4. Organizacja GO “Wisła” i plan szczegółowy

Nawet ci, którzy nie przepadali za Stefanem Mossorem, musieli niechętnie przyznać, że był człowiekiem inteligentnym i energicznym. Z jego punktu widzenia kluczowe było posiedzenie Biura Politycznego z 11 kwietnia, kiedy zaakceptowano wstępne założenia operacji (a więc konieczność stworzenia silnej piętnasto-, dwudziestotysięcznej grupy operacyjnej) i jego rolę kierowniczą. Oznaczało to, że ma nie tylko opracowywać dalej ostateczny plan akcji, ale równolegle, niejako z marszu, zacząć wdrażać go w życie.

Samodzielne pokierowanie tak dużą operacją na pewno łechtało jego miłość własną i wyzwalało dodatkowe pokłady energii. Przesłuchiwany 25 października 1950 roku przez UB, chyba z niejaką dumą stwierdził: “Jako dowódca GO «Wisła» byłem pełnomocnikiem rządu i miałem prawo wymagać współdziałania od władz administracyjnych, kolejowych i pocztowych. Ponadto dowództwu GO «Wisła» podlegały wszystkie siły i środki bezpieczeństwa i milicja”.

Jednym z jego pierwszych posunięć było utworzenie sztabu grupy operacyjnej. Obok zastępców do spraw UB i KBW (Korczyński, Hibner) znalazł się w nim jeszcze zastępca do spraw polityczno-wychowawczych, pułkownik Bolesław Sidziński, oficer o przedwojennym stażu i być może przez to dość kostyczny. Mossor oceniał później, że współpraca z nim “była dość trudna z powodu jego nerwowości i uporu, potem się jednak jako tako ułożyła”. Szefem sztabu mianowano pułkownika Mieczysława Chilińskiego, a szefem wydziału operacyjnego pułkownika Wacława Kossowskiego, który niedawno kierował pracami komisji do spraw śmierci generała Świerczewskiego i postulował eksterminację Ukraińców. Zarówno Chiliński, jak i Kossowski trafili do WP z Armii Czerwonej. Kwatermistrzem grupy został pułkownik Leitl, jak przystało na sprawowaną funkcję dobry organizator i człowiek tak... bezbarwny, iż Mossor, nawet przesłuchiwany przez UB, mógł o nim powiedzieć tylko tyle, że z niczego go nie zapamiętał. Za Informację (czyli wojskowy kontrwywiad) odpowiadał z kolei major Mikołaj Sajko, mający cechy potrzebne na tego typu stanowisku. Albowiem, jak napisano w jednym z jego wniosków awansowych, “umiejętnie podchwytuje cudze myśli i trafnie wyciąga wnioski”. Był też “szczerze oddany demokracji” i “dobrze rozwinięty politycznie”. Jego oddanie było tym większe, że wstępując do ludowego wojska, zataił fakt służby w policji porządkowej w czasie okupacji i przedstawił się jako podporucznik, choć w istocie był tylko plutonowym. Cechowała go skłonność do przemocy, w tym o charakterze seksualnym, co było częste u oficerów organów bezpieczeństwa.

Nawet najlepszy sztab niewiele znaczy bez żołnierzy. Stworzenie w szybkim tempie tak dużej grupy operacyjnej nie było bynajmniej łatwym zadaniem. Wojsko Polskie właśnie przystępowało do reorganizacji i częściowej demobilizacji. Nie wchodziło zatem w grę użycie całych dużych jednostek wojskowych (wybranych dywizji), ponieważ nie były gotowe do działań bojowych. W tej sytuacji Mossor wybrał drogę stosunkowo prostą i zarazem skuteczną — postanowił stworzyć i rzucić do akcji jednostki kombinowane. W Wojsku Polskim istniało wówczas szesnaście dywizji piechoty — aż do dwunastu z nich trafił rozkaz wystawienia w trybie natychmiastowym kombinowanego pułku piechoty złożonego z najlepszych żołnierzy i wyekwipowanego tak, by mógł z marszu prowadzić samodzielne działania bojowe. Kombinowane pułki zostały wystawione przez dywizje oznaczone numerami od 1 do 8, od 10 do 12 oraz 14. Pułki otrzymywały z reguły numer swojej dywizji — 1. Dywizja Piechoty wystawiła 1. kombinowany pułk piechoty, 2. Dywizja Piechoty — 2. kombinowany pułk piechoty itd. Ponadto 8. Dywizja Piechoty z racji przebywania w Sanoku utworzyła obok 8. kombinowanego pułku piechoty (złożonego głównie z żołnierzy 34. pp, z jego dowódcą, podpułkownikiem Janem Gerhardem, na czele) także 36. kombinowany pułk piechoty (na bazie 36. pp). Do akcji postanowiono użyć również całej 9. Dywizji Piechoty, która stacjonowała w Przemyślu. W tej jednostce numeracja pułków pozostała niezmieniona.

Z utworzonych w ten sposób pułków powołano następnie kombinowane dywizje piechoty. W efekcie powstały dywizje: 6. (2. i 6. kombinowany pp), 7. (7., 10. i 11. kombinowany pp) i 8. (1., 8. i 36. kombinowany pp). 26 kwietnia zapadła decyzja o utworzeniu jeszcze jednej — 3. kombinowanej dywizji, złożonej z 3. i 5., a później także 14. kombinowanego pułku piechoty. 9. Dywizja Piechoty składała się z trzech pułków piechoty regularnych (26., 28. i 30. pp), wzmocnionych 4. kombinowanym pułkiem piechoty. Warto zauważyć, że tego typu rozwiązanie wprowadzało na okres operacji pewną dwoistość, istniały bowiem równolegle “normalne” i kombinowane dywizje. Każda z tak utworzonych kombinowanych jednostek liczyła od 2 do niemal 3 tysięcy żołnierzy. Mossor w odwodzie zatrzymał 12. kombinowany pułk piechoty (948 ludzi). Nie był to bynajmniej wybór przypadkowy — oddział ten został wydzielony ze stacjonującej w Szczecinie 12. Dywizji Piechoty, a jego dowódcą był major Henryk Bąkowski, zaufany Mossora z kampanii 1939 roku.

Najsilniejszą jednostką Grupy Operacyjnej “Wisła” była 1. Dywizja KBW. Również ona miała kombinowany charakter i utworzono ją z pododdziałów prawie wszystkich Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego (czyli wojewódzkich oddziałów KBW). Jej formalną organizację zakończono ostatecznie 16 kwietnia 1947 roku. Formowanie dywizji KBW przebiegło stosunkowo szybko, gdyż jej utworzenie było zaplanowane jeszcze dla potrzeb operacji “R”. Liczyła ona 4623 kabewiaków zgrupowanych w dziewięciu batalionach noszących nazwy miast, w których je utworzono, na przykład “Bydgoszcz”, “Gdańsk”, “Łódź”, “Kielce” (tylko jeden z batalionów nosił inną nazwę, a mianowicie “Zmotoryzowany Pułk”). W celu lepszego wykorzystania potencjału dywizji KBW podzielono ją na trzy brygady — w skład każdej z nich weszły po trzy bataliony. Na czele dywizji stanął pułkownik Wincenty Rożkowski.

Siły GO “Wisła” dodatkowo wzmacniał 5. Mazurski Pułk Saperów, 1. Samodzielny Pułk Samochodowy, pułk Straży Ochrony Kolei (dalej: SOK), pododdziały łączności oraz eskadra samolotów PO-2. Mossor mógł też w razie konieczności wykorzystać pododdziały WOP w rejonie prowadzonej operacji, liczące 2200 ludzi.

Szykując szeroką akcję represyjną, władze obawiały się — co może zakrawać na paradoks — wybuchu niekontrolowanej przemocy wobec wysiedleńców. By zapobiec nadużyciom wobec cywilów ze strony żołnierzy, powołano sąd wojskowy, który w trybie doraźnym miał natychmiast reagować na naruszenia dyscypliny. Na jego czele stanął major Marian Malinowski, a funkcję prokuratora objął kapitan Jan Prause.

Skład osobowy GO “Wisła” przez cały czas operacji ulegał ciągłym zmianom, niemniej należy się zgodzić z Janem Pisulińskim, że w momencie rozpoczęcia wysiedlenia liczyła ona około 20 tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy.

Ostatnie poprawki do planu operacji Mossor wprowadzał już w Sanoku, gdzie zainstalował się ze sztabem. Pisał do żony uspokajająco: “Mieszkam i pracuję w jednym ładnym pokoju, stołuję się w restauracji (przynoszą do domu) — niebezpieczeństwa nie ma [...]. Tu wiosna zupełna”.

W pierwszym etapie operacji zamierzano wysiedlić ludność z terenów od Lubaczowa po Jaśliska, Komańczę i Ustrzyki Górne w Bieszczadach. Za główne skupisko sił partyzanckich i zarazem obszar najtrudniejszy do akcji wysiedleńczej uznawano Bieszczady i Pogórze Przemyskie. Właśnie dlatego w bieszczadzki trójkąt pograniczny wprowadzono dywizję KBW, przynajmniej teoretycznie najlepiej przystosowaną do zwalczania partyzantki. Jej sztab ulokował się w Baligrodzie. Na zachód i południe od dywizji KBW, na pograniczu Bieszczadów i Beskidu Niskiego oraz Pogórza Przemyskiego, rozlokowały się 6. i 7. kombinowane dywizje piechoty. Ich sztaby stacjonowały odpowiednio w Komańczy i Kulasznym. Na północ od 7. kombinowanej DP miała działać 8. kombinowana DP (miejsce postoju sztabu — Sanok), odpowiedzialna za pacyfikację południowej części Pogórza Przemyskiego. Z kolei 9. DP (Przemyśl) miała prowadzić akcję w północnej części Pogórza oraz na zachód i północ od Przemyśla, wraz z podporządkowaną jej w tej części operacji 3. kombinowaną DP, obejmując powiat Lubaczów.

Po “oczyszczeniu” obszaru Lubaczów–Lesko–Sanok GO “Wisła” zamierzała rozszerzyć obszar działań wysiedleńczo-pacyfikacyjnych na zachód i północ. I tak 6. DP miała wysiedlać kolejno powiat za powiatem Beskid Niski (kierując się na zachód), a 3. DP przygraniczne powiaty województwa lubelskiego.

W ramach “pomocy PUR” oddziały WP miały faktycznie przeprowadzić wysiedlenie, które planowano rozpocząć jednocześnie na całym terenie objętym operacją we wczesnych godzinach rannych. Instrukcja wysiedleńcza mówiła wyraźnie: “1) Przesiedlaniu podlegają wszystkie rodziny ukraińskie i tzw. mieszane. 2) Prawo pozostania na miejscu mają wyłącznie rodziny bezwzględnie polskie, odnośnie których nie ma najmniejszych poszlak współpracy i sympatyzowania z bandami”. Wysiedleńcy mieli otrzymać kilka godzin na spakowanie całego (przynajmniej teoretycznie) dobytku. Powinni wziąć ze sobą przede wszystkim inwentarz żywy oraz żywność (zboże i kartofle). Pozwolenie na zabranie wszystkich rzeczy nie wynikało tylko z humanitaryzmu. Jak ujął to dowódca 3. batalionu 7. pp, kapitan Zdzisław Luzak: “Jeżeli wysiedlanej ludności umożliwimy zabranie wszystkich zapasów, zboża i ziemniaków, jakie ona posiada, to ludność ta na ziemiach odzyskanych nie będzie ciężarem dla państwa”.

Wysiedleńcy mieli być kierowani do punktów zbiorczych, a stamtąd partiami odprawiani na stacje załadowcze i dalej już transportem kolejowym na zachód i północ Polski. Właśnie w tę część operacji został zaangażowany Władysław Wolski i podległy mu aparat. I to nie tylko w tych województwach, z których wysiedlano mniejszość ukraińską, ale również tam, gdzie była ona osiedlana lub przez które przynajmniej ją przewożono. Odpowiednią instrukcję wyjaśniającą, jak ma wyglądać wysiedlenie, PUR wydał 18 kwietnia. Pracownicy PUR mieli zapewnić w punktach zbiorczych, załadowczych oraz wyładunkowych kuchnię, żywność i opiekę sanitarną, dlatego w skład każdej grupy wchodzili z reguły pielęgniarka lub felczer. Przesiedleńcy powinni otrzymywać trzy razy dziennie posiłek według norm przewidzianych dla repatriantów. Na drogę planowano wydawanie suchego prowiantu, natomiast zabroniono wypłacania jakichkolwiek zapomóg. Wojsko miało ochraniać punkty, lecz również na życzenie PUR zaopatrywać je w żywność. I tu powstała oczywista niejasność: z jednej strony bowiem o wyżywienie miał zadbać aparat przesiedleńczy, z drugiej zaś, w sytuacjach trudnych — wojsko. Od początku zwiastowało to kłopoty.

Ustalono też, że pracownicy repatriacyjni we współpracy z wojskiem i UB będą sporządzać (na miejscu wysiedlenia lub w punktach zbiorczych) dokładne spisy wysiedlonych oraz zabranego przez nich majątku. W punkcie zbiorczym ludzie ci mieli otrzymać karty przesiedleńcze. Oprócz danych osobowych członków rodziny winny się na niej znaleźć informacje o dobytku, jaki ze sobą wzięli, ale też nieruchomościach pozostawianych na miejscu. Jeden blankiet pozostawał w PUR, drugi otrzymywała przesiedlana rodzina — na jego podstawie miała się w miejscu osadzenia ubiegać m.in. o wydanie przewożonego majątku, w tym zwierząt gospodarskich.

Do zadań funkcjonariuszy UB i żołnierzy WP odkomenderowanych na punkty należało podzielenie wywożonych na odpowiednie kategorie. Wychwyconych upowców mieli oddawać od razu pod sąd. Podejrzanych i ewentualnych współpracowników UPA — kierować do obozu w Jaworznie. Następnie dzielono wysiedleńców na trzy kategorie: A, B i C. Rodziny z oznaczeniem “A” (notowany przez UB) miały być lokowane w różnych powiatach i gminach. Litera “B” (notowany przez zwiad wojskowy) skazywała oznaczone nią rodziny na osiedlenie pojedynczo w gminach. Opisane literą “C” (zastrzeżenia zgłosił dowódca oddziału wysiedlającego; w praktyce dotyczyło to wszystkich wysiedleńców) należało umieszczać po kilka rodzin we wsi.

Przedstawiciel WP w porozumieniu z kierownikiem mieli ustalać skład transportu; zalecano przy tym zdecydowanie, by w jednym składzie przebywały rodziny jadące do jednego województwa (a nie na przykład dwóch, gdyż powodowałoby to konieczność przeładowania ludzi i ich dobytku). Transport miał się składać przeciętnie z czterdziestu wagonów krytych oraz dziesięciu platform do przewożenia zwierząt i nieruchomości wysiedleńców.

Ustalono, że transporty z punktów załadunkowych udadzą się najpierw do dwóch stacji kierunkowych: Oświęcimia i Lublina. Z obawy, by nie wywoływać skojarzeń z obozem koncentracyjnym Auschwitz, przyjęto, że Oświęcim w dokumentacji będzie określany jako punkt kierunkowy Katowice. Z tych dwóch miejsc po ewentualnym kolejnym sprawdzeniu wysiedleńców pociągi jechały do stacji rozdzielczych w Olsztynie i Szczecinku. Stamtąd składy wysyłano już do wyznaczonych punktów wyładunkowych. Transporty z Sanoka miały jechać przez Nowy Sącz, Oświęcim, Poznań i dalej do Szczecinka lub Olsztyna. Pociągi z Lublina zdążały trasą na Łuków, Siedlce, Małkinię, aż do Olsztyna.

Kierownicy PUR mieli dbać, “aby przesiedlonym nie działa się żadna krzywda ze strony osób postronnych”, jak również żołnierzy WP. W razie zauważenia nadużyć zostali zobowiązani do przygotowania odpowiednich protokołów, lecz wspólnie z przedstawicielami wojska, co — delikatnie mówiąc — utrudniało piętnowanie karygodnych zachowań. Na stacjach przystankowych miały też powstać punkty PUR niosące pomoc sanitarną i żywnościową. Najbardziej obawiano się, że w czasie drogi po trzech dniach zabraknie paszy dla zwierząt.

Każdemu odchodzącemu transportowi przydzielano przynajmniej osiemnastoosobową eskortę, która nie pozwalała w czasie postojów na kontakty z otoczeniem. Dowódca konwoju otrzymywał dwie zalakowane koperty. Jedną przekazywał w punktach rozdzielczych Lublin i Oświęcim; znajdowała się w niej informacja dla pracowników PKP, dokąd dalej mają pokierować skład. Druga koperta była przeznaczona dla kierownika stacji wyładunkowej; znajdowały się w niej zalecenia, w jaki sposób osiedlać poszczególne rodziny. W skład eskorty mieli wchodzić specjalnie dobrani żołnierze, w tym aktywiści, którzy “będą mogli przez przysłuchiwanie się rozmowom prowadzonym przez przesiedlanych uzyskać dane, które będą podstawą do późniejszego rozpracowania niektórych spośród przesiedlonych, celem ich wykorzystania przez władze UB na miejscu załadunku”.

Ukraińcy mieli być osiedlani w dużym rozproszeniu, z wyłączeniem lądowego pasa przygranicznego o szerokości 50 kilometrów i morskiego szerokości 30 kilometrów. Ich liczba w stosunku do polskich mieszkańców nie mogła przekraczać 10%. Posiadający inwentarz żywy (konie, krowy) mieli otrzymywać samodzielne gospodarstwa, pozostałych zaś należało kierować do państwowych gospodarstw rolnych, gdzie byliby zatrudnieni jako robotnicy rolni. Gospodarstwa przekazywane wysiedleńcom okazywały się najczęściej zrujnowane i zaniedbane — prawdopodobnie nie było to przypadkiem.

Nad wysiedleńcami w miejscu osadzenia natychmiast opiekę przejmowało miejscowe UB. Zgodnie z instrukcją podpułkownika Józefa Czaplickiego funkcjonariusze Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego (dalej: PUBP) mieli pilnować, by “ludzie zostali tak rozstawieni, aby każda rodzina znajdowała się w innej wsi”, w najgorszym razie na wieś mogło przypadać od trzech do pięciu rodzin. Zadaniem PUBP było objęcie osiedleńców “usilnym rozpracowaniem agenturalnym” — z jednej strony, by poznać struktury podziemia na terenach, skąd przybyli, z drugiej “w celu wzajemnego rozpracowania przesiedleńców”. Zalecano, by “poprzez stałe kontrolowanie obecności wszystkich członków rodzin dać do zrozumienia, że nie wolno im opuszczać bez zezwolenia PUBP miejsc zamieszkania”, należało też “kontrolować wszystkie osoby odwiedzające przesiedlonych”. Jak widać, jeżeli celem komunistów było stworzenie stalinowskiego totalitarnego “raju”, to wysiedleńcy z akcji “W” byli pierwszą grupą osób, która miała do niego trafić i stać się przedmiotem totalnej inwigilacji.

Загрузка...