W noc poprzedzającą wysiedlenia w oddziałach Grupy Operacyjnej “Wisła” podniesiono alarm. Zgodnie z rozkazami żołnierze otoczyli wybrane w pierwszej kolejności osady i o godzinie 4.00 nad ranem przystąpili do operacji. Jeśli spojrzeć na położenie geograficzne dwunastu stacji kolejowych, z których miano wywozić ludzi, to obszar objęty akcją rozciągał się od Bełżca na północnym wschodzie po Komańczę i Rymanów na południowym zachodzie. Droga Hrebenne–Bełżec–Tomaszów Lubelski, wyznaczająca na tym etapie operacji faktyczną północną granicę wysiedleń, została zabezpieczona przez posterunki wojskowe, by udaremnić próby przebicia się upowców na północ. Wzmocnione patrole pojawiły się również na granicy z ZSRS i Czechosłowacją. Zaraz po wschodzie słońca nad terenami objętymi operacją zaczęły krążyć samoloty rozrzucające tysiące ulotek “Do miejscowej ludności” i “Do obałamuconych członków band UPA”. Obiecywano w nich wysiedleńcom spokojne życie w nowych miejscach zamieszkania, upowców zaś wzywano do oddania się w ręce władz.
Żołnierze zgodnie z rozkazami najpierw zbierali wyrwaną ze snu ludność w jednym miejscu, gdzie oznajmiali jej decyzję o wyjeździe i konieczności opuszczenia domów. Zebranym komunikowano, że postanowieniem rządu zostaną wysiedleni i muszą się przygotować do natychmiastowego wyjazdu. Podkreślano, iż jest to obowiązkowe, i przestrzegano, że osoby, które spróbują się od tego uchylić, będą traktowane jako członkowie band i przestępcy. Na spakowanie, zgodnie z instrukcjami, ludzie otrzymali z reguły około pięciu godzin. Mieli ze sobą zabrać przede wszystkim żywność oraz najbardziej potrzebne i cenne rzeczy, w tym inwentarz żywy i podstawowe narzędzia rolnicze. To, co pozostawało, miało być spisane i później dowiezione przez wojsko samochodami.
W sprawozdaniu 6. Dywizji Piechoty, wysiedlającej południowe gminy powiatu Sanok (jej sztab rozlokował się w Komańczy), czytamy, że akcję “rozpoczynano o świcie, powiadamiając ludność ukraińską i sołtysa, dając ludności czas do godz. 10–11.00 na spakowanie się”. Przy tym “specjalne oddziały ochronne zamykały wszystkie przejścia i drogi ze wsi tak, że [...] udaremnione były ewentualne próby ucieczki ludności ukraińskiej z obszaru wysiedlanego na zewnątrz, czego zresztą w żadnym wypadku nie stwierdzono. Od godz. 10–11.00 rozpoczynano ewakuację ludności na punkty zborne, po czym na punkty załadowcze. Transport odbywał się taborem wysiedlanych, wozami konnymi i mechanicznymi jednostek dywizji. Duża część majątku wysiedlonych została przewieziona [...] transportem wojskowym. [...] Ludność wysiedlana zabrała ze sobą cały inwentarz żywy i około 95% płodów rolnych”.
Dywizja KBW (sztab w Baligrodzie) wysiedlała najbardziej “dziki” i pozbawiony dobrych dróg teren “worka ciśnieńskiego”, a więc m.in. Bereżki, Ustrzyki Górne, Cisną i Wetlinę. Przeprowadzała przy tym wysiedlenia całkowite, nie patrząc na narodowość mieszkańców. “Na wstępie — czytamy w meldunku — wyłoniły się trudności transportowe: pomimo koncentracji wozów ze wszystkich wiosek ludność mogła zabrać ze sobą tylko niewielką część dobytku”. Żołnierze spieszyli się, dlatego w niektórych wypadkach skracali czas pakowania nawet do trzydziestu minut. Kabewiacy mieli też rozkaz część wsi zamienić w pustynię, by upowcy nie mogli skorzystać z budynków i pozostawionych zapasów. W takich osadach po odejściu ludzi pozostawione ziemniaki polewano naftą, a chaty palono. Tylko w pierwszych dwóch dniach akcji spalono kilkanaście bieszczadzkich wsi, w tym Wetlinę i Ustrzyki Górne. Nie oszczędzano przy tym nawet zabytkowych cerkwi.
7. Dywizja Piechoty (sztab w Kulasznem) pierwszego dnia wysiedliła w powiatach Sanok i Lesko szesnaście wiosek. Tu sytuacja zdawała się przypominać tę znaną z terenu 6. DP. Gdy ogłoszono możliwość zabrania całego dobytku, “ludność wywlokła z różnych kryjówek olbrzymie ilości zboża i ziemniaków. Nie zdołała ona wszystkiego zboża i ziemniaków ze sobą zabrać. Ze wsi położonych blisko stacji załadowczych zabrano prawie wszystko. Więcej mienia pozostało we wioskach położonych dalej od stacji załadowczych, do których był trudny dojazd”.
Tymczasem 8. DP prowadziła akcję w południowej części Pogórza Przemyskiego (pogranicze powiatów Lesko i Przemyśl). Jej żołnierze pierwszego dnia operacji wysiedlili z 24 wiosek aż 9115 osób. Był to rekord w skali Grupy Operacyjnej, osiągnięty dzięki bezwzględnej energii dowódcy 8. kombinowanego pułku piechoty, podpułkownika Jana Gerharda. Ten lwowianin i były uczestnik komunistycznego ruchu oporu we Francji od 1946 roku walczył z UPA w Bieszczadach. 28 kwietnia 1947 roku jego pułk, składający się raptem z 800 żołnierzy, deportował z 11 wiosek do punktów załadunkowych w Olszanicy i Uhercach około 6 tysięcy ludzi! Zauważmy: przy przestrzeganiu przewidzianych w instrukcjach zasad wysiedleńczych osiągnięcie takiego iście stachanowskiego wyniku było niemożliwe.
Oddziały 9. DP wysiedlały przede wszystkim powiat Przemyśl oraz wybrane gminy i miejscowości w powiatach Brzozów (w jego północnej części, nad Sanem) oraz Jarosław i Lubaczów (poczynając od Cieszanowa i Płazowa). Tylko pierwszego dnia akcji objęto wysiedleniami 35 miejscowości w powiecie Przemyśl, ale i tak “przebicie” wyniku 8. DP zajęło tej jednostce aż trzy dni: dopiero 1 maja jej żołnierze osiągnęli liczbę 9177 wysiedlonych, i to mimo że w rejonie Przemyśla UB dopisało do list wyjazdowych “niepewne elementy” polskiego pochodzenia. Za to już 29 kwietnia, ku irytacji generała Mossora, sztab dywizji zaczął wysyłać meldunki o kłopotach. Żalono się: “Stosunki rodzinne są bardzo zagmatwane, co też bardzo utrudnia decyzję co do pozostania lub wysłania”. Donoszono o niedokładności dostarczonych spisów. Znajdować się na nich miały rodziny funkcjonariuszy MO, zdemobilizowanych żołnierzy WP czy pracowników kolejowych, za to nie było na nich, jak to określano, “rzeczywistych Ukraińców”. Ludzie mieli mało koni i bydła, co utrudniało wywózkę i mocno dociążało transport samochodowy — w 9. DP z pięćdziesięciu samochodów po pierwszym dniu akcji sprawnych zostało trzydzieści osiem. Szybko doszło do przeładowania punktów zbiorczych, co doprowadziło do ciasnoty i wydłużenia czasu oczekiwania na wyjazd. Wpływało to, jak zauważono oględnie, “ujemnie na stan moralny przesiedlanych”. 29 kwietnia w Przeworsku było “dość ludzi do załadowania pierwszego pociągu, jednak pociąg ten nie może odejść, ponieważ wiele rodzin jest na razie rozbitych”. Ci, których dowieziono samochodami, czekali już na załadunek, podczas gdy idący drogą z końmi i bydłem docierali z jedno- lub nawet dwudniowym opóźnieniem.
Problemy opisywane przez dowództwo 9. DP dotyczyły także pozostałych jednostek. Wszędzie kłopot stanowiło dotarcie ludzi na punkty zbiorcze i załadunkowe. Były one oddalone od siebie czasami o 30–40 kilometrów, więc dojście do nich wymagało wytężonej całodniowej pieszej wędrówki. Wojsko starało się — i należy to docenić — ulżyć osobom starszym oraz kobietom z małymi dziećmi, które w pierwszym rzędzie dowożono samochodami. Ale ciężarówek nie było aż tak wiele, w dodatku były one wysłużone i często ulegały awariom. Rodziny przewożone samochodami mogły zabrać ze sobą tylko niewielką część dobytku. Pozostałe rzeczy żołnierze starali się dowozić później, już na punkty zbiorcze i załadowcze, ale nie zawsze i nie wszędzie, co nadawało tego typu aktywności przypadkowy charakter. Jedne rodziny zabierały ze sobą stosunkowo dużą część dobytku, inne — i te zdecydowanie przeważały — wyraźnie mniej. Najgorzej pod tym względem było na terenie działania kabewiaków.
Pomimo tych trudności z podobną energią akcję kontynuowano także w następnych dniach. Dzień w dzień grupy operacyjne przemieszczały się do kolejnych wiosek i zmuszały mieszkańców do opuszczenia własnych domów. Jak celnie zaobserwował wysiedlony Władysław Szul: “Wioski wysiedlane na początku akcji «Wisła» były najbardziej doświadczone. Żołnierze nieprzemęczeni, nadgorliwi i nieskorzy do zrozumienia ludzi przeznaczonych do deportacji”. Tysiące ludzi zapełniały błyskawicznie pułkowe punkty zbiorcze i stacje załadowcze. W Olszanicy, o czym alarmował MBP pułkownik Grzegorz Korczyński, stłoczono aż 10 tysięcy osób! “Tymczasem — zauważa Jan Pisuliński — tę masę ludzi należało zgodnie z instrukcjami poddać selekcji”.
Oceniając pierwsze dni wysiedleń, Mossor przyznał, że “Ogarnęła wszystkich gorączka gromadzenia ludzi na punktach zbornych i stacjach załadowczych”.
Pomimo to możliwość zabrania ze sobą dobytku oraz stonowane zachowanie żołnierzy (w porównaniu z wysiedleniami z lat 1944–1946), co zgodnie podkreślano w meldunkach, zadziałały na ludność do pewnego stopnia uspokajająco. Także dlatego wysiedleńcy wiadomość o wywózce przyjmowali najczęściej z milczącą rezygnacją. Jak zaznaczano, “ludność ukraińska, a szczególnie mieszana, stara się wszelkimi możliwymi środkami pozostać na miejscu”, ale “po kategorycznej odmowie [...] nie oponuje i natychmiast zabiera się do gruntownego pakowania”. We wsi Berezka były “liczne wypadki, że ludność odchodząc z wiosek całowała ziemię mówiąc: «żegnaj, ukraińska ziemio»”. Mieszkańcy Mokrego i Morochowa odmawiali rozmów z wojskiem, opór ten przełamano dopiero na stacji Kulaszne.
Możemy sobie tylko wyobrazić, w jakim napięciu nerwowym przebiegało pakowanie dobytku. Należało szybko podjąć decyzję, które rzeczy zabrać, ze świadomością, że inne mogą zostać stracone na zawsze. W rodzinach dzielono się obowiązkami: kobiety pakowały rzeczy domowego użytku, mężczyźni zajmowali się dobytkiem w obejściu. Na drogę zabierano jedzenie (chleb), ziarno i ziemniaki, odzież odświętną, ikony, pościel, narzędzia gospodarskie, wreszcie zwierzęta. Dziewczęta i kobiety doglądały krów i kóz, a mężczyźni koni. Sprawozdania nic nie mówią o kotach i psach, co oznacza, że jeśli były w gospodarstwie, to zostawały na miejscu. W zdenerwowaniu nierzadko zapominano wziąć rzeczy istotne, natomiast pakowano zupełnie nieprzydatne. Jedna z kobiet przezornie zabrała sadzonki szczypiorku i bele lnianego płótna, co w miejscu osiedlenia okazało się niezwykle pomocne. Zdarzało się, że przedmioty, których z tych czy innych powodów nie dało się zabrać, były ukrywane. Ludzie mieli bowiem nadzieję na powrót, łudzili się, że będzie to wyjazd czasowy.
Wyjście z rodzinnej wioski stanowiło tylko początek gehenny. Na punkty zbiorcze i załadunkowe trzeba było dotrzeć. O względnym szczęściu mogli mówić przewożeni ciężarówkami, choć i ta podróż z dzisiejszego punktu widzenia nie należała do wygodnych. Idący z inwentarzem żywym musieli pokonać trasę pieszo, pędząc krowy i prowadząc wozy, na których załadowany był dobytek. Pod warunkiem że wysiedleńcy mieli konie i wozy. Przykładowo z Cisnej KBW wyprowadził 231 ludzi, 164 krowy i raptem 7 koni. Oznaczało to, iż wozów ciągnionych przez konie również mogło być tylko 7.
Dotarcie na miejsce nie oznaczało bynajmniej możliwości odpoczynku: punkty załadunkowe i zbiorcze były to najczęściej kawałki łąki ogrodzonej drutem kolczastym i pilnowanej przez żołnierzy. W Cieszanowie punkt zbiorczy zorganizowano na rynku. O “szczęściu” mogli mówić skierowani do Sanoka, bo tam zaadaptowano na użytek wysiedleńców hale fabryczne. W każdym takim punkcie wojsko i PUR rozstawiały przeważnie po kilka namiotów. Część z nich na użytek funkcjonariuszy przeprowadzających selekcję i służby medycznej, po kilka namiotów (w Sanoku i Łukawicy po osiem) do dyspozycji kobiet z malutkimi dziećmi oraz starców. Pozostali musieli spać na gołej ziemi. “Zimno było jak cholera” — zapamiętał Mikołaj S., jako sześcioletnie dziecko zapędzony na stację załadowczą Łukawica, a przecież “spał pod brezentem”, czyli namiotem. We wszystkich punktach powołano służbę medyczną — lekarzy wojskowych czy sanitariuszki PCK. Z raportów medycznych wynika, że wśród wysiedleńców powszechnie występowały świerzb i różne choroby skórne, zdarzały się przypadki gruźlicy i tyfusu. By uniknąć epidemii, każdy wysiedleniec po przybyciu na stację, tuż przed zapakowaniem do wagonów i wyjazdem, posypywany był proszkiem DDT (służył on m.in. do zabijania stonki ziemniaczanej, ale nie wpływał negatywnie na stan zdrowia wywożonych).
Wszędzie był kłopot z nadmiarem wysiedleńców, co przekładało się na problemy z wyżywieniem ludzi i zwierząt. W założeniu wywożeni mieli otrzymywać trzy posiłki dziennie. Czytamy: “Dla przesiedlanych PUR przewiduje wyżywienie wg kategorii II-giej, której norma dzienna na jedną osobę wynosi: chleb 266 gramów, mąka pszenna 50, kasza 50, ziemniaki 500, tłuszcz 25, mięso 50, cukier 16, zapałki 2–3 sztuk, herbata 3–4 gramów, sól 13, mydło 6”. Jak jednak wykazały kontrole: “Normy te nie są wydawane na żadnym punkcie załadowania nawet w przybliżeniu. W praktyce wyżywienie przesiedlanych rozpoczyna się dopiero w chwili załadowania do transportu”. PUR wydawał w takim wypadku niewielkie ilości puszek UNRA z “krwawą kiszką” (zapewne salcesonem), śledzie oraz chleb. Najczęściej jedzono to, co zabrano z domu. Jeśli ktoś w pośpiechu zapomniał o chlebie lub wojsko zbyt szybko wyrzuciło go z domu, od razu znajdował się w opłakanym położeniu. Widać to ze sprawozdania kwatermistrza GO “Wisła”, podpułkownika Leitla, który meldował na początku maja, że “ludność dowożona na stacje załadowcze w dużej mierze przyjeżdża bez żadnych zapasów żywności i paszy. Z rozmów z ludnością wynika, że dostaje krótki termin do ewakuacji i nie posiadając żadnych środków przewozowych pozostawia we wsiach ziemniaki, zboże i paszę — nie zabierając nic ze sobą. 5 maja na stacji Sanok stwierdziłem, że ludność nawet po parę kg żyta i ziemniaków nie zabrała. Ludność tę ewakuuje 4 pp. — [...] inne dywizje (6, 7) starają wywieźć jak najwięcej zapasów ewakuując ludność z poszczególnych wsi”. Zwłaszcza w pierwszych dniach przesiedlani do czasu załadunku transportu żywili się we własnym zakresie. W niektórych tylko punktach komendanci zadbali o zapewnienie choćby skromnych posiłków. W Kulasznem zorganizowano indywidualny wypiek chleba, a w Olszanicy (gdzie z powodu liczby przesiedleńców sytuacja była wyjątkowo trudna) zbiorowe gotowanie zupy. Podobnie zależnie od inwencji komendanta organizowano paszę dla bydła, wykorzystując okoliczne łąki lub dowożąc ją z innych miejsc. Ciężkie warunki panowały w Przeworsku, który stał się jednym z głównych punktów załadunkowych — “przeszła” przez niego jedna czwarta wysiedleńców z województwa rzeszowskiego. Na początku maja 4 tysiące ludzi obozowały tam koło stacji “na bagnistych łąkach oraz na oziminach mieszkańców miasta Przeworska”. Alarmowano, że wśród nich jest “wiele dzieci, które spędzają całe dnie i noce pod gołym niebem, niektóre z tych dzieci, jak również i starsi już obecnie chorują i jest fizyczną niemożliwością, by tym ludziom przyjść z pomocą sanitarną i rozmieszczeniową”. Wicestarosta przeworski Mieczysław Kaczor prosił o czasowe wstrzymanie wywózek, gdyż już brakowało chleba, a “transporty konwojowane przez wojsko przybywają stale i bez przerwy”, co spowoduje “zupełną ruinę miasta Przeworska i okolic jego, a w dodatku grozi powstaniem licznych chorób zakaźnych zgubnych dla miasta”.
Wśród ludności powszechnie panowała atmosfera niepewności, pogłębiana przez zimno i głód. Obawiano się wywózki do ZSRS. Gdy ze stacji załadowczej w Rymanowie nie odchodziły przez kilka dni transporty, natychmiast zaczęto podejrzewać, że odprawiani z niej trafią do Sowietów. Jeśli spis mieszkańców nie został sporządzony w ich rodzinnej miejscowości, tworzono go w pułkowym punkcie zbiorczym. Tam też przedstawiciele WP i UB dokonywali kwalifikacji lojalności poszczególnych rodzin i osób, starając się wychwycić “elementy wrogie i niepewne”. Osoby podejrzane o współpracę z podziemiem były brutalnie przesłuchiwane przez funkcjonariuszy UB; na części z nich wymuszano deklaracje współpracy z organami bezpieczeństwa. Zdarzały się przypadki seksualnego wykorzystywania kobiet. Na stacji załadowczej tworzono listy transportowe z oznaczeniem stacji końcowej już w taki sposób, by mieszkańcy jednej wsi byli osadzani w rozproszeniu. Rodziny miały z zasady nie podlegać rozdzieleniu, jednak takie wypadki zdarzały się dosyć często.
Wbrew założeniom dopiero na drogę wywożeni dostawali od pracowników PUR nieco chleba, śledzi i konserwowanej kiszki, przy czym wyglądało to różnie w zależności od zaopatrzenia danego punktu. Na stacji w Olszanicy na kilkudniową podróż wydawano na osobę kilogram chleba, pół śledzia i jedną ósmą puszki konserwy. W Łukawicy przydzielane były “dziennie na osobę 25 dkg chleba i 1 śledź na 6-ciu ludzi”. W Komańczy norma dzienna wynosiła “½ kg chleba, śledzia i 1⁄7 puszki konserw”, ale ponieważ produkty te zostały przysłane w niewystarczającej ilości, część osób nie dostała na drogę żadnego pożywienia. “Na pozostałych punktach — pisał szef służby zdrowia GO, pułkownik Groeger — przesiedleni otrzymali w chwili załadowania do pociągu po 2 kg chleba oraz kilkadziesiąt gramów śledzia lub konserwy”.
Pułkownik Groeger 5 maja przeprowadził kontrolę punktów zbiorczych i załadowczych i opisał wszystkie tego typu braki, apelując o ich usunięcie. Bardziej jednak niepokoiła go możliwość powstania awitaminozy wśród żołnierzy. W czasie kontroli 10. pułku piechoty w Tyrawie Wołoskiej zauważył bowiem, że “dla żołnierzy jest gotowana na obiad tylko jedna strawa. I tak w jednej kuchni gulasz z ziemniakami, a w kuchni drugiego pododdziału tylko krupnik z mięsem. Brak jarzyn świeżych za wyjątkiem kapusty”.
29 kwietnia 1947 roku telefonogramem nr 113 DM pułkownik Grzegorz Korczyński poinformował Warszawę o wysłaniu transportów z wysiedleńcami. “Zaszczyt” wyekspediowania pierwszego — oznaczonego numerem R-10, ze stacji Szczawne-Kulaszne — przypadł 7. Dywizji Piechoty. Liczył on 263 (lub 268) wysiedleńców, którzy 3 maja dojechali do stacji Słupsk. Drugi transport, R-11, odprawiła 6. DP ze stacji w Komańczy. Następnego dnia wyjechało już sześć transportów z 1584 osobami, 1 maja ruszyło siedem transportów, a 2 maja dziewięć. Dzień później wyjechało na zachód kolejne dziewięć składów.
Władze dążyły do jak najszybszego wyekspediowania transportów na zachód. Wywołało to na początku wyraźne zamieszanie. Zakładano, że składy będą liczyły około trzydziestu, czterdziestu wagonów i dziesięć platform, którymi oddzielnie będą podróżowali ludzie i zwierzęta, przy czym na jeden skład powinno przypadać 250–320 osób. W praktyce wyglądało to jednak różnie, na przykład w Komańczy na kilkudniową podróż ludzi załadowano razem z bydłem i końmi. Najgorzej wyglądała sprawa w Sanoku, gdzie komendantem punktu załadowczego był porucznik Zawadzki. Stłoczenie ludzi i zwierząt, dla których “katastrofalnie” brakowało siana i paszy, sprawiło, że postanowiono wyekspediować maksymalną liczbę osób. W jednym z transportów znalazło się 539 wysiedleńców, 11 koni i 88 sztuk bydła, co już było liczbą wręcz groźną dla bezpieczeństwa przewożonych. Prawdziwy koszmar stanowił jednak transport R-40, wysłany 4 maja o godzinie 7.30. Oprócz wagonu ochrony skład liczył trzydzieści wagonów, do których wtłoczono w Sanoku 897 ludzi, 120 krów, 24 konie, 45 kóz, 7 cieląt i 2 źrebięta. “Transport — sprawozdawał Sidziński w specjalnym raporcie Mossorowi — załadowany był bezplanowo z pomieszaniem ludzi z inwentarzem. [...] Przed wyruszeniem [...] transportu na punkt załadowania przybył mjr Żytyński z Wydziału Pol. Wych. oraz Szef Służby Zdrowia, płk Groeger, którzy stwierdziwszy skandaliczny stan transportu, zamierzali powstrzymać odjazd i zarządzić przeładowanie. Obecny jednak na stacji płk Chiliński, Szef Sztabu GO «Wisła», nie zgodził się na to”. Ponieważ jeszcze przed wyruszeniem transportu zmarło w nim dwoje dzieci, uznano, że konieczne jest przeprowadzenie śledztwa prokuratorskiego. Podjął je prokurator GO “Wisła”, kapitan Jan Prause.
18 maja Prause przedstawił wnioski końcowe z prowadzonego postępowania. Przyznał, że po rozpoczęciu akcji na stację w Sanoku dotarło w ciągu dwóch dni ponad 2 tysiące ludzi, “co spowodowało nadmierne zagęszczenie ludności i bydła na punkcie. Przyczyną tego było, że 4 pp wysiedlając ludność pozostawił jej do wysiedlenia dwie godziny czasu”. Pierwszy skład, który wyruszył 2 maja, zabrał 256 osób i 158 sztuk bydła, ale nie rozwiązał problemu, a “było zimno, obóz nie był zaopatrzony w dostateczną ilość żywności dla ludzi i bydła”. Ponieważ komendant punktu, porucznik Zawadzki, nie dostał odpowiednich instrukcji, “zarządził załadowanie do transportu większej ilości ludzi, aby w ten sposób pozostałym uczynić warunki pobytu w obozie znośniejsze”. A ponieważ rodziny i mieszkańcy poszczególnych wsi chcieli wyjechać razem, więc transport został jeszcze dociążony. W rezultacie w składzie R-40 “ulokowanie tylu osób i zwierząt w jednym transporcie spowodowało jego nadmierne zagęszczenie. Ponadto stwierdzono, że w transporcie tym umarło dwoje dzieci”. Dzięki interwencji podpułkownika Sidzińskiego władze kolejowe w Nowym Sączu dołączyły kolejnych 13 wagonów (do 31 jadących). Prause konkludował: “Nie stwierdzono, by w transporcie tym na skutek jego przeładowania zmarło dwoje dzieci, stwierdzono natomiast, że tuż przed odjazdem transportu zmarło na zapalenie płuc jednoroczne dziecko Pacuła Emilia, które chorowało od dwóch tygodni. Zmarło również dziecko dwumiesięczne Łodziński Bronisław, również chorujące od dłuższego czasu, które w agonii matka zabrała do transportu. Jak wynika z meldunku Szefa Służby Zdrowia GO «Wisła», płk. dr. Groegera, to w transporcie tym nie stwierdził on wypadków zgonu, gdyż byłby wydał z miejsca odpowiednie zarządzenia”. Prause zauważył, iż od 5 maja składy szły dobrze, “a warunki pobytu w obozie w stosunku do możliwości zaopatrzenia, wyżywienia i opieki lekarskiej były dobre”. Uznał też, że porucznik Zawadzki i delegatura PUR nie mieli “złego zamiaru w celu spowodowania szkód na zdrowiu i majątku ludzi wysłanych transportem R-40”, dlatego sprawę umorzył i nie postawił nikomu zarzutów karnych. Zasugerował jedynie wymierzenie kary dyscyplinarnej dowódcy 9. DP. Czytając uzasadnienie kapitana Prausego, trudno oprzeć się wrażeniu, że interpretował on fakty na korzyść oskarżonego. W gruncie rzeczy nie wiemy, kiedy faktycznie umarły te dzieci, możemy być jednak pewni, że tak sporządzono dokumentację, by ich śmierć została uznana za naturalną i niewywołującą konieczności postępowania karnego. Z punktu widzenia władz ukaranie kogokolwiek za śmierć wysiedleńców rzucałoby cień na rzekomo humanitarny przebieg całej operacji.
Za fatalnie zorganizowany pułkownik Sidziński uznał także punkt w Łukawicy. Kierował nim chorąży Janik z KBW, człowiek “mało energiczny, niezaradny, całość pracy pozostawił w rękach niedołężnego przedstawiciela PUR”. Zdarzył się tam “wypadek uduszenia niemowlęcia przez matkę śpiącą z powodu nagromadzenia dużej ilości ludzi”, a także rozdzielenia jednej z rodzin — część jej członków pojechała transportem z Łukawicy, pozostali zaś innym składem z Łupkowa. W dodatku Janik nie potrafił zdyscyplinować żołnierzy, którzy “nie znają swoich przełożonych, bezładnie wałęsają się po wsi”. Z powodu wspomnianych niedociągnięć 4 maja chorąży Janik został odwołany ze swojego stanowiska. Także w tym wypadku możemy zobaczyć, że władze inaczej traktowały wysiedleńców, a inaczej żołnierzy. W Łukawicy “transport gotowy około północy z 4 na 5 maja odszedł dopiero przed południem 5 maja, ponieważ eskorta wojskowa, która miała odjechać z transportem, nie miała suchej żywności na drogę i z tego powodu odejście transportu zostało spóźnione”.
Sztab Grupy uważnie obserwował sytuację i starał się elastycznie reagować na wydarzenia. W pierwszej kolejności zdano sobie sprawę, że zrealizowanie planu wysiedlenia całkowitego co prawda prowadzi do “oczyszczenia terenu z elementów wrogich”, jednak w efekcie jego realizacji “kraj stanie się na jakiś czas pustynią”. Dlatego najpóźniej 29 kwietnia Mossor wydał “surowe zarządzenia, aby nie przesadzano w ocenie stopnia lojalności i aby wszystko, co polskie, starano się utrzymać na tym terenie”. Rozproszone po wsiach pojedyncze polskie rodziny miały zostać skupione “w zwarte wsie na południowo-wschodniej granicy etnograficznej polskiej oraz wzdłuż linii kolejowych i ośrodków naftowych, organizować w tych wsiach ORMO, wyposażyć mieniem poukraińskim, którego ludność ukraińska nie zdoła ze sobą wywieźć”. Rozkaz Mossora najbardziej zaskoczył kabewiaków. Zdążyli już przeprowadzić akcję propagandową wśród bieszczadzkich Polaków, zachęcającą ich do wyjazdu na Ziemie Odzyskane, i teraz musieli gwałtownie zmienić jej kierunek. Tymczasem niezrażony tym Mossor 29 kwietnia spotkał się z dyrektorem rzeszowskiego PUR i przedstawicielami wojewody rzeszowskiego, by jak najszybciej przesiedlić na gospodarstwa poukraińskie Polaków z zachodnich powiatów województwa rzeszowskiego.
2 maja 1947 roku w sztabie GO “Wisła” odbyła się narada Mossora z dowódcami poszczególnych jednostek. Choć uznano, że akcja wysiedleńcza toczy się zasadniczo zgodnie z planem, to sytuacja panująca w punktach załadunkowych została oceniona krytycznie. Dowódca Grupy pouczał: “Wysiedlano na początku na ślepo, bez planu i przewidywań, nie zorganizowano pomiędzy odległymi punktami zbornymi a stacjami załadowczymi punktów pośrednich, nie wykorzystano odpowiednio transportu kołowego i samochodowego do przewiezienia dobytku przesiedlonych”. Natychmiast zostały wydane zalecenia usunięcia takich braków i w następnych dniach uporano się z najbardziej karygodnymi przypadkami zagęszczenia na stacjach załadowczych. Dowódcy wojskowi nauczyli się, w jaki sposób koordynować całą akcję i transportować ludzi z wysiedlanych miejscowości poprzez punkty zbiorcze aż do stacji załadowczych. By odciążyć stację w Przeworsku, w pobliskiej Gorliczynie zorganizowano dodatkowy punkt załadowczy. Sprawniej szło wypełnianie dokumentacji. Poprawiło się też zaopatrzenie w prowiant przeznaczony dla wysiedleńców, dlatego przestał im grozić głód. Coraz częściej na stacjach wydawano przynajmniej zupę i kawę (w Przeworsku dwa razy dziennie zupę i raz kawę). W transportach przydzielano 3 kilogramy chleba na osobę i puszkę konserw na dwie osoby. Dzieci dostawały grysik, mleko skondensowane, cukier i kawę.
Dowództwo GO “Wisła” było też zasadniczo zadowolone z postawy żołnierzy wobec wysiedleńców. “Ludność była zaskoczona — pisał zastępca Mossora do spraw polityczno-wychowawczych — wyjątkowo humanitarnym postępowaniem naszych żołnierzy w stosunku do przesiedlanych. Akcja obecnie prowadzona jest kontrastem tych metod przesiedlania, jakie stosowano tu w ubiegłą kampanię [...]. Duże znaczenie miało i to, że pozwalano zabierać ze sobą i pomagano w przewiezieniu dobytku. Poza tym znikła obawa przed wywiezieniem do ZSRR”. Aparat polityczny 6. Dywizji Piechoty raportował, że przeciętny żołnierz “pomagał chętnie ludności wysiedlanej zupełnie bezinteresownie. Nawet można by powiedzieć, że przeholował nieco w tej pomocy, albowiem niejednokrotnie pomagał zupełnie niepotrzebnie zdrowym i silnym Ukraińcom”.
Tym bardziej zapewne sztab Grupy musiała zaniepokoić fala skarg na postępowanie wojska ze strony polskiej administracji cywilnej. W okolicy Przemyśla uaktywnili się zwłaszcza działacze PSL, skarżący się na wysiedlanie Polaków. Dowódca Grupy 3 maja wysłał do Warszawy telegram, w którym zaznaczył, że wywózki Polaków dotyczą tylko “reakcji”, i wziął na siebie całą odpowiedzialność za ich prowadzenie, na wypadek gdyby stały się przedmiotem wystąpień posłów do sejmu. Telegramem do Warszawy nie można było jednak uspokoić miejscowych Polaków, a najwyraźniej doznali oni wstrząsu. Część z nich współczuła wysiedleńcom i obawiała się podzielenia losu ukraińskich sąsiadów. W pasie od Jarosławia do Sanoka zaraz po rozpoczęciu akcji wybuchła z tego powodu autentyczna panika. W wioskach nie tylko Ukraińcy, lecz także Polacy przestali pracować, uznając, że wobec konieczności wyjazdu wszelkie wysiłki są bezsensowne. Obawy żywiono nawet w miastach. Sidziński pisał: “Na tle tych stosunków zupełnie szczególne miejsce zajmują mieszkańcy miast, w szczególności tak zw. inteligencja i kler. Przemyśl, Jarosław, Przeworsk i Sanok są ośrodkami reakcyjnej propagandy, która zmierza do wytworzenia panicznych nastrojów, stwarzając wersję o mających jakoby nastąpić wysiedleniach całej ludności polskiej z miast. Dla uspokojenia umysłów, inspirowany przez dowództwo Grupy Operacyjnej, wojewoda rzeszowski wydał odezwę do ludności, która niewątpliwie wyjaśni sytuację. Mimo to akcja przesiedleńcza jest przedmiotem ataków reakcji. Znajduje to swój wyraz w licznych nieuzasadnionych interwencjach ze strony władz administracyjnych, w przejaskrawionych spisach urojonych krzywd, które jakoby są udziałem ludności polskiej. [...] Również kler dzielnie sekunduje tej propagandzie. Jeden z księży w Przemyślu wygłosił płomienne przemówienie w obronie braci Ukraińców”.
Jak wynika ze słów Sidzińskiego, by złagodzić nastroje, sztab Grupy Operacyjnej przygotował specjalną odezwę do ludności polskiej, którą następnie wojewoda rzeszowski podpisał jako własną. Zapewniał w niej, że wysiedlenia nie dotyczą Polaków, co faktycznie — w połączeniu ze wzmożoną propagandą specjalnych grup wojskowych organizujących wiece i pogadanki — w ciągu paru tygodni wpłynęło na uspokojenie nastrojów. O powściągliwym stosunku części polskiej administracji do wywózek świadczy fakt, że nawet w doświadczonej przez UPA Birczy (w latach 1945–1946 odparto trzy ataki partyzantki na tę miejscowość) burmistrz i wójt, “przedstawiając listy ludności [...] nie podali całego szeregu rodzin ukraińskich i mieszanych, starając się ich w ten sposób pozostawić”.
Ale podwładnych Mossora jeszcze bardziej musiały zaniepokoić poczynania sądu specjalnego Grupy Operacyjnej. Poprawne zachowanie żołnierzy nie oznaczało, że niektórzy z nich nie popełniali nadużyć. Wielu rolników zostawiło w domach zapasy kartofli i zboża. Nie było możliwości przewiezienia ich na stację ani sprzedaży, przynajmniej oficjalnie. Majątek pozostawiony w wyludnionych wsiach wielu musiał się wydawać bezpański, nic więc dziwnego, że trafiały się grabieże i szabrowanie mienia. W dokumentach wojskowych przyznawano: “Zdarzały się nieliczne wypadki zabrania przez żołnierzy przedmiotów będących własnością wysiedlanej ludności. Jest to jedyna skaza na wzorowo przeprowadzonej akcji”. Dowództwo, trzeba przyznać, takie zachowania starało się dusić w zarodku. Strzelcy Zduńczyk i Garbarczyk otrzymali pięć dni aresztu, ponieważ w czasie akcji “zaginęli” i powrócili po kilku godzinach z 5 kurami i 22 jajami. W 9. DP Informacja aresztowała oficera politycznego 28. pułku piechoty, porucznika Wiśniewskiego, “za nadużycia wyrażające się w magazynowaniu mienia pozostawionego w wysiedlonych wioskach”. Zdarzały się również przypadki wszczynania burd i pijackich awantur. Na przykład 12 maja starosta powiatowy Przeworska, Leon Zygadło, skarżył się wojewodzie rzeszowskiemu, iż żołnierze stacjonujący w punkcie etapowym “nie są należycie zdyscyplinowani, ponieważ późnymi godzinami wieczornymi wałęsają się bezcelowo po terenie miasta Przeworska, jak i w parku miejskim w stanie mocno podchmielonym, nietaktownie zachowując się wobec mieszkańców miasta, a nawet zachodzą często wypadki bezcelowej strzelaniny przez podchmielonych żołnierzy, co wywiera przykre wrażenia na tutejszych mieszkańcach”.
Niekiedy przejmowanie majątku wysiedleńców przybierało zorganizowany charakter. Oficer żywnościowy 5. pułku saperów, porucznik Czubasiewicz, wysłał 6 maja ze stacji Stary Zagórz 20 ton ziemniaków do Szczecina, do garnizonu pułku. Jak zauważył szef Informacji, major Sajko, “w swoim czasie z winy kwatermistrzostwa tego pułku została zgnojona w magazynach w Szczecinie pokaźna ilość ziemniaków i z tego względu przypuszczać należy, iż bezprawne wysłanie do Szczecina około 20 ton ziemniaków [...] miało na celu pokrycie braku, jak również chęć osiągnięcia osobistych korzyści materialnych”. Przeciwko dowódcy 5. pułku, pułkownikowi Perko, prokuratura Grupy Operacyjnej wszczęła śledztwo, które poprowadził podporucznik Garnysz. Według jego ustaleń saperzy dostali zgodę dowódcy 7. DP na wywóz dwóch samochodów ziemniaków, lecz wywieźli do Szczecina aż dwa wagony. Po dotarciu na miejsce część wykorzystano do wyżywienia żołnierzy, “część zaś sprzedana została w Spółdzielni Wojskowej w Szczecinie w cenie po 4 zł za kg celem rozprzedaży detalicznej dla rodzin oficerów i podoficerów zawodowych w cenie nie wyższej jak złotych 4,50”. Prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo i ukarała pułkownika Perko jedynie dyscyplinarnie, ponieważ nie działał on jakoby z chęci osiągnięcia własnej korzyści.
Inicjatywa saperów nie była wypadkiem odosobnionym. Sajko donosił, że żołnierze 6. DP wywożą “wszelkiego rodzaju sprzęt i płody z pozostałości po wysiedleńcach” i że “kolumna samochodowa dywizji wywiozła z wysiedlanych wsi pozostałości ziemniaków, owsa, żyta oraz maszyny rolnicze. Część tego została już załadowana do wagonów i skierowana do macierzystych jednostek, część zaś znajduje się na stacji kolejowej Komańcza. Wobec tego, że akcja ta była zakrojona na skalę całej dywizji, zachodzi przypuszczenie, że była ona uzgodniona z dowódcą dywizji”. By przeciwdziałać takim zachowaniom, w wydanym 10 maja rozkazie operacyjnym 003 generał Mossor nakazał zaprzestać podobnych praktyk, gdyż godzą one “w interes Państwa” i mogą być “przyczyną niepożądanego niezadowolenia i skarg ze strony ewakuowanych”.
Na tego typu doniesienia o nieprawidłowościach prokuratura i sąd GO “Wisła” musiały reagować wszczynaniem procedur sprawdzających. Lekceważenie ich źle by świadczyło o prawnikach Grupy, ale jednocześnie zbyt gorliwie prowadzone śledztwa niosły ze sobą niebezpieczeństwo wpływu na przebieg samej akcji. Sytuację nieoczekiwanie zmienił telegram z krakowskiego Okręgu Wojskowego nr V, w którym poinformowano o zabiciu (dosłownie: zasztyletowaniu) kilku polskich wartowników ochraniających jeden z udających się na zachód transportów. Wiadomość ta wywołała małe trzęsienie ziemi.
Na posiedzeniu Biura Politycznego PPR 3 maja minister Radkiewicz zreferował sprawę przebiegu akcji “Wisła”. Komentując informację o rzekomym zasztyletowaniu eskorty, zaproponował, aby “wobec aktów terroru ze strony wysiedlonych zaostrzyć w stosunku do nich kurs”. W odpowiedzi Biuro Polityczne, jak zaprotokołowała Maria Rutkiewiczowa, “zaakceptowało referat tow. Radkiewicza”. Tym samym członkowie Biura zalecili wzmocnienie represji wobec Ukraińców, czym w pierwszej kolejności miał się zająć sąd Grupy Operacyjnej. Dotąd kontrolował on wyłącznie żołnierzy, teraz otrzymał prawo do sądzenia schwytanych upowców i osób cywilnych. Interesujące, że niebawem funkcjonariusze UB ustalili, że do żadnego napadu na żołnierzy nie doszło i nikt nie został zasztyletowany. Decyzji wywołanych fałszywym doniesieniem nikt już jednak nie miał zamiaru zmieniać. Ekipę sądową wzmocnił 11 maja porucznik Ludwik Kiełtyka, jeden z najbardziej bezwzględnych sędziów stalinowskich. Od tej pory pion śledczy Grupy koncentrował się głównie na zwalczaniu podziemia ukraińskiego. Trudno w tym kontekście nie zadać pytania: czy fałszywe doniesienie o śmierci żołnierzy było przypadkiem? A może raczej świadomą prowokacją? Faktem pozostaje, że od początku maja sąd GO “Wisła”, przeznaczony pierwotnie do badania takich spraw jak wypadki śmierci cywilów (na przykład w transporcie R-40) czy kradzieże i maruderstwo ze strony wojska, gros swojej uwagi zaczął koncentrować na schwytanych członkach i sympatykach ukraińskiego podziemia. Pierwsze trzy wyroki śmierci na schwytanych upowców wydał 14 maja.
Pomimo tych trudności wysiedlenia trwały dalej. 6. Dywizja Piechoty swój rejon operacyjny z “niepożądanych elementów” oczyściła do 7 maja, wysyłając na zachód jedenaście transportów. Wyjechało w nich 595 rodzin, łącznie 2897 osób. Na terenie operacyjnym 6. DP pozostała “tylko ludność polska, mieszańcy (w znikomej ilości) oraz te osoby narodowości ukraińskiej wraz z rodzinami, które pracują na PKP, w leśnictwie bądź też posiadają obywatelstwo amerykańskie”. W Komańczy pozostało 25 ukraińskich rodzin (166 osób), z czego 20 “kolejarskich” (145 osób). Pozostawiono też sołtysa, “obywatela lojalnego, uczciwego”, oraz dwóch księży greckokatolickich, z których jednak jednego (księdza Kałeniuka) niebawem aresztowano i skierowano do obozu w Jaworznie. Ponieważ wojsko wysiedlało też rodziny polskie i osadzało je w większych skupiskach, do Komańczy skierowano 10 polskich rodzin (48 osób). Warto wspomnieć, że mieszkało tam już 12 polskich rodzin (35 osób) oraz 14 sióstr nazaretanek z klasztoru, w którym kilka lat później osadzono kardynała Stefana Wyszyńskiego.
W czasie akcji 7. Dywizji Piechoty z 39 wsi wywieziono 10 337 osób (2038 rodzin). Kłopot stanowił brak koordynacji działań z sąsiednią 8. DP. Jej pododdziały 30 kwietnia pomyłkowo wysiedliły Bereżnicę Niżną i Zwierzyn, znajdujące się w pasie działania 7. DP. Oddział 8. DP “po stwierdzeniu pomyłki pozostawił [...] zebraną ludność wraz z dobytkiem na szosie i odszedł”. Żołnierze 7. DP po sprawdzeniu, że wysiedlenie tych miejscowości ma nastąpić dopiero za kilka dni, skierowali ludzi do domów. Radość niedoszłych wysiedleńców była krótka. Już zgodnie z planem Zwierzyn wysiedlono 5 i 6 maja; podobny los spotkał Bereżnicę. Pierwszy etap akcji wysiedleńczej 7. DP oficjalnie zakończyła 12 maja wywózką mieszkańców Zagórza. Na jej terenie operacyjnym pozostało 6613 ludzi, z czego 564 Ukraińców — byli to pracownicy PKP i przemysłu naftowego. Pozostawienie części ukraińskich fachowców budziło niechęć sztabu 7. DP, który postulował nawet wymianę sekretarza PPR w Zagórzu, mającego jakoby ukraińskie pochodzenie. Meldowano: “W samym Zagórzu pozostało 365 osób Ukraińców, pracowników PKP, a wysiedlono zaledwie 100 osób. Podobny stosunek notuje się w Wielopolu. [...] Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właśnie ci pozostawieni pracownicy PKP współpracowali z bandami. Wobec powyższego pozostawienie ich na dłuższy okres czasu wpłynie bardzo ujemnie na wyniki naszej akcji”. Warto zauważyć, że na współpracę tych osób jako zbiorowości z podziemiem nawet funkcjonariusze UB nie mieli dowodów, bo gdy je znajdowano, najczęściej kończyło się to aresztowaniem.
W rejonie operowania 1. Dywizji KBW do 15 maja przesiedlono, jak skrupulatnie zostało odnotowane, “6712 osób, 730 koni, 1578 szt. bydła, 275 świń, 1360 kóz i owiec, 420 ton zboża, 430 ton ziemniaków. [...] Akcja przesiedleńcza w naszym rejonie odpowiedzialności przebiegała chaotycznie”. Pozostawione mienie było magazynowane w Baligrodzie, Cisnej i Smereku, gdzie zebrano łącznie 56 ton zboża i 187 ton ziemniaków, a w Cisnej też 40 siewników, 22 sieczkarnie, 10 młockarni i 12 pługów. Na terenie działań kabewiaków przesiedlono do większych skupisk 1600 Polaków. Podczas wysiedlenia w Zawoju został zastrzelony pięćdziesięciosiedmioletni Tomasz Terlecki, a w Wetlinie pobito Wasyla Hawryłę, który zmarł z powodu odniesionych obrażeń.
8. Dywizja Piechoty do 13 maja wysłała na zachód 35 transportów, do których załadowano 2267 rodzin (10 311 osób). Po entuzjazmie z pierwszych dni kolejne operacje wysiedleńcze zaczęto prowadzić z większą rozwagą. Tym bardziej że niejednokrotnie wysiedleńcy na stacjach załadowczych usiłowali wymówić się od wyjazdu, przedstawiając dokumenty potwierdzające ich przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego. Każdy taki przypadek wojsko rozpatrywało oddzielnie, a zdarzało się, że nawet etniczni Polacy nie mogli liczyć na zwolnienie z wywózki. Złowróżbnie brzmi informacja z 11 maja: “Na terenie 10 pp przeprowadza się ostateczną kwalifikację rodzin polskich. Część, co do których uzyskano obciążające dane, zostaje wysiedlona”. Polaków nieobjętych wywózką na zachód bardzo często z kolei dosiedlano do wybranych wsi, m.in. Tyrawy Wołoskiej i Uherców. Do tej pierwszej skierowano prawie 800 osób z Rozpucia i Rakowej. W Uhercach, w których dotąd mieszkało 496 osób, dosiedlono ze Stankowej, Orelca, Myczkowa i Bóbrki 116 rodzin (584 osoby). Ciekawe, że za swoisty powrót do normalności w tych dwóch wioskach uznano fakt, iż tamtejszy proboszcz zaczął na nowo kolportować wśród wiernych “Głos Niedzielny” i “Rycerza Niepokalanej”.
9. Dywizja Piechoty tylko pomiędzy 10 a 15 maja z siedemnastu wsi w powiecie Przemyśl oraz czterech w powiatach Brzozów i Jarosław wysiedliła 13 824 ludzi. W powiecie lubaczowskim 3. DP do 15 maja objęła wysiedleniami sześć gmin, wywożąc 1419 rodzin (5448 osób), “w tym przypuszczalnie 32 rodziny polskie i 11 rodzin, które zgłosiły się ochotniczo do wyjazdu na zachód”. Oficerowie 3. DP żalili się na listy wysiedleńcze, na które administracja cywilna powpisywała ludzi, kierując się “niejednokrotnie osobistymi pretensjami do swoich «wrogów», a przedstawiciele UB, niezupełnie zorientowani o osobach wciągniętych na listy, przeważnie spisy te akceptowali, dodając jedynie te osoby, co do których posiadali materiały obciążające. Niesprawdzoną dotąd drogą szereg osób dowiedziało się jeszcze przed rozpoczęciem akcji o czekającym ich przesiedleniu i wszczęło interwencję u d-ców wojskowych. Interweniowały nawet osoby, których na listy nie wciągnięto”. W tej sytuacji dowódca 3. pułku w porozumieniu z UB i PPR zaczął modyfikować spisy, wyłączając z nich rodziny mieszane zasłużone dla państwa oraz Ukraińców zatrudnionych w instytucjach państwowych. Niektóre z rodzin mieszanych, na przykład siedemnaście rodzin kolejarzy, wycofano ze stacji załadunkowej w Bełżcu. Osoby zwolnione z wyjazdu kierowano z powrotem do punktu w Cieszanowie i tam dopiero odsyłano do domów. Inna rzecz, że nie zawsze się to udawało. Gdy na stację w Bełżcu dotarł Józef Dulemba (Polak żonaty z Ukrainką) ze zwolnieniem z wyjazdu, okazało się, że jego rodzinę już wywieziono.
Równolegle do akcji wysiedleńczej pododdziały GO “Wisła” prowadziły działania przeciwpartyzanckie. Specjalne grupy operacyjne systematycznie patrolowały teren, przeczesywały lasy i zatrzymywały osoby podejrzane o współpracę z podziemiem. Pomimo użycia dużych sił niemal wszystkie te akcje kończyły się jednak fiaskiem. Z danych UB i Informacji wiemy, że aresztowano co prawda sporą grupę osób, ale właściwie nie napotkano żadnego większego oddziału UPA. W sidła obław wpadały co najwyżej pojedyncze patrole partyzanckie. Po wysłaniu ostatniego transportu oddziały 6. Dywizji Piechoty zintensyfikowały poszukiwania ukraińskiej partyzantki. W dniach 8–9 maja przeprowadzono akcje poszukiwawcze siłami dwóch pułków i batalionu wojsk czechosłowackich na południe od Wisłoka Wielkiego i Woli Niżnej, lecz obława ta nie przyniosła żadnego rezultatu. Z kolei 7. DP 9–11 maja przeczesała lasy na północny wschód od Komańczy, napotykając grupę żandarmów z sotni “Chrina” (Stepana Stebelskiego), z których zabito trzech i ujęto jednego (zginęli z ręki strzelców Józefa Winowicza i Mariana Bedki). Czytamy: “Uciążliwe marsze w górzystych terenach, niedospanie z powodu zimnej nocy, zmęczenie wywoływały tym większą nienawiść do bandytów. [...] Wziętego do niewoli banderowca dnia 10 maja [...] żołnierze chcieli zabić, gdyby nie interwencja oficera”. Podobnie rzecz wyglądała we wszystkich dywizjach, stacjonujących od Lubaczowa po Komańczę. Największe sukcesy odniósł 12. pułk, którego pododdziały 6 maja w okolicach Piątkowej Ruskiej zabiły dziesięciu partyzantów, likwidując jedną z rejonowych bojówek Służby Bezpieczeństwa OUN. Obława w lasach między Brylińcami i Kormanicami, którą zorganizowano na podstawie zeznań jeńców, skończyła się jednak fiaskiem. Dla Mossora było to tym bardziej nieprzyjemne, że osobiście nadzorował całą akcję.
Sytuacja ta wywoływała frustrację w sztabie GO, a jednocześnie rodziła pokusę przeprowadzenia dużej operacji i zniszczenia jednym ciosem bieszczadzkich sotni. Wybór terenu akcji był naturalny: masyw Chryszczatej. To z niego wyszło uderzenie UPA, które doprowadziło do śmierci generała Świerczewskiego. Robiący wrażenie masyw, pokryty bukowymi lasami, od początku stanowił kryjówkę sotni “Chrina” i “Stacha”. Zakładano więc, że właśnie tam schronili się partyzanci.
Do akcji skierowano duże siły, bo wszystkie trzy jednostki operujące w Bieszczadach: 1. Dywizję KBW oraz 6. i 7. kombinowane dywizje piechoty. Wsparto je odwodowym 12. pułkiem, eskadrą lotniczą i pododdziałami WOP z Cisnej. Nad przebiegiem operacji czuwał osobiście Mossor, a towarzyszyli mu m.in. pułkownik Hibner i pułkownik Sidziński.
Termin akcji został wyznaczony na 12–15 maja. W pierwszej fazie zablokowano obrzeża masywu Chryszczatej systemem zasadzek, podsłuchów i patroli, po czym w drugiej fazie większość sił rozpoczęła przeszukiwanie okrążonego kompleksu. Pierwszego dnia przeszukano rejon na północny zachód od linii Baligród–Rabe–Wola Michowa. Następnego dnia rozpoczęło się przeczesywanie lasów na południe od tej linii. Tymczasem upowcy z sotni “Stacha” 12 maja podpalili poszycie lasu w dolinie Olchowatego i nocą, korzystając z wytworzonej przez pożar luki, podjęli próbę przerwania okrążenia w kierunku na Duszatyn. Zakończyła się ona w dużej mierze powodzeniem, choć czota “Zenki” w starciu z pododdziałami 6. DP uległa rozproszeniu, a jej dowódca zginął. Z kolei sotnia “Chrina” podzieliła się na małe grupy i “przesączyła” przez zabezpieczenia niedoświadczonych żołnierzy. “Stach” po kilku dniach wrócił na Chryszczatą, gdzie 18 maja znów został osaczony. Tym razem usadowił swych podkomendnych w koronach drzew. Tyraliera przeszła pod drzewami, niczego nie zauważając. W ciągu kilku dni żołnierze przeszukali dokładnie cały masyw, znajdując jednak tylko puste schrony i kryjówki.
Operacja zakończyła się kompletnym fiaskiem. Przyznał to w swoim sprawozdaniu pułkownik Sidziński: “Osobiście brałem udział w wielkiej operacji [...] w masywie leśnym Hreszczata, wzgórze 990. Operacja, pod osobistym kierownictwem d-cy GO «Wisła» gen. Mossora, [...] zaprojektowana na 2 dni, a trwająca 4 dni, dała w wyniku skromny rezultat, 4 zabitych i 3 złapanych banderowców. Wśród złapanych był 1 szewc przymusowo wzięty do bandy i 15-letni chłopak. Operacja wykazała, że operowanie wielkimi oddziałami przeciwko małym grupom banderowców [...] nie jest skuteczne. Wkład wysiłku żołnierza, zniszczony sprzęt, ilość zużytych materiałów zaopatrzeniowych jest niewspółmiernie wielka w stosunku do osiągniętych rezultatów. [...] Na skutek przeciągania się akcji pierwszego dnia d-ca GO postanowił przerwać działania na noc, wydając rozkazy do zajęcia stanowisk na osiągniętych miejscach (oczywiście można było dokończyć zamknięcie kotła przed nocą, a następnego dnia zejść z gór, celem rozpoczęcia 2-giej fazy operacji). W nocy banda uciekła”.
Wnosząc ze słów Sidzińskiego, przebieg akcji oceniał on jako porażkę Mossora. Podobną opinię wyraził też Juliusz Hibner. Kozłem ofiarnym niepowodzenia stał się jednak dowódca dywizji KBW, pułkownik Rożkowski, którego odwołano ze stanowiska. Jego miejsce zajął pułkownik Eugeniusz Kuźmicz, dotychczasowy dowódca Wojsk Wewnętrznych w Łódzkiem.
Mizerne rezultaty działań wywołały frustrację również wśród żołnierzy. Starszy strzelec Kowalczyk narzekał: “łazimy i łazimy, szkoda tylko zrobionej drogi, a nie możemy nikogo złapać”. W efekcie w 6. DP “niektórzy poczęli się nawet z niedowierzaniem odnosić do wszelkich wiadomości i informacji o bandach UPA”. By podreperować ducha bojowego, w biuletynie polowym przedstawiono jako bohaterski czyn zabicie przez szeregowych Józefa Kwaśniaka i Szymona Ślimaka czotowego “Zenki”. Opisano też zabicie “Wija” (N.N.) przez strzelca Zydlewskiego i ujęcie przez strzelca Osajdę piętnastoletniego uzbrojonego łącznika. Przyniosło to niewątpliwy efekt. Zdaniem oficerów polityczno-wychowawczych: “Dało się zauważyć u żołnierzy silniejsze jeszcze życzenie zabicia czy schwytania banderowca, by m.in. być umieszczonym w gazetce”. Sam Osajda “po przeczytaniu artykułu o sobie i obejrzeniu swego zdjęcia w gazecie wraz ze schwytanym przez siebie banderowcem powiedział, że dzień ten zaliczy do najpiękniejszych w swoim życiu i że jest najszczęśliwszym z ludzi”.
16 maja 1947 roku w sztabie GO “Wisła” powstało Sprawozdanie z fazy działania GO “Wisła” za okres 24 kwietnia — 15 maja. Oceniano w nim, że “akcja przesiedleńcza od początku rozwija się zupełnie dobrze”, gdyż w jej wyniku z dwunastu stacji załadowczych wysłano 150 transportów. Wywieziono w nich na zachód 50 130 osób, 5532 konie, 11 721 sztuk bydła. Dywizje 6. i 7. całkowicie “oczyściły” swoje rejony działania z “niepewnej ludności”, a dywizja KBW była bliska zakończenia akcji. Wysiedlenia kontynuowały dywizje 8., 9. i 3. W wyrugowanych wioskach na terenie działania Grupy pozostało 35 tysięcy Polaków, których zgrupowano w większych miejscowościach. By zapewnić im dodatkowe bezpieczeństwo (obok ochrony wojska), utworzono 28 nowych posterunków Milicji Obywatelskiej. Ich załogi zostały skompletowane z absolwentów szkół podoficerskich MO.
Gorzej wyglądała sprawa ze zwalczaniem partyzantki. Począwszy od 20 kwietnia, oddziały GO zabiły 63 “bandytów”, schwytały z bronią w ręku 56, a bez broni 17. Spośród 551 aresztowanych 23 zostało oddanych do dyspozycji prokuratora jako “bandyci”. W Oświęcimiu przechwycono kolejnych 17 członków podziemia. Uznano więc, iż łącznie udało się wyeliminować 176 nacjonalistów. Dowództwo Grupy mocno optymistycznie zakładało, że “powyższe rezultaty doprowadziły niewątpliwie do złamania głównego środowiska siły band”. Ale bliższe prawdy było następne zdanie w cytowanym dokumencie: “Nie należy jednak sądzić, że jest to wynik wystarczający”. 17 maja Mossor przedstawił tabelę z wynikami akcji i skonstatował, że “niektóre pułki, jak 4, 5, 30 pp, nie osiągnęły praktycznie biorąc żadnych wyników w tym głównym zadaniu. Dowódcy tych jednostek powinni wstydzić się tych rezultatów, przy czym uprzedzam, że w razie niepoprawienia się tych wyników wystawię im odpowiednią charakterystykę”.
By lepiej koordynować działania wojskowe, postanowiono przenieść sztab Grupy z Sanoka do Rzeszowa. Przeprowadzka trwała trzy dni i od 19 maja sztab GO działał już w nowym miejscu postoju. Jako ostatni do Rzeszowa przeniósł się 21 maja sąd GO “Wisła”, który do tego momentu skazał na karę śmierci dziewiętnastu Ukraińców. 22 maja na rozkaz pułkownika Korczyńskiego skazańcy zostali zawiezieni do lasu koło Lisznej i tam rozstrzelani. Wśród nich była kobieta, łączniczka UPA Rozalia Minko, która przenosiła meldunki i medykamenty dla rannych. Informacje o niektórych egzekucjach były publikowane w gazetach. Pisarka Maria Dąbrowska tak skomentowała je w Dziennikach: “W Sanoku Sąd Wojskowy skazał na śmierć pięciu Ukraińców z UPA «za dążenie do oderwania części ziem wschodnich od Rzeczypospolitej». Koń by się uśmiał. Za oderwanie całych ziem wschodnich zostaje się prezydentem Rzplitej”.