Akcja tworzenia kombinowanych jednostek na papierze mogła wyglądać łatwo, jednak wymagała niemałego wysiłku logistycznego. Dywizje, z których formowano poszczególne oddziały, znajdowały się bowiem w różnych częściach Polski, zatem problem stanowiło nie tylko ich sformowanie, lecz także szybkie przerzucenie, nierzadko dosłownie (jak w wypadku 12. pp, który ze Szczecina przewieziono do Sanoka) na drugi kraniec Polski, co wymagało z reguły parodniowej podróży. Oddziały 8. Dywizji Piechoty przewożono ze Skierniewic i z Łowicza, 6. DP z Chrzanowa i Piotrkowa Trybunalskiego, a 7. DP z Górnego Śląska, ze stacji Tarnowskie Góry. Gdy do tego dodamy 3. DP transportowaną z Zamościa do Lubaczowa oraz żołnierzy KBW pochodzących ze wszystkich jednostek wojewódzkich, możemy zobaczyć, że sprawa wysiedlenia Ukraińców i “mieszańców” także w tym wymiarze nabrała ogólnopolskiego charakteru.
Już w czasie transportu, w wagonach, rozpoczynano intensywną pracę propagandową z żołnierzami. Oficerowie polityczni tłumaczyli im cel i wagę akcji. Było to tym potrzebniejsze, że operacja “Wisła” oznaczała dla części żołnierzy odroczenie demobilizacji, co nie mogło wywoływać entuzjazmu. W propagandzie duży nacisk kładziono na fakt, iż wytępienie UPA “będzie pomszczeniem śmierci generała broni Karola Świerczewskiego”. Odwoływano się jednak, zwłaszcza w 6. DP, również do pamięci o antypolskich czystkach z czasów wojny na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Czytamy: “Walcząc z ukraińskimi bandami, musimy pamiętać, że mścimy śmierć tysięcy rodzin polskich pomordowanych w bestialski sposób przez ukraińskich bandytów”. Ogłoszono też, że wszyscy wyróżniający się w czasie akcji bojowych otrzymają odznaczenia i nagrody pieniężne, zwracając przy tym uwagę, że “to bodaj ostatnia okazja do zdobycia bojowych odznaczeń”. Niewątpliwie taka argumentacja była skuteczna, do żołnierzy przemawiały zwłaszcza nagrody finansowe. Jak powiedział strzelec Wajchert z 7. pułku: “Przydałoby mi się 20 tysięcy zł nagrody, wysłałbym je zaraz do domu”. Tłumacząc żołnierzom konieczność wysiedleń, oficerowie polityczni popadali w pewną sprzeczność. Z jednej strony podkreślali współpracę ludności cywilnej z UPA, z drugiej zaś upominali, by była ona traktowana jak współobywatele, z “umiarem i zdecydowaniem”. Zapowiadano bezwzględne karanie winnych wszelkich rabunków i gwałtów, gdyż “żołnierza polskiego winny cechować godność i poczucie honoru wobec wroga”. W 4. pułku zapowiedzi o ściganiu winnych nadużyć uzasadniano bałamutnie stwierdzeniami, iż operacja nie ma “charakteru akcji karnej”.
Zalecano, aby w pracy propagandowej oficerowie polityczni uwypuklali sukcesy rządu i przede wszystkim “klęskę Mikołajczyka”. Czytamy: “Szczególnie podkreślać i piętnować współpracę band UPA z polskimi bandami faszystowskimi”. Z tego powodu przynajmniej w jednym z pułków piechoty wydano specjalne ulotki, w których pojawiło się wezwanie: “Śmierć bandom UPA i ich pobratymcom naszej rodzimej reakcji, bandom NSZ i WiN”.
Pomimo logistycznych trudności wszystko przebiegało — ku zadowoleniu Mossora — w miarę sprawnie. Od 19 kwietnia kolejne jednostki meldowały się w wyznaczonych miejscach koncentracji i zakładano, że ostatnie dotrą na miejsca postoju do 24 kwietnia do godziny 12.00 (stawiły się ostatecznie z niewielkimi opóźnieniami). Nic dziwnego, że generał pisał do żony w uspokajającym tonie: “Najgorsza robota organizacyjna już poza mną, wszystko się zjeżdża mniej więcej w porządku, tak że teraz lżej”.
19 kwietnia 1947 roku Mossor wspólnie z szefem sztabu, pułkownikiem Chilińskim, oraz zastępcą do spraw politycznych, pułkownikiem Sidzińskim, podpisali rozkaz nr 001 sztabu GO “Wisła”. Rozesłany do wszystkich pułków, trafił do nich zapewne 20 kwietnia, dlatego ten dzień wyznacza początek istnienia Grupy. Warto przypomnieć, że zwyczaj kontrasygnaty rozkazów dowódców przez szefa sztabu i zastępcę do spraw politycznych był wprost zaczerpnięty z Armii Czerwonej i miał jak najbardziej praktyczne zastosowanie: ułatwiał polityczną kontrolę nad żołnierzami. W rozkazie 001 poinformowano, że Grupa została powołana do “a) zniszczenia faszystowskich band UPA” oraz “b) udzielenia pomocy Państwowemu Urzędowi Repatriacyjnemu w przesiedleniu ludności ukraińskiej”. Nakazano w nim, by oddziały zaraz po przybyciu rozlokowywały się w terenie i przystępowały do jego rozpoznania. Miały też nawiązywać łączność z miejscową administracją, milicją i UB i we współpracy z tymi organami tworzyć listy osób do wywózki, równolegle zaś prowadzić działalność wywiadowczą oraz patrolową. W razie napotkania oddziałów UPA należało je ścigać do “ostatecznego zniszczenia, względnie wzięcia do niewoli”.
Po zajęciu kwater żołnierze niemal z marszu przystępowali do działań rozpoznawczych. Na wylotach wsi i rogatkach miast rozstawiano posterunki kontrolne, które dokładnie sprawdzały dokumenty ludności cywilnej. Na całym obszarze wprowadzono godzinę milicyjną od 21.00 do 4.00 rano. Sztaby dywizji przygotowywały plany wysiedlenia w wyznaczonych im dywizyjnych i pułkowych rejonach działania. We współpracy z MO i UB opracowano również “tajny dokładny spis ludności” z uwzględnieniem wykazu przedstawicieli inteligencji ukraińskiej. Tworzono pododdziały do prowadzenia akcji wysiedleńczej oraz ochrony punktów zbiorczych, załadunkowych i odprawianych transportów. Naprawiano też zniszczone mosty i drogi (w czym walnie pomagali saperzy z 5. pułku), budowano lub remontowano przeprawy na rzekach i strumieniach.
Przybycie tak dużej liczby żołnierzy konfundowało zarówno miejscową ludność, jak i członków podziemia. Pojawiły się plotki o mającej nastąpić rychło wojnie. Jak czytamy w jednym z meldunków: “Napływ wojska w teren drąży w umysłach ludności głębokie bruzdy zapełniane rozmaitymi przypuszczeniami, jak wojna z Turcją i Czechami”. Krążyły pogłoski o rychłym konflikcie między Ameryką a Rosją czy o wysiedleniach do ZSRS. Zasadniczo operację udało się jednak utrzymać w tajemnicy — gdy w końcu wysiedlenia się rozpoczęły, ludzie byli nimi autentycznie zaskoczeni.
Operacja miała się rozpocząć 24 kwietnia o świcie. Ale ponieważ niektóre oddziały dopiero dojeżdżały na miejsce koncentracji, a co gorsza, wciąż szwankowało zaopatrzenie, po konsultacji z marszałkiem Rolą-Żymierskim zdecydowano o jej przesunięciu na 26 kwietnia. “Jednak i ten termin — tłumaczył pułkownik Bolesław Sidziński — uległ odroczeniu na skutek uchwycenia całego szeregu nowych ogniw siatki cywilnej”. Ostatecznie po dłuższej naradzie dowództwa GO i po uzgodnieniach z marszałkiem oraz z ministrem Radkiewiczem początek operacji wyznaczono na 28 kwietnia. Jak zauważył Sidziński: “Na fakt ten wpłynęła jeszcze ta okoliczność, że wyłonił się również problem zasiedlenia niektórych opuszczonych terenów przez ludność polską, rozrzuconą dotąd wśród większości ukraińskiej. W sprawie tej odbyły się dnia 25 i 26 bm. konferencje dowództwa GO z sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PPR z Rzeszowa oraz z Powiatowym Sekretarzem PPR w Sanoku”.
Wspomniane wyżej przechwycenie ogniw siatki cywilnej wynikało z nasilonych aresztowań, jakie — niczym przygotowanie artyleryjskie przed frontowym atakiem — przetoczyły się przez tereny operacji. Najpierw 16 kwietnia w Przemyślu aresztowano kilka sióstr zakonnych i pięciu księży greckokatolickich. Trzy dni później razem z dwustoma osobami, nierzadko już skazanymi i odbywającymi wyroki w polskich więzieniach, przekazano ich Sowietom. Aresztanci bynajmniej nie byli członkami podziemia, wystarczyło zatrzymanie pod zarzutem udzielenia wsparcia żywnościowego “bandytom”. Skierowani do ZSRS dostawali tam często nowe wyroki, wielu już nigdy nie zobaczyło rodziny. By zastraszyć ludność i uzyskać odpowiedni efekt propagandowy, 22, 25 i 26 kwietnia wojskowy sąd rejonowy skazał na śmierć dziewiętnastu Ukraińców powiązanych z UPA. Rozstrzelano ich 10 maja.
Od 24 kwietnia do masowych aresztowań prowadzonych na podstawie list proskrypcyjnych UB przystąpiły oddziały wojskowe. Tylko w pasie 1. Dywizji KBW zatrzymano do 27 kwietnia 60 osób, a żołnierze 8. DP aresztowali w tym czasie 132 osoby (z czego 14 w Bóbrce). W sumie ofiarą zatrzymań padło kilkaset osób. Oddzielną grupą zatrzymanych byli ludzie próbujący przedostać się całymi rodzinami z ZSRS do Polski. 8. pułk aresztował w ostatniej dekadzie kwietnia dziewięcioro takich powracających, w tym sześcioosobową rodzinę Dmytro Wasienki, pochodzącą z Czarnego w powiecie Gorlice, a uciekającą z miejsca osiedlenia koło Charkowa.
Gorzej wyglądała sprawa ze zwalczaniem UPA. Pomimo usilnie prowadzonych akcji rozpoznawczo-poszukiwawczych tylko w niektórych wypadkach osiągnięto sukces. Na przykład 10. pułk przechwycił pięcioosobową grupę kurierów, którzy osaczeni, popełnili samobójstwo. Cała dywizja KBW zabiła raptem dwóch członków podziemia. Kolejnych kilku upowców zginęło 23 kwietnia po wykryciu ich przez 26. pułk w stodole w Makowiskach. Tego samego dnia patrol 7. DP wykrył na północ od wsi Płonna bunkier z dwoma członkami podziemia. Jeden z nich zginął, drugi zaś zbiegł lub poddał się. Żołnierze, którzy odnieśli ten sukces (kapral Jan Chmiel i strzelec Kazimierz Jankowski), otrzymali błyskawicznie przyznane srebrne medale “Zasłużonym na Polu Chwały”, wręczone osobiście przez generała Mossora. Wszystkie te akcje przyniosły jednak efekt znikomy i daleki od oczekiwanego. Nieporadność wojska niekiedy była wręcz zabawna. Rzucony z marszu do poszukiwania UPA oddział 12. pułku, gdy tylko zapadł zmrok, “ostrzelał huraganowym ogniem... spore stado dzików”, które pomylono z banderowcami. Ukraińscy partyzanci wobec przewagi wojska nie zdecydowali się na jakiekolwiek działania zaczepne, ograniczając się do manewrowania w terenie w celu uniknięcia przetaczających się obław.
Nic więc dziwnego, że jeśli coś niepokoiło Mossora, to właśnie sprawa likwidacji UPA. Podległe mu oddziały stawiły się na czas, linie zaopatrzeniowe działały, granica z ZSRS wydawała się zabezpieczona, natomiast ukraińskie podziemie pozostawało tajemnicą. Dopiero po przybyciu do Sanoka sztab GO odkrył, że największe siły UPA działają na Pogórzu Przemyskim, nie w Bieszczadach. “Ogólną siłę band” Mossor oceniał “na około 2000 ludzi, doskonale uzbrojonych, wśród których panuje żelazna dyscyplina”. Już akcje rozpoznawcze i pierwsze nieudane poszukiwania uświadomiły mu, że w wyznaczonym czasie nie uda się w pełni zlikwidować oddziałów partyzanckich. Dlatego bardzo szybko zaczął alarmować Warszawę, iż może się to udać dopiero zimą. Zaczął też lobbować na rzecz przedłużenia operacji w czasie oraz rozciągnięcia jej dalej na północ, na kolejne rejony Lubelszczyzny. Gorąco też optował za ściągnięciem na opróżniane tereny nowych osadników. Argumentował przy tym, że zamieszkująca południowo-wschodnie rubieże społeczność polska “nie przedstawia w obecnej chwili wielkiej wartości moralnej”. Jak widać, dowódca GO “Wisła” coraz bardziej dawał się ponieść pokusie zastosowania zasad inżynierii społecznej i dosłownego przeorania przesiedleniami terenów objętych operacją. Kogo jednak chciał wysiedlać?