20. Otoczeni zorganizowaną nieufnością

Pod datą 18 maja 1947 roku Maria Dąbrowska zapisała w Dziennikach: “Na Mazury pruskie przywieziono sporo osadników Ukraińców przesiedlonych (przymusowo) spod Hrubieszowa — zdążyli już na Mazurach pruskich spalić dwie polskie wsie”. Informacja podana przez pisarkę była nieprawdziwa, nigdzie nie zanotowano przypadków napadów na Polaków dokonywanych przez wysiedleńców, niemniej wpis ten odzwierciedla dość dobrze stan nastrojów opinii publicznej.

Ludzie z transportów z akcji “W” spotykali się bowiem powszechnie z nieufnością polskiego otoczenia, które pamiętało o antypolskich czystkach prowadzonych przez UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, tym łatwiej ulegało więc plotkom lub sączonym przez miejscowy aparat władzy ostrzeżeniom przed przybyszami. W województwie szczecińskim już w sprawozdaniu UB za drugą dekadę maja 1947 roku pisano: “Zauważono wśród tutejszej ludności objawy niepokoju i niezadowolenia z faktu przesiedlenia Ukraińców na teren naszego województwa. Zdarzają się nawet fakty wrogiego ustosunkowania się do nich, jak to miało miejsce we Wrzosowie, pow. Kołobrzeg, gdzie ludność tamtejszej gromady w ogóle nie chciała się zgodzić na przyjęcie nawet paru rodzin ukraińskich. Wyrażają się o nich nie inaczej jak «ukraińscy bandyci»”. Informatorka “Iza” donosiła 22 maja, iż “w społeczeństwie panuje ogólne oburzenie, że na tereny zachodnie wysiedla się ludzi wrogo nastawionych do Polski i Polaków, nieuświadomionych politycznie, przy tym ludzi brudnych, nieumiejących prowadzić gospodarki, w ogóle raczej element ujemny pod względem gospodarczym. Narzekanie takie słyszy się wszędzie, a szczególnie w tramwajach i sklepach”.

By przetrwać pierwsze dni, wysiedleńcy musieli nierzadko prosić nowych sąsiadów o jedzenie. Do dziś z wdzięcznością wspominani są ci, którzy choćby z ociąganiem dzielili się chlebem. Ale w istniejącej atmosferze podejrzliwości nie brakowało przypadków odmawiania pomocy, zamykania drzwi, reagowania krzykiem i wręcz obrzucania wyzwiskami. Bez względu na to, czy takie postępowanie było spowodowane realnymi krzywdami doświadczonymi ze strony Ukraińców na Wołyniu, czy też jedynie zasłyszanymi opowieściami, wzmagało to u wysiedleńców poczucie doznanej krzywdy, upokorzenia i osamotnienia. Nieufność i niechęć otoczenia stanowiły chleb codzienny wysiedleńców. Przejawy narodowościowych uprzedzeń dały się zauważyć nawet w szkołach. Dzieci wysiedleńców miały obowiązek brać udział w lekcjach, jednak ze strony rówieśników często spotykały się z ostracyzmem, czego przejawem były różne docinki i przezwiska. Mówiono o nich, że są małymi banderowcami i mają czarne podniebienie (jak psy, którym zgodnie z ludowym przekazem nie można ufać). Jedna z respondentek Olgi Solarz opowiadała: “Słyszałam: jesteś uparta i wredna jak Ukrainiec”.

Wszystkie tego typu zachowania były przejawem narodowościowych niechęci i ksenofobii, ale nie tylko uprzedzenia były ich przyczyną. Miejscowi Polacy często zwyczajnie bali się nowych ukraińskich sąsiadów. Wizja realizacji na Ziemiach Odzyskanych wołyńskiego scenariusza wielu osobom wydawała się realna. Dlatego zdarzało się, że z obawy przed pojedynczymi ukraińskimi rodzinami, przerażonymi i zagubionymi, odczuwający lęk Polacy barykadowali się na noc w chałupach. Lękiem można tłumaczyć próby nastraszenia wysiedleńców. Nocami podchodzono pod ich okna i pohukiwano, rzucano kamieniami. Jedna z wysiedlonych kobiet w rozmowie z reporterem Krzysztofem Potaczałą wspominała: “Kiedyś o mało nie oberwałam cegłą, która wleciała przez okno do kuchni. Innym razem wrzucono nam w nocy zapaloną lampę naftową. [...] I ciągle te wrzaski pod domem: «Niech zginie Ukraina, niech zginie chamski ród»”. Takie chuligańskie zachowania miały zmusić osadników do wyjazdu, choć oni w rodzinne strony chętnie wróciliby sami, lecz nie mieli do tego prawa.

Otaczająca wysiedleńców podejrzliwość niewątpliwie stanowiła ułatwienie dla UB. Pozwalała bowiem liczyć na szybkie i dokładne meldunki od polskiego otoczenia, motywowane jedynie patriotyzmem i lękiem przed przybyszami. Jednocześnie nieustanne śledzenie wysiedleńców przez MO i UB jeszcze wzmagało nieufność. Skoro ich tak pilnują, to znaczy, że są źli i groźni — myślano, niejednokrotnie na głos. Funkcjonariusze chętnie podsycali takie obawy, oskarżając o wszystkie przestępstwa pospolite popełnione na ich terenie w pierwszej kolejności osadników “W”.

We wszystkich województwach pracownicy UB i MO zobowiązani byli do terminowego meldowania o sytuacji panującej wśród wysiedleńców. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Węgorzewie donosił: “Na ogół ludność przesiedlona w ramach akcji «W» nie przejawia żadnej antypaństwowej, antydemokratycznej działalności. Większa część tej ludności zajęła się rzetelnie pracą na roli, jest zadowolona, iż znajduje tutaj na tych terenach spokój”. W podobnym tonie napływały meldunki z innych województw i powiatów.

W województwie szczecińskim funkcjonariusze UB oceniali, że większość osadników to ludzie “zadowoleni, pozytywnie ustosunkowani do władz”, którzy “cieszą się, że wreszcie mogą spokojnie pracować”. Mniejszościową grupę stanowili “malkontenci”. Za takich uznawano na przykład osoby występujące o przepustki na czasowy powrót do domu, aby zebrać pozostawione zboże. Zezwoleń na wyjazd “w zasadzie” nie udzielano, zdarzały się więc “nieliczne wypadki ucieczki” (przykładowo z powiatu koszalińskiego na ziemie rodzinne wyjechały cztery rodziny) oraz dość częste samowolne krótkotrwałe wyjazdy w celu rozpoznania sytuacji na pozostawionym gospodarstwie. O tych ostatnich UB wiedziało na podstawie wzrostu sprzedaży biletów na pociągi jadące do wschodnich województw. Osiedleńcy “W”, próbując odnaleźć się w nowych warunkach, “zaczęli prowadzić w szerokim zakresie i utrzymywać oraz nawiązywać kontakty korespondencyjne między sobą tak w kraju, jak i za granicą”. Ta realizacja naturalnej ludzkiej potrzeby odnalezienia swoich bliskich i znajomych spotkała się z szybką reakcją władz: od września 1947 roku rozpoczęto dokładne sprawdzanie korespondencji krążącej pomiędzy wysiedleńcami. Zainstalowani na pocztach na niejawnych etatach funkcjonariusze UB mieli obowiązek sprawdzania takich listów i przesyłek oraz przygotowywania odpowiednich meldunków.

By wpłynąć na “malkontentów”, czyli tych, którzy myśleli o powrocie i wykonywali tylko konieczne prace w powierzonych im gospodarstwach, władze zarządziły systematyczne kontrole dokumentów, przeprowadzane przez MO we współpracy z sołtysami poszczególnych wsi. Polegało to na odwiedzaniu osiedleńców “W” przez funkcjonariuszy milicji, sprawdzaniu ich tożsamości i prowadzeniu rozmów profilaktycznie uprzedzających o skutkach choćby symbolicznego sprzeciwu wobec władz. Towarzyszyły temu rewizje uzasadniane poszukiwaniem broni, w czasie których na przykład przekłuwano metalowymi prętami worki ze zbożem oraz wprowadzano lokalnie różne zakazy wynikające z nadgorliwości części funkcjonariuszy i sołtysów. Bywały więc miejscowości, w których osadnicy “W” nie mogli wychodzić z domu po zmierzchu czy wzajemnie się odwiedzać. Gdy we wsi Budy rodzinę wysiedleńców odwiedził znajomy, o zmierzchu do ich domu wtargnął, wyważywszy drzwi, sołtys z jednym z gospodarzy, zmuszając gościa do ucieczki przez okno. Pomimo odniesionego efektu zastraszenia, jak stwierdzano z żalem, nie udało się całkowicie “zapobiec nieróbstwu i włuczegostwu” (błąd za oryginałem — G.M.). Jak zauważa Marek Syrnyk: “W opowieściach Ukraińców, którzy doświadczyli tamtych czasów, pełno jest żalu i smutku — nie dość, że utracili wszystko, co mieli, to jeszcze traktowano ich jak bandytów — rozstawiano warty, częstokroć wprowadzano zakaz wychodzenia na dwór po godzinie 18 lub 20-tej, przeprowadzano upokarzające rewizje”.

W czasie milicyjnych kontroli nierzadko dochodziło do nadużywania władzy i zachowań wprost niegodnych. Sierżant MO Władysław Bodzoń wspominał: “W 1947 lub 1948 roku na teren Posterunku MO Radencin przybyło na osiedlenie dużo rodzin z tzw. akcji «W». Do elementu tego, który był pochodzenia ukraińskiego lub mieszani [...], miałem słabości, zawsze kiedy byłem po wypiciu alkoholu, a spotkałem którego, musiałem zbić, a gdy przejeżdżałem lub przechodziłem koło domu, zachodziłem i tu ich dręczyłem. Pewnego razu z milicjantem Władysławem Warda [...] byliśmy u wójta Adamczewskiego, piliśmy wódkę. W drodze do Post. MO w porze nocnej zatrzymaliśmy się i weszliśmy do gospodarstwa, gdzie mieszkało cztery rodziny z akcji «W». Po wejściu do mieszkania wszystkich spędziłem do jednego pomieszczenia i tu ich ćwiczyłem — padnij, powstań, pod łóżko czołgaj się. Drugi raz jechałem sam z patrolu nocnego w nocy ze wsi Stara Huta, w drodze zajechałem do wsi Radachowo do ob. z akcji «W» Paczkowski chyba nazywał się i tu w mieszkaniu go zbiłem za to, że nie stawił się na wezwanie do Post. MO, a następnie z całą rodziną w kalesonach i koszulach boso wypędziłem ich na dwór (w tym czasie był już śnieg) i tu zostawiłem ich na dworzu. [...] Podobnych wyskoków miałem więcej za które, lecz nie za wszystkie [...] byłem nieraz karany, upomnieniem, naganą, itp. [...] sobie nic z tego nie robiłem, podobno byłem dobrym milicjantem i dlatego kary były tylko odstraszające”. Pomimo tych “wyskoków” Bodzoń spokojnie dosłużył się milicyjnej emerytury i został za swoją służbę odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Zapewne zachowanie Bodzonia nie stanowiło reguły wśród milicjantów, naiwnością byłoby jednak myśleć, że należało do wyjątków. Przypomnijmy: kontrole milicji i sołtysów realizowano zgodnie z rozkazem wszędzie, gdzie na przełomie lat 1947 i 1948 znajdowali się wysiedleńcy z akcji “W”. Brak skrupulatności w ich prowadzeniu był dla kariery funkcjonariuszy milicji groźniejszy niż — tak jak w wypadku Bodzonia — nadużywanie władzy. Bezmyślna brutalność towarzyszyła wielu prowadzonym śledztwom. W listopadzie 1947 roku do PUBP Nowogard przyjechało dwóch funkcjonariuszy UB z Krosna, którzy chcieli zatrzymać przebywającego w Klempicy Michała Fedaka, sądząc, że jest nim poszukiwany w Beskidzie Niskim “Smyrny”. W rzeczywistości był to informator UB o tym samym nazwisku. Choć o współpracy Fedaka z UB funkcjonariusze z Krosna zostali powiadomieni, to uparli się, by go zatrzymać i porównać jego wygląd z posiadanym zdjęciem. Wieczorem 16 listopada “po wejściu do mieszkania okazało się, że nie jest to ten, o którego [...] chodziło, lecz referent [...] uderzył go kilkakrotnie w twarz, wskutek czego w/w przewrócił się na ziemię, a następnie skuli Fedak Michała [...]. Po wstępnym przesłuchaniu widząc swój błąd [...] zwolnili [...]. Zaznaczam, że pobity przez nich informator zaliczany jest przez nas do cenniejszej agentury z akcji «W», ponieważ pracuje chętnie i polecone zadania wczas wykonuje”.

Oburzenie funkcjonariuszy z Nowogardu na kolegów z Krosna było zrozumiałe. Siatki informatorów były ważną częścią budowanego przez UB systemu kontroli. Zaczęto je tworzyć już w czasie akcji “Wisła”, jednak werbowani wówczas ludzie często okazywali się mało przydatni. Zwerbowani naprędce, pod brutalnym naciskiem, nie mieli ochoty ani nawet intelektualnych kompetencji, aby skutecznie wykonywać zlecone im zadania. Funkcjonariusze PUBP w Węgorzewie zauważyli: “Dużo trudności sprawia nam nawiązywanie kontaktów z agenturą, która została nam przekazana w ramach akcji «W», bardzo wielu wśród tej agentury to element analfabetyczny, który w ogóle nie nadaje się do systematycznej pracy. Wobec tej kategorii agentury postanowiliśmy przystąpić do pracy biernej, to znaczy stworzyć sobie sieć sygnalizującej agentury, która w miarę potrzeby donosiłaby nam o przejawach w terenie”.

W województwie szczecińskim WUBP posiadał w końcu 1947 roku 10 agentów i 63 informatorów. Ci pierwsi byli byłymi członkami OUN i UPA zwerbowanymi na terenie województwa. Mając do wyboru śledztwo i wyrok lub współpracę, wybrali to drugie i przekazywali — w opinii ubeków — “prawdziwe i cenne” informacje. Inaczej oceniano licznych informatorów, gdyż “po większej części są to osoby zawerbowane w czasie transportu bez uprzedniego opracowania ich, jak i tacy, którzy zostali zawerbowani w COP Jaworzno i zwolnieni do swych rodzin. Dają oni jedynie materiał informacyjny ogólnie i nastawieni są do obserwacji poszczególnych osób nas interesujących, rozpracowania środowisk ukraińskich wrogich nie są w stanie, za wyjątkiem znikomej liczby tych, których poziom intelektualny jest lepiej postawiony i dociera do wrogich środowisk”.

W województwie wrocławskim na 21 tysięcy wysiedleńców zobowiązania do współpracy złożyło 445 osób. Jak oceniał porucznik Aleksander Majkowski, naczelnik Wydziału III WUBP Wrocław, rozpracowującego m.in. środowiska ukraińskie, “agentura ta przeważnie jest na niskim poziomie intelektualnym i do spraw podchodzą chaotycznie. [...] Zdarzają się wypadki, że kilkudziesięciu informatorów zna się z sobą i w żartach wołają na siebie po pseudach lub na spotkania przychodzą grupowo. Taki wypadek był u nas w powiecie Lubień. Wszystkich rozkonspirowanych wyznaczono do wyeliminowania”.

Majkowski w listopadzie 1948 roku przeprowadził kontrolę we wszystkich powiatach województwa. Dla UB pracowało wówczas 68 informatorów i 4 agentów (jak widać, z sieci agenturalnej wykreślono po sprawdzeniu kilkuset informatorów). Ku jego zdziwieniu okazało się, że aż 47 informatorów nie otrzymywało zadań do wykonania i nikogo konkretnego nie rozpracowywało. Przykładowo w Górze Śląskiej “cała agentura na luźnych kontaktach. [...] Pytano się «no masz coś» i na tym koniec. Konkretnego zadania agentura nie dostawała i tym samym nie mogła dać konkretnej odpowiedzi”. Duża część funkcjonariuszy faktycznie nie prowadziła rozpracowania Ukraińców, ponieważ ci nie stanowili żadnego zagrożenia dla władz. Z punktu widzenia powiatowych członków UB tracenie czasu na infiltrowanie wysiedleńców było zwykłym marnotrawieniem czasu i środków. Tymczasem władze centralne nakazywały pilnie śledzić poczynania Ukraińców, ponieważ w ten sposób wspomagano proces ich stopniowej polonizacji.

Energiczne poczynania porucznika Majkowskiego “na odcinku ukraińskim” były spowodowane, jak się wydaje, rzeczą prozaiczną — w gorliwym wypełnianiu obowiązków najwidoczniej widział on klucz do dalszej kariery. Dlatego nie tylko narzekał na stan agentury, ale chętnie uderzał w alarmistyczne tony, przestrzegając przed zdolnościami wywrotowymi Ukraińców. “Obecną ich działalnością — pisał — jest odnawianie stałych kontaktów, pozyskiwanie sobie sympatii u miejscowej ludności, nawiązanie kontaktów z oficerami jednostek Armii Czerwonej i szerzenie niepokoju wśród przesiedleńców za pomocą propagandy, takiej że na tereny przychodzi 2 000 000 żołnierzy sowieckich i należy wszystko chować, zakopywać lub starać się o wyjazd na poprzednie miejsce zamieszkania”. Nie zapominał o pochwaleniu zwierzchników: “Słuszna była uwaga Dyr[ektora] Dep[atramentu] III-go, że pisanie podań [o zgodę na powrót w rodzinne strony — G.M.] jest wynikiem pewnej inspiracji. Na terenie Góry Śląskiej właśnie zaistniał taki fakt. Ob. Bulenko [...] namawiał innych do pisania podań. Podania dla tych wszystkich ludzi pisał jeden człowiek, ob. Krezel (Polak) — który ma kochankę Ukrainkę. To wszystko są przesłanki, które świadczą o istnieniu pewnej działalności organizacyjnej”.

Jak widać, UB niepokoiły nie tylko próby powrotów na ziemie rodzinne, lecz także kontakty wysiedleńców między sobą, a nawet nawiązywanie sąsiedzkich relacji z polską większością. Spotkania towarzyskie czy rodzinne osadników “W” były traktowane z wyraźną podejrzliwością, jako działalność zgoła wywrotowa. Skrzętnie zbierano o nich wszelkie informacje (kiedy się odbyły, u kogo, kto w nich uczestniczył, o czym rozmawiano, w jakim języku itp.), tworząc na ich temat kartotekę. W przykładowym donosie o spotkaniu w mieszkaniu Anny Chryczyny w Przybkowie czytamy, że “zebranie zakończyło się typową UP-owską piosenką o ukraińskich powstańcach, którzy nigdy z boju nie ustępują”. W sprawozdaniu za marzec 1949 roku porucznik Majkowski zaznaczył, że ma w sieci 96 informatorów, którzy donoszą o wzmożonej aktywności nacjonalistów. O ile dotąd UB ustaliło trzy miejsca spotkań wysiedleńców, o tyle “obecnie posiadamy ustalonych takich punktów 15-cie, z tego 3 ustalone punkty w pow. Legnica, 6 punktów w pow. Góra Śląska, 2 punkty w pow. Trzebnica, 3 punkty w pow. Wołów i 1 punkt w pow. Środa Śląska. Na zebraniach tych zwoływanych pod pozorem schadzek religijnych bądź też pod pozorem schadzek sąsiedzkich nie mówi się o religii, względnie Bogu, tylko mówi się o mającej wybuchnąć trzeciej wojnie między Związkiem Radzieckim a Państwami Zachodnimi i w związku z tym szerzą propagandę, namawiając równocześnie przesiedleńców, aby nie przyjmowali ziemi na dopełnienie, tylko ile im na życie potrzeba. Na zebraniach tych mówi się o konieczności stworzenia tu na zachodzie takiej organizacji, jaka działała na wschodzie”. Dla UB był to już dowód na istnienie tzw. podziemia kulturalnego. Majkowskiego niepokoili nawet pacyfistycznie nastawieni baptyści i metodyści, “których liczba wśród przesiedleńców z akcji «W» ciągle wzrasta, szerząc wrogą propagandę wojenną i o zbliżaniu się końca świata, kiedy to przyjdzie Chrystus i pokona smoka z czerwoną pięcioramienną gwiazdą na czole. Na uwagę również zasługuje fakt, że działalność tych sekt aktywizuje się w tych gminach, gdzie mają być zakładane spółdzielnie produkcyjne”.

Nie tylko protestanci byli podejrzani. W powiecie Lubień Legnicki, gdzie osadzono 2630 przesiedleńców, na 22 z nich założono specjalne rozpracowanie jako na byłych współpracowników UPA. Za przywódcę grupy uznano wysiedlonego z Beskidu Niskiego prawosławnego księdza Jana Lewiarza, proboszcza parafii Zimna Woda, który “interesuje się każdą dziedziną życia przesiedleńców”. Majkowski meldował centrali o postawie Lewiarza: “Bywały takie wypadki, kiedy wzywano kogoś z przesiedleńców do UB na przesłuchanie w charakterze świadka, to wzywany przed pójściem do Urzędu udawał się do ks. Lewiarza i ten go pouczał, aby na nikogo nie mówił «bo za to nie ma grzechu, jeżeli powie, że kogoś nie zna». Po przesłuchaniu w UB przesiedleniec udawał się z powrotem do ks. Lewiarza i tam zdawał sprawozdanie z tego, co widział i o kogo pytano się”. Majkowskiego najbardziej zirytował fakt, że ksiądz Lewiarz został zwerbowany jako informator “Buk” przez zajmujący się sprawami religijnymi Wydział V WUBP, dlatego nie powstrzymał się przed uwagą: “Jeżeli by «Buk» był na moim koncie, na pewno zmusiłbym go do wyjaśnienia nam ważnych rzeczy”.

W 1950 roku Majkowski trafił najpierw ze specjalną misją w Suwalskie, a potem na analogiczne stanowisko naczelnika Wydziału III do WUBP Poznań. W sytuacji Ukraińców województwa wrocławskiego niewiele to zmieniło. Zmuszeni do kontrolowania społeczności ukraińskiej i łemkowskiej funkcjonariusze donosili o takich sukcesach, jak zauważenie przypadków “zbierania się często razem” przesiedleńców. W czerwcu 1951 roku meldowano: “Element ten w dalszym ciągu utrzymuje stały kontakt między sobą, urządza schadzki o charakterze organizacyjnym, rozsiewa propagandę o mającej nastąpić trzeciej wojnie i ponownym przesiedleniu ich na inne tereny itp.”. W sprawozdaniu za kwiecień 1952 roku z województwa wrocławskiego donoszono: “W dalszym ciągu notuje się w niektórych środowiskach (przesiedleńców akcji «W») wrogą propagandę wojenną, propagandę wyrażającą chęć powrotu na poprzednie miejsca zamieszkania, [...] notuje się wrogie stanowisko do spółdzielni produkcyjnej”. Dowiadujemy się, że “w okresie wielkanocnych świąt grecko-katolickich zanotowano ożywienie we wzajemnym odwiedzaniu się poszczególnych figurantów, jak i wyjazdach na tereny innych powiatów i województw. Wyjazdy takie były w formie odwiedzin świątecznych”.

Za wyraz działalności opozycyjnej władze uznawały nawet wydawanie zaświadczeń lekarskich o szkodliwym wpływie klimatu na zdrowie przesiedleńców. Przeniesieni w zupełnie inne warunki osadnicy często bowiem chorowali, a jednak lekarskie orzeczenia zalecające im zmianę otoczenia i powrót w strony rodzinne nie były honorowane przez władze.

Otoczeni nieustanną opieką organów bezpieczeństwa oraz administracji przesiedleńcy coraz bardziej zamykali się w sobie. Część osób ukrywała swoje pochodzenie lub fakt wysiedlenia w 1947 roku. Wśród tej większości, która odczuwała związek z ukraińskością, normą stał się bierny opór, a w jego ramach cierpliwe znoszenie codziennych przykrości i upokorzeń przy jednoczesnym głębokim przywiązaniu do języka, zwyczajów kulinarnych i świątecznych, wreszcie religijnych. Kontakty z polskim otoczeniem ograniczano do minimum, na zabawach i uroczystościach trzymano się razem, stroniąc od innych. Wyrazem separowania się od otoczenia były również endemiczne małżeństwa. Wymóg zawarcia związku małżeńskiego we własnym kręgu kulturowym i narodowym był na tyle istotny, że wielu osobom związek z kimś polskiego pochodzenia zdawał się wręcz nie do pomyślenia. Z biegiem lat stało się to przyczyną prywatnych i rodzinnych dramatów osób zmuszanych do wyboru między własnym szczęściem a presją najbliższych, jednocześnie wywoływało szczególnie duże poruszenie w polskim środowisku. W 1952 roku owa kwestia stała się nawet przedmiotem obrad wojewódzkiej rady narodowej w Zielonej Górze. Wacław Hyra, prezentując referat na temat sytuacji mniejszości ukraińskiej, podał jako przykład pielęgnowania przez Ukraińców odrębności narodowej przypadek ze Strzelców Krajeńskich, gdzie w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni “zatrudniona jest młoda kobieta jako siła biurowa. Kobieta ta inteligentna, przystojna, ciesząca się wielkim powodzeniem wśród mężczyzn Polaków, nie skorzystała z ofert małżeńskich z ich strony, a wyszła za mąż za ułomnego-garbatego z akcji «W»”.

Dość nieoczekiwanie polityka władz doprowadziła jednak do sytuacji, kiedy polscy i ukraińscy sąsiedzi zaczęli odnajdywać wspólny język. Od 1949 roku główną troską przesiedleńców, podobnie jak i polskich sąsiadów, stała się polityka rolna Polski Ludowej. Jak lapidarnie ujął to historyk Dariusz Jarosz, “podstawowym celem polityki rolnej władz komunistycznych w Polsce w latach 1949–1956 była kolektywizacja wsi, co w praktyce oznaczało dążenie do likwidacji chłopów jako grupy społecznej”. By przymusić chłopów do oddania ziemi, władze stosowały niejednokrotnie przemoc: nakładały kary administracyjne, podwyższały wysokość dostaw obowiązkowych, zmuszały do udziału w wielogodzinnych spotkaniach agitacyjnych, a nawet przetrzymywały w aresztach. Nieoczekiwanie okazało się, że przesiedleńcy stanowią jedno z ognisk oporu wobec kolektywizacji. W województwie wrocławskim w listopadzie 1951 roku meldowano, że “niektórzy przesiedleńcy akcji «W» wywiązują się z obowiązków wobec państwa, jednak większa część otrzymanych doniesień wskazuje, że element ten jest oporny w odstawianiu zboża do punktu skupu oraz w spłacaniu podatków. Bywają również wypadki, że figuranci prowadzonych przez nas rozpracowań namawiają innych, by nie wywiązywali się z obowiązków wobec państwa, gdyż wkrótce wybuchnie wojna”. Jak wynikało z doniesień agentury, Michał Chmielowski, sołtys Świniar w powiecie Wrocław, miał namawiać rolników do pisania podań o zwolnienie z podatków. Nakłaniał ich też do biernego oporu, opowiadając, że zabierane za pół darmo zboże i ziemniaki zostaną wysłane do Chin i Korei, co doprowadzi Polaków do biedy i głodu. Natomiast gdyby rolnicy nie oddali żywności, to robotnicy wywołaliby rewolucję z braku jedzenia. Narzekał przy tym, że Hitler za kontyngent przynajmniej dawał wódkę i talony na skórę, Stalin zaś tylko zabiera. Choć Chmielowski był członkiem PZPR, to jednak, jak donosił informator: “Partii i jej działaczy nienawidzi”.

Z kolei o przesiedleńcach w Ligowie w powiecie Góra Śląska meldowano, iż “w środowisku tym szerzona jest i pogłębiana propaganda, że nieprawdą jest, jakoby Niemcy wymordowali w Katyniu oficerów polskich, ale że jest to robota Związku Radzieckiego. O Katyniu przeważnie rozszerza propagandę Dziekciarz Michał”. Łudząco podobne doniesienia spływały też z innych terenów. W województwie szczecińskim donoszono na przykład o Janie Baszuku przesiedlonym do miejscowości Długie w powiecie Stargard, że w swoich “wrogich wypowiedziach” mówi “o rzekomej wojnie pomiędzy Związkiem Radzieckim a Ameryką, dodając, że obecnie spieszą się z zakładaniem kołchozów przed rozpoczęciem wojny. Również odnośnie skupu zboża wypowiada się, że szykują zapasy na wojnę”.

Polscy i ukraińscy sąsiedzi zaczęli nagle dostrzegać, że w gruncie rzeczy znajdują się w takiej samej sytuacji — bez względu na narodowość i doświadczenia historyczne zagraża im totalitarna władza. Doprowadziło to do pewnego ocieplenia wzajemnych relacji, co być może najlepiej pokazane zostało w filmie fabularnym Andrzeja Kopczy Akcja Wisła. Na obczyźnie, wyprodukowanym przez Stowarzyszenie Łemków w 2012 roku. W jego końcowych scenach widzimy, jak nieprzepadający za sobą sąsiedzi, Łemko z Beskidu Niskiego i Polak z Kresów, spotykają się w areszcie za jednomyślny sprzeciw wobec tworzenia spółdzielni produkcyjnej.

W dodatku niektórzy członkowie partii, zwłaszcza mający ukraińskie korzenie, upominali się o pełne równouprawnienie wysiedleńców. Już w końcu grudnia 1947 roku funkcjonariusze UB informowali o interwencji w Zachodniopomorskiem członka Komitetu Centralnego PPR Stefana Makucha, który pouczył sołtysa wsi Przeczmino (gmina Charzyno), “że Ukraińcy mają te same prawa co Polacy i nie mają prawa kontrolować Ukraińców”. Także w późniejszych latach upominał się on o równe traktowanie Ukraińców, a z pewnością nie był jedyną osobą poważnie traktującą oficjalne deklaracje władz. Na początku 1951 roku kierownictwo PZPR zdało sobie sprawę, że coś z tym trzeba zrobić.

Загрузка...