy w burzę piaskową.
— Nie uciekniemy przed nią. Wiatr wieje z północnego zachodu — powiedział Pandit Davasarman.
— Cieszcie się dalej, panowie. Do Chotanu mamy niedaleko — ironizował bosman. — Oj, panie Davasarman, żeby taki stary wyga nie wyniuchał w porę niebezpieczeństwa! Cackasz się pan tylko z Kitajcami [162], a burzę piaskową prześlepiasz!
— Należy mi się nagana, sahibie, wkrótce rozpęta się tu prawdziwe piekło. Jedźmy jak najszybciej na wschód.
— Chcesz zboczyć z drogi do Chotanu? — zapytał Smuga.
— Tak, w tamtym właśnie kierunku natknąłem się kiedyś na dawne miasto zasypane przez piaski. Gdybym tylko zdołał je odnaleźć, mielibyśmy bezpieczne schronienie. Ono powinno być gdzieś niedaleko.
— Jedźmy, nie mamy wyboru. Nawet jeśli nie odnajdziemy ruin miasta, to i tak nie pogorszymy swej sytuacji — ponaglał Wilmowski.
Popędzili konie. Niebo coraz bardziej zasnuwało się ciemnymi chmurami. Powiał porywisty wiatr. Pod jego gwałtownym podmuchem ożyły barchany i wzgórza. Wierzchowce odwracały łby ku południowi, rżały i rwały cuglami. Naraz koń Wilmowskiego gwałtownie rzucił się w bok. Spod piasku wyłaniała się końska czaszka, z żółtymi zębami. Nieco dalej wiatr odsłaniał szkielety ludzi oraz porzucone juki.
Pandit Davasarman bez przerwy parł na wschód. Niespokojnie rozglądał się dokoła. Dotarli do znacznego, szerokiego zagłębienia, jakby traktu przecinającego pustynię z południa na północ. Konie zsuwały się w dół, powiększając niesioną wiatrem chmurę piachu. Znaleźli się w dawnym korycie wyschłej rzeki. Stąd Pandit Davasarman zawrócił na północ. Teraz jechali wprost w objęcia piaskowej burzy.
Zanim pustynia całkowicie pogrążyła się w mroku, wyczuli, że konie znów zsuwają się po piaszczystym stoku. Wiatr uderzył raz jeszcze ze zdwojoną siłą, sypnął tumanami piasku i przycichł. Wjechali do pustynnej kotliny. Wśród wydm sterczały kikuty pni obumarłych drzew. Nieco dalej majaczyły pochłonięte przez piaski pustyni ruiny tajemniczego miasta. Z szarych wydm i gór piaskowych wynurzały się fragmenty domów z topolowego drzewa oraz z trzciny, polepionej biało malowaną gliną. Wierzchowce strzygły uszami i stawały dęba, gdy mijali rozwiane przez wichury grobowce. Gdzieniegdzie z rozbitych drewnianych trumien sterczały owinięte łykiem szkielety ludzkie.
Zatrzymali się przed na pół zasypanym domem. Przed wejściem stał posąg Buddy. Z filozoficznym spokojem wschodniego mędrca spoglądał w dal szarymi, zamyślonymi oczami. Nieczuły na tragedie ani złudne, doczesne triumfy ludzi drwił sobie z zaborczych piasków groźnej pustyni, z buranów [163] i stuleci, które minęły od chwili, gdy ogłosił światu narodziny nowej religii.
Pandit Davasarman zeskoczył z konia. Zniknął we wnętrzu budowli. Błysnęły płomyki zapałek. Po chwili wynurzył się z ciemnego otworu i zawołał:
— Rozjuczajcie konie! Bagaże wnosić do dalszych izb, w pierwszej umieścimy wierzchowce! Najpierw odszukajcie latarki oraz świece!
Wichura wzmagała się coraz bardziej. Z przeraźliwym świstem wdzierała się do kotliny, porywała z ziemi pył, miotała nim w niebo zasnute ciemnożółtymi obłokami...
Wkrótce potem z sąsiedniej, najobszerniejszej izby, dochodziły postękiwania koni żujących obrok. Podróżnicy, nie mniej wyczerpani od swych wierzchowców, w milczeniu jedli gorącą strawę ugotowaną na maszynce. Posiliwszy się, zapalili fajki. Przy migotliwym świetle świecy spoglądali na ściany, na których pozostały jeszcze dotąd resztki malowideł.
Tomek z latarką w dłoni zbliżył się do ściany. Wśród częściowo zatartych obrazów można było odróżnić zwiewnie ubrane, klęczące smukłe kobiety, czarnobrodych mężczyzn, zwierzęta oraz okręty.
— Zapewne dziwisz się, sahibie, skąd dawni mieszkańcy pustyni Takla Mahan mogli znać statki — zagadnął Pandit Davasarman.
— Istotnie zastanawiam się nad tym — odparł Tomek, siadając obok towarzyszy.
— Podczas obecnej wyprawy, dawno przestałem dziwić się czemukolwiek. Co krok niespodzianki — wtrącił bosman. — Na przykład czym żywili się mieszkańcy tej dzikiej pustyni?
— Nawodnij tylko ziemię, a zobaczysz, sahibie, jakie wyda plony. Czy nie zwróciłeś uwagi, iż dwieście a może nawet i więcej lat temu, płynęła tutaj duża rzeka? Jeszcze do dzisiaj pozostały tu ślady dawnych ogrodów. Podczas poprzedniej bytności znalazłem w zasypanych domach szczątki kądzieli oraz kokony jedwabnika — wyjaśnił Pandit Davasarman.
— Ile tajemnic kryją w sobie te kraje! — westchnął Tomek.
— Mój drogi, Azja Środkowa uważana jest za kolebkę rodu ludzkiego na Ziemi. W każdym razie tutaj powstały najstarsze kultury — zauważył Wilmowski.
— Czy sam odnalazłeś to wymarłe miasto, Pandicie? — zapytał Smuga.
— Nie, usłyszałem o nim od Svena Hedina.
— Nic pan przedtem nie mówił, że zna pan tego wielkiego podróżnika — zawołał Tomek.
— Tomku, mowa jest srebrem, a milczenie złotem — rzekł Smuga. — Pan Pandit Davasarman okazał wielkie zaufanie, zdradzając nam swą znajomość, ze szwedzkim badaczem. O ile wiem, nie mówił tego nawet Brytyjczykom.
— Bardzo przepraszam za mimowolną niedyskrecję — tłumaczył się Tomek, a potem dodał porywczo: — Nigdy nie nadużylibyśmy pana zaufania. Jestem pewny, że pan został wywiadowcą nie z chęci służenia interesom Brytyjczyków.
Zaległo kłopotliwe milczenie. Tomek zaczerwienił się pod karcącym wzrokiem ojca. Smuga, również zmieszany, niespokojnie spoglądał na Hindusa. Natomiast prostoduszny bosman pośpieszył druhowi z pomocą.
— Nie obrażaj się pan na Tomka. To szczery i życzliwy każdemu przyzwoitemu człowiekowi chłopak. Jasne jak słońce, że gwiżdżesz pan na Anglików oraz ich machlojki, skoro ani jednym słowem nie skarciłeś nas za ten psikus z karabinami — powiedział. — Jesteś pan wśród swoich prawdziwych przyjaciół. Potrafimy trzymać buzie zamknięte na kłódkę.
— Wiem, o tym. Zdążyłem już poznać szlachetność młodego sahiba. Zyskał przyjaźń mej siostry i moją. A o tych karabinach radzę wszystkim zapomnieć. Skąd możemy mieć pewność, że to Nazim Chan nie spłatał figla Naib Nazarowi? — odpowiedział Pandit Davasarman.
— Święta prawda — zawołał bosman parskając śmiechem. — Nosisz pan głowę na karku nie od parady. No, niełatwa jest twoja rola.
— Kto służy władcy, ściąga na siebie nienawiść ludu, kto zaś służy własnemu ludowi, ten traci łaskę władcy. Niełatwo omylnemu człowiekowi znaleźć właściwą drogę w labiryncie sprzeczności, lecz mimo to wszystko może zdarzyć się w tych krajach legend i baśni — odparł Pandit Davamarsan — Nawet rozsądni, uczeni ludzie ulegali tutaj nieraz bujnej wyobraźni krajowców.
— Kogo masz pan na myśli? — dopytywał się marynarz. — Chętnie posłuchałbym czegoś ciekawego.
— Doskonała propozycja. Znajdujemy się w mieście-grobowcu, za ścianami domu szaleje buran. Czy to nie wspaniałe warunki do słuchania opowieści? — gorliwie poparł bosmana Tomek.
— Bardzo prosimy, może zna pan jakąś interesującą przygodę Sven Hedina? — przyłączył się do próśb Wilmowski.
— Dobrze, opowiem krótką historię, którą usłyszałem od niego. Otóż jako dwudziestoletni młodzieniec został sekretarzem szwedzkiego poselstwa w Persji. Korzystając z okazji zwiedzał Persję i Mezopotamię. Wtedy właśnie powziął myśl zbadania najwyższej góry w Pamirze, Muztag Ata [164], zwanej przez krajowców “Ojcem Gór Śnieżnych”. Według podań szczyty góry, wbrew wszelkim pozorom, nie były bezludne i jałowe.
Na jej wierzchołku miało znajdować się miasto Dżanaidar, wzniesione w czasach wiecznej szczęśliwości, gdy zamiast występków panowały na ziemi wieczna radość i wesele. Dżanaidar, jak opowiadali krajowcy tonęło w zieleni aromatycznych i nie więdnących kwiatów oraz stale owocujących ogrodów.
W mieście tym mieli mieszkać wiecznie szczęśliwi ludzie, którzy nigdy nie schodzili z góry i nie stykali się z nikim obcym. Żyli prawdziwie wolni i bez trosk. Nie starzeli się, bo nie znali głodu ani zmartwień.
Większość podróżników nie jest pozbawiona wyobraźni i pewnego romantyzmu. Toteż młody wówczas Sven Hedin, porwany urokiem legendy ludowej, postanowił wspiąć się na Muztag Ata. W towarzystwie kilku krajowców rozpoczął wspinaczkę po skałach i lodowcach. Wkrótce część tragarzy zawróciła z drogi, albowiem mocno rozrzedzone powietrze utrudniało oddychanie i przyprawiało o zawroty głowy. Hedin również uległ górskiej chorobie. Krew puszczała mu się ustami i nosem, lecz mimo to wytrwale piął się coraz wyżej. Na nic zdała się jego odwaga i wytrwałość. Nie dotarł do szczytu. Musiał zawrócić w ślad za krajowcami. Czterokrotnie próbował szczęścia. Czterokrotnie zawracał nie osiągnąwszy celu. Dzięki temu krajowcy nadal wierzą w legendę o utopijnym [165] mieście i jego zawsze szczęśliwych mieszkańcach.
— Przyjemnie się słucha legend, ale trudno w nie uwierzyć — roześmiał się bosman.
— W Azji Środkowej popularne są legendy o niezwykłych istotach, czy też nieznanych dotąd stworach — ciągnął Pandit Davasarman. — Od Kaukazu do południowych Chin i od Ałtaju do krajów na stokach gór himalajskich krajowcy snują opowiadania o “Dzikim Człowieku”. Szczególnie wiele słychać o nim w Himalajach, Pamirze i Tien-szanie. W różnych krajach nosi on różne nazwy. Na przykład na pustyni Gobi ma to być małpolud zwany Ałmasem, w Sikkimie oraz Nepalu nazywają go Yeti, w Garhwalu jest to Mirka bądź Metoh Kang-Mi, czyli Ohydny Śnieżny Człowiek, natomiast Tybetańczycy mówią o Mi-go, zwierzęciu chodzącym jak człowiek bądź też o Mi-te, człowieku-niedźwiedziu.
— Ha, gadać można różne niestworzone historie, ale czy ktoś naprawdę widział tego Yeti, czy jak go tam nazywają? — powątpiewał bosman.
— Jak już wam mówiłem, mój brat twierdził, że widział Yeti, schodząc z gór w dolinę — wtrącił Smuga. — W takim jednak stanie wyczerpania, w jakim on się znajdował, łatwo mógł ulec jakiemuś złudzeniu.
— Masz rację, Janie, relacje twego nieszczęsnego brata mogą być nieścisłe — powiedział Wilmowski.
— Na temat Yeti rozpytywałem Szerpów z Nepalu — mówił Davasarman. — Otóż oni wierzą, że spotkanie z tym dziwnym stworem sprowadza na każdego człowieka nieuchronną śmierć. Dlatego trudno podobno znaleźć kogoś, kto go widział.
— To samo opowiadali tybetańscy przewodnicy memu bratu, kiedy po natrafieniu na tajemnicze ślady w górach Karakorum odmówili towarzyszenia mu do bliskiego już Hemis — dodał Smuga.
— Czy według zdania krajowców Yeti jest jakąś nieznaną istotą ludzką? — zagadnął Tomek.
— Nie, tego oni nie mówią — zaprzeczył Davasarman. — Nazwy, którymi określają nieznane istoty, tyle mogą mieć wspólnego z człowiekiem, co wyraz “małpolud” stosowany do małp człekokształtnych.
— Przesądni tubylcy są skłonni do znacznej przesady. Czy poza bratem pana Smugi jeszcze ktoś z Europejczyków wspominał o tym legendarnym stworze? — zaciekawił się Wilmowski.
— Oczywiście, sahibie. Na przykład w połowie XIX wieku Hooker [166] pisał w swej książce, że krajowcy opowiadali mu o dzikich ludziach zwanych Harrum, czyli “Włochaci”, mieszkających w pustkowiach górskich. W 1889 roku pułkownik Waddell, po odbyciu ekspedycji himalajskiej oznajmił, że na granicy Tybetu widział szerokie ślady stóp, które on uważał za ślady niedźwiedzi, podczas gdy Tybetańczycy przypisywali je Włochatemu Dzikiemu Człowiekowi. Najbardziej wszakże sensacyjną wiadomość słyszałem w ubiegłym roku od Elwesa. Miał on jakoby widzieć nie tylko ślady, lecz i owo dziwne stworzenie, przechodzące zaledwie o kilkaset metrów od niego.
Na ciekawej pogawędce czas szybko mijał. Nad ranem burza piaskowa zaczęła przycichać. Wtedy Pandit Davasarman przerwał rozmowę i rzekł:
— Teraz prześpijmy się kilka godzin. Musimy jak najspieszniej ruszyć w dalszą drogę. Wydaje mi się, że najrozsądniej byłoby, abyśmy całą gromadą nie pokazywali się w Chotanie. Ponieważ muszę zobaczyć się tam z pewnym znajomym, sam wstąpię do miasta. Może mi się uda przy okazji dowiedzieć, dlaczego Chińczycy tak interesują się wszystkimi karawanami. Spotkam się z wami w umówionym miejscu. Przez czas mojej nieobecności Udadżalaka poprowadzi wyprawę. Przemkniecie się w kierunku gór pomiędzy Chotanem a oazą Kerija.
— Pandicie, radzę weź kogoś z nas z sobą. W przypadku niebezpieczeństwa, dwóch ludzi łatwiej da sobie radę — zaproponował Smuga.
— Ty, szikarze, jako dowódca musisz pozostać przy karawanie — upomniał Pandit Davasarman.
— Weź pan mnie, chętnie przyjrzę się obcemu miastu — zawołał bosman. — Rozerwę się trochę po tych nudach na pustyni.
— Zgoda, sahibie. Jeśli ty idziesz ze mną, to tak, jakby było nas co najmniej dziesięciu.
— Ja także chciałbym pójść z wami, pozwolisz ojcze, prawda? — poprosił Tomek.
— Niech decyduje pan Davasarman — odparł Wilmowski. — Przecież ma się tam z kimś spotkać.
— Możemy jechać w trójkę. Bez jucznych zwierząt łatwo przemkniemy się o zmroku przez bramę miasta — zakończył rozmowę Hindus.