W popularnym przekazie akcja “Wisła” oznaczała “kres krwawych walk z OUN-UPA” i zarazem działalności ukraińskiego podziemia w Polsce. Tymczasem w jej trakcie, także z powodu skoncentrowania uwagi na wysiedlaniu ludności cywilnej, zniszczono jedynie większość oddziałów UPA. Konspiracyjna siatka OUN również poniosła duże straty, ale daleko było do jej likwidacji.
W sierpniu 1947 roku cały czteroosobowy skład krajowego prowidu, a więc Jarosław Staruch “Stiah”, szef SB OUN Petro Fedoriw “Dalnycz”, dowódca UPA Mirosław Onyszkewycz “Orest” oraz referent propagandy Wasyl Hałasa “Orłan” nie tylko żyli i przebywali na wolności, ale też energicznie zabierali się do realizacji nowych zdań. “Stiah” wydał rozkaz tym oddziałom UPA i bojówkom SB OUN, które przetrwały, aby przystąpiły do palenia poukraińskich miejscowości. Następnie większość oddziałów miała ulec demobilizacji, z wyłączeniem małych grup SB OUN mających za zadanie utrzymywanie kanałów łączności między Ukrainą i państwami zachodnimi.
Krajowy prowidnyk “Stiah” od 1945 roku ukrywał się w specjalnie dla niego przygotowanym bunkrze w Lasach Monasterskich. O jego kryjówce wiedzieli jedynie nieliczni zaufani, była świetnie zakonspirowana. Dzięki temu przetrwał spokojnie akcję “Wisła”, podobnie jak jego najbliższe zaplecze, czyli grupa OUN odpowiedzialna za kontakty kurierskie oraz obsługę techniczną (ośrodek “Wulkan”). Dzięki zgromadzonym zapasom żywności “Stiah” zakładał, że uda mu się przetrwać do 1948 roku.
Generał Mossor już od początku akcji “Wisła” przestrzegał, że zniszczenie podziemia będzie procesem długotrwałym. Jednakże jego propozycja, aby pozostawić w terenie oddziały Wojska Polskiego, została odrzucona przez władze. Zamiast tego postanowiono wrócić do koncepcji wymyślonej na początku 1947 roku i główny obowiązek zwalczania ukraińskiej partyzantki powierzyć wzmocnionym grupom operacyjnym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 1 sierpnia oddziały WP miały jedynie wspierać akcję KBW, a nie odwrotnie, jak było do tej pory. Prowadzona operacja otrzymała kryptonim “R-2”, który wprost nawiązywał do zarzuconej w marcu 1947 roku koncepcji.
W województwie rzeszowskim utworzono dwie grupy operacyjne: “Sanok” (od września “Gorlice”) i “Lubaczów”, w lubelskim zaś jedną, oznaczoną kryptonimem “Hrubieszów”. Dowódcy poszczególnych grup — a już na pewno GO “Lubaczów” — faktycznie przejmowali pełnię władzy na podległym im obszarze, nie tylko w celu zapewnienia bezpieczeństwa, lecz także politycznego podporządkowania go Polskiej Partii Robotniczej. Co istotne, oddziały KBW mogły prowadzić dalsze wysiedlenia, ale w tym wypadku traktowano je jako zadanie drugorzędne. W efekcie tylko GO “Hrubieszów” wysiedliła we wrześniu około tysiąca osób. GO “Lubaczów” w powiecie lubaczowskim zakwalifikowała wprawdzie 481 rodzin (1634 osoby) do wywózki, jednak “po zbadaniu sprawy na miejscu okazało się, że ludności czysto ukraińskiej, która kwalifikowałaby się do wysiedlenia wg dyrektyw GO «Wisła», w wojew. rzeszowskim w ogóle nie ma”, a w związku z tym “wysiedlenie masowe na wzór przeprowadzonego przez GO «Wisła» można śmiało uważać za zakończone, a oczyszczenie terenu z elementów szkodliwych można przeprowadzić stopniowo przy pomocy ustawy o pasie granicznym”.
Pięć batalionów GO “Sanok” operowało w powiatach Lesko, Sanok, Krosno i Gorlice, nie odnosząc większych sukcesów. Zabito lub schwytano kilkudziesięciu członków podziemia, byli to jednak głównie błąkający się po lasach rozbitkowie. Kierownictwo bieszczadzkiego podziemia bez problemu przedostało się do Czechosłowacji, a przez nią do Niemiec Zachodnich. Sam “Orłan” po zdemobilizowaniu oddziałów przeszedł z żoną “Mariczką” do ZSRS — w ręce sowieckich służb bezpieczeństwa oboje wpadli dopiero w 1953 roku. Pozostawione przez “Orłana” na Pogórzu Przemyskim grupy łącznikowe SB OUN, dowodzone przez Piotra Kawuzę “Rusłana”, zostały rozbite wiosną 1948 roku.
GO “Hrubieszów”, licząca ponad tysiąc żołnierzy, przystąpiła do aktywnych działań przeciwko UPA, lecz też nie osiągnęła większych sukcesów. Od początku operacji “R-2” było wiadomo, że najważniejsze zadanie będzie miała do wykonania GO “Lubaczów”, gdyż w jej rejonie operacyjnym ukrywało się kierownictwo ukraińskiego podziemia w Polsce.
GO “Lubaczów” składała się z trzech batalionów specjalnych (16., 18. i 25.) oraz szwadronu kawalerii. Największą wartość bojową przedstawiał 16. baon (dowódcą był major Dobrowolski, a później kapitan Bronisław Dzeń), złożony ze “starych, zaprawionych w bojach” żołnierzy z WBW Rzeszów. Do oddziału trafili oni prosto z rozwiązanej 1. Dywizji KBW (z batalionu “Rzeszów”). Natomiast w wypadku baonów 18. i 25. większość żołnierzy nie miała odpowiedniego doświadczenia bojowego, w dodatku przybyli w lubaczowskie z województw wrocławskiego, szczecińskiego, poznańskiego i kieleckiego. Podobnie studziewięcioosobowy szwadron kawalerii oceniany był jako “zlepek ludzi i koni z siedmiu województw, bez odpowiedniego dowództwa”. Ogółem w składzie grupy znalazło się w chwili rozpoczęcia działań 1778 żołnierzy. Czytamy: “Do każdego baonu, a często i kompanii przydzielony był pracownik UB, który na miejscu przeprowadzał umiejętne śledztwa”. Pracą funkcjonariuszy UB kierował przybyły z MBP porucznik Ciesielski.
Na czele GO “Lubaczów” stanął major Mieczysław Puteczny, przedwojenny działacz Komunistycznej Partii Polski, przez cztery lata z tego powodu więziony w czasach Drugiej Rzeczypospolitej. Po wybuchu wojny znalazł się w ZSRS, służył w 4. Dywizji Piechoty, skąd w 1945 roku naturalnie trafił do KBW. Przykładał dużą wagę do propagandy, co widać w treści składanych przez niego meldunków, w których wręcz nieznośnie podkreślano jego zaangażowanie i inicjatywę. Inna rzecz, że major Puteczny z powodu choroby długo przebywał na urlopie i tym bardziej spragniony był działania i sukcesu. Z entuzjazmem przystąpił więc do zwalczania “reakcji” i podporządkowywania terenu PPR.
W pierwszych chwilach po przybyciu KBW wśród lubaczowskich Polaków powstała wręcz panika, ponieważ obawiano się, że wszyscy, bez patrzenia na narodowość, zostaną wysiedleni. Jak przyznał Puteczny, “propaganda reakcji mówiła, że przybyły «bataliony śmierci», «wojska NKWD»”. W dodatku w ocenie KBW “w miejscowym społeczeństwie odczuwa się duży wpływ kleru”, co “osłabia walkę z zacofaniem i wstecznictwem”. By zmienić te nastroje, kabewiacy organizowali wiece w pobliżu garnizonów, w czasie których przekonywali mieszkańców, “że wysiedlenia nie będzie i że mogą spokojnie pracować”. Akcja ta uspokoiła ludność, która powoli wróciła do normalnego rytmu pracy. Z faktycznym uznaniem mieszkańcy Lubaczowa przyjęli z pewnością ugaszenie przez żołnierzy KBW niebezpiecznego pożaru, który wybuchł w mieście.
GO “Lubaczów” rozpoczęła działalność 28 lipca 1947 roku. Odpowiadała za teren powiatu Lubaczów, a także za część powiatów jarosławskiego i tomaszowskiego. W wyniku intensywnie prowadzonych akcji rozpoznawczo-poszukiwawczych w pierwszym miesiącu zabito lub ujęto kilkudziesięciu “bandytów” i współpracowników podziemia, ale byli to w najlepszym razie szeregowi członkowie ruchu oporu. Wśród zatrzymanych znaleźli się również Polacy z rozbitych grup podziemia poakowskiego (Jana Totha “Mewy”) oraz narodowego (Józefa Zadzierskiego “Wołyniaka” i Bronisława Gliniaka “Radwana”). 27 sierpnia pododdział 18. batalionu aresztował w okolicach Sieniawy dziewięciu członków grupy “Mewy”, 4 września kabewiacy zatrzymali jedenastu Polaków związanych z “Wołyniakiem” i “Radwanem”, a 7 września aresztowano kolejne dwie osoby powiązane z “Mewą”. Oceniając pierwszą dekadę września, notowano, że GO “Lubaczów” “zlikwidowała resztki bandy NSZ «Mewy», «Radwana» i «Wołyniaka» oraz zlikwidowała kilku członków organizacji WiN na terenie gm. Sieniawa”. W następnych tygodniach zatrzymania polskich konspiratorów były kontynuowane. Jeszcze 21 października UB aresztowało w powiecie jarosławskim siedemnastu członków organizacji WiN.
Równolegle major Puteczny, korzystając z nadanych mu uprawnień, przystąpił do wymiany powiatowych kadr samorządowych. Pod jego wpływem “Partia PPR po zmianie pierwszego sekretarza powiatowego i przy pomocy KBW wykazała dużą ruchliwość i ożywiła swą działalność w terenie”. Liczba członków PPR szybko wzrosła z czterystu pięćdziesięciu do tysiąca, a kół z czternastu do dwudziestu pięciu. O ile dotąd nikt z PPR nie wchodził w skład władz lokalnych, to po interwencjach Putecznego członkami partii zostali: burmistrz Lubaczowa, dwóch wójtów i trzech sołtysów. Puteczny usunął też inspektora szkolnego, zastępując go osobą związaną z PPR. W listopadzie 1947 roku napisano: “Na skutek interwencji d-cy Podgrupy następuje reorganizacja gminnych Rad i powiatowych oraz zmiana wójtów”. Bardzo intensywnie rozwijał się również Związek Walki Młodych; po paru miesiącach działalności KBW liczył już blisko czterystu członków. Sam kapitan Diakonow, szef wydziału polityczno-wychowawczego GO “Lubaczów”, zorganizował siedem kół ZWM liczących dwustu czterdziestu ludzi.
4 września dwaj ułani KBW, Mieczysław Knyz i Jan Miernicki, wzięli do niewoli w lesie Gorajec dwóch członków sotni “Szuma” — Iwana Łaszyna “Łewka” oraz Mychajłę Gacha “Zaporożca”. Szybkie i bezwzględne śledztwo wykazało, że obydwaj są kurierami i z racji swych funkcji posiadają wiele informacji o OUN i UPA. Na podstawie ich zeznań do 9 września zabito pięciu i wzięto do niewoli dwunastu upowców. Wśród zabitych był sotenny “Szum”.
Przesłuchiwani w Lubaczowie kurierzy zdradzili, że kierownictwo podziemia ukrywa się w Lasach Monasterskich niedaleko wsi Dachany II. Od “Łewka” dowiedziano się, że w lasach są zbudowane dwa bunkry — jeden dla prowidnyka “Stiaha” i jego bezpośredniej ochrony, drugi dla ekipy kurierskiej “Cyhana” i obsługi technicznej prowidu. Jeńcy nie znali jednak ich dokładnej lokalizacji, gdyż powstały w pełnej tajemnicy. Osoby, które trafiły przypadkowo do Lasów Monasterskich, były od razu zabijane, a ich ciała porzucano w pobliskich korytarzach podziemnych kamieniołomów. W dodatku przynajmniej bunkier “Stiaha” został zaminowany.
Zeznania jeńców zelektryzowały sztab KBW. 7 września o 15.40 major Puteczny wydał rozkaz bojowy nr 0011 nakazujący “ująć, względnie zlikwidować krajowego prowidnika «Stiaga» wraz z jego ochroną”. Pododdziały KBW miały do godziny 6.00 8 września otoczyć teren i dwie godziny później przystąpić do jego penetrowania, “używając prętów żelaznych do kłucia ziemi celem wykrycia twardych sklepień, względnie wejść do bunkru”. Ze względu na obecność min w pobliżu bunkra “Stiaha” Puteczny zażądał od sztabu Okręgu Wojskowego nr V jak najszybszego przysłania saperów. Siły biorące udział, mówiąc gwarą kabewiacką, w “operacji stiagowskiej” (ukraińskie “h” w pseudonimie Starucha błędnie czytano jako “g”, stąd pseudonim Stiag zamiast “Stiaha”) były systematycznie wzmacniane: 14 września uczestniczyło w niej już 987 żołnierzy KBW.
W obawie, by banderowcy nie wyrwali się z potrzasku, lasy, w których znajdowały się bunkry, zostały otoczone systemem zasadzek, ruchomych patroli i punktów obserwacyjnych. Wokół otoczonego terenu co 40–60 metrów ustawiono placówki złożone z pięciu–siedmiu żołnierzy. Na zewnątrz i wewnątrz pierścienia rozłożono suche gałęzie w odległości od 80 do 100 metrów od posterunków, by hałas wywołany nadepnięciem na nie zawczasu zaalarmował wartowników. W miejscach bardziej zarośniętych żołnierze porozciągali na wysokości 50 centymetrów nad ziemią druty kolczaste, na których zawiesili puszki po konserwach z powkładanymi do nich kamykami.
Sztab obławy rozlokowano w Monasterzu, w położonej na wzgórzu cerkwi, dzięki czemu można było obserwować okolicę. Wraz z nastaniem świtu do środka pierścienia wkraczały grupy uderzeniowe, które metr po metrze penetrowały las, szukając bunkrów. Na noc grupy uderzeniowe wzmacniały linię okrążenia.
Pierwsze godziny operacji minęły bez żadnych odkryć. Także noc z 8 na 9 września upłynęła spokojnie. Jak potem opisywano: “Nic nie wskazywało na to, że «Stiag» rzeczywiście znajduje się w okrążeniu”. Również następne dni przyniosły rozczarowanie, znajdowano jedynie puste bunkry. Jednak w nocy z 9 na 10 września i kolejnej kilkakrotnie jakieś osoby próbowały wyrwać się z potrzasku, co wskazywało na to, że wewnątrz pierścienia ukrywają się partyzanci. W dodatku dwa wydarzenia wzmocniły determinację żołnierzy KBW, zwłaszcza Putecznego. Pod osłoną nocy z 12 na 13 września mała grupka partyzantów podjęła próbę przedarcia się... do środka linii okrążenia. Był to pierwszy przypadek w historii KBW, aby ktoś próbował przedostać się do rejonu otoczonego przez wojsko, i jego jedynym logicznym wytłumaczeniem było to, “że wewnątrz przebywa jedna z wyższych «osobistości» UPA”. Opinię tę potwierdzało odkrycie przez kabewiaków magazynu żywnościowego, a w nim towarów, które wówczas uchodziły za bez mała luksusowe. Znaleziono w nim bowiem m.in. 70 kilogramów mąki, 100 kilogramów sucharów i, co najważniejsze, 20 kilogramów kawy! Zmagazynowanie kawy, wtedy trudno dostępnej, wskazywało, że w pobliżu istotnie znajduje się ktoś zajmujący ważne miejsce w dowództwie ukraińskiego podziemia. W tej sytuacji 14 września major Puteczny wydał rozkaz bojowy nr 0014, nakazując znalezienie kryjówki “Stiaha” do 18 września. Zalecił też, aby w nocy wystawiać zasadzki także wewnątrz linii okrążenia, co miało uniemożliwić upowcom poruszanie się w terenie czy choćby wychodzenie z bunkrów dla zaczerpnięcia świeżego powietrza.
W otoczonym kompleksie leśnym, czego kabewiacy nie wiedzieli, przebywało w dwóch kryjówkach ogółem sześciu ludzi. Tuż przed zamknięciem pierścienia do ZSRS udała się czteroosobowa grupa kurierska “Cyhana”. O sytuacji oblężonych możemy się co nieco dowiedzieć z notatnika Irona Kudłajczuka “Dowhego”, który przebywał z greckokatolickim księdzem Piotrem Ślusarczykiem w bunkrze ośrodka technicznego. Już 9 września “Dowhyj” zapisał: “dokładnie przeszukiwano i kłuto drutami na naszej «chacie»”. W następnych dniach wojsko jeszcze dwukrotnie szukało bunkrów dosłownie nad ich głowami, lecz nie zauważyło niczego podejrzanego. Wreszcie 14 września niedaleko od wejścia do bunkra kabewiacy rozłożyli zasadzkę i od tej pory ukryci w niej ludzie nawet nocą nie mogli otworzyć włazu dla wymiany powietrza.
Działania KBW do 17 września nie przyniosły sukcesu, co zaczęło wywoływać zwątpienie i frustrację. Tak później opisywano kluczowe godziny operacji: “17 września 1947 r. w godzinach przedpołudniowych na krótkiej odprawie z oficerami [...] mjr Puteczny dobitnie w krótkich słowach przedstawił powagę sytuacji, podkreślając, że w ciągu 24-ch godzin musi być bunkier «Stiaga» wykryty. [...] Godzina 16.00 dnia 17.09.47 r., pierwszy meldunek z rejonu działania: «Grupa żołnierzy z 16-go Baonu Spec. pod d-twem ppor. Stopińskiego i ppor. Pękali — odnaleziono wejście do bunkru «Stiaga». Bunkier zaminowany»”. Bunkier znajdował się “w gęsto narośniętym klinie leśnym”, wchodziło się do niego przez otwór 45 na 45 centymetrów, nakryty skrzynką, w której rósł krzak jałowca. Czytamy: “Jedynie bardzo bystre i doświadczone oko mogło odróżnić, że niektóre krzewy gęsto tutaj rosnącego jałowca są jakby odarte z igliwia. Tędy przechodzili bandyci i przez tarcie naramiem otrzęśli [tak w oryginale — G.M.] nieco szpilek z krzewów”.
Las i polana koło bunkra zostały natychmiast otoczone przez żołnierzy. Na miejsce przybył odpowiedzialny za rozpoznanie porucznik Jan Świta, który podczołgał się z dwoma ludźmi w okolice włazu. Nagle uniosła się pokrywa i wynurzyła się z niej głowa partyzanta. Strzelec Stanisław Juda, porucznik Świta i porucznik Bigaj chwycili go za włosy, ale stojący za złapanym kolejny upowiec zaczął strzelać i zabił kolegę. Porucznik Świta wystrzelił do środka bunkra rakietę i niemal w tym samym momencie partyzanci zdetonowali ukryty w pobliżu 122-milimetrowy pocisk. Wykorzystując zamieszanie, jeden z upowców próbował zbiec, lecz został zabity przez strzelca Mieczysława Skowrona. Stało się jasne, że nikt nie umknie z potrzasku. Rozpoczęło się oblężenie. Tak opisano, co było dalej: “«Rzućcie broń i pojedynczo wychodzić — nawołuje por. [Adam] Blachsztein. — Opór na nic się nie zda, jesteście otoczeni». «Kto wy» — odzywa się głos z wnętrza bunkru. «Wojsko Polskie! — pada odpowiedź. — Wasza sprawa jest beznadziejna. [...] Koniec UPA». Odpowiedział z głębi głos: «My będziemy ostatni». Otaczający bunkier żołnierze i oficerowie usłyszeli śpiew z głębi bunkru: to bandyci żegnają się z życiem. Jeszcze dwie rakiety i ze środka bunkru słychać strzały i głuchy wybuch”.
Choć załoga kryjówki popełniła samobójstwo, najpierw do akcji przystąpili saperzy. Znaleźli dwa pociski 122 mm, które zdetonowali. Gdy zakończyli pracę, zapadła już noc, dlatego postanowiono poczekać do świtu. Teren szczelnie obstawiono, a przy włazie zapalono lampę naftową. Do środka bunkra żołnierze weszli dopiero rankiem następnego dnia i znaleźli tam “bogate archiwum sztabowe, aparat radiowy, akumulatory, worki z żywnością (nawet czekoladę), aparat fotograficzny, lekarstwa i wiele innych rzeczy”.
Dwa dni po śmierci “Stiaha” kabewiacy odkryli bunkier ośrodka “Wulkan”. Obaj ukrywający się w nim członkowie podziemia rzucili się do ucieczki. Ksiądz Ślusarczyk został zastrzelony koło kryjówki, a “Dowhyj” niemal cudem przebiegł kilometr, aż wreszcie został zraniony i obalony przez psa. Próbował popełnić samobójstwo, lecz ocalono go i przewieziono do szpitala w Rzeszowie. Uwięziony, złożył obszerne zeznania na temat podziemia. Kiedy uznano go za już nieprzydatnego, został postawiony przed sądem, skazany na śmierć i stracony.
16 września wojsko odkryło z kolei bunkier pod Rzeczycą, w którym znajdował się — razem z łączniczką i czteroosobową ochroną — szef SB OUN w Polsce Petro Fedoriw “Dalnycz”. Trzech upowców zginęło, pozostali (w tym “Dalnycz”) zostali zarzuceni przez żołnierzy płonącą słomą, po czym stracili przytomność i w ten sposób trafili do niewoli.
Major Puteczny triumfował, dbając jednocześnie, aby w meldunkach przedstawić siebie samego z jak najlepszej strony. W sprawozdaniach pisano bez ogródek: “Mjr Puteczny zastosował cały szereg nowych metod operacyjnych. [...] Jako d-ca potrafił tchnąć ducha w chwilach, kiedy niektórzy oficerowie zwątpili w pomyślne rezultaty”. Niebawem Puteczny otrzymał stopień podpułkownika i krzyż Virtuti Militari.
Nieco inaczej opisał działania sztabu kapitan Czesław Stopiński, który odkrył kryjówkę “Stiaha”. W liście do redakcji “Na Straży” pisał, że kiedy ją odnalazł, “przybyło do bunkru dużo «bohaterów» [...] Największego bohatera grał wówczas były referent sekcji operacyjnej, por. Świta. Od stałego przesiadywania w Sztabie miał spodnie poprzecierane, a za likwidację «Stiaga» otrzymał Krzyż Walecznych. [...] Por. Świta tak dobrze kierował akcją, że ani jednego bandyty nie ujęto żywcem, co było możliwe ująć żywcem wszystkich. [...] Za likwidację «Stiaga», jak się nie mylę, otrzymał tylko odznaczenie z mojego pododdziału [...] por. Pękala, a resztę odznaczeń zabrali sprytniejsi”.
Żołnierze KBW z GO “Lubaczów” w okresie od 28 lipca do 13 listopada 1947 roku zabili 36 partyzantów, a 72 schwytali. Aresztowano ponadto 100 współpracowników, czy to ukraińskiego, czy polskiego podziemia. Straty KBW były niewielkie, gdyż śmierć poniósł tylko jeden żołnierz (paru innych zginęło w wypadkach). Najważniejszym dokonaniem Grupy było zniszczenie kierownictwa ukraińskiego podziemia w Polsce. Znakomicie wykorzystał ten fakt sam Puteczny, który w roku 1952 został zastępcą dowódcy KBW do spraw politycznych i pozostawał na tym stanowisku do 1956 roku.
Obławy prowadzone przez WP i KBW w czasie akcji “Wisła” wykruszyły z szeregów kurenia Wołodymyra Soroczaka “Berkuta” kilkudziesięciu partyzantów. Co istotne, 9 czerwca w jednej z potyczek został ranny sam dowódca kurenia. Dlatego 4 sierpnia siły UPA i SB OUN zostały skupione we wsi Dąbrowa w powiecie hrubieszowskim w jednym mniej więcej stuosobowym zgrupowaniu, na którego czele stanęli szef I Okręgu OUN Jewhen Sztendera “Prirwa” i okręgowy referent SB OUN Leon Łapiński “Zenon”.
Obaj byli doświadczonymi konspiratorami. “Prirwa” kierował lubelskim okręgiem i oddziałami UPA od jesieni 1945 roku. Jego największym osiągnięciem było zachowanie na podległym mu terenie sojuszu z poakowskim podziemiem, osobiście kierował atakiem połączonych sił polsko-ukraińskich na Hrubieszów. Z kolei “Zenon” związał się z OUN prawdopodobnie w czasie studiów na Politechnice Lwowskiej. Wiadomo, że rozpracował struktury lwowskiej komunistycznej Gwardii Ludowej i doprowadził w 1943 roku do jej zniszczenia przez gestapo. Od 1945 roku “żelazną ręką” kierował siłami SB OUN na Lubelszczyźnie.
Na początku sierpnia “Stiah” wydał polecenie “pełnego i radykalnego wypalenia” wsi poukraińskich w jak najszybszym terminie. Pouczał podwładnych, że “z paleniem trzeba spieszyć się i nie odkładać”. Właściwie jedyną formacją mogącą sprawnie przeprowadzić taką akcję było zgrupowanie “Prirwy” i “Zenona”. Na początku sierpnia członkowie OUN i UPA przystąpili do pracy. Akcja palenia wsi i rozbrajania chroniących je placówek ORMO rozpoczęła się niemal jednocześnie w powiatach hrubieszowskim, tomaszowskim, bialskim i włodawskim. Najpierw ucierpiały Wojsławice, Starogrod i Pieczygory w powiecie hrubieszowskim, gdzie spalono 180 budynków mieszkalnych i 239 gospodarczych. Do końca sierpnia ukraińscy partyzanci spalili gospodarstwa poukraińskie w 45 miejscowościach! Jednocześnie rozbrojono dziewięć placówek ORMO (cztery w powiecie tomaszowskim, trzy we włodawskim oraz po jednej w hrubieszowskim i bialskim). W czasie tych akcji zginęło trzech ormowców, którzy próbowali się bronić — znakomita większość składała broń bez jednego strzału. Największy sukces pod tym względem upowcy osiągnęli w Wasylowie, gdzie poddało się osiemnastu ormowców. Zdobyto tam jedenaście karabinów i pięć pistoletów maszynowych.
Kontrakcja OUN i UPA wywołała panikę wśród dopiero co przybyłych osadników. Pod wpływem tych napadów 577 ormowców zdało oficjalnie broń władzom i odmówiło dalszej służby. By powstrzymać partyzantów, w teren wysłano wzmocnione patrole 3. Dywizji Piechoty, co jednak z początku tylko powiększyło polskie straty. Upowcy nie wzbraniali się bowiem przed przyjmowaniem starć zbrojnych i atakowaniem placówek wojskowych. Nocą z 15 na 16 sierpnia zgrupowanie OUN i UPA prowadzone przez “Zenona” natknęło się w rejonie Piaseczna w powiecie hrubieszowskim na zasadzkę zorganizowaną przez dwie dziewięcioosobowe grupy elewów ze szkoły podoficerskiej 9. pułku 3. DP. Widząc, że mają do czynienia z niewielkim pododdziałem, upowcy przyjęli walkę. Pierwsza grupa elewów została otoczona i wybita. Zginęło ośmiu żołnierzy, w tym dwóch oficerów. Dopiero natknięcie się na drugą grupę elewów skłoniło “Zenona” do odwrotu — nie był bowiem pewien, czy w pobliżu nie ma kolejnych polskich oddziałów.
Kilka dni później, 22 sierpnia, “Zenon” zorganizował zasadzkę koło Wereszyna. Wjechały w nią trzy odkryte ciężarówki wiozące żołnierzy 9. kompanii 7. pułku 3. DP. Pierwszy samochód wyleciał w powietrze na minie, pozostałe ostrzelano ogniem z broni maszynowej. Po godzinie walka została zakończona. Zginęło 17 żołnierzy, a 34 zostało rannych. Po stronie ukraińskiej śmiertelne rany odniósł sotenny “Duda”. Z kolei 31 sierpnia w starciu z grupą operacyjną 9. pułku w lesie w pobliżu wsi Liski zabity został sotenny “Jar”. Łącznie w sierpniu 1947 roku UPA zabiła na tym terenie 31 i raniła 47 żołnierzy WP. Zginęło także kilku funkcjonariuszy ORMO.
W następnym miesiącu intensywność walk gwałtownie spadła. Oddziały WP i KBW intensywnie poszukiwały partyzantów, co zmusiło Ukraińców do większej ostrożności. Działaniom GO “Hrubieszów” i GO “Lubaczów” upowcy nie byli już w stanie się przeciwstawić, nie mieli też najmniejszej szansy przyjścia z pomocą “Stiahowi”. Otrzymali jednak od niego kolejną instrukcję, w której nakazał demobilizację oddziałów UPA. W Okręgu III OUN odbyła się ona pod nadzorem dowódcy UPA, Onyszkewycza “Oresta”. Jak ocenia Mariusz Zajączkowski, w cywilnych i wojskowych strukturach ukraińskiego podziemia działało wtedy jeszcze co najmniej stu członków. Około siedemdziesięciu z nich ukrywało się na Zamojszczyźnie, a kolejnych trzydziestu na Podlasiu. Ludzie zwolnieni z oddziałów mieli udać się na zachód Europy lub na Ziemie Odzyskane, ewentualnie do ZSRS. W terenie miały pozostać jedynie niewielkie grupy łącznikowe dobrane z najbardziej wytrwałych partyzantów.
W rajd na zachód pierwsza grupa zdemobilizowanych bojowców, wśród nich kurinny “Berkut”, wyruszyła 30 września lub 1 października. Z siedmiu ludzi do amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec dotarło trzech, w tym sam dowódca kurenia. Za nimi wysyłano na zachód lub do rodzin na Ziemiach Odzyskanych kolejnych członków podziemia. Część z nich otrzymywała na drogę fałszywe dokumenty. Byli i tacy, którzy nie czekając na decyzję dowództwa, wyjeżdżali na własną rękę. Na początku listopada Zamojszczyznę opuścili także “Orest” i “Zenon”. Pierwszy z nich udał się na Dolny Śląsk, drugi zaś na Mazury. Przed wyruszeniem w drogę ustalili, że ponownie spotkają się wiosną, między 15 a 30 maja 1948 roku, w Lesie Terebińskim w powiecie hrubieszowskim.
Na terenie Lubelszczyzny pozostał “Prirwa”, który kontynuował proces demobilizacji. Na początku grudnia 1947 roku postanowił jednak podjąć próbę przeniesienia zorganizowanej walki podziemnej do województwa olsztyńskiego. Dzięki wymianie listów między wysiedleńcami a miejscową ludnością poznał adresy niektórych wywiezionych, liczył więc, że bez trudu znajdzie wśród nich schronienie. Była to błędna decyzja. Mieściła się co prawda w banderowskiej logice radykalizacji społecznej, jednak jedynym jej wymiernym skutkiem miały się okazać represje wobec wysiedlonej społeczności ukraińskiej. Jak słusznie zauważył historyk Igor Hałagida, społeczność ukraińska była zmęczona walką partyzancką, dlatego nawet zdemobilizowani członkowie OUN, którzy wyjechali na Ziemie Odzyskane, “raczej myśleli o ułożeniu sobie normalnego życia niż angażowaniu się już wówczas w jakąkolwiek działalność nielegalną”.
Partyzanci wyznaczeni do przeprowadzenia rajdu spotkali się 10 grudnia w lasach radzyńskich. Najpierw w drogę ruszyła, kierując się na Sokołów i Siedlce, dziewięcioosobowa grupa kierowana przez Tymoteja Hawałkę “Szepela” oraz Włodzimierza Melnyczuka “Jasenia”. Oddział dowodzony przez “Prirwę”, liczący szesnastu bojowców, skierował się na Drohiczyn. Ukraińcy maszerowali nocami, w ciężkich warunkach: co chwila padał deszcz lub śnieg. Szybko okazało się, że partyzanci muszą w ciągu dnia zatrzymywać się w domach, by osuszyć ubranie. Z konieczności udawali grupę polskiej partyzantki, co pozwoliło im stać się niewidzialnymi dla aparatu władzy. Polscy gospodarze nie meldowali bowiem UB o przyjściu do ich domów “chłopców z lasu”. Mimo niesprzyjających warunków pod koniec grudnia 1947 roku wszyscy ukraińscy partyzanci dotarli do województwa olsztyńskiego i zaczęli kontaktować się z wysiedleńcami, głównie z powiatu hrubieszowskiego.
Na Mazurach warunki do działania okazały się znacznie trudniejsze, niż oczekiwano. Wiele osób meldowało władzom o każdym pojawieniu się obcych. 30 grudnia 1947 roku o 9.00 niejaki Michał Dwulat zawiadomił komendę MO w Kętrzynie, że do Kolonii Pożarki przyszła poprzedniego wieczoru i zatrzymała się u niego kilkunastoosobowa “banda”. Do Pożarek natychmiast wyruszyła dwudziestopięcioosobowa grupa UB i MO. Na miejscu doszło do wymiany ognia, ale partyzantom udało się wydostać z okrążenia. Leśni, całkowicie przemoczeni, dotarli 30 grudnia o 22.30 do Czarnego Kamienia. Choć zorganizowana naprędce stuosobowa grupa operacyjna niebawem przybyła za nimi, to jednak dzięki luce w linii okrążenia, spowodowanej spóźnieniem pododdziału UB z Węgorzewa, partyzantom ponownie udało się umknąć.
Zorganizowane w regionie obławy odnalazły jednak grupę “Szepela” i “Jasenia”. 2 stycznia 1948 roku we wsi Muntowo w powiecie Mrągowo funkcjonariusze UB i MO zaskoczyli odpoczywających partyzantów. Próba wyrwania się z potrzasku powiodła się tylko dwóm z nich. Pozostali, widząc beznadziejność sytuacji, popełnili samobójstwo. Wśród zabitych byli “Szepel” i “Jaseń”. W potyczce straciło również życie dwóch milicjantów.
“Prirwa” szybko zdał sobie sprawę, że operowanie stosunkowo dużym oddziałem musi zakończyć się dla partyzantów katastrofą. Dlatego podzielił go na małe grupy, które “wsiąkły” w teren, ukrywając się u znajomych wysiedleńców. Tymczasem 13 stycznia władze zorganizowały w Kętrzynie naradę Powiatowego Komitetu Bezpieczeństwa z udziałem szefów UB z Mrągowa i Giżycka. Przewodniczył jej szef WUBP Olsztyn, pułkownik Henryk Palka, przedwojenny komunista, wyszkolony na kursie NKWD w Kujbyszewie. W czasie narady opracowano “ścisły plan akcji pościgowo-likwidacyjnej”. Już następnego dnia o 6.00 rano grupy operacyjne UB-MO-KBW z Kętrzyna, Mrągowa i Giżycka rozpoczęły przeszukiwanie terenu i obejść podejrzanych ukraińskich gospodarzy. Do końca dnia zatrzymano dwanaście osób bez dokumentów. 23 stycznia grupa operacyjna UB-MO z Kieli i Biskupca w gospodarstwie Jana Maleckiego w Otrach zatrzymała Piotra Szawułę “Bogdana”. Na podstawie jego zeznań zorganizowano obławy w Szymanówce, Potokach i Gudzikach. W ostatniej z tych miejscowości wykryto grupę partyzantów. Doszło do walki, w której jeden z nich zginął, drugi został śmiertelnie ranny, a czterech się poddało. Na podstawie ich zeznań w następnych dniach przez okolicę przetoczyły się aresztowania gospodarzy, którzy pomogli partyzantom.
Sam “Prirwa” szczęśliwie dla siebie przeczekał zimę w powiecie bartoszyckim. W kwietniu 1948 roku wyruszył z szóstką partyzantów w drogę powrotną na Lubelszczyznę. Dotarłszy na miejsce, próbowali nieskutecznie nawiązać kontakt z łącznikami. Ostatecznie 10 czerwca postanowili więc przedostać się do zachodniej strefy okupacyjnej Niemiec. Po kilku tygodniach marszu przez Polskę i Czechosłowację wszyscy przedostali się na zachód. “Prirwa” natychmiast włączył się w pracę emigracji banderowskiej. W latach siedemdziesiątych opublikował szkic wspomnieniowy o współpracy z polskim podziemiem w paryskich “Zeszytach Historycznych”, a po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę został wykładowcą na Politechnice Lwowskiej.
Do umówionego miejsca spotkania dotarł również “Zenon”. Wobec nieobecności “Oresta” także postanowił wyruszyć na zachód. Jego pięcioosobowa grupa bez większych przeszkód przeszła do Czechosłowacji. 27 czerwca 1948 roku Josef Gargulak poinformował władze czechosłowackie, że w lesie koło Vsetína zauważył pięciu śpiących mężczyzn z bronią. Jeszcze tego samego dnia o 9.00 Łapiński z towarzyszami został ujęty bez jednego strzału. Miesiąc później przewieziono go do Warszawy “pod opiekę” majora Bronisława Wróblewskiego.
Na Lubelszczyźnie pozostało parę drobnych grup SB OUN. Jedna z nich, kierowana przez Jana Niewiadomskiego “Jurka”, uległa demobilizacji jesienią 1948 roku. Ostatnia została osaczona przez KBW w przysiółku Augustów koło Różanki dopiero 22 marca 1950 roku. Trzech partyzantów zginęło w walce, czwarty, ciężko ranny, zmarł w szpitalu.
Rajd “Prirwy” wywołał poruszenie w olsztyńskich organach bezpieczeństwa. Na tym terenie podziemie polskie było relatywnie słabe, toteż obecność nawet niewielkich grup ukraińskich partyzantów odebrano jako poważne zagrożenie.
Na polecenie pułkownika Palki przystąpiono do zakrojonych na szeroką skalę zatrzymań i aresztowań. Nawet drobna pomoc udzielana partyzantom stawała się podstawą uwięzienia, już nie mówiąc o realnych lub domniemanych związkach z podziemiem. Jak wynika z badań Bogdana Łukaszewicza, w latach 1947–1949 represje sądowe w województwie olsztyńskim objęły 224 osoby. Do 1956 roku liczba osób aresztowanych i postawionych przed sądem wzrosła do 260 (w tym 46 kobiet). W jedenastu przypadkach sądy orzekły karę śmierci, przy czym na czterech oskarżonych wyroki wykonano. Kolejnych sześć osób zmarło w czasie odbywania kary więzienia, a dwie bardzo szybko po uwolnieniu. W 136 przypadkach sądy orzekły surowe kary: od dziesięciu do piętnastu lat więzienia.
Dla porównania, jak wykazała Magdalena Semczyszyn, w województwie szczecińskim w tym samym czasie, a więc w latach 1947–1955, postawiono przed sądem 108 osób (w tym 33 kobiety). Również w tym wypadku wyroki były z reguły surowe: czterokrotnie orzeczono karę śmierci i wykonano dwa wyroki, a 35 osób otrzymało wyroki od dziesięciu do piętnastu lat więzienia.
Według Arkadiusza Słabiga w 1948 roku w całym kraju zatrzymano około 600 osób pochodzenia ukraińskiego i “był to szczytowy okres stosowania tego środka represji wobec Ukraińców po wysiedleniu”. Potem, między 1 kwietnia a 15 października 1949 roku, UB pozbawiło wolności kolejnych 86 osób powiązanych z ukraińską konspiracją, w tym 16 członków OUN, 37 partyzantów UPA i 33 współpracowników podziemia. Ponad połowę (52) zatrzymano w województwie olsztyńskim, choć należy pamiętać, że tylko część z nich (37) postawiono przed sądem i skazano.
Na tym tle widać, że represje wobec ludności ukraińskiej w województwie olsztyńskim były szczególnie dotkliwe. I na tyle rozległe, że badacze powątpiewają w powiązania z podziemiem przynajmniej części skazanych.
Polowanie na byłych członków podziemia, koordynowane przez majora Wróblewskiego, trwało jednak na całych Ziemiach Odzyskanych. W lutym 1948 roku jego ludzie w Koszalinie dopadli szefa sztabu kurenia “Rena” i jednego z dowódców lokalnych bojówek SB — obaj popełnili samobójstwo. Żywcem udało się natomiast schwytać i nakłonić do współpracy jednego z sotennych UPA, Wasyla Krala “Czausa”. Głównym celem Wróblewskiego był jednak dowódca UPA w Polsce, Mirosław Onyszkewycz “Orest”. Na jego trop naprowadziło dopiero zeznanie aresztowanej 18 stycznia 1948 roku Iwanny Przepiórskiej, jednej z łączniczek OUN, przesiedlonej razem z rodziną do województwa olsztyńskiego. W lutym opowiedziała ona funkcjonariuszom o swoich kontaktach z grupą “Prirwy”, wspominając, że wedle jej wiedzy “Orest” schronił się na ziemiach zachodnich, najpewniej w województwie szczecińskim. Co najważniejsze, przekazała również, że kontakt organizacyjny utrzymuje z nim Jan Łuć, który podczas pobytu w Lublinie pracował jako ogrodnik w Wojsku Polskim. Wróblewski błyskawicznie ustalił, że Jan Łuć w rzeczywistości mieszka na Dolnym Śląsku i pracuje jako magazynier w cukrowni w Pustkowie. Natychmiast też poprosił o pomoc funkcjonariuszy z Wydziału III w WUBP Wrocław.
Naczelnikiem Wydziału III we Wrocławiu był wówczas porucznik Aleksander Majkowski, który trafił do UB po przejściu na przełomie lat 1944 i 1945 kursu w szkole sowieckich służb specjalnych w Kujbyszewie. Charakteryzował się inteligencją i “dużym wyrobieniem politycznym”, a przy tym “nie przejawiał wybujałego nacjonalizmu”. Pracę we Wrocławiu rozpoczął latem 1947 roku i od razu odniósł duży sukces. W ramach operacji “Radwan” doprowadził do zniszczenia eksterytorialnego lwowskiego obszaru WiN, aresztując około stu ludzi. Metody przesłuchań wrocławskiej bezpieki były na tyle straszne, że latem 1948 roku, po kilku miesiącach przesłuchań, zatrzymany szef lwowskiego okręgu WIN popełnił samobójstwo, wyskakując z wysokiego piętra budynku UB.
Wiedząc, że Łuć posiada wiadomości o Onyszkewyczu, Majkowski postanowił go po cichu “zdjąć” i zwerbować. Szanse werbunku uznał za duże, miał bowiem “dostateczne dowody kompromitujące, poza tem posiada on [Łuć] bliską rodzinę w pow. Lubin [...], którą bardzo kocha”. Zatrzymany zgodził się podjąć współpracę z UB. Jak wynikało z jego zeznań, “Orest” przyjechał na Dolny Śląsk razem z adiutantem “Bogdanem”. Ukrywał się wśród byłych mieszkańców Uhnowa i stanowił dla nich, jak to ujął Łuć, “wielki kłopot”, gdyż “żąda od ludzi pieniędzy na utrzymanie i grozi zemstą w razie odmowy”. Być może dlatego Łuć wydał miejsce kryjówki dowódcy UPA. 2 marca 1948 roku w podlegnickich Karczowiskach “Orest” i “Bogdan” zostali aresztowani i przewiezieni do Warszawy.
Łuć, już jako tajny współpracownik UB o pseudonimie Pewny, pozostał w sieci UB, rozpracowując środowisko mniejszości ukraińskiej. Na podstawie jego doniesień UB dowiedziało się przynajmniej o pięćdziesięciu osobach, które uznano za wrogów systemu. Spośród nich co najmniej szesnaście osób zostało zatrzymanych i skazanych na karę więzienia od roku do jedenastu lat. Liczba aresztowanych sprawiła, że z czasem zaczęli oni kojarzyć swoje zatrzymania z Łuciem. Podejrzewany o współpracę z UB “Pewny” stał się nieprzydatny i w 1955 roku wyeliminowano go z sieci agenturalnej.
Mirosław Onyszkewycz “Orest” przeszedł długie i drobiazgowe śledztwo w UB, a 3 czerwca 1950 roku sąd w Warszawie skazał go na karę śmierci. Wyrok wykonano 6 lipca. Kilka miesięcy wcześniej, 11 kwietnia, stracony został szef SB OUN Petro Fedoriw “Dalnycz”. Szereg surowych wyroków dotknęło również 112 upowców schwytanych w Czechosłowacji i przekazanych Polsce. Na karę śmierci zostali skazani i straceni m.in. sotenni Włodzimierz Szczygielski “Burłaka”, Roman Hrobelski “Brodycz” oraz Grzegorz Mazur “Kałynowycz”. Co ciekawe, choć dla “Burłaki” najbardziej obciążająca była jego przeszłość okupacyjna i masowa egzekucja w Baligrodzie z sierpnia 1944 roku, którą kierował, to w uzasadnieniu wyroku w ogóle się do tego nie odniesiono. Dla władz najważniejsza była bowiem jego działalność w Polsce Ludowej.
Na paradoksy dotyczące wyroków sądowych zwróciła uwagę Magdalena Semczyszyn, pisząc, że “osobom, którym w śledztwie udowodniono udział w UPA, zasądzano najczęściej karę w przedziale od 6 do 15 lat więzienia, ale jednocześnie wymierzono karę 8 lat pozbawienia wolności kobiecie, której zarzucono wypranie bielizny partyzantów i przekazanie im żywności w jednej z bieszczadzkich wsi”. Obok tak potraktowanej Marii Witko wyrok dwunastu lat więzienia za pomoc udzielaną partyzantom usłyszała Michalina Juryniec, choć “w tym samym czasie osoby wyrokowane za udział w UPA i posiadanie broni otrzymały niższe wyroki”.
Szczególnie surowe orzeczenia zapadły w procesie oskarżonych o udział w zasadzce na generała Świerczewskiego. Jeszcze 27 listopada 1947 roku Biuro Polityczne PPR podjęło decyzję o zorganizowaniu procesu zabójców Świerczewskiego. Rozpoczął się on 12 maja 1948 roku w Warszawie. Na ławie oskarżonych usiadło 22 członków UPA, z których najwyższy stopniem Eustachy Brewka był ledwie referentem politycznym w sotni “Łastiwki” i siłą rzeczy nie brał udziału w zasadzce pod Baligrodem. Reszta oskarżonych była najczęściej szeregowymi członkami sotni “Chrina” i “Stacha”. W południe 28 maja przewodniczący składu sędziowskiego, major Tadeusz Lercel, odczytał wyrok. Dziewięciu upowców skazano na śmierć, a pozostałych na długoletnie więzienie. Obrońcy oskarżonych złożyli skargę rewizyjną do Naczelnego Sądu Wojskowego. Podnieśli w niej, że “skazani zostali zabrani do band UPA w drodze przymusu fizycznego”, a za dezercję groziła kara śmierci nie tylko im, ale też ich rodzinom. Adwokat Wacław Bitner, powołany raptem 7 maja 1948 roku na obrońcę skazanego na śmierć Stefana Sowy, w skardze rewizyjnej zaznaczył, że jego klient był “jednym z najmniej winnych w procesie”. Wskazywał, iż popełnione przez niego czyny nie były cięższe od czynów tych oskarżonych, których skazano jedynie na więzienie, a w dodatku, koniec końców, zdezerterował z UPA. Dowodził też: “Jeżeli zaś miejscowe władze polskie nie umiały, czy też nie mogły zapobiec porywaniu chłopców ukraińskich do bandy, ani też zabezpieczyć ich życia w wypadku ucieczki z bandy, to nie można karać tych młodych chłopców najwyższym wymiarem kary”.
Urodzony w 1923 roku Sowa był mieszkańcem wsi Mokre pod Sanokiem. Ukończył cztery klasy szkoły podstawowej. Zmobilizowany w styczniu 1946 roku do sotni “Chrina”, wziął udział w feralnej zasadzce pod Jabłonkami. W maju 1947 roku uciekł z oddziału UPA, chroniąc się w domu rodziców w Mokrem. Schwytany przez wojsko, początkowo nic nie wspominał o swojej obecności pod Jabłonkami, bo dowiedział się od chłopów, “że tych, co brali udział w zasadzce, w której zginął gen. Polski, wszystkich biją i rozstrzelają”. Ale w końcu zeznał prawdę, przyznając, iż dwukrotnie podczas starcia strzelił z karabinu w stronę szosy. I to zapewne przesądziło o jego losie.
Ostatecznie 23 lipca 1948 roku Najwyższy Sąd Wojskowy zatwierdził wszystkie wyroki śmierci, jedynie dwóm osobom skazanym na dożywocie zmniejszając wyrok do piętnastu lat więzienia. Wszyscy oskarżeni poprosili o łaskę prezydenta Bolesława Bieruta. Poruszony Sowa napisał: “Błagam Cię bądź wyrozumiałym Ojcem występnego człowieka, który jednak gorąco pragnie przed śmiercią naprawić krzywdy wyrządzone Państwu Polskiemu”. O litości dla domniemanych zabójców Świerczewskiego nie mogło być jednak mowy — Bierut odrzucił wszystkie podania o ułaskawienie. Całą dziewiątkę skazańców rozstrzelano 28 sierpnia 1948 roku o 20.15 w mokotowskim więzieniu i pochowano w nieznanym miejscu.
Choć początkowo myślano o zorganizowaniu dużego procesu pokazowego, to ostatecznie utrzymano go w sekrecie. Za taką decyzją stał być może dość wstydliwy fakt, że udało się schwytać jedynie zwykłych uczestników napadu. Jego organizatorzy, “Chrin” i “Stach”, przebili się przecież przez granicę i pozostawali dalej na wolności. Tajemniczość procesu natchnęła rodzinę Sowy nadzieją, że ten żyje. Od października 1961 roku jego brat Paweł słał do sądu wojewódzkiego kolejne listy z prośbą o zwolnienie “zaginionego” Stefana. W grudniu 1970 roku napisał w tej sprawie nawet do ministra obrony narodowej, generała Wojciecha Jaruzelskiego. Po przypomnieniu, że Stefan poszedł do UPA przymuszony siłą, dodał: “proszę Wysoki Generale wypuścić go dać Mu Wolność”. Odpowiedzi wysyłanych przez urzędników sądowych, w których informowano go o wykonaniu kary śmierci na Stefanie, Paweł Sowa nie przyjmował do wiadomości i listownie pytał o brata do połowy lat osiemdziesiątych, aż w końcu w piśmie z 6 maja 1985 roku przewodniczący wydziału karnego sądu wojewódzkiego w Warszawie poinformował go, że dalsze listy pozostaną bez odpowiedzi.
Miesiąc po zatrzymaniu Leona Łapińskiego “Zenona” władze czechosłowackie wydały go Polsce. Biorąc pod uwagę surowość wyroków wobec członków UPA, jego szanse na przeżycie wydawały się żadne. A jednak odnalazł wspólny język z przesłuchującym go majorem Wróblewskim i 5 października 1948 roku podpisał zgodę na podjęcie współpracy agenturalnej z UB.
Bronisław Wróblewski właśnie został naczelnikiem Wydziału I Departamentu III MBP. Awans zbiegł się, zapewne nieprzypadkowo, z jego kolejnym sukcesem — 30 czerwca osobiście aresztował legendarnego dowódcę poakowskiej partyzantki, majora Zygmunta Szendzielarza “Łupaszkę”. Rzecz jasna, proponując Łapińskiemu współpracę, Wróblewski nie kierował się sentymentem, lecz chęcią podjęcia gry z centralą OUN-B w Monachium. Choć podziemie ukraińskie w Polsce właściwie już nie istniało, to w dalszym ciągu OUN stawiała desperacki opór na Ukrainie. Wraz ze wzrostem zimnowojennego napięcia banderowcy stali się nieoczekiwanie cennym sojusznikiem państw zachodnich. Brytyjski wywiad — wzorem koncepcji z czasów wojny — myślał o wywołaniu szeregu powstań narodowych w ZSRS i demoludach. W zamian Brytyjczycy oferowali Ukraińcom wyposażenie w broń, wsparcie finansowe, radiostacje i mapy, a także szkolenia dla członków organizacji oraz pomoc w przerzucie ludzi przez żelazną kurtynę. Było oczywiste, że aby móc skutecznie kierować ukraińskim ruchem niepodległościowym, Stepan Bandera będzie dążył do odtworzenia zniszczonych w czasie akcji “Wisła” kanałów łączności z Ukrainą, a te mogły prowadzić tylko przez Polskę.
Oficerowie sowieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (MGB) oraz UB postanowili “pomóc” członkom OUN i założyć w Polsce kontrolowaną przez siebie organizację. Poprzez nią otwierałaby się dodatkowa możliwość infiltracji środowisk emigracyjnych. Sprawa nie była łatwa. Fikcyjna siatka musiała być na tyle rozległa, aby stała się dla Bandery niezbędna, i jednocześnie tak ograniczona, by nie wymknęła się spod kontroli. Główną rolę w operacji, której nadano kryptonim “C-1”, postanowiono powierzyć właśnie “Zenonowi”.
Akcją — w ścisłej współpracy z organami bezpieczeństwa ZSRS — kierował osobiście major Bronisław Wróblewski. Na przełomie lat 1948 i 1949 “Zenon” zaczął intensywnie podróżować po całym kraju, nawiązując kontakty z ocalałymi członkami OUN i UPA i starając się przekonać ich do dalszej działalności. Część zgodziła się na wejście do nowej siatki konspiracyjnej, nie zdając sobie sprawy, że w ten sposób zostają wciągnięci w ubecką pułapkę. Ukrywającym się “Zenon” wydawał “wykradzione” zaświadczenia o wyjściu z więzienia oraz drobne sumy pieniędzy. Im ułatwiało to legalizację, a UB — śledzenie ich poczynań. Gorzej było z tymi, którzy — w ocenie Łapińskiego — mogli doprowadzić do jego dekonspiracji: byli w tajemnicy aresztowani i wywożeni do łagrów w głębi ZSRS. Taki los spotkał Sergiusza Martyniuka “Hraba” (członka kierownictwa III Okręgu OUN). Po latach “Hrab” opowiadał: “Ukrywałem się wtedy pod przybranym nazwiskiem w Warszawie. «Zenona» spotkałem przypadkowo. Gdy zaproponował mi współpracę — odmówiłem. [...] Zaraz później zostałem wraz z żoną aresztowany przez NKWD. Przez tydzień trzymali mnie w tajnym więzieniu na Pradze [...], a następnie wywieźli do ZSRR. Z łagru wróciłem w 1956 roku”.
Tymczasem centrala OUN-B w Monachium, a konkretnie stojący na czele referatu spraw wojskowych i łączności Bogdan Pidhajny “Askold”, wysłała do Polski drogą przez Czechosłowację trzech kurierów: “Bohdana” (Michała Tytusa), “Pimstę” (Iwana Smarża) i “Smyrnego” (Mychajłę Fedaka). Poprzez znajomych z konspiracji nawiązali oni kontakt z “Zenonem” i przekazali mu kod szyfrowy, atrament sympatyczny, wywoływacz oraz adresy mieszkań w Europie Zachodniej, na które miał wysyłać swoją korespondencję do centrali. Jej treść miała być pisana tajnym pismem na pozornie zwykłych kartkach do rodziny lub znajomych. Identycznie swoje rozkazy miała przesyłać centrala na wskazane przez “Zenona” adresy w Polsce. Dłuższe sprawozdania miały być przenoszone przez specjalnych kurierów. “W ten sposób — czytamy w opracowaniu MBP — dzięki [...] pozorowaniu istnienia siatki organizacyjnej uchwyciliśmy w ręce przerwane próby wznowienia wrogiej nacjonalistyczno-bandyckiej działalności OUN-B w Polsce, czynione przez ośrodek w Monachium”. Wiosną 1950 roku “Pimsta”, któremu “Zenon” przydzielił do “pomocy” niedawno zwerbowanego agenta UB “Sławka”, przeszedł na Ukrainę, aby nawiązać kontakt z tamtejszym kierownictwem OUN-B i UPA, a “Bohdan” i “Smyrny” (który zabrał ze sobą narzeczoną) wrócili do Niemiec.
Po wysłuchaniu ich raportów “Askold” przetartym szlakiem przez Czechosłowację wysłał następną grupę kurierów. Stojący na jej czele Grzegorz Kisielewski “Czaban” przekazał Łapińskiemu rozkaz uaktywnienia siatki. Głównym celem jej działalności miało być organizowanie kanałów łączności z Ukrainą oraz zbieranie materiałów wywiadowczych potrzebnych Brytyjczykom. Po dostarczeniu poczty “Czaban” objął w organizacji funkcję referenta SB i rozpoczął na tyle energiczną działalność, iż UB uznało go za zagrażającego bezpieczeństwu całej operacji. Z tego powodu uwięziono go “w ten sposób, by jego najbliższe otoczenie i ośrodek za granicą doszły do wniosku, że został on aresztowany przypadkowo na skutek niewłaściwej konspiracji osobistej i nieumiejętnego poruszania się po terenie”.
W 1950 roku do Polski przybyły jeszcze dwie ukraińskie bojówki, przywożąc broń, pieniądze, aparaty fotograficzne i pocztę. Dwie inne grupy podążyły do Monachium ze sprawozdaniami “Zenona”. Wśród udających się do Niemiec byli m.in. wracający z Ukrainy “Pimsta” i “Sławko” (czyli agent UB). W 1951 roku Brytyjczycy postanowili przy przerzucie Ukraińców skorzystać z drogi lotniczej. Bezpieka, bojąc się zbytniego wzmocnienia siatki, zdecydowała się zlikwidować desant. Gdy więc w maju w Lasach Sieniawskich wylądowało czterech skoczków, zorganizowano obławę. Po paru dniach poszukiwań, 21 maja około godziny 10.00, w okolicy stawów koło Starego Sioła natknięto się na spadochroniarzy. Ukraińcy stawili zacięty opór szturmującym żołnierzom z KBW, zabijając jednego i raniąc kilku z nich. Trzech Ukraińców poległo. Tylko jednemu z członków grupy udało się wymknąć z potrzasku — zginął dopiero rok później w Czechosłowacji.
Do fiaska lądowania w Lasach Sieniawskich oraz równocześnie na Ukrainie przyczynił się agent UB “Sławko” oraz jeden z najlepszych sowieckich szpiegów, umieszczony na samej górze brytyjskiego wywiadu (Secret Intelligence Service) — Kim Philby. W swoich wspomnieniach Philby tak opisał te wydarzenia: “Już przed wojną SIS utrzymywała kontakty ze Stefanem Banderą [...]. Po wojnie współpraca z nim była podtrzymana. [...] Tymczasem Amerykanie zaczęli poważnie powątpiewać co do przydatności Bandery dla Zachodu. [...] CIA wysuwała trzy poważne zarzuty przeciwko Banderze jako sojusznikowi. Jego skrajny nacjonalizm o zabarwieniu faszystowskim stanowił przeszkodę utrudniającą Zachodowi kontakty z innymi grupami narodowościowymi w ZSRR, na przykład z Rosjanami. Podkreślano również, że Bandera tkwi swymi korzeniami w starej emigracji i nie ma powiązania z nową. [...] Wreszcie Bandera był wręcz oskarżany o orientację antyamerykańską. [...] By usunąć brytyjsko-amerykańskie kontrowersje z powodu Ukrainy, CIA nalegała na przeprowadzenie wszechstronnych rozmów z SIS. Narady odbywały się w Londynie, w kwietniu 1951 roku. Ku mojemu zdziwieniu, strona brytyjska zajęła bezkompromisowe stanowisko, odmawiając zerwania z Banderą. [...] W ciągu następnego miesiąca Brytyjczycy zrzucili trzy grupy [...]. Samoloty startowały z lotnisk na Cyprze. Jedna grupa została zrzucona w połowie odległości pomiędzy Lwowem a Tarnopolem, druga — w pobliżu źródeł Prutu, niedaleko od Kołomyi, zaś trzecia — na terytorium Polski [...]. Nie wiem, jaki był los tych grup, lecz łatwo chyba się tego domyśleć”.
Desanty lotnicze zakończyły się porażką, ale dwie grupy, które szły tradycyjną drogą, dotarły do celu bez większych przeszkód. W skład jednej z nich wchodził doświadczony konspirator Zbigniew Kamiński “Don”. Przyniósł on Łapińskiemu nominację na krajowego prowidnyka, podpisaną przez samego Banderę. Radość z tego niekwestionowanego sukcesu psuł “Zenonowi” zapewne jedynie fakt, iż “Don” objął w organizacji funkcję szefa SB. Kamiński jeszcze w Monachium otrzymał zadanie rozwiania wątpliwości centrali dotyczących śmierci dwóch członków siatki: “Jawira” i “Chmary”. Zostali oni w kwietniu 1950 roku zabici na rozkaz Łapińskiego pod zarzutem współpracy z UB. “Jawir” i “Chmara” rzeczywiście zostali zwerbowani przez UB, lecz o fakcie tym natychmiast poinformowali kolegów. Śledztwo “Dona” nie przyniosło zbyt wielu efektów, za to dość szybko zaczął on krytykować członków siatki za brak poświęcenia i hamowanie pracy wywiadowczej. Nic zatem dziwnego, że postanowił wysłać dwóch swoich ludzi — “Bagnistego” (N.N.) i “Sierżanta” (Sieńkę) do Monachium. Funkcjonariusze UB nie zamierzali dopuścić do tego, by niesiona przez nich poczta dotarła do celu. “Bojówka bez przeszkód — wspominał generał Władysław Pożoga — przekroczyła granicę z Czechosłowacją. Wopiści w Sudetach rzecz jasna byli powiadomieni, żeby otworzyć określony odcinek granicy. Bojówka przeszła swobodnie, dopiero na czechosłowackiej stacji kolejowej w Tanwaldzie została zatrzymana. Nie muszę chyba dodawać, że rozpoznał bojówkę i wskazał jej członków czechosłowackim bezpieczniakom nasz pracownik oddelegowany do tego zadania za granicę”. Jak dodał, “ta wpadka spowodowała wzrost zaufania do Ryszarda [tj. «Zenona», generał Pożoga nie ujawnił prawdziwego pseudonimu Łapińskiego — G.M.], nie on był odpowiedzialny za wysyłkę grupy, a jego rywal «Don». On tylko częściowo pomagał. Po wpadce bojówki «Dona» Ryszard pokazał, co potrafi. Przygotował bogatą pocztę dla centrali. Zawierała opinię o ogólnej sytuacji w Polsce, pisma wyjaśniające sprawy, o które pytało Monachium, sprawozdania dotyczące kontaktów ze Wschodem. [...] W poczcie znajdowała się analiza dotychczasowych kontaktów z OUN na Ukrainie, podkreślająca, że OUN w Polsce stanowi najważniejszy etap tej działalności”.
W 1952 roku Brytyjczycy zdecydowali się przerzucić do Polski kolejną grupę agentów, tym razem łodzią podwodną. W meldunku KBW czytamy: “W/g danych Brygady WOP w Gdańsku w dniu 23.05.1952 r. o godz. 6.00 patrol WOP-u znalazł na odcinku w rej. północno-zach. m. Lubietowo [...] na wybrzeżu — zakopaną desantową łódź gumową, buty gumowe oraz koce wełniane pochodzenia amerykańskiego, z której prawdopodobnie wysadzony został desant w ilości 4 osób”. Stanisław Mańkowski w książce Pod banderą z zielonym otokiem pisze: “W akcji likwidacyjnej trwającej trzy dni brali udział obok jednostek lądowych [...] marynarze WOP z dywizjonów okrętów pogranicza [...] oraz jednostki pływające. Te ostatnie zabezpieczały działania operacyjne od strony morza na wypadek, gdyby dywersanci usiłowali wycofać się na brzeg i spróbować ucieczki morzem [...]. Prawdopodobnie już pierwszego dnia stwierdzili [dywersanci — G.M.], że są ścigani, licząc jednak na swoje umiejętności przypuszczali, że uda im się oderwać od pościgu i ukryć”. Pomimo “chytrych wybiegów i lisiej desperacji” agentów grupę zlikwidowano. Ocalał jedynie “Pawło” (Ilko Hrynkiw), którego schwytano i przekazano sowieckim organom bezpieczeństwa. Po stronie polskiej zginął marynarz Kowalewski, którego pochowano w PGR Łosośnica w województwie szczecińskim.
Po nieudanych przerzutach za pomocą samolotów i łodzi podwodnej Anglicy postanowili skorzystać z... balonów. Wypuszczano je z pokładów ścigaczy, które podpływały na bliską odległość do polskiego wybrzeża. Załogi okrętów składały się z Niemców, co wskazuje na fakt, że OUN miała w tym czasie powiązania także z niemiecką służbą wywiadowczą, kierowaną przez Reinharda Gehlena. Ścigacze należały prawdopodobnie do flotylli komandora porucznika Hansa Klose, zajmującego się również na zamówienie Anglików przerzutami agentów na wybrzeża Estonii i Łotwy. W 1953 roku przeprowadzono dwie akcje “balonowe”, obydwie uwieńczone powodzeniem. Dzięki temu obok kontaktów listownych i przesyłek kurierskich siatka nawiązała z centralą OUN łączność radiową. Nad przekazywanymi do Niemiec materiałami “Zenon” miał pełną kontrolę. Ich niewielką wartość wywiadowczą tłumaczył faktem pozostawania członków OUN i UPA na niezbyt wysokich stanowiskach i przez to niemożnością dotarcia do większych tajemnic państwowych. Z Ukrainą utrzymywano kontakt przy pomocy kurierów, którzy w latach 1952–1953 trzykrotnie przeszli granicę.
Pod koniec 1953 roku “Don” zaczął mieć coraz większe wątpliwości odnośnie do “Zenona”. W grudniu 1953 roku żalił się centrali, że 12 listopada jeden z członków siatki został zatrzymany przez UB i w 24 godziny później wypuszczony. O fakcie tym Kamiński dowiedział się dopiero po miesiącu, choć “Zenon” wiedział znacznie wcześniej. Co gorsza, Łapiński nie pozwolił przesłuchać aresztowanego, a należało to przecież do obowiązków szefa SB! Wkrótce “Don” otrzymał informację, że “Czaban” i inni członkowie OUN, których uważano za zaginionych, przebywają w łagrach. W marcu 1954 roku stanowczo zażądał sprawdzenia przez centralę życiorysu “Zenona”. W tej sytuacji oficerowie UB postanowili zakończyć operację. Na początku kwietnia w całym kraju przeprowadzono aresztowania wszystkich członków siatki. Sam “Zenon” przebywał wtedy w kryjówce radiotelegrafisty siatki, Wasyla Kłymasza “Lubomira”, w Czarnówce w województwie olsztyńskim. 14 kwietnia obaj wyruszyli na rzekome spotkanie z “Donem”. Na drodze do stacji grupa oficerów bezpieczeństwa w cywilnych ubraniach udawała, że reperuje samochód. W momencie gdy “Lubomir” z “Zenonem” przechodzili koło nich, rzucili się na radiotelegrafistę. Łapiński, wykorzystując “nieuwagę” funkcjonariuszy UB, odskoczył na bok, wyciągnął pistolet i udał, że popełnia samobójstwo. W czasie aresztowań na każdego figuranta przypadało pięciu funkcjonariuszy UB i pluton KBW. Łącznie w akcji uczestniczyło osiemdziesięciu pracowników UB i szesnaście plutonów KBW. W wyniku obławy zatrzymano osiemdziesiąt sześć osób.
W lipcu 1955 roku odbył się proces głównych oskarżonych. Trzech z nich, wśród których znajdował się Zbigniew Kamiński “Don”, skazano na karę śmierci, zamienioną następnie na dożywocie. Pozostali otrzymali długoletnie wyroki więzienia. Pomimo prób ukrycia prawdziwej roli “Zenona” członkowie siatki dość szybko domyślili się prawdy, co jednak nie zmniejszyło skali sukcesu UB. W wyniku kilkuletniej operacji uwięziono lub zabito kilkudziesięciu członków OUN i UPA. Uniemożliwiono powstanie kanałów kurierskich pomiędzy Monachium a Ukrainą, zdobyto pewną ilość pieniędzy i sprzętu. Wreszcie, co najważniejsze, skompromitowano działaczy OUN w oczach Anglików.
Sukces nie miał wpływu na karierę Wróblewskiego, nad którą od dawna zbierały się ciemne chmury. W 1948 roku przymusił bowiem do współżycia seksualnego co najmniej dwie kobiety. Gdy sprawa wyszła na jaw, został ukarany czternastoma dniami aresztu i obniżeniem rangi o jeden stopień oficerski. W następnych latach Wróblewski ponownie awansował, nawet więc ta łagodna kara okazała się iluzoryczna. W maju 1953 roku, już jako podpułkownik, znów próbował zmusić do stosunku przypadkową kobietę podczas podróży służbowej do Szczecina. Tym razem minister Radkiewicz zareagował ostrzej i 29 października zdegradował go do stopnia kapitana. Tylko fakt, że Wróblewski pracował w UB od 1944 roku, uchronił go przed poważniejszymi konsekwencjami. Gdy jednak w listopadzie 1953 roku zgwałcił kolejną kobietę, tym razem podczas przesłuchania, cierpliwość Radkiewicza ostatecznie się skończyła. W styczniu 1955 roku Bronisław Wróblewski przeszedł w stopniu kapitana na emeryturę.
Leon Łapiński pod zmienionym nazwiskiem wyjechał na Ukrainę, by współpracować dalej z KGB. Aresztowani członkowie siatki doczekali październikowej odwilży i po 1956 roku zaczęli opuszczać więzienia. W więzieniu najdłużej przebywał Zbigniew Kamiński. Ostatecznie “Don” wyszedł na wolność pod koniec lat sześćdziesiątych. Zamieszkał we Wrocławiu, tam też zmarł.
Zakończenie operacji “C-1” oznaczało koniec walki z podziemiem ukraińskim w Polsce. Zdaniem Igora Hałagidy: “Sprawa operacji «C-1» nie pozostała również bez wpływu na losy mniejszości ukraińskiej w PRL. Zaryzykować można hipotezę, że ujawnienie prowokacji nasiliło zjawisko głębokiej wzajemnej nieufności oraz podejrzliwości w (i tak zastraszonych przesiedleniem, rozproszonych na Ziemiach Zachodnich) szeroko pojętych środowiskach ukraińskich”.