9. Przebieg akcji wysiedleńczej

6. Pomorska deportuje łemków

Po nieudanej operacji “czyszczącej” na Chryszczatej 6. Dywizja Piechoty przemaszerowała na tereny powiatów Krosno i Jasło w celu przesiedlenia tamtejszych Ukraińców. Sztab dywizji rozlokował się w Jaśle, 2. pułk piechoty w Żmigrodzie, Bartnem i Krempnej, a 6. pułk piechoty w Dukli, Tylawie i Polanie. W czasie przemarszu do nowego miejsca postoju żołnierze przeczesywali lasy, w większych miejscowościach organizowali zaś marsze demonstracyjne — w Dukli i Żmigrodzie urządzono nawet defilady. 21 maja przystąpiono do sporządzania spisów wysiedleńczych i rozpoznawania terenu. Wywołało to falę niepokoju zarówno wśród Polaków, jak i Ukraińców. Mieszkańcy bez względu na narodowość zrezygnowali z uprawy roli, czekając na rozwój wydarzeń. W sprawozdaniu 6. DP czytamy: “Już sam fakt przybycia Wojska wywołał niepokój szczególnie u Ukraińców, czyli tak jak sami siebie nazywają «Łemków». [...] Niektórzy Ukraińcy [...] próbowali drogą zapisywania się do partyj Bloku Dem[okratycznego], czy drogą wyrabiania dokumentów polskich, wymigać się od wysiedlenia”.

Akcję wysiedleńczą w powiatach Krosno i Jasło 6. DP rozpoczęła 26 maja o godzinie 3.00 i kontynuowała do 3 czerwca. Zorganizowano sześć punktów zbiorczych i dwa załadowcze — w Jaśle i Krośnie. Czytamy: “Rozpoczęcie akcji wysiedleńczej na terenie odpowiedzialności Dywizji przeszło w spokoju. [...] Ludność polska widząc, że nie zostaje wysiedlona razem z Ukraińcami, ale w myśl obwieszczenia pozostaje na miejscu — uspokoiła się znacznie. Ludność ukraińska obawiała się początkowo, że zostanie wysiedlona bez dobytku, ale już w pierwszych godzinach akcji wysiedleńczej zrozumiała, że Wojsko nie tylko że utrudniać nie ma zamiaru [...], ale wprost przeciwnie, pomaga wysiedlanym”.

Podobnie jak wcześniej akcji towarzyszyły aresztowania. Wraz z rozpoczęciem działań zatrzymano 22 osoby podejrzane o współpracę z UPA. Pojedyncze jednostki aresztowano już wcześniej — 25 maja uwięziono w Świątkowej Małej dwie osoby (matkę i syna) za przechowywanie pięciu skrzynek amunicji.

Z powodu dużych odległości między wysiedlanymi wioskami a punktami załadowczymi odchodził z nich średnio jeden transport na dzień. Pierwszy, R-201, wyjechał z Jasła 28 maja o godzinie 15.15. Podróżowało nim 320 osób (79 rodzin), 24 konie i 94 krowy. Tego samego dnia o godzinie 19.00 z Krosna wyjechał transport R-202 z 363 osobami (98 rodzin), 16 końmi i 71 krowami. Łącznie wyjechało dziewięć transportów (trzy z Krosna i sześć z Jasła). W ciągu jedenastu dni operacji 6. DP wysiedliła prawie 2500 ludzi.

Wysiedleńcy najczęściej przyjmowali swój los ze spokojem, wiedząc, że wszelki opór jest z góry skazany na niepowodzenie. Wyrażano obawy, niemal prorocze, co do możliwości rozpoczęcia normalnego gospodarowania na zachodzie po minięciu pory zasiewów. Niecodzienny wypadek oporu cywilnego odnotowano 29 maja w Świątkowej Woli, gdzie kilku przesiedleńców oblało naftą pozostawiony zapas kartofli w ilości około 10 ton, faktycznie go niszcząc. Nim żołnierze zorientowali się w sytuacji, gospodarze wyjechali w transporcie na zachód.

Wciąż zdarzały się przypadki nadużyć. Plutonowy Stanisław Ciesielski 27 maja sprzedał młockarnię pozostawioną przez wysiedleńców. Sierżant Piotr Sawicki, dowódca plutonu z 2. pułku piechoty, 29 maja zabrał Józefowi Sosze z Osieka Jasielskiego 4000 złotych. Obu żołnierzy osadzono w areszcie. W jednym ze sprawozdań przyznawano: “W związku z zaistniałymi wypadkami maruderstwa, stwierdzonymi w czasie konwojowania ludności wysiedlanej do stacji załadowczej Jasło, uprzedzono cały skład osobowy dywizji, że w wypadku zaistnienia takiego wypadku winni będą oddawani do prokuratury, zaś za drobne wykroczenia dctwo dywizji będzie wymierzać najwyższy wymiar kary dyscyplinarnej”. Być może dlatego, kiedy Michał Łazarczyk z Zyndranowej dał 28 tysięcy złotych łapówki porucznikowi Henrykowi Uszkiewiczowi w zamian za pozostawienie go na miejscu, ten natychmiast powiadomił o tym UB.

Pomimo organizowania zasadzek i przeczesywania lasów na ślady partyzantów trafić się nie udało. Brak sukcesów w walce z UPA starano się zamaskować za pomocą propagandy. “Wysiedlając Ukraińców — walczymy z bandami” — głosił tytuł artykułu w czerwcowym numerze gazety wojskowej “Na Przełaj”. Inny artykuł, pod zachęcającym do lektury tytułem Dlaczego żołnierze wysiedlili Greka?, opowiadał historię wysiedleń w Zawadce Rymanowskiej. Gdy szeregowy Łopatka zapytał tam, jakiej narodowości jest przewidziany do wysiedlenia Iwan Bandera, otrzymał odpowiedź, że Grekiem. Stropiony żołnierz poprosił Banderę o dokument, wziął “papier ów do ręki i czyta... WYZNANIE GREKOKATOLIK. No i... wysiedlili GREKA”.

Ludność polska po pierwszym zaskoczeniu, widząc, że nie grozi jej wywózka, zaczęła powoli wracać do pracy. Swój udział w tej zmianie nastrojów miejscowych Polaków miał aparat polityczno-wychowawczy, który prowadził agitację “drogą organizowanych referatów na tematy społeczno-gospodarcze, akademii okolicznościowych, występów muzyczno-śpiewnych”. W Jaśle żołnierze wzięli udział w Tygodniu PCK. Z tej okazji chór rewelersów i pluton orkiestry 2. pułku piechoty zagrał koncert w parku. W licznych dokumentach 6. DP jest mowa o rosnącym poparciu ludności polskiej dla WP. A jednocześnie major Treywasz, zastępca dowódcy 6. DP z wydziału politycznego, skarżył się: “Przedstawiciele jasielskiej organizacji PPR przez cały czas trwania akcji wysiedlania Ukraińców w powiecie kruszyli kopie w obronie przeszło 20% rodzin ukraińskich, podlegających wysiedleniu, interweniując na rzecz 49 rodzin, natomiast nie było wypadku, żeby chociaż raz wnieśli korektywę z powodu naszego niesłusznego działania (przecież oni byli gospodarzami w terenie, a my przybyszami), że zostawiliśmy jakiegokolwiek Ukraińca, lub że nie objęliśmy akcją wysiedleńczą jakiejkolwiek mieszanej, ukraińsko-polskiej rodziny, niepożądanej i niepotrzebnej w pasie przygranicznym”.

3 czerwca o godzinie 13.00 pododdziały dywizji wymaszerowały na zachód, by przeprowadzić akcję wysiedleńczą w powiecie Gorlice. Żołnierze przeszli do nowych miejsc postoju, po drodze “czesząc” bez większych rezultatów wybrane kompleksy leśne. 4 czerwca o godzinie 8.00 sztab dywizji oficjalnie przeniósł się z Jasła do Gorlic. 2. pułk rozlokował się w Małastowie, Gładyszowie i Bartnem, a 6. pułk w Łosiach, Śnietnicy oraz Tylawie. Żołnierze od razu przystąpili do patrolowania i rozpoznawania terenu. Dokonywano też aresztowań, m.in. w Brunarach Niżnych zatrzymano i przekazano Informacji 6. DP siedmiu gospodarzy.

Nadejście oddziałów WP wywołało niepokój mieszkańców powiatu gorlickiego, zwłaszcza, co zrozumiałe, Ukraińców i Łemków. Jak ocenił sztab 6. DP: “Ustosunkowanie się ludności ukraińskiej do wojska jest gorsze aniżeli w uprzednim rejonie odpow.[iedzialności] dywizji, prawdopodobnie jest to skutek wrogiej propagandy bandytów UPA”. Pozbawieni złudzeń co do swego losu ludzie postanowili przygotować się do wywózki. Prowadzący rozpoznanie terenu oficerowie meldowali: “Już po drodze do Małastowa w wielu przydrożnych chatach widziało się ludzi pakujących rzeczy, piekących chleb i suszących kartofle. Zapytywani, w jakim celu to robią, odpowiadali: «Trzeba się przygotować, bo i tak będą nas wysiedlać». Zaprzeczeniom nie dawali wiary”. Sprzedawano inwentarz żywy i martwy, w tym maszyny rolnicze. Część zamożniejszych rolników, na przykład we wsi Łosie, jeszcze w maju wyjechała do krewnych w inne regiony, a “na gospodarstwach swoich pozostawili służących, przeważnie w starszym wieku, licząc się z tym, że ich się nie wysiedli”. Podobnie jak w czasie wysiedleń na Ukrainę w 1946 roku zamierzali powrócić do domu po odejściu wojska.

By zapobiec wyprzedaży mienia, “zabroniono ludności wszelkiego ruchu w rejonie odpowiedzialności” 6. DP. Przyspieszono też prace nad sporządzeniem spisu wysiedleńców. Niepokój wzbudził fakt, że zdecydowanie wzrosła liczba przypadków podrabiania dokumentów: “O ile uprzednio fałszowano dokumenty wydawane w okresie powojennym przez księży, sołtysów i wójtów (zmieniano narodowość i wyznanie), obecnie na terenie powiatu gorlickiego zetknięto się z faktem, że nawet dokumenty przedwojenne nie mogą stanowić bezspornej podstawy dla stwierdzenia narodowości i wyznania. Znaleziono bowiem [...] (np. m. Łosie) kilkanaście blankietów przedwojennych dowodów osobistych”.

Akcja wysiedleńcza w powiecie gorlickim rozpoczęła się 8 czerwca 1947 roku o 4.00 nad ranem. Punkty załadowcze zlokalizowano w Gorlicach i Zagórzanach. Wysiedleniu podlegało 12 tysięcy ludzi, czyli więcej, niż dywizja wywiozła wcześniej z trzech powiatów! Ze względu na rozkaz, by nie wykorzystywać furmanek należących do osób, które nie podlegały wysiedleniu, w czasie akcji niejednokrotnie brakowało transportu kołowego. Niemniej z punktów załadowczych wysyłano najczęściej trzy transporty dziennie. Pewną przeszkodą w operacji okazały się opady deszczu, przykładowo trzydziestokilometrowa droga z punktu zbiorczego Gładyszów do stacji Zagórzany została w dwóch miejscach przerwana przez wezbrane górskie strumienie. W sumie od 8 do 26 czerwca wysłano 44 transporty z 11 352 osobami (2356 rodzin) i inwentarzem. Przed rozpoczęciem wysiedleń odbywały się ogólne zebrania, na których powiadamiano ludność o konieczności wyjazdu. Reakcje były emocjonalne: “Starsi, lamentując, pakowali się, młodsi zachowywali spokój. Po kilku godzinach zanotowano uspokojenie, zdarzały się wypadki całowania chat, obrazów i popłakiwania. W drugim dniu [...] nie zanotowano nawet jakichś lamentów”. Przyznawano, że “w wypowiedziach Ukraińców przebijał żal za ziemią opuszczaną. «Tyle się człowiek napracował na swym gospodarstwie i teraz ma [je] opuścić i nie wie, gdzie go powiozą» mówił Kaziuk Iwan z Bartnego”. Z czasem jednak ludzie zaczęli się godzić z losem, pytali o gospodarstwa przydzielane na zachodzie, pocieszali się, że “tam (tzn. na Ziemiach Zachodnich) są domy murowane z dachówkami i podłogami. Tam będziemy żyli spokojnie, bo nie ma band”.

W jednym ze sprawozdań opisywano: “Gdy ludność została powiadomiona na wiecach gromadzkich o terminie wysiedlenia, zaczął się dopiero lament, i to od strony kobiet. Gdzieniegdzie dochodziło do tego, że żegnano się z grobami nieboszczyków. Po przejściu pierwszej rozpaczy sytuacja stawała się mniej płaczliwa. Wyrażano wielki żal z powodu wyjazdu. Mężczyźni, jak i kobiety zaklinali się, że nic nie są winni, że czasem bandy [...] przychodziły nocami i pod presją zabierały żywność. Zapytywani w chwili takiego rzekomo wrogiego wylewu przeciw bandom o współpracowników band, odpowiadali, «że nic nie wiedzą», «że ich nic nie interesuje» itp. Zdarzało się, że taki niewinny rozmówca był współpracownikiem band lub aktywnym nacjonalistą, co potwierdzali świadkowie lub przeprowadzona rewizja”. Gdy u Mariana Semena znaleziono trzy granaty, ten tłumaczył, że za ich pomocą poluje na dziki (miał je kłaść do ognia, do którego podchodziły) w celu zdobycia mięsa, “bo w domu bieda”. Opowiadając tę faktycznie mało wiarygodną historię, “robił [...] taką dziecinną minę, jakby mu z domu zabawkę zabrano. Jeśli tak «niewinnie» zachowywał się sam winowajca, to i nie dziwnym wydaje się płacz i lament, jaki podnosiły matka i żona aresztowanego. Tak na ogół przedstawiała się ta łemkowska «niewinność»”.

Dowództwo z zadowoleniem konstatowało: “Żołnierz staje się coraz bardziej wytrwały na trudy i uodparnia się. Panująca od 10 dni stale niepogoda w niczym nie przeszkadza w akcji. Żołnierze [...] przekonali się, że chłopi ukraińscy, tzw. Łemki, są tajnym bandyckim zapleczem i że przesiedlenie ich na zachód przyczyni się w zupełności do uspokojenia tych terenów, szczególnie przy wzmożonej akcji osiedleńczej. Do przesiedleńców odnoszą się z rezerwą, lecz w obejściu żołnierze utrzymują zupełnie poprawny stosunek”. Pomimo deszczu utrudniającego akcję “żołnierze nie upadali na duchu, nie tracili swego żołnierskiego humoru, twierdząc przy tym «żeby tylko pociągi mogły nadążyć i było więcej samochodów, tobyśmy jeszcze szybciej uporali się z tymi łemkami». [...] Godnym uwagi jest fakt, iż żołnierze rozumieją konieczność przedłużenia akcji [...]. «Gdybyśmy wyjechali zaraz stąd po wysiedleniu, to i szkoda byłoby naszej pracy, bo bandy by mogły wrócić i nękać ludność polską»”.

Mimo tej optymistycznej konkluzji dalej zdarzały się przypadki nadużyć wobec wysiedleńców. Notowano, że “kpr. Michalski z 2 pp po raz drugi dopuścił się maruderstwa, plut. Curzytek Tadeusz oraz kpr. Wójcik Jan z 2 pp dopuścili się grabieży mienia pozostałego we wsi wysiedlanej po raz wtóry, [...] strz. Jakiel z 2 pp był zamieszany w sprawę odsprzedaży bydła z punktu załadowczego (częściowo udaremniony)”. Przyznawano, że w niektórych wypadkach żołnierze są skłonni do tolerowania nadużyć. Grabieże dotykały też Polaków. Kapral Leon Androsiak z 2. pułku w Gorlicach zabrał rower Emilowi Ligackiemu i sprzedał go w pobliskim sklepie. Rower został oddany właścicielowi, a kapral znalazł się w areszcie. Zdarzały się też nieszczęśliwe wypadki, na przykład jeden z żołnierzy 6. pułku zastrzelił we wsi Bednarka członka ORMO (Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej) Józefa Knapika. Także w powiecie gorlickim wykorzystywano mienie wysiedleńców, by poprawić sytuację żołnierzy. Czytamy: “Obecnie jakość pokarmów poprawiła się nieco dzięki możliwościom otrzymania świeżych jarzyn z ogrodów poukraińskich”. Donoszono też, iż żołnierze kwaterują “w domach poukraińskich lub stodołach, gdzie sypiają na świeżym sianie lub słomie”.

Jeśli chodzi o akcje bojowe przeciwko UPA, to sami oficerowie przyznawali, iż nie są one zbyt nasilone. Czytamy: “W związku z intensywnie prowadzoną akcją przesiedleńczą ludności ukraińskiej operacyj przeciwko bandom UPA na większą skalę w rejonie odpowiedzialności dywizji nie przeprowadza się z powodu zajęcia oddziałów tą akcją”.

Po zakończeniu wysiedlania powiatu gorlickiego oddziały WP przesunęły się jeszcze bardziej na zachód. Sztab 6. DP ulokował się w Nowym Sączu. 2. pułk zajął stanowiska w Gorlicach (sztab pułku), Małastowie, Gładyszowie i Bińczarowej, a 6. pułk w Piwnicznej, Żegiestowie i Szlachtowej. W końcu pierwszej dekady lipca dywizja została wzmocniona przez 1. pułk piechoty, który rozlokował się w Piwnicznej, Łosiach, Żegiestowie i Zamczysku. Po tych zmianach w lipcu dywizja liczyła 4052 żołnierzy, w tym 234 oficerów.

W nowym rejonie operacyjnym wysiedleniu podlegało 9500 ludzi. Dla powiatu Nowy Sącz wyznaczono jako punkty załadowcze stacje Grybów, Nowy Sącz i Żegiestów, a dla powiatu Nowy Targ — Piwniczną. Z powiatu Nowy Sącz wysłano 33 transporty liczące 8867 osób (1779 rodzin), z powiatu Nowy Targ zaś 2 transporty, łącznie 387 osób (113 rodzin). Podobnie jak wcześniej: “W większej części ludność wysiedlana była wrogo ustosunkowana do akcji wysiedleńczej i do wojska, mówiąc, że oni nic nie są winni temu, że bandy znajdują się na tych terenach. Większość rodzin wykazuje chęć powrotu na swoje gospodarstwa. Mimo że przed wysiedleniem byli powiadomieni, że pojadą na Ziemie Zachodnie, jednak zapytują często żołnierzy w czasie konwojowania i na punktach załadowczych, gdzie wojsko ich wywozi”. Natomiast: “Stosunek ludności polskiej do repatriacji Ukraińców jest dość dobry. Wyrażają oni zadowolenie, że może już zapanuje spokój na tych terenach”.

Zdarzały się też dalej przypadki niesubordynacji i nadużyć. I tak w 1. pułku ukarano ośmiu oficerów za nadużywanie alkoholu, a pięciu żołnierzy za samowolne oddalenie się na stacjach. 4 lipca szeregowy Kazimierz Byk, jadąc furmanką, oddał serię do wrony i zranił pracującą w polu kobietę. By temu przeciwdziałać, zorganizowano m.in. szereg pogawędek o konieczności utrzymania dyscypliny. Możemy się tylko domyślać, że dostępne meldunki odsłaniają w tym względzie jedynie fragment rzeczywistości.

W czasie trwającej trzy miesiące operacji 6. DP wysiedliła ludność ukraińską z sześciu powiatów, łącznie 25 964 osoby (5469 rodzin). Razem z ludźmi wywieziono 2408 koni, 10 013 krów, 690 świń, 3945 kóz, 4253 owce, 1682 cielęta, 4740 wozów, 2204 pługi, 914,5 tony zboża, 913,4 tony ziemniaków, wiele różnych narzędzi rolniczych. Odesłano 99 transportów. Choć dywizja miała jakoby za “główne zadanie [...] zlikwidowanie band UPA”, a “wysiedlenie ludności ukraińskiej było zadaniem podrzędnym”, to jednocześnie nie odnotowano większych sukcesów w walce z UPA. Nic więc dziwnego, że uzasadnienia nagród przyznawanych żołnierzom dywizji także mówiły o wywózkach: “za sprawną organizację akcji wysiedleńczej”, “za aktywną pracę w wiosce wysiedlanej”, “za sumienną pracę na punkcie załadowczym”.

Być może najlepiej działania dywizji pośrednio podsumował sekretarz komitetu miejskiego PPR w Krynicy, Ferdynand Małkus, w piśmie wysłanym 16 sierpnia 1947 roku do komitetu okręgowego PPR w Oleśnicy: “Towarzysze, chcę Wam to wyjaśnić, że na podstawie decyzji najwyższych władz cała ludność ukraińska, tzn. Łemkowie, bez wyjątku, czy był członkiem PPR czy nie, czy był najlepszym obywatelem czy łajdakiem, zostali wysiedleni, a partia nie mogła im pomóc. Gdym interweniował za niektórymi, że są to dobrzy peperowcy, to mi powiedziano, że i na zachodzie (jak to się u nas mówi) także potrzeba peperowców, i nic nie pomogło, wysiedlono ich”.

Wysiedlenia od Komańczy do Lubaczowa

W połowie maja 1. Dywizja KBW przejęła odpowiedzialność za cały obszar Bieszczadów, operujące w tym rejonie dywizje piechoty 6. i 7. przesunęły się bowiem na zachód i północ. Z ziemi bieszczadzkiej większość Bojków wysiedlono już w pierwszych dniach akcji, więc kabewiakom pozostało jedynie “doczyszczenie” pojedynczych miejscowości. 17 maja z Łukawicy transportem R-155 złożonym z 27 wagonów wywieziono 192 osoby z Odmiechowej Górnej, a 19 maja żołnierze przystąpili do wysiedleń z ostatnich dwóch bieszczadzkich miejscowości: Baligrodu i Stężnicy, co zajęło raptem trzy dni. Jednocześnie prowadzono przesiedlenia wewnętrzne. 18 maja przesiedlono Polaków z Zawoi, Górzanki i Polanki (w sumie 339 osób) do Nowosiółek oraz z Rybnego do Wołkowyi, 20 maja grupa Polaków została skierowana na “zwolnione” poukraińskie gospodarstwa w Baligrodzie. Pozytywnie zareagowano na prośbę polskich mieszkańców Soliny i pozwolono im pozostać w swoich gospodarstwach, organizując tam jednocześnie placówkę ORMO.

W trakcie akcji, jak oceniało dowództwo dywizji, wysiedlano w pierwszym rzędzie rodziny ukraińskie, natomiast “z rodzin mieszanych pozostawiono początkowo na miejscu te, których członkowie pracowali w instytucjach państwowych. Bywały także wypadki pozostawienia na miejscu Ukraińca piastującego urząd państwowy”. Ten ostatni, sołtys Komańczy, był “lojalnym obywatelem i mógł służyć pomocą w akcji wysiedleńczej znając doskonale warunki lokalne”. Nie przesiedlano również osób posiadających obywatelstwo USA.

W lipcu 1947 roku sztab GO “Wisła” polecił jednak jeszcze bardziej “doczyścić” Bieszczady. Tym razem zaczęto wywozić również ludzi piastujących posady państwowe lub żyjących w rodzinach mieszanych i dotąd zwolnionych z obowiązku wyjazdu. Operację powierzono batalionowi “Gdańsk” (był on wspierany niekiedy przez baon “Rzeszów”). Wysiedleniami objęto najpierw północną część powiatów Sanok i Lesko. 14 lipca z Olszanicy transportem R-291 zostało wysłanych 46 rodzin (243 osoby). Dzień później składem R-292 wyjechało z Bieszczadów 55 rodzin (172 osoby). W następnych dniach prowadzono akcję w okolicach Cisnej, Baligrodu i Wołkowyi. “Wyłowionych” 59 rodzin (254 osoby) odprawiono 17 lipca transportem R-293 ze stacji Łukawica. Od 18 lipca wysiedlano ludzi z okolic Kulasznego, Bukowska i Nowosielc. Umieszczeni w trzech składach, od 20 lipca byli ekspediowani na zachód. Ostatni, stosunkowo niewielki transport wyruszył 23 lipca ze stacji w Nowosielcach do Oleśnicy. Wyjechało nim sześć rodzin (25 osób). Końcowy “wynik” 1. Dywizji KBW zamknął się w liczbie 8867 wysiedlonych. Ponadto wywieziono 952 konie, 2233 sztuki bydła, 442 świnie oraz 2015 kóz i owiec.

8. Dywizja Piechoty w drugiej połowie maja prowadziła ostatnie wysiedlenia na swoim pierwotnym obszarze akcji. Od 15 do 17 maja wypędzano Ukraińców i “mieszańców” m.in. z Jamnej Dolnej, Jamnej Górnej i Leszczyn. 19 maja 8. pułk wysiedlił 105 osób z Leska i 41 z Łukawicy. Do 20 maja 8. DP wysłała sześćdziesiąt transportów z 3392 rodzinami (17 056 osób). W jednym z meldunków oceniano: “Wysiedleni ostatnio Ukraińce opuszczają swoje gospodarstwa niechętnie, a nawet z płaczem, co jest powodem, że szeptana propaganda działa tak dalece — jakoby ostatnie transporty były kierowane do obozów pracy. Robotnicy narodowości ukraińskiej, którzy pozostali [...] przy pracy na kolei czy w kopalniach, starają się jak najwięcej robić, aby w ten sposób odwrócić swoją uwagę innych pracowników, Polaków — od nich — uwagę, która ciągle skupia się wokoło nich i wywołuje nienawiść polskich pracowników do ich dwulicowości”. W ostatniej dekadzie maja wywózki objęły jeszcze 3500 ludzi z Woli Krecowskiej, Leszczawy Dolnej i Górnej oraz innych miejscowości. Ostatecznie 8. DP zakończyła akcję wysiedleńczą 30 maja. W jej trakcie wywiozła 4245 rodzin (20 555 osób), a ponadto 1392 konie, 4007 krów, 213 świń, 826 źrebiąt i 3245 kóz. Niezależnie od tego również w tym rejonie odbywały się przesiedlenia wewnętrzne Polaków, których skoncentrowano w “ośrodkach polskości” w Ropience, Olszanicy, Uhercach, Jankowcach, Wańkowej i Glinnem. Podczas akcji dosiedlania polskich miejscowości “widziało się wyraźnie, że niechętnie opuszczali oni swoje siedziby. I obecnie [...] chcą wracać do swoich wsi. [...] Zachodzi też obawa, że z chwilą odejścia wojska ludność ta pomimo wszystko wróci się na swoje stare gospodarstwa”.

Wciąż dochodziło do rozmaitych ekscesów. Przy wysiedlaniu żołnierze zabrali na punkt załadowczy niejakiego Stanisława Urbana z Brelikowa, pracującego w kopalni ropy naftowej w Ropience. Czytamy: “Tam przetrzymano go przez kilka dni w obozie [podkreślenie G.M.], a następnie wypuszczono”. Gdy przebywał na stacji, pod jego dom podjechały dwa samochody, a następnie skonfiskowano mu: “1 kredens, 2 stoły kuchenne, 3 szafy, 1 stół pokojowy, 1 biurko, 1 wieszak, 12 jelenich rogów, 1 zegar wartości około 10 000 zł. Z innego mieszkania tego samego domu zabrano 1 szafę i 2 łóżka. [...] Po powrocie tow. Urban chciał iść na skargę do ppłk. Gerharda, ale go do niego nie dopuszczono”. W tej sytuacji poprosił o pomoc posła na Sejm Ustawodawczy Mikołaja Dachowa. Ten obiecał pomoc, ale nic nie wskórał, a “Urban w końcu ze strachu zrezygnował ze wszystkiego, zaprzestając jakichkolwiek starań”. Jego interwencje odniosły jednak jakiś skutek, skoro tłumaczyć się z tego incydentu dowódcy 8. DP musiał sam podpułkownik Jan Gerhard. Zaznaczył on, że wojsko zabrało Urbanowi “tylko” dwie szafy i biurko i może je zwrócić, a pozostałą część majątku rozszabrowała ludność z Ropienki i Brelikowa. Gerhard nie krył irytacji: “Ob. Urban miał być wysiedlony z racji swojej żony Ukrainki, osoby wysoce niebezpiecznej, członka OUN, biorącej czynny udział w wystąpieniach antypolskich i antyżydowskich za czasów okupacji. Meble ob. Urbana są wg zapodania miejscowej ludności pochodzenia pożydowskiego i jako takie wg. obowiązujących ustaw należą do Państwa. [...] Nawiasem mówiąc nie rozumiem, jakim cudem pan Urban jest członkiem PPR mając tego rodzaju żonę. Zaznaczam, że osobiście uważam, że oficer, który wziął meble pana Urbana nie mając we własnym majątku absolutnie nic, ma do tych pożydowskich mebli większe prawo niż ci, co je ratowali w czasie okupacji. [...] Na marginesie tej sprawy melduję, że skargi [...] mają swoje przyczyny dość głębokie, zwłaszcza jeśli płyną z rejonu Ropienki, tzw. centrum «inteligencji» 300 rodzin czysto ukraińskich, które do dziś dnia nie są ruszane pomimo wielokrotnych naszych interwencji”.

Tego typu skarg na pozostawione na swoich stanowiskach osoby pochodzenia ukraińskiego było więcej. Zapewne to one doprowadziły do podjętej w lipcu decyzji o “doczyszczeniu” Pogórza Przemyskiego. W ramach tych działań żołnierze 9. DP (2. batalionu 30. pułku) 16 lipca wysiedlili z Ropienki 29 rodzin (184 osoby).

9. Dywizja Piechoty w drugiej połowie maja także miała za zadanie dokończyć wysiedlenia w swoim rejonie działań. Chodziło przede wszystkim o wschodnią część powiatu przemyskiego, gdzie pozostawało jeszcze 841 Ukraińców i 3619 “mieszańców”. Do akcji z każdego pułku wydzielono po jednym batalionie. Jedną z ostatnich wysiedlonych miejscowości — 28 maja przez 28. pułk — był Krasiczyn. Wywieziono 28 rodzin (114 osób), a z nimi 19 krów, 16 cieląt, 11 kóz i świnię. Jak zaznacza Jan Pisuliński, “często [...] powracano do miejscowości, gdzie już wcześniej przeprowadzono wysiedlenia, ponieważ w międzyczasie (np. w trakcie przesłuchań) uzyskano informacje obciążające pozostawione rodziny”. Chyba najbardziej spektakularny charakter miało wysiedlenie Kalnikowa, z którego od 3 do 17 czerwca skierowano do punktu w Przeworsku w sumie 46 rodzin (206 osób). W meldunku czytamy: “Stosunek ludności do akcji przesiedleńczej jest nadal nieprzychylny, jak wynika z meldunków komendanta punktu załadowczego w Przeworsku, kpt. Broneckiego, ujemnie wpływa na tok akcji przesiedleńczej masowe zwolnienie ludności z punktu załadowczego przez Urząd Bezpieczeństwa w Przemyślu. Ludność przewidziana do przesiedlenia na wieść o możliwości uniknięcia wyjazdu ukrywa się, czyniąc równolegle starania w Urzędzie Bezpieczeństwa i partiach politycznych o pozostawienie ich. [...] listy rodzin wyznaczonych do przesiedlenia są niekompletne, a niejednokrotnie całkiem mylnie sporządzone, np. w m. Hurecko na listach figurowali Polacy, natomiast nie uwzględniono całego szeregu rodzin ukraińskich”.

7. Dywizja Piechoty po nieudanej operacji na Chryszczatej otrzymała rozkaz przemaszerowania do powiatów Jarosław i Lubaczów. Po drodze żołnierze przeczesali Pogórze Przemyskie, nie odnosząc jednak większych sukcesów. 25 maja sztab dywizji zainstalował się w Jarosławiu, 7. pułk piechoty w Sieniawie, 11. kombinowany pułk piechoty w Laszkach, a 10. pułk w Bystrowicach. Niemal natychmiast przystąpiono do wywożenia ludności na stacje załadowcze Grodzisko i Przeworsk. Najpierw, jeszcze 25 maja, wysiedlono gminę Pruchnik. Jak zauważył Pisuliński: “Decyzje dowództwa GO były o tyle niezrozumiałe, że nie było tam nigdy struktur podziemia, a miejscowi grekokatolicy jeszcze przed wojną byli silnie spolonizowani”. Pomimo to wyrugowano czternaście wsi, w tym Boratyn, Kruhel i Roźwienicę. 28 maja 10. pułk rozpoczął wysiedlanie powiatu jarosławskiego. W Zaleskiej Woli, którą wysiedlono jako pierwszą, pozostawiono tylko młynarza i pracownika tartaku. Dzień później do akcji włączyły się pułki 7. i 11. Pułki 10. i 11. oczyściły swoje rejony odpowiedzialności do 10 czerwca, po czym przeszły do powiatu lubaczowskiego (do Lubaczowa tegoż dnia przeniósł się sztab dywizji). 7. pułk prowadził akcję do 15 czerwca, po czym przesunął się do Mołodyczy. Po przejściu na nowe miejsca postoju oddziały natychmiast przystąpiły do kolejnych wywózek, “doczyszczano” też tereny wcześniej objęte wysiedleniami. Wyrugowano m.in. jeszcze 56 osób z Kobylnicy Ruskiej, 60 z Wielkich Oczu i 85 ze Żmijowisk. Ogółem 7. DP wysiedliła od 28 maja do 15 czerwca 2374 rodziny (9439 osób).

Zaraz po przybyciu dywizji “lotem błyskawicy”, jak to określono, rozeszła się wieść o wywózkach osób pochodzenia ukraińskiego, w tym małżeństw mieszanych. Według pogłosek wysiedlenia miały objąć również wszystkich uznawanych przez władze za podejrzanych lub za zbyt zamożnych, bez względu na narodowość. Jedna z plotek mówiła o całkowitych wysiedleniach ze strefy pogranicznej, co w przyszłości miałoby pozwolić na przejęcie tych terenów przez ZSRS. Istotną różnicę w akcji na północy stanowił fakt, że o ile poprzednio wysiedlono 80% miejscowej ludności, to w nowym rejonie proporcje z powodu większej liczby polskich mieszkańców uległy odwróceniu — wysiedlano bowiem “zaledwie 20% ogółu”.

Wytypowana do wyjazdu ludność starała się wykorzystać wszelkie sposobności, by pozostać na miejscu. Zbierała “podpisy od Polaków o rzekomej lojalności”, wyrabiała u księży rzymskokatolickich metryki chrztu, składała podania o przyjęcie do PPR, a nawet próbowała “przekupić oficerów czy żołnierzy. [...] Wręczając potajemnie [...] kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych wyrażają się, że to na piwo. Fakty te spowszechniały do tego stopnia, że żołnierze śmieją się z tego i radzą niepotrzebne pieniądze wpłacić na powodzian lub na odbudowę Warszawy”. Zanotowano przypadek biernego oporu we wsi Łazy, wiosce najwyraźniej sympatyzującej z podziemiem ukraińskim, gdzie “ludność otumaniona przez bandytów początkowo nie chciała podporządkować się wojsku twierdząc, że «ich wojsko» nie kazało im wyjeżdżać i w razie przemocy przyjdzie im z pomocą. Przez cały dzień Ukraińcy chodzili po ulicy uśmiechając się drwiąco, zbierali się grupkami i z powrotem wracali do domów nie przygotowując się do wyjazdu. Dopiero z chwilą nadejścia poważniejszej ilości wojska i zastosowaniu pewnego rodzaju sankcji przystąpiono do pakowania się”. 2 czerwca w Łazach wojsko aresztowało dwadzieścia trzy osoby, które przetrzymano w chlewie w Radymnie, a później wysłano do obozu w Jaworznie.

Była to jednak sytuacja odosobniona. Najczęściej wysiedleńcy “po otrząśnięciu się z pierwszego wrażenia” poddawali się wywózce “z wiarą w lepsze jutro, a w najgorszym wypadku z dozą rezygnacji”. Choć w dokumentach wojskowych obowiązywała zasada urzędowego optymizmu, to nawet z nich możemy wyczytać, że wyjeżdżający mieli poczucie dotykającej ich krzywdy: “Ludność ta skarży się przede wszystkim na niesprawiedliwą selekcję oraz na to, że pora jest zbyt późna, aby mogli przystąpić do normalnej pracy w polu na nowym miejscu zamieszkania”. W innym meldunku czytamy: “Wyraża ona [tj. ludność ukraińska — G.M.] przede wszystkim niezadowolenie z akcji wysiedleńczej twierdząc, że nie ma nic wspólnego z bandami. Ponadto uskarżają się, że pora jest spóźniona i nie będą w stanie posiać na nowym miejscu zamieszkania jarego zboża oraz posadzić kartofli. Większość z nich twierdzi, iż są Polakami i kiedy Polacy będą wyjeżdżać, to oni również chętnie pojadą”.

Stosunek żołnierzy do wywożonych rodzin był nacechowany nieufnością. Z kolei oficerowie, jak zauważono, byli “zgodni na konieczność przesiedlania Ukraińców. Natomiast do przesiedlania mieszanych nie wszyscy są w 100% ustosunkowani pozytywnie. Dowodem tego częste próby osobistych interwencji przeciw wysiedlaniu niektórych rodzin mieszanych”. Żołnierze zasadniczo utrzymywali dyscyplinę, co nie oznacza, iż nie dochodziło do incydentów. Przykładowo “we wsi Stare Sioło akcja wysiedleńcza została przeprowadzona w sposób niezbyt humanitarny. Na pakowanie się zostawiono ewakuowanym zaledwie 6 godzin, nie zezwolono zabrać wszystkich rzeczy osobistych oraz żołnierze podebrali miód u Polaka. We wsi Wiązownica wysiedlono na punkt zborny 12 rodzin polskich, które zostały zwolnione dopiero na specjalną interwencję”. Z kolei w 11. pułku zanotowano “wypadek rabunku mienia przesiedleńców dokonanego przez strzel. Nagorka i kanoniera Lubaszko [...]. Sprawa została wykryta, zrabowane rzeczy (bielizna) zwrócono właścicielowi”. W 7. pułku po odbytej 24 czerwca czterogodzinnej odprawie, “której celem było podniesienie dyscypliny”, chorąży Ditrych, zastępca do spraw polityczno-wychowawczych kompanii, “zabrawszy ze sobą dwóch szefów kompanii oraz kilku strzelców, upił się do nieprzytomności. Po częściowym uprzytomnieniu urządził awanturę na terenie baonu, położył się na ziemi i zaczął ryczeć i wygadywać różne głupstwa”. Następnego dnia ponownie się upił i w dodatku oddalił od oddziału, co ostatecznie skłoniło dowództwo do zdjęcia go ze stanowiska. Za pijaństwo ukarano też kilku innych oficerów. Z kolei 20 czerwca “por. Wialbut usiłował w m. Sieniawa sprzedać zdobyczną skórę. Kiedy do wymienionego zwrócił się komendant MO, odjechał on natychmiast ostrzeliwując się”. We wsi Wola Piotrowska żołnierze z 7. DP pobili Polkę, żonę sołtysa, zabierając jej skórę na podeszwy butów, 2 kilogramy słoniny i kurę. Sprawców nie ujęto.

17 maja ostatecznie ukształtował się skład i ukończono formowanie 3. DP, dowodzonej przez generała Mieczysława Melenasa, czerwonoarmistę odkomenderowanego do WP. Dywizja liczyła 3097 żołnierzy zgrupowanych w trzech pułkach (3., 5., 14.). Zgodnie z założeniami miała rozpocząć wysiedlanie północnej części powiatu lubaczowskiego, a następnie stopniowo poszerzać obszar działań jeszcze dalej w kierunku północnym. Wysiedleńcy mieli być wywożeni ze stacji załadowczych w Bełżcu i Suścu.

Akcję rozpoczęto 19 maja. Dwa bataliony 5. pułku do 21 maja wysiedliły niemal wszystkich mieszkańców Werchraty (pozostały dwie rodziny) i jej licznych przysiółków. W tym wypadku postępowano jeszcze bezwzględniej niż zwykle, gdyż według uzyskanych informacji wieś była bazą sotni “Szuma”. Część mieszkańców stawiała bierny opór, udając chorych i zniedołężniałych lub próbując ucieczki (jeden z chłopów złapany w jej trakcie został dotkliwie pobity przez żołnierzy). W czasie wysiedlenia Werchraty “jeden z mieszkańców w/w wsi rzucił się na żołnierza z nożem, który jedynie dzięki swej szybkiej orientacji unieszkodliwił danego osobnika”. Nie był to jedyny przypadek śmierci cywilów. Nocą z 28 na 29 maja pluton zwiadu 2. batalionu 14. pułku piechoty w czasie prowadzonego rekonesansu napotkał mężczyznę idącego do lasu. W meldunku tak opisano przebieg zdarzenia: “Po wezwaniu do zatrzymania się osobnik zaczął uciekać. Placówka otworzyła ogień, na wskutek czego dany osobnik, który uciekał, został śmiertelnie trafiony w głowę. Na podstawie przesłuchania sąsiadów zabitego stwierdzono, iż w/w osobnik był głuchy i często chodził w nocy do lasu celem odpędzenia dzików od niszczenia zboża”. Dokument nie wyjaśnia, jak osoba głucha mogła usłyszeć okrzyk żołnierzy, po którym rzuciła się do ucieczki...

Akcja wysiedleńcza 3. DP do końca działań objęła sześćdziesiąt siedem miejscowości w powiecie lubaczowskim. Z niektórych wiosek żołnierze wysiedlali też Polaków, argumentując, że w rzeczywistości są oni w trzecim pokoleniu Ukraińcami. Ostatecznie w dziewiętnastu transportach wysłano na zachód 2148 rodzin (8331 osób). Razem z nimi wywieziono 910 koni, 1970 krów, 484 świnie oraz 910 kóz i owiec.

Wysiedlenie Lubelszczyzny

Zgodnie z decyzją Biura Politycznego PPR z 3 maja obszar objęty wysiedleniami rozszerzono na Lubelszczyznę. Plan czystki etnicznej w tym regionie przygotowano niczym wojskową ofensywę — oddziały WP miały prowadzić wysiedlenie równolegle z południa i północy, niejako biorąc mieszkającą tam ludność, głównie prawosławną, w kleszcze. Od południa “nacierać” miała 3. Dywizja Piechoty przesunięta z powiatu lubaczowskiego, a od północy ta część 14. Dywizji Piechoty (sztab dywizyjny i 49. pp), która dotąd nie brała udziału w akcji.

Już po rozpoczęciu wysiedlania Lubelszczyzny w celu sprawniejszego prowadzenia akcji utworzono 21 czerwca podgrupę operacyjną “Lublin”, której działania miały objąć całe województwo lubelskie. Dowództwo nad nią powierzono szefowi sztabu VII Okręgu Wojskowego, pułkownikowi Nikodemowi Kunderewiczowi. Podgrupa “Lublin” dzieliła się na dwie grupy: “Południe” i “Północ”. Pierwsza z nich działała w powiatach hrubieszowskim, tomaszowskim i zamojskim; jej trzon stanowiła 3. DP (pułki 3., 5. i 14.), a dowodził nią generał Mieczysław Melenas. Powiaty bialski, chełmski i włodawski powierzono kierowanej przez pułkownika Aleksandra Struca grupie “Północ”; jej podstawową siłą była 14. DP, w której skład — obok 49. pułku piechoty i lubelskiego batalionu KBW — wszedł też przerzucony na rozkaz generała Mossora 11. pułk, działający dotąd w składzie 7. DP. Ogółem siły grupy “Północ” liczyły 1700 żołnierzy WP i KBW.

W ocenach WP z Lubelszczyzny należało wysiedlić 31 tysięcy ludzi. Najwięcej, bo aż 8977 osób, zamierzano wywieźć z powiatu Biała Podlaska, który w latach 1944–1946 nie był objęty wysiedleniami na Ukrainę. Spory kłopot dla władz stanowił sojusz między podziemiami ukraińskim i poakowskim, zawarty jeszcze w 1945 roku. W efekcie dla większości mieszkańców Lubelszczyzny bez względu na narodowość podstawowym wrogiem byli komuniści. Do formacji rządowych Polacy odnosili się tam jeszcze bardziej nieufnie niż na Rzeszowszczyźnie. Dlatego w zaleceniach dla akcji propagandowej prowadzonej wśród miejscowej ludności sygnalizowano, aby “podkreślać i piętnować współpracę band UPA z polskimi bandami faszystowskimi (Powiat Włodawa — UPA pali wsie, «Jastrząb» pomaga)”.

A jednocześnie akurat na Lubelszczyźnie w licznych gminach partia komunistyczna zdobyła spore poparcie także wśród ludności ukraińskiej. Wielu jej przedstawicieli zaangażowało się nie tylko w aktywność w ramach PPR, ale też wstępowało do UB lub ORMO. Tych ostatnich było tak wielu, że 12 czerwca 1947 roku komendant wojewódzki MO w Lublinie wydał specjalny rozkaz natychmiastowego odebrania broni wszystkim ukraińskim członkom ORMO (chodziło o to, by nie użyli jej podczas wysiedlania ich na zachód).

2 czerwca oddział 49. pułku w sile 250 żołnierzy rozpoczął przesiedlanie ukraińskiej ludności z powiatu włodawskiego. Do 26 czerwca czternastoma transportami wywieziono z punktu załadowczego Bug Włodawski 1038 rodzin (3784 osoby) z 33 miejscowości. Najwięcej ludzi wygnano z Holeszowa, bo aż 498 (142 rodziny). Co ważne, w 49. pułku niektóre grupy wysiedlające były źle poinstruowane o zadaniach i “działając bardzo chaotycznie wysiedliły dość dużo rodzin polskich, co w konsekwencji spowodowało interpelacje tych rodzin u miarodajnych czynników”, czyli — jak zobaczymy — u posłów Sejmu Ustawodawczego.

Osiem dni po tym, jak 49. pułk rozpoczął wysiedlanie od strony północnej, sztab 3. DP zainstalował się w Tomaszowie Lubelskim. 10 czerwca we wsi Wierzbica przystąpiono do wysiedlania Lubelszczyzny z kierunku południowego. Po Wierzbicy objęto akcją m.in. Dyniska i Rzeczycę. W powiecie tomaszowskim do końca miesiąca wojsko wysiedliło — poprzez stacje załadowcze w Bełżcu i Suścu — 5 tysięcy ludzi z 23 miejscowości. 17 czerwca żołnierze 3. DP zaczęli wysiedlać powiat hrubieszowski, zaczynając od Dołhobyczowa, Żniatyna i Masłomęcza. Wypędzonych gromadzono w punkcie załadowczym w Werbkowicach.

Wysiedlenia wywołały powszechny niepokój wśród mieszkańców regionu. Czytamy: “rozeszły się wiadomości w Hrubieszowie i okolicach, że «przyjechała polska żandarmeria i zaczyna tak się rządzić, jak gestapo podczas okupacji», że «będą wysiedlani razem z Ukraińcami wszyscy Polacy, którzy ujawnili się lub zostali wypuszczeni z więzień», poszły pogłoski o zamknięciu w Hrubieszowie wszystkich sklepów prywatnych, skonfiskowaniu wszystkich towarów. Rozeszła się również pogłoska, kiedy przez Hrubieszów przejeżdżał na samochodach jeden z batalionów 14 pp, że «do pomocy tym, co stoją w Komendzie (sztab 14 pp) przyjechało 8 aut komunistów, których zadaniem jest w wysiedlanych wsiach zorganizować kołchozy, w których przymusowo pracować będą wszyscy byli członkowie AK i ujawnieni, kołchozy te mają być ochraniane przez ORMO, które właśnie dlatego mają teraz organizować» itp.”.

Sprawy nie ułatwiały źle przygotowane spisy ludności. W powiecie tomaszowskim i hrubieszowskim były “bodaj nawet bardziej jaskrawo złe niż w pow. lubaczowskim. Decydujący wpływ na taki stan rzeczy miał fakt, że terenowe władze administracyjne (wójtowie i sołtysi) to w dużej części PSL-wcy, lub jak w pow. Hrubieszowskim — sympatycy PSL-u [...] — byli WiN-owcy i bardzo często Ukraińcy”. W dodatku ludność zawczasu dowiedziała się o przesiedleniu, co umożliwiło wielu osobom wyrobienie fałszywych polskich dokumentów lub ucieczkę do innej wsi lub nawet powiatu. W efekcie na przykład w Mienianach, z których zamierzano wysiedlić trzydzieści rodzin, zastano raptem jedną, pozostałe wyjechały bowiem do innych gmin lub samego Hrubieszowa. Wojsko musiało też zabronić przepisywania przez rejentów majątków na inne osoby, gdyż prawosławni zrzekali się ich formalnie na sąsiadów Polaków. Chcąc przełamać niechęć ludności polskiej do WP, niektóre pododdziały zaczęły samowolnie rozdawać mienie poukraińskie okolicznym Polakom, jednak dowództwo szybko tego zabroniło. O chaosie panującym w czasie akcji świadczy fakt, że komisje weryfikacyjne na stacjach załadowczych wiele osób zwalniały do domów. Przykładowo 21 czerwca na stacji w Hrubieszowie z szesnastu rodzin wysiedlonych z Uchanki aż piętnaście zwolniono z wyjazdu, uznając je za rodziny polskie. Z kolei ze stacji załadowczej w Werbkowicach wysłano z powrotem do domów 272 osoby, gdyż zostały “niewłaściwie wysiedlone”. Za tego typu wypadki odpowiedzialność ponosili jakoby dowódcy pododdziałów, którzy “podeszli do zagadnienia w najprostszy sposób — tj. wysiedlili wszystkich, którzy znajdowali się na spisach”.

Niezadowolenie wśród starszych żołnierskich roczników wywołało opóźnienie demobilizacji, co od razu przełożyło się na zachowanie dyscypliny. Dokumenty wojskowe starały się pokazywać nadużycia żołnierzy w jak najbardziej stonowany sposób, ale i tak wyłania się z nich ponury obraz. Meldowano, że wśród żołnierzy “daje się zauważyć niekorzystny nastrój — szczególnie w 5 pp, pewnego rodzaju zatwardziałości, wyrażającej się w niepotrzebnym biciu bandytów, a niejednokrotnie nawet nic z bandą wspólnego nie mających mieszkańców wsi”. Oficerowie polityczni próbujący “zwalczyć” podobne zachowania natrafiali “na duże trudności w psychice żołnierzy, a czasem nawet i oficerów, których pojęcie wyraża się w tym, że «wszyscy mieszkańcy to bandyci, a nam w nagrodę za narażanie własnego życia chyba wolno tego, który do nas strzela, zbić»”. Wzrosła też liczba przestępstw. Przykładowo 28 czerwca w 5. pułku “dwaj oficerowie, mobilizujący z grupą żołnierzy furmanki dla przewożenia wysiedlanych w Majdanie Górnym, upili się i jeden z nich usiłował zgwałcić miejscową nauczycielkę, a za jej opór zbił ją w obecności matki i swych podwładnych. Drugi z nich [...] przejeżdżając z transportem przez Tomaszów — szedł koło wozów i batem zabranym chłopu bił po plecach woźniców, czemu przyglądała się grupa cywilnych znajdujących się w tym czasie na rynku”. Z kolei 26 czerwca jeden z oficerów 3. pułku piechoty, przewiózłszy ciężarówką kilkudziesięciu cywilów, zażądał od każdego z nich po 50 złotych, a zebranymi pieniędzmi podzielił się z szoferem.

O tym, jak wojsko broniło “swoich”, przekonuje sprawa chorążego Galasa, dowódcy plutonu w 3. pułku, którego oskarżono o gwałt popełniony w czasie wysiedlania powiatu lubaczowskiego. W piśmie z 6 czerwca, skierowanym do pułkownika Sidzińskiego, twardo utrzymywano: “Galas nie dopuścił się gwałtu, natomiast stosunek zachodził 4-erokrotnie, lecz za zupełną zgodą rzekomo zgwałconej. Chor. Galas zostanie ukarany dyscyplinarnie za zbyt swobodne zachowanie się wobec podwładnych”. Miesiąc później ton sprawozdania był już wyraźnie inny: “z 3 pp ponownie wpłynęła sprawa chor. Galasa, który [...] był oskarżony o dokonanie gwałtu. Okazało się obecnie, że jest on pod tym względem nieco zboczony i już na terenie pow. hrubieszowskiego popełnił dwukrotnie gwałt. Sprawa w Prokuraturze”. Słowo “nieco” zostało w dokumencie podkreślone piórem i okraszone dwoma wykrzyknikami, co zapewne wskazuje, że nawet dla oficerów w sztabie GO takie ujęcie sprawy było trudne do przyjęcia. Z tegoż pisma dowiadujemy się, że w 14. pułku żołnierze sprzedali dwie zrabowane krowy. W 5. pułku zarzut sprzedawania zboża wysiedleńców usłyszał nawet dowódca jednego z batalionów (porucznik Usyk) i jednej z kompanii, kapitan Bubes. Chorążemu Krajcwikowi zarzucano “notoryczne maruderstwo”. Trzech oficerów zdegradowano “za pijaństwo i awantury”, a czterech szeregowych “za nadużycia i pobicie cywilów” trafiło do karnej kompanii. Za nadużywanie alkoholu został zdegradowany nawet jeden z oficerów politycznych.

Zdarzały się zabójstwa. 29 czerwca zabito mieszkańca wsi Klątwy w powiecie tomaszowskim, który odmówił wyjazdu. Rolnik, do którego z rozkazem opuszczenia gospodarstwa przyszedł żołnierz 5. pułku, “odpowiedział, że nie pojedzie i nikogo się nie będzie bał, gdyż tak nie będzie w Polsce, jak jest obecnie, i ubliżył żołnierzowi, denerwując go, skutkiem czego podenerwowany żołnierz wystrzelił, zabijając”. Wskazane przykłady to najpewniej jedynie wierzchołek góry lodowej podobnych nadużyć i przestępstw.

Bez względu na trudności spowodowane rzeczywistą lub domniemaną obstrukcją administracji oraz biernym oporem wysiedlanej ludności wywózki postępowały naprzód. W lipcu w powiecie tomaszowskim postanowiono sięgnąć po ostatnią grupę wysiedleńców, którą byli członkowie PPR pochodzenia ukraińskiego. By okazać zaufanie, polecono im samodzielnie stawić się z rzeczami 14 lipca na stacji kolejowej w Bełżcu, grożąc jednak surowymi konsekwencjami w razie niepodporządkowania się temu zaleceniu. Wyjazd członków partii nie przebiegł tak łatwo, jak zakładano, skoro komitet powiatowy PPR w Tomaszowie Lubelskim zauważył w sierpniu: “Wysiedleni partyjniacy skarżyli się listownie, że wysłano ich do jakiegoś karnego obozu razem z Ukraińcami, jak również że wysiedlenie nie było sprawiedliwe, gdyż wielu nieporządnych zostało, natomiast wywieziono wielu dobrych i lojalnych obywateli (w gromadzie Łosiniec)”.

Ostatni transport z powiatu tomaszowskiego wyjechał 17 lipca. Składem oznaczonym kryptonimem R-414 wyjechało 71 rodzin (190 osób), w tym co najmniej 51 członków PPR narodowości ukraińskiej wraz z rodzinami. 21 lipca odprawiono z kolei ostatni skład ze stacji Werbkowice, kończąc tym samym oficjalnie wysiedlenia w powiecie hrubieszowskim. Szybko jednak uznano, że potrzebne jest jeszcze “doczyszczenie” terenu z rodzin, którym udało się ukryć w okolicy.

Przebieg akcji w powiatach hrubieszowskim i tomaszowskim oraz pojawienie się UPA w powiecie biłgorajskim sprawiły, iż sztab GO “Wisła” postanowił wesprzeć oddziały 3. DP. 10 lipca przerzucono z Zagórza do Zwierzyńca 8. DP z zadaniem wysiedlenia powiatu biłgorajskiego. Sztab dywizji po zainstalowaniu się w Biłgoraju zameldował: “Przybycie wojska na te tereny ogromnie poruszyło i zainteresowało ludność. Ciągle słyszy się pytania, po co wojsko przybyło, czy będzie robiło obławę lub też przeprowadzało wysiedlenia itd. Na wsiach stwierdza się dość wrogi stosunek do band tak banderowskich, jak i polskich. [...] O samym Zwierzyńcu na wsi twierdzą, że jest ośrodkiem reakcji. W rozmowach z żołnierzami mówili: «Jeżeli chcecie szukać band lub jakiej organizacji, to zaczynajcie od Zwierzyńca»”. Co ciekawe, ludność powiatu Zamość oceniano jako generalnie sprzyjającą polskiemu podziemiu. 3 lipca w miejscowości Sól w czasie nabożeństwa ksiądz z ambony ogłosił, że Wojsko Polskie przyjechało wysiedlać “wszystką ludność”, co wywołało wśród obecnych “popłoch i zamieszanie”. Dopiero zorganizowanie specjalnego wiecu dla trzystu osób, na którym zdementowano te plotki, miało podziałać “uspokajająco”. Być może najtrafniej stosunek mieszkańców do sytuacji oddaje zdanie: “na ogół jednak ludność miejscowa do wszelkich poczynań odnosi się z rezerwą nie odsłaniając dokładnie swego oblicza”. Ostatecznie jednak z wysiedlenia powiatu biłgorajskiego chwilowo zrezygnowano, stwierdzając, że tamtejszą grupę osób uznanych za Ukraińców ze względu na jej zaangażowanie w WP i polityczne poparcie dla “obozu demokracji” należy wysiedlić dopiero po żniwach.

W związku z tym od 19 lipca rozpoczęła się ewakuacja 8. DP, którą przewieziono do Łodzi. Wysiedlenia Ukraińców z powiatu biłgorajskiego zostały przeprowadzone w sierpniu i we wrześniu 1947 roku, już po formalnym zakończeniu akcji “Wisła”. Powiat opuściło wówczas blisko 2 tysiące ludzi w specjalnych, nieco lepszych transportach. “Dzięki temu — pisze Mariusz Zajączkowski — okoliczni ukraińscy chłopi byli prawdopodobnie jedynymi wśród dziesiątek tysięcy przesiedlanych na tereny poniemieckie, którym umożliwiono zebranie plonów”.

Gdy 3. DP prowadziła czystkę na terenie południowej Lubelszczyzny, sztab podgrupy “Północ” z Siedlec koordynował akcję wywózek w trzech północnych powiatach województwa lubelskiego. 23 czerwca 11. pułk rozlokował się w Białej Podlaskiej. Jego przybycie wywołało panikę nawet wśród Polaków. Plotka mówiła, że “11 pp jest pułkiem KBW — politycznym, tak skomunizowanym, że nie można żołnierzy tych nazwać Polakami”. Z kolei w sztabie podgrupy oceniano, że ludność “jest wybitnie reakcyjnie nastawiona, co jest wynikiem szeptanej propagandy. Na każdym kroku daje się zauważyć uprzedzenie do wojska działającego na terenie powiatu. [...] Często słyszy się, że wysiedlą wszystkich «do Gdańska i następnie na Sybir». Wroga propaganda głosi, że między innymi zostanie wysiedlona ludność polska, a szczególnie bogata”. Ogół rolników, bez względu na narodowość, przerwał prace polowe, czekając “na swoją kolej”. Plotka głosiła, że Biała Podlaska zostanie w całości wysiedlona.

Akcję rozpoczęto 26 czerwca od terenów położonych na północy, tuż przy skręcającym w tym miejscu na zachód Bugu. Problemem od razu stały się niedokładne spisy wysiedleńcze. Z Gnojna żołnierze powinni wysiedlić 291 osób — wywieźli zaś 49. Z Borsuków na 291 osób wpisanych na listy wysiedleniami objęto 63. By rozwiać obawy polskiej ludności, 29 czerwca zorganizowano wiec w Białej Podlaskiej, na którym zapewniono, że Polacy nie będą wywożeni. Dzięki temu sytuacja powoli zaczęła się uspokajać, pojawiły się nawet tu i ówdzie głosy pochwalające wywózki Ukraińców.

Wbrew pozorom obawy Polaków nie były bezpodstawne. Świadczy o tym sytuacja w Terespolu, gdzie dowódca 30. kompanii WOP, kapitan Wąsowicz, w porozumieniu z MO, UB i administracją sporządził “listę osób takich, które by [...] swą wrogą działalnością jako element niepożądany w pasie przygranicznym, zajmujący się spekulacją walutową, nielegalnym handlem — szkodziły w zaprowadzeniu należytego porządku, jaki winien panować w strefach przygranicznych”. A gdy do miasta przybył baon 11. pułku dowodzony przez porucznika Nowaka, Wąsowicz osobiście poprosił o wywózkę niepożądanych Polaków. Jak czytamy: “Por. Nowak obiecał kpt. Wąsowiczowi przesiedlenie tych osób nie mając odnośnie ich przesiedlenia żadnego rozkazu”. Oficerowie 11. pułku przekazali listę burmistrzowi, a ten, zapewne świadomie, ujawnił całą sprawę, wzywając kolejno umieszczone na niej osoby w celu sprawdzenia dokumentów. Wybuchł skandal, co skłoniło zastępcę dowódcy 11. pułku do spraw polityczno-wychowawczych, porucznika Baziaka, do wstrzymania wysiedleń. Na liście znaleźli się bowiem tacy “Ukraińcy”, jak: Aleksander Markiewicz, przewodniczący miejskiej rady narodowej (rzekomo trudnił się handlem walutą), kierowniczka Polskiego Czerwonego Krzyża Helena Telikowska (mająca “wybitnie wrogie nastawienie do obecnej rzeczywistości” i “duży wpływ na miejscową ludność”), wreszcie — przewodniczący PPS Kaczorowski, który przeszkadzał w rozwoju PPR.

We wsi Połoski w powiecie bialskim pododdział 11. pułku dowodzony przez podporucznika Frydlewicza zastrzelił chłopa, który nie chciał wyjechać. Żołnierze razem z sołtysem przyszli 21 lipca do gospodarstwa Tomasza Romaniuka z zawiadomieniem o wywózce. Ten jednak, jak raportował później Frydlewicz, “kategorycznie powiedział mi, żeby go zastrzelić na miejscu — on nigdzie się nie rusza. Więc nakazałem mu się pakować. Po pewnym czasie przychodzę ponownie — jeszcze dom był zamknięty i Romaniuka nie było w domu [...]. Sołtys zażądał jednego żołnierza, oprócz tego wziął 2 cywili i razem poszli w pole przyprowadzić go. [...] sołtys chciał go zabrać do domu, w tym czasie ob. Romaniuk rzucił się na sołtysa, tak że sołtys musiał uciec. Następnie próbowali go zabrać dwaj cywile, lecz to też żadnego rezultatu nie dało, po chwili przystępuje strz[elec] Dziewiński Stanisław i chce go zabrać — lecz on w podobny sposób rzucił się na strzelca. Strzelec Dziewiński odstępował od niego, a gdy Romaniuk jeszcze gorzej zaczął się rzucać chcąc odebrać mu ppszę, oddał trzy serie w górę na postrach. Jednak i to nie powstrzymało ob. Romaniuka, a więc strz[elec] Dziewiński oddał czwartą serię, zabijając go na miejscu”.

Większość ludzi z bialskopodlaskiego wywożono przez stację w Chotyłowie, na której musieli oni spędzić przeciętnie kilka dni. W tym punkcie załadowczym, zdaniem Jana Pisulińskiego, “warunki pobytu były ciężkie, gdyż na potrzeby fizjologiczne wykopano tylko doły, kąpano się w pobliskim strumyku, a pracownicy PUR dopuszczali się kradzieży żywności przeznaczonej dla przesiedleńców”. Przez stację, funkcjonującą od 28 czerwca do 21 lipca, przeszło 9266 wysiedleńców. Wywieziono ich z powiatu, gdzie działania ukraińskiego podziemia miały incydentalny charakter.

Równolegle do wysiedleń w powiecie Biała Podlaska kontynuowano wywózki w powiecie włodawskim. Tamtejsza ludność ukraińska początkowo próbowała — podobnie jak w latach 1945–1946 — schronić się w lasach i na bagnach, których w tym regionie nie brakowało. Po paru tygodniach zrozumiano jednak, iż próby ucieczki są daremne. Do 5 lipca 49. pułk wysiedlił 1630 rodzin (5840 osób), a razem z nimi 2236 koni, 3404 krowy, 4477 świń, 4723 owce oraz kozę. Dwadzieścia osiem rodzin wydalono z samej Włodawy. Z powiatu wywieziono również co najmniej 76 członków PPR pochodzenia ukraińskiego, w tym jednak wypadku nie zdecydowano się na pełną czystkę partyjnych szeregów, skupiając się jedynie na mniej aktywnych członkach partii. Stało się to zapewne pod wpływem lokalnych struktur partyjnych, które z niechęcią podchodziły do przesiedleń. Wysiedlana ludność powiatu była, jak oceniano, “rozgoryczona i wystraszona”. Szczególny żal budził fakt, że musiała pozostawić swoje pola tuż przed żniwami. Warto wspomnieć, że jednego z dowódców kompanii, podporucznika Szlachtę, aresztowano za nadużycia polegające na tym, że... zwolnił jakiegoś chłopa z wywózki.

7 lipca 49. pułk zakończył akcję w powiecie włodawskim i rozpoczął czystkę w chełmskim. Już następnego dnia wyruszył stamtąd pierwszy transport. Również tutaj nastawienie ludności do wywózek było “nieprzychylne”, często narzekano na wysiedlanie “po uważaniu”. 11 lipca wysiedlono dwadzieścia osób z Dorohuska. Dzień później meldowano o zakończeniu akcji w dziesięciu gminach powiatu; tym samym do “oczyszczenia” pozostały jeszcze trzy i samo miasto Chełm. Przesiedlenia miały się zakończyć 15 lipca, jednak faktycznie trwały także w następnych dniach. W drugiej połowie lipca teren patrolowały specjalne grupy mające na celu wyławianie rodzin i osób, którym udało się uchylić od wywózki. Jedna z nich, dowodzona przez kapitana Pulsakowskiego, liczyła pięćdziesięciu żołnierzy i prowadziła akcję w powiatach Włodawa i Chełm. Jeszcze 27 lipca odprawiła dwa transporty na zachód. Pierwszym, wysłanym ze stacji Chełm, wyjechały 43 rodziny (140 osób). Drugim składem wyruszyło z Bugu Włodawskiego 15 rodzin (31 osób), 3 konie, 23 krowy, 21 świń i 42 owce. Niezależnie od wywózek na zachód co najmniej 156 osób skierowano do obozu w Jaworznie pod zarzutem bezprawnego powrotu do domu.

W dniach od 22 do 30 września postanowiono wznowić akcję “W” w powiatach hrubieszowskim i włodawskim. Wysłano wtedy do województwa olsztyńskiego kolejnych pięć transportów. Prawdopodobnie ostatni z nich, oznaczony numerem R-608, dotarł 3 października do stacji Szczytno. Przyjechało nim 61 rodzin (231 osób).

Od punktów załadowczych do rozładowczych

Na stacjach załadowczych najtrudniejsza sytuacja panowała w pierwszych dniach operacji. W drugiej dekadzie maja spisywanie i klasyfikacja wysiedleńców, a następnie ich ekspediowanie na zachód odbywały się w miarę sprawnie. Ludzie otrzymywali jakiś skromny posiłek, starano się też zadbać o paszę dla zwierząt.

26 maja generał Mossor zalecił, by czas załadowania transportu nie przekraczał dwunastu godzin, grożąc wręcz, że kosztami spowodowanymi przetrzymywaniem transportów na stacji będą obciążane rachunki “odnośnych dowódców”. Z tego dokumentu wynika, iż załadowywanie przez kilkanaście godzin było swoistą normą, uznawaną za rzecz dopuszczalną. Niektóre z transportów były co prawda przeładowane ponad zakładaną normę około trzystu osób lub załadowywane przez parę dni, ale były to sytuacje rzadkie. Staranniej dokonywano też dezynfekcji, dbając o posypanie każdej osoby proszkiem DDT. Dobrą wiadomością dla wysiedleńców było również nadejście lata — skupieni na punktach zbiorczych i załadowczych, śpiąc nocą pod gołym niebem, w kwietniu i maju zwyczajnie marzli, ale już w czerwcu lub lipcu niekoniecznie.

Poprawę sytuacji na stacjach załadowczych widać także, gdy spojrzymy na wskaźniki śmiertelności wśród wysiedleńców — największe “zagęszczenie” takich przypadków przypadło na pierwsze dwa tygodnie akcji, później zdarzały się one rzadko. Ogólna liczba zgonów na stacjach załadowczych województwa rzeszowskiego wyniosła 21 (licząc z dwiema osobami, które zostały przejechane przez pociąg). W punktach etapowych województwa lubelskiego dwie osoby zmarły w maju we Włodawie, a kolejne dwie w lipcu w Hrubieszowie. Dwie osoby zmarły również w punkcie etapowym PUR Siedlce, gdzie przejeżdżające składy zatrzymywano, by wysiedleńcy mogli otrzymać posiłek. Opieką medyczną zajmowała się tam pielęgniarka Bronisława Głowacka, która sumiennie prowadziła dokumentację. Dzięki temu wiemy, że 3 maja umarł w tym punkcie siedemdziesięciodwuletni “staruszek [...] Jan Kuszka z wycieńczenia ogólnego”, a 11 maja “urodzone przed czasem” dziecko o nazwisku Mroczek. Jego matkę Katarzynę skierowano do szpitala. Ogółem na pierwszym etapie drogi na Ziemie Odzyskane zmarło więc 27 osób.

Rola urzędników PUR podległych ministrowi Wolskiemu nie kończyła się bynajmniej wraz z ruszeniem pociągu. Wprost przeciwnie, sprawowali oni nadzór nad wszystkimi transportami, kierując je do odpowiednich stacji rozładowczych, gdzie z kolei we współpracy z miejscową administracją rozprowadzali wysiedleńców po miejscach osadzenia. W czasie podróży na stacjach przystankowych musieli zapewnić wyżywienie dla przewożonej ludności, a także doraźną pomoc medyczną. Zatrzymywane tam transporty były zaopatrywane w suchy prowiant, konwojentom (zapewne w pierwszym rzędzie) oraz wysiedleńcom wydawano też ciepłe posiłki.

Majątek i zwierzęta należące do przesiedlanej ludności przewożono w oddzielnych wagonach lub na otwartych platformach. Ludzie podróżowali w wagonach towarowych. W każdym z nich grupowano przynajmniej dwie rodziny, nierzadko kilka. Zdarzały się składy, w których wojsko umieszczało ludzi w wagonach razem ze zwierzętami gospodarskimi. Podróż trwała najczęściej kilka dni, jednak czasami wydłużała się nawet do dwóch tygodni, choćby z powodu awarii wysłużonego taboru kolejowego. Według wyliczeń Aldony Chojnowskiej przejazd z Komańczy do Giżycka lub Bytowa zajmował około tygodnia, a do Bartoszyc dziewięć dni. Z kolei z Chełma do Koszalina, Kętrzyna lub Szczecinka podróż trwała pięć–sześć dni.

Jeden z wysiedlonych wspominał: “W wagonach, w których nas przewożono, był tłok, brak wody, pożywienia i leków. W zatłoczonych wagonach przebywali razem małe dzieci, kobiety, mężczyźni oraz ludzie chorzy i w podeszłym wieku. Pozbawiono nas wszelkich możliwości utrzymania warunków higieniczno-sanitarnych. [...] Brak było odpowiednich miejsc i pojemników na nieczystości. Zesłańcy między sobą wymieniali się wiadrami i prześcieradłami, z których robili zasłony podczas załatwiania czynności fizjologicznych. Dodatkowo doszedł problem wylewania fekalii”.

Być może najgorsze, co doskwierało wysiedleńcom, to niepewność i lęk dotyczące celu ich wędrówki. Strach pojawia się w wielu opowieściach wysiedleńców. Gdy pociąg zatrzymywał się w okolicy jakiegoś jeziora, zdarzało się, że wybuchała panika, powtarzana z ust do ust plotka głosiła bowiem: “jedziemy nad morze, gdzie Polacy będą nas topić”.

Każdy transport był osłaniany przez konwój złożony z oficera i od piętnastu do dwudziestu żołnierzy, mających do swojej dyspozycji jeden z wagonów. Do osłony pierwszych transportów przydzielano absolwentów szkół podoficerskich, którzy po dostarczeniu wysiedleńców na miejsce nie wracali już do GO “Wisła”, lecz do stałych garnizonów. Zalecano: “Konwój obowiązkowo winien [...] na postojach rozsypywać się wzdłuż transportu po obydwu jego stronach z takim wyliczeniem, by każdy konwojent miał pod obserwacją dwa wagony. Dowódca każdego konwoju przed odejściem transportu ze stacji początkowej zawiadomi i ostrzeże wysiedlanych, że wagony opuszczać wolno wyłącznie na jego rozkaz. W wypadku usiłowania opuszczenia transportu lub podejścia do niego osób niepowołanych konwojenci mają prawo użyć broni (szczególnie w nocy)”. Jak się wydaje, czujność żołnierzy słabła wraz z oddalaniem się od stron rodzinnych wysiedleńców. “Do stacji Lublin — wspominał Henryk Kitkowski — nie pozwalaliśmy ludności wychodzić z wagonów, aby ktoś nie odłączył się od transportu. Dalej już nie ograniczaliśmy ruchów”.

“Na Przełaj”, gazeta polowa 6. Dywizji Piechoty, w czerwcowym numerze ogłosiła artykuł zatytułowany Akcja przesiedleńcza, w którym opisano “żmudną, wielodniową służbę” konwojentów. Czytamy: “Uważajcie chłopcy — pouczał dowódca — żeby nam żaden łemko nie uciekł, bo byłby tylko kłopot i wstyd dla naszego konwoju. [...] Na większych stacjach, na dany znak wychodzili grupami przesiedleńcy po strawę i prowiant, jaki im przygotowali pracownicy PURu. Podziw objawiał się na twarzach łemków, widząc opiekę, jaką nad nimi roztaczają. Jeszcze bardziej wydłużyły im się twarze, gdy obok paszy dla bydła i strawy dla siebie — otrzymali bułki dla dzieci. Z rozmów, jakie przy tym toczyli, wynikało, że z ufnością patrzą w przyszłość”.

To oczywiście propagandowy obraz wydarzeń. Nie trzeba nawet dodawać, że zaopatrzenie na stacjach nie było tak znakomite, jak to przedstawiono w artykule. W dokumentach znajdujemy bowiem narzekania, że nawet eskorta nie została dostatecznie zaprowiantowana. Ale w relacjach zebranych przez Kazimierza Potaczałę pojawiają się pozytywne wspomnienia o żołnierzach, którzy rozdają grochówkę i kartoflankę, chleb, śledzie i nawet cukierki. “Były takie słodziutkie” — wzdychano po latach. Mamy w tym wypadku do czynienia z naturalną reakcją wygłodzonych ludzi, którym nagle ktoś ofiarowuje pożywienie. Nawet skromny posiłek w takiej sytuacji jest wspominany jako coś wspaniałego. Trzeba przyznać, że większość żołnierzy zachowywała się przyzwoicie. Gdy w jednym z transportów na postoju zniknęła mała Kasia, zatrzymali pociąg, pobiegli z powrotem i ku radości zrozpaczonej matki wrócili z dziewczynką. Pocieszali też wysiedleńców, że nie spotka ich nic złego. Przypadki nadużywania władzy przez żołnierzy zdarzały się w podróży rzadko i najczęściej polegały na “znikaniu” rzeczy wysiedleńców wiezionych w oddzielnych wagonach, do których tylko wojsko miało dostęp. Zawodził tutaj nadzór ze strony dowódców transportów, z których część podchodziła do swoich zadań z dużą niefrasobliwością. Mossor wprost piętnował porucznika Emila Korzyńskiego, który połączył składy R-43 i R-44 w Tarnowskich Górach i pozostawiając swoich żołnierzy jako eskortę, sam do stacji docelowej udał się wygodniejszym pociągiem osobowym.

Transporty docierały najpierw do stacji Oświęcim i Lublin. Tu je przeadresowywano i wyznaczano im stacje rozdzielcze już na Ziemiach Odzyskanych. Szczególnie ważną rolę odgrywał punkt PUR w Oświęcimiu, kierowany przez Antoniego Karabułę. Z powodu bliskości obozu w Jaworznie na stacji odbywał się uważny przegląd wysiedleńców przez funkcjonariuszy UB. Tak to opisano w gazecie “Na Przełaj”: “Pociąg zatrzymał się w miejscowości O. Tutaj urzęduje Komisja Lekarska. Największy to postrach dla byłych SS-manów, którzy [...] zaplątali się pomiędzy przesiedlonymi udając spokojnych gospodarzy”.

Słowa o wyszukiwaniu rzekomych esesmanów były fałszem (i to, zdaje się, tak oczywistym dla żołnierzy, że powyższy cytat w gazetce po napisaniu wykreślono). W rzeczywistości na stacji w Oświęcimiu wyławiano ukrytych wśród ludności członków podziemia. Czy pomagała w tym agentura, dopiero co zwerbowana w punktach zbiorczych i załadowczych? Nie można wykluczyć, że świeżo pozyskani informatorzy zostali zobowiązani do monitorowania sytuacji w drodze i w Oświęcimiu byli “odpytywani” przez funkcjonariuszy UB. Być może jednak na ślad członków podziemia trafiano inaczej, choćby podczas rutynowych rozmów kontrolnych z pracownikami urzędującej na stacji ekspozytury UB. Faktem pozostaje, że do obozu w Jaworznie prosto z rampy kolejowej w Oświęcimiu skierowano co najmniej pięćdziesięciu ludzi.

Od 30 kwietnia do 25 lipca przez stację w Oświęcimiu przewinęło się 269 transportów, którymi jechały 15 942 rodziny (77 052 osoby) i 50 929 sztuk inwentarza. Na stacji przesiedleńcy otrzymywali gorący posiłek i suchy prowiant oraz paszę dla zwierząt na jeden dzień. Jak skrupulatnie wyliczał w końcowym sprawozdaniu Karabuła, 5194 osobom PUR udzielił pomocy sanitarnej, wychwytując 76 chorych zakaźnie. Stan dwunastu z nich był na tyle poważny, że skierowano ich do szpitala, ale i tak jedna osoba zmarła. W wagonach odnaleziono pięć osób, które umarły w trakcie podróży. Chorych na tyfus wychwycono zapewne pod koniec maja, gdyż od 29 maja do 25 lipca na stacji urzędowała czteroosobowa ekipa z Wojewódzkiego Komisariatu do Walki z Epidemią, która zaszczepiła przeciwko durowi brzusznemu 18 454 przesiedleńców w wieku od pięciu do pięćdziesięciu pięciu lat. W Oświęcimiu odebrano też pięć porodów.

Z Oświęcimia i Lublina pociągi jechały do stacji rozdzielczych w Olsztynie i Szczecinku. Tam szefowie punktów dokonywali kolejnego przeglądu wysiedleńców i wyznaczali transportom stacje rozładunkowe w poszczególnych powiatach. Gdy okazało się, że w województwach olsztyńskim i zachodniopomorskim nie sposób “zmieścić” takiej liczby przybyszów, teren osiedleńczy rozszerzono na województwo gdańskie, a od 23 maja także na poznańskie i wrocławskie. Dlatego część składów była kierowana do stacji rozdzielczych w Poznaniu i we Wrocławiu.

Na końcowej stacji rozładunkowej wysiedleńców witała oficjalna delegacja PUR oraz przedstawiciele miejscowego starostwa, UB oraz MO. Przybysze byli dokładnie ewidencjonowani i poddawani ogólnemu oglądowi lekarskiemu — często po raz kolejny posypywano ich przy tym proszkiem DDT, a niekiedy też szczepiono przeciwko tyfusowi. Na peronie wydawano im ciepłą strawę (zupa, słodzona kawa) oraz suchy prowiant (chleb, śledzie, konserwy). Następnie pracownicy PUR we współpracy z lokalnymi urzędnikami rozwozili przybyłych osadników po gminach, gdzie wójtowie kierowali ich do przydzielonego miejsca osiedlenia. Teoretycznie od strony organizacyjnej sprawa nie wyglądała na skomplikowaną, ale w praktyce rozładunek często trwał kilka dni. Przypadki rozwiezienia przesiedleńców w ciągu jednego dnia były rzadkością. W trakcie ewidencji zdarzały się niespodzianki, na przykład szef składu R-311 z 9. DP, który zgodnie z dokumentami miał wieźć 297 ludzi, dopiero w Olsztynie zorientował się, że przywiózł 543 osoby. Sporym utrudnieniem były duże odległości między stacją rozładunkową a ostatecznym miejscem osiedlenia. W województwie olsztyńskim należało pokonać czasem nawet 60 kilometrów. Samochody, którymi dysponował PUR, były wysłużone i często ulegały awariom, a z braku części zamiennych ich naprawa niemiłosiernie się wydłużała. Inne instytucje użyczały samochodów tylko z konieczności, więc okolicznej ludności narzucano obowiązek przewożenia wysiedleńców furmankami, co wywoływało niezadowolenie ludzi zmuszonych do oderwania się od prac w gospodarstwie.

O swoistym pechu mogli mówić wysiedleńcy z transportu R-138-150, który do stacji rozładunkowej Lidzbark Warmiński (obsługującej powiat Górowo Iławeckie), przybył w piątek 23 maja o 4.00 rano. Na śniadanie otrzymali tylko zupę, bo piekarnia nie wydała chleba. W sprawozdaniu zanotowano: “Ewakuowani są bardzo biedni, na jeden bowiem samochód ładowano jednocześnie 8 rodzin z całym dobytkiem. Nie mają ze sobą kawałka chleba, a dzieci są prawie nagie”, mimo to rozwożenie ich “przeciąga się do nieskończoności”, gdyż samochody starostwa Górowo nie zostały włączone do akcji. Władze lokalne tłumaczyły, że ekspedientka spółdzielni wyjechała do rodziny do Dobrego Miasta i zabrała ze sobą klucze do magazynu z paliwem, ale jeszcze przed jej powrotem, 26 maja, samochody starostwa zaczęły dowozić wycieczkowiczów na igrzyska sportowe do Lidzbarka, co pracowników PUR skłoniło do wniosku, że nieużyczenie samochodów wynikało wyłącznie z niechęci władz. W opłakanym stanie do Lidzbarka przybył 18 maja o godzinie 22.10 transport R-99. Wysiedleńcy zaraz po przyjeździe zalali miejscowych urzędników skargami. Jak się okazało, wojsko nie zabrało ich zapasów zboża i ziemniaków, a 31 rodzin rozdzielono (ich członków skierowano do różnych miejscowości oddzielnymi transportami). Jakby tego było mało, część ludzi podróżowała w wagonach z inwentarzem.

Ciekawe wyniki przynosi prześledzenie ruchu chorych przesiedleńców na terenie województwa olsztyńskiego. Wynika z nich, że od 1 maja do 8 sierpnia personel sanitarny PUR zbadał ponad 12,5 tysiąca wysiedleńców. U ponad siedmiuset z nich stwierdzono choroby, głównie świerzb, ale również dur brzuszny, malarię i gruźlicę. Co istotne, odnotowano aż trzydzieści przypadków śmierci w drodze lub “na etapie”, czyli zapewne w oczekiwaniu na rozsiedlenie na stacji, ewentualnie w szpitalu. Osiem osób zmarło w transportach przybyłych do 9 maja. Do 17 maja liczba zgonów wzrosła do dziesięciu, co daje jedną trzecią wszystkich przypadków śmiertelnych i potwierdza największą brutalność wysiedlenia w pierwszych paru tygodniach akcji. Pod koniec maja zaczęto w sprawozdawczości podawać przyczynę śmierci. Zazwyczaj był to krótki zapis: “przyczyna śmierci: starość”, lub po prostu “ze starości”. Jedynie w czerwcu w Ostródzie umarł noworodek, a między 12 a 18 lipca w Olsztynie cztery osoby zmarły z powodu zatrucia pokarmowego. Pozostałych piętnastu zmarłych było zapewne w starszym wieku.

W drodze od stacji załadowczych do rozładunkowych ogółem udokumentowane zostały 63 zgony, głównie osób starszych lub niemowląt, które nie wytrzymały trudów podróży. Nie są to z pewnością jedyne takie przypadki, nie wiemy bowiem, ilu zmarłych odnotowano na stacjach rozładunkowych w województwach szczecińskim, gdańskim i wrocławskim. Nie jest też jasne, jak zapisywano w sprawozdawczości wszystkie ofiary wypadków, do jakich dochodziło pomiędzy stacją rozładunkową a miejscem osiedlenia. Przykładowo 11 maja przy rozładunku transportu R-309 kierowca jadącej szybko ciężarówki w odległości 10 kilometrów od Lidzbarka w ostatniej chwili dostrzegł na drodze dziewczynkę z akcji “W” idącą z krową (wypasała ją na okolicznych nieużytkach) i próbując ją ominąć, wpadł na drzewo. Dziewczynce samochód odciął nogę i zmarła z powodu upływu krwi. W rozbitym aucie dziewięć osób zostało rannych.

Żołnierze z ochrony właściwie nie meldowali o poważniejszych incydentach z udziałem wysiedleńców. Jedynie na stacji w Korzybiu niedaleko Bytowa doszło do nieoczekiwanej potyczki eskorty z milicjantami z pobliskiego posterunku. Gdy bowiem żołnierze obstawili wyjścia ze stacji, “zostali zaczepieni przez będących w stanie nietrzeźwym milicjantów. Milicjanci swym prowokacyjnym zachowaniem się (chęć rozbrojenia żołnierzy) spowodowali wymianę strzałów, w trakcie której został ranny jeden żołnierz (bez specjalnych komplikacji), jeden milicjant został zabity i jeden ranny”. Dowódca eskorty, chorąży Głośny, całą winę za incydent zrzucił na funkcjonariuszy MO i najpewniej tak w istocie było.

Eskorta konwojów po dojeździe do stacji rozładunkowych mogła wracać do garnizonów. Dowództwo GO “Wisła” z niepokojem jednak dostrzegło, że część żołnierzy pomimo grożących za to kar wykorzystywała sytuację, by samowolnie oddalić się do swoich rodzin. Przykładowo w 10. pułku piechoty szeregowcy “Talota i Roszuk zostali ukarani 4-rotygodnowym pobytem w karnej kompanii po powrocie do garnizonu. Za to samo przekroczenie nie noszące wybitnych znamion złej woli obwinionych zostali ukarani kpr. Małecki 5-ciodniowym aresztem, a strz. Baczak 7-miodniowym aresztem ścisłym”. W 1. pułku za samowolne oddalenie się żołnierzy eskorty ukarano co najmniej pięciu ludzi. Pomiędzy 11 a 28 maja na stacji w Krakowie zatrzymano jedenastu żołnierzy wracających do swoich jednostek po odtransportowaniu wysiedleńców. Niektórzy z nich nie zachowywali się odpowiednio, inni nie posiadali dokumentów na przejazd powrotny. Jeszcze 8 czerwca na dworcu Kraków Płaszów zatrzymano kaprala Mieczysława Manieckiego i pięciu szeregowych, którzy po zdaniu transportu zrobili krótki wypad nad morze “celem zwiedzenia zatoki morskiej”, a następnie próbowali powrócić do jednostki bez ważnych przepustek.

Na początku lipca sztab GO “Wisła” wysłał inspekcję mającą sprawdzić, jak wygląda sprawa rozsiedlenia osadników z akcji “W”. W dniach 9–21 lipca przeprowadzili ją major Mikołaj Bunda, oficer operacyjny GO “Wisła”, oraz podporucznik Zygmunt Jankus z MBP. Odwiedzili oni powiaty Gryfino, Koszalin, Szczecinek, Malbork, Elbląg oraz Ostróda i Susz. Po rozmowach z lokalnymi przedstawicielami PPR, MO, UB oraz administracji, biorąc pod uwagę “stosunek ludności do pracy”, podzielili wysiedleńców na trzy grupy. Stwierdzili, że “około 60–70% przybyłych ustosunkowało się pozytywnie i sumiennie zabrało się za urządzanie swego bytu”. Druga grupa, według kontrolujących, licząca “około 20%, to malkontenci, niezadowoleni, którzy chcieliby wędrować i szukać sobie lepszych gospodarstw. Wielu z nich czeka na nową wojnę, zmianę sytuacji i powrót na tereny południowo-wschodnie”. Wreszcie pozostali, czyli “reszta — to samotni starcy obojga płci, kalecy, potrzebujący opieki i wsparcia ze strony państwa”. Jak łatwo wyliczyć, trzecia grupa stanowiła, w zależności od powiatu, od 10 do 20% przybyłych.

Bilans wysiedleń: Wisła jest kobietą!

Jak wynika ze sprawozdania wydziału statystyki i ewidencji PUR, w czasie akcji “W” do 22 lipca 1947 roku wysłano 442 transporty, którymi wywieziono 140 577 osób, 20 460 koni, 45 729 krów oraz 49 297 kóz i owiec; w tym 270 składów odprawiono z rejonu Rzeszów (85 339 osób), 130 z rejonu Lublin (44 726 osób), a 42 z obszaru Nowy Sącz (10 510 osób). Liczby te nie uwzględniają transportów wysłanych w sierpniu i we wrześniu. Trzeba też pamiętać, że poprzez stacje w Bełżcu i Suścu, położone w Lubelskiem, wywożono również mieszkańców Rzeszowskiego. Dlatego prawdziwe wydają się dane podane przez wojewodę Rózgę, który liczbę wysiedlonych do końca września z województwa lubelskiego ocenił na 37 158 osób (pozostali zostali wywiezieni z województwa rzeszowskiego).

W ocenie Eugeniusza Misiły wysiedlenia objęły 1244 miejscowości i przysiółki położone w 22 powiatach. Zestawiając ze sobą dane PUR, WP i UB, autor ten uznaje, iż wywieziono z nich w sumie prawie 150 tysięcy ludzi. Trafili oni do 5 województw i 66 powiatów. Zestawienie tych liczb do pewnego stopnia ilustruje skalę rozproszenia ludności w nowych miejscach zamieszkania. Misiło nie wyjaśnia jednak, dlaczego podawane przez niego wykazy mówią o osiedleniu ponad 140 tysięcy ludzi: 55 089 osób miało trafić do województwa olsztyńskiego, 48 465 do szczecińskiego, 21 235 do wrocławskiego, 8042 do poznańskiego, 6838 do gdańskiego, a 991 do białostockiego. Biorąc pod uwagę te wykazy i informacje o przybyciu na miejsce w niektórych składach mniejszej liczby osób, niż zakładano, należałoby liczbę całkowitą ludzi z akcji “W” szacować właśnie na ponad 140 tysięcy.

Choć wysiedlanie z rodzinnych miejscowości, a następnie przejazd koleją na zachód odbywały się według odgórnie ustalonych zasad, to jednak w każdym wypadku mieliśmy do czynienia ze specyficznym i indywidualnie przeżytym doświadczeniem. W gruncie rzeczy wypędzenie z tych 1244 miejscowości, jak również okoliczności przejazdu ponad 440 transportów zasługują na oddzielne mikrohistoryczne opowieści. Mimo oczywistych cech wspólnych charakteryzują je bowiem mniejsze lub większe różnice. Każdy z wysiedlonych, ale też i sprawców, zachowywał się wszak trochę inaczej i przeżywał swój los w indywidualny i przez to przynajmniej w jakiejś mierze unikatowy sposób.

W sprawozdaniach liczbowych uderza jeszcze jedna prawidłowość: podawane są w nich zbiorcze liczby wysiedlonych rodzin i osób, jednak bez rozbijania ich na wiek i płeć. Inaczej działo się na przykład podczas deportacji prowadzonych w ZSRS, gdzie w informacjach dotyczących zesłańców pilnie rozdzielano mężczyzn, kobiety i dzieci — już bez rozróżniania ich płci — poniżej dwunastego roku życia. Czy była to normalna praktyka PUR, czy też stosowano ją jedynie wobec wysiedleńców z akcji “W”? Jakkolwiek było, niewątpliwie dobrze służyło to, świadomie lub nie, ukryciu represyjnego charakteru całej akcji. W dotychczasowej narracji o akcji “Wisła”, co jako pierwsza w literaturze przedmiotu dostrzegła Agnieszka Herman, dominuje perspektywa maskulinistyczna. Prace na ten temat koncentrują się na działaniach WP, KBW i UPA, co mimowolnie przekłada się również na wyobrażony obraz wysiedleńców, którzy jawią się jako mężczyźni z rodzinami. Mężczyźni, a więc ktoś potencjalnie groźny, mogący chwycić za broń lub w inny sposób wesprzeć partyzantkę. W takiej opowieści kobietom przyznaje się jedynie role pomocnicze, sanitariuszek lub łączniczek, od czasu do czasu pojawiających się na kartach opracowań historycznych. W monumentalnej przecież pracy Eugeniusza Misiły, na co celnie zwróciła uwagę Herman, pojawia się dość ograniczona liczba kobiet. I w gruncie rzeczy zawsze po to, by podkreślić heroizm ukraińskich mężczyzn i deprawację polskich.

Tymczasem inaczej przecież patrzymy na informacje mówiące ogólnie o wysiedleńcach, a inaczej, kiedy sobie uświadomimy, że co najmniej połowę z nich — czyli od 70 do 75 tysięcy! — stanowiły kobiety. W rzeczywistości było ich zapewne nawet więcej, gdyż śmiertelność, choćby z powodu wojny, była zdecydowanie większa wśród mężczyzn. Część mężczyzn, zwłaszcza młodych, była w dodatku w partyzantce lub podlegała represjom z powodu podejrzeń o sprzyjanie jej. Kobietom trudniej było w warunkach transportu zadbać o higienę, niewątpliwie w najgorszej sytuacji znalazły się brzemienne. Nic więc dziwnego, że w czasie jazdy dochodziło do przedwczesnych porodów. Było wiele kobiet samotnych, nierzadko wdów z małymi dziećmi. Musiały same zadbać o opiekę nad nimi, zdobycie pożywienia i przygotowanie strawy, porządek, wreszcie normalne wychowanie. To na nich spoczął też w nowym miejscu zamieszkania obowiązek codziennego krzątania się przy domowych zajęciach i zarazem przechowywania kodu kulturowego. W wypadku kobiet, których mężowie znaleźli się w więzieniu, dodatkową troską były starania o wyciągnięcie ich z aresztu, a przynajmniej utrzymanie z nimi kontaktu.

Swoją drogą, wśród wysiedleńców musiało być przynajmniej 40 tysięcy dzieci. Wiadomo, że spośród 77 052 ludzi, którzy przeszli przez stację w Oświęcimiu, dzieci było 24 587. To bodajże jedyny raport, w którym w ogóle odnotowano małoletnich. Dużą część transportów stanowiły również osoby starsze, niedołężne, nierzadko niepełnosprawne fizycznie lub intelektualnie. Jeśli przyjąć za dobrą monetę wniosek komisji GO “Wisła”, według której stanowili oni 10–20% wszystkich wysiedleńców, można założyć, że w sumie w transportach było od 14 do 28 tysięcy takich osób. Po zestawieniu wszystkich tych liczb okazuje się, że około 100 tysięcy wysiedleńców stanowiły kobiety, dzieci i starcy. Mężczyzn w sile wieku było 30–40 tysięcy, co bynajmniej nie przesądza o ich poparciu dla partyzantki. Wielu pochodziło bowiem z terenów, gdzie ukraińskie podziemie było bardzo słabe, jeśli wręcz nie rachityczne (Beskid Niski, Podlasie).

Co ważne, w nowym miejscu zamieszkania to kobiety brały na siebie główny ciężar prowadzenia domu, najczęściej robiły to w sposób cichy i niezbyt widowiskowy. Paradoksalnie, najlepiej można to dostrzec w opowieściach o pomocy w pracach domowych, jakiej w czasie świąt udzielali kobietom mężczyźni. “Męskie zadanie na Wielkanoc — czytamy w jednej relacji — to było iść ukopać chrzanu i go zetrzeć. Mama tego nie robiła. To zawsze robił tata. Dzisiaj ja też chodzę kopać chrzan i synowi pokazuję, jak wygląda chrzan, żeby wiedział, że to on ma robić”. Z kolei w okresie Bożego Narodzenia “dziadek gotował pierogi, mój tata gotował pierogi i ja gotuję pierogi. [...] Kobiety lepiły pierogi, a my je gotowaliśmy”. Oczywiście tego typu prace były pewną pomocą i co jeszcze bardziej istotne — wyrazem solidarności łączącym rodziny. Niemniej w takich męskich opowieściach trudno dostrzec ogrom wysiłku włożonego przez kobiety w przygotowanie świąt. Trudno też oprzeć się wrażeniu, iż kobiety są w podobnych narracjach skazywane na rolę drugoplanową. Choć w istocie to ich poświęcenie, ofiarność, pracowitość i cierpliwe przywiązanie do religii i kultury — także tej kulinarnej — odegrało podstawową rolę w przetrwaniu ukraińskiej tożsamości narodowej.

Królowa polskich rzek, od której wzięła nazwę cała operacja wysiedleńcza, jest rodzaju żeńskiego. Należy więc pamiętać, iż Wisła jest kobietą! Bo to kobiety były głównymi ofiarami akcji “W”. Jak ujęła to jedna z osób, której rodzinę wysiedlono w 1947 roku, “dla mnie ona zawsze była kobietą — moją babcią z czwórką dzieci i starymi rodzicami. Jedyną, która musiała zająć się całą szóstką, pracując za wiadro ziemniaków. Nie widziałam większej rodzinnej miłości niż pomiędzy nią i jej dziećmi. Może dlatego mój tato też umiał tak wspaniale kochać swoje dzieci”.

Загрузка...