Wybór Jaworzna na miejsce obozu karnego dla Ukraińców nie był przypadkowy. W czasie drugiej wojny światowej Niemcy stworzyli tam filię KL Auschwitz. Korzystając z istniejącej infrastruktury, polscy komuniści założyli w Jaworznie obóz dla ludności niemieckiej, a później także dla opozycyjnie nastawionej młodzieży. Znalezienie miejsca dla kolejnych kilku tysięcy aresztantów nie wymagało więc większego wysiłku, co choćby ze względu na błyskawiczne tempo przygotowań do operacji było sporym ułatwieniem.
Obóz miał mieć charakter przejściowy i był przeznaczony dla tych Ukraińców, na których padł choćby cień podejrzenia o związki z nacjonalistami. Na stacjach załadowczych brakowało czasu na przeprowadzanie dłuższych śledztw, dlatego potrzebne było miejsce, gdzie specjalna grupa śledcza dokonywałaby bez pośpiechu “operacyjnej obróbki” zatrzymanych. Za osoby podejrzane uznano z góry przedstawicieli ukraińskiej inteligencji, dlatego w obozie znalazło się m.in. 22 księży greckokatolickich i pięciu prawosławnych, 21 nauczycieli, dwóch lekarzy i kierownik kopalni ropy naftowej.
Pierwsza mała grupa więźniów pojawiła się w obozie 9 maja 1947 roku, przysłana tu ze stacji w Oświęcimiu. Pod numerem jeden zapisano Marię Baran z powiatu leskiego. 13 maja grupa MBP pułkownika Grzegorza Korczyńskiego wysłała do Jaworzna z Sanoka pierwszy duży transport liczący 307 zatrzymanych; 21 maja wyruszył kolejny skład, tym razem z 230 ludźmi. Do obozu trafili aresztowani 12 maja na plebanii księdza Hraba w Krakowie, ale też Ukraińcy “odnalezieni” przez UB w Łodzi, Poznaniu, Warszawie, Zakopanem i Gdańsku. Wysłano tam też około 100 mieszkańców spacyfikowanej Wierzbicy oraz zgodnie z rozkazem generała Mossora osoby próbujące powrócić na swoje gospodarstwa z ziem zachodnich. Ogółem przybyło do Jaworzna kilkadziesiąt transportów z terenów akcji. Do 20 września przeszły przez obóz 3682 osoby — 2851 mężczyzn, 809 kobiet i 22 dzieci. W późniejszym czasie do obozu skierowano też 112 upowców wydanych przez władze Czechosłowacji Polsce oraz wybrane osoby próbujące powrócić na swoje gospodarstwa. Ostatecznie więc przez Jaworzno przewinęło się ponad 3800 osób.
Więźniów rozlokowano w studwudziestoosobowych salach zarządzanych przez więźniów funkcyjnych, nierzadko używających przemocy fizycznej. Codziennie rano osadzeni musieli się meldować, a także uprawiać marsze i gimnastykę, zwolnieni z nich byli tylko chorzy i kobiety. Siedmiuset więźniów skierowano do wykonywania prac obozowych — pięciuset pracowało jako krawcy i szewcy, a dwustu zajmowało się budową i naprawą murów, dróg i chodników. Pozostali nie mogli chodzić po obozie. O 18.00 odbywał się wieczorny apel, na którym ponownie liczono więźniów. Zarówno w dzień, jak i w nocy kolejne osoby wzywane były na przesłuchania prowadzone przez specjalną grupę śledczą. We wspomnieniach ludzi, którzy przeszli przez Jaworzno, na plan pierwszy wybijają się dwa skojarzenia: bicie i głód.
Obóz ochraniał pododdział Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a zarządzała nim grupa operacyjna UB przy Centralnym Obozie Pracy Jaworzno (dalej: COP), kierowana przez podporucznika Józefa Bika. Był on doświadczonym oficerem śledczym; wcześniej pracował w WUBP w Gdańsku, gdzie m.in. prowadził dochodzenie przeciwko słynnej sanitariuszce Danucie Siedzikównie “Ince”. Pracami grupy interesował się osobiście dyrektor Departamentu Śledczego MBP, pułkownik Józef Różański, który wielokrotnie bywał w obozie. Co najmniej raz odwiedził go też szef Departamentu III, pułkownik Czaplicki.
12 maja wysłano do obozu siedemnastu kursantów Centralnej Szkoły MBP “celem wszczęcia pracy i rozpracowania elementu ukraińskiego” w COP Jaworzno. Szybko się okazało, że jest ich zbyt mało w stosunku do liczby podejrzanych, dlatego niebawem przysłano jeszcze dwudziestu, a w sierpniu, po interwencji pułkownika Różańskiego, kolejnych trzydziestu oficerów Centralnej Szkoły MBP z Legionowa. Ogółem według Eugeniusza Misiły grupa liczyła siedemdziesięciu sześciu funkcjonariuszy, w tym trzy maszynistki. Z raportu sporządzonego przez podporucznika Bika po czterech miesiącach funkcjonowania obozu dowiadujemy się, że “stosunek ogółu za wyjątkiem kilku do pracy był przychylny — wydawali ze siebie maksimum swych możliwości, uzyskując przy tym bardzo dobre wyniki”.
Grupa operacyjna została podzielona na trzy sekcje. Pierwsza zajmowała się pracą z agenturą, druga prowadziła wstępne przesłuchania, trzecia zaś odpowiadała za śledztwa pogłębione, stosowane wobec osób powiązanych z podziemiem lub szeroko rozumianą “reakcją”. Bik raportował: “Dla utrzymania porządku i nie wprowadzania bałaganu w pracy nad tak wielką masą ludzi zorganizowano sekretariat wraz ze skorowidzami, rejestrami i innymi biurowymi potrzebami, każda osoba została zarejestrowana pod odpowiednim numerem i na każdego podejrzanego założono teczkę śledczą”. Funkcjonariusze prowadzili uważne przesłuchania wszystkich osadzonych, bez wahania używając przy tym przemocy. Więźniów bito i kopano, rażono prądem, polewano zimną wodą, wbijano we wrażliwe miejsca szpilki czy sadzano na nodze od taboretu. Każda z osadzonych osób była przesłuchiwana kilkakrotnie. W krzyżowym ogniu pytań starano się wychwycić wszystkie nieścisłości, a kiedy się pojawiły, dodatkowo wzmagało to wysiłki śledczych. Wobec osób uznanych za winne prowadzono przesłuchania ciągłe. Dotknęło ono na przykład Jana Nestoraka, funkcyjnego SB OUN z powiatu tomaszowskiego, który nie przyznawał się początkowo do winy. Po trzydniowym ciągłym przesłuchaniu, tzw. konwejerze, nie tylko wyjawił informacje na swój temat, lecz także podjął współpracę z UB. W jej efekcie pomógł zidentyfikować w obozie aż 140 współpracowników podziemia, co jednak nie uratowało mu życia. Przewieziony do więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie, 30 października 1947 roku został skazany na śmierć. Wyrok wykonano 2 grudnia o 18.00.
Dla osiągnięcia lepszych wyników w śledztwie funkcjonariusze przymusili do współpracy kilkuset osadzonych. Aż 402 osoby zostały zarejestrowane jako informatorzy UB, kolejnych kilkadziesiąt pełniło funkcję sygnalistów — mieli informować o treści rozmów toczonych w barakach obozowych, próbach buntu i handlu oraz ukrywanych pieniądzach. Dzięki sygnalistom zatrzymanym skonfiskowano 10 dolarów i 3950 złotych. Doniesienia agentów były protokołowane w dwóch kopiach — jedna trafiała do teczki agenta, druga do teczki osoby, na którą składano donos. Ogółem w ciągu czterech miesięcy agenci dostarczyli 7210 doniesień. “W celu — raportował Bik — otrzymania większych korzyści i zachęcenia agentury do pracy, często cennej, agenci otrzymywali papierosy, chleb, konserwy, które spożywali podczas przesłuchiwania ich”. Informatorów, którzy wykazali się największą sprawnością, funkcjonariusze postanowili “wyrzucić w teren”, czyli pozwolić im na osiedlenie się w środowisku ukraińskim na ziemiach zachodnich. Do 20 września wysłano na tereny zamieszkane przez Ukraińców 58 zwerbowanych współpracowników organów bezpieczeństwa (23 do województwa olsztyńskiego, 21 do szczecińskiego, 12 do gdańskiego i 2 do rzeszowskiego).
Długotrwałe i brutalne przesłuchania w połączeniu z doniesieniami agentury przyniosły odpowiednie efekty. Stosunkowo łatwo zdekonspirowano szereg osób powiązanych lub choćby doraźnie pomagających podziemiu. Były one wraz z odpowiednią dokumentacją przekazywane do więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie, gdzie z reguły czekał je proces. Łącznie oddano pod sąd 586 osób (526 do 20 września 1947 roku), wśród nich co najmniej 58 Polaków. Wyroki były surowe, aż 93 osoby skazano na karę śmierci, a 465 (w tym 89 kobiet) otrzymało wyroki więzienia; 28 ludzi uniewinniono od zarzutów. U pozostałych więźniów Jaworzna pomimo okrutnych metod przesłuchiwań nie wykryto żadnych związków z podziemiem. Sam Bik przyznawał, że znakomita większość osadzonych w Jaworznie nigdy nie powinna się tam znaleźć. Czytamy: “Nie wszystkie transporty [...] były odpowiednio klasyfikowane, pracownicy na punktach załadowczych niekiedy bagatelizowali sobie i dla wyzbycia się posyłali do COP-u Jaworzno osoby starsze ponad 60-siąt lat, do tego też chore, co do których nie zdołano zebrać materiałów kompromitujących, są to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Inną część stanowili Polacy, którzy zamieszkiwali na tamtejszych terenach i byli niszczeni przez bandy UP-owskie, w końcu zaś kobiety z dziećmi i kobiety w ciąży. W ostatnim czasie Powiatowe Urzędy Bezpieczeństwa przysyłały osoby, które powróciły z zachodu na tereny wschodnie, między tymi po największej części były kobiety w ciąży i kobiety z dziećmi. Jak ustalono, jechały one specjalnie z powrotem, gdyż uważały, że będąc w odmiennym stanie lub z dzieckiem nie zostaną aresztowane i będą mogły z powrotem mieszkać na wschodnich terenach”.
Obecność dzieci w obozie zirytowała pułkownika Różańskiego, który w efekcie nakazał natychmiastowe zwolnienie ich razem z matkami. Z kolei podporucznik Bik odesłał do Włodawy dziewięć osób przysłanych bezzasadnie w dwóch transportach przez tamtejszy PUBP. Funkcjonariusze zwrócili również uwagę na przypadki okradania osadzonych, stwierdzając, że “nie było wypadku, by w transportach nie było kilku osób, którym brak było pieniędzy, ewentualnie innych przedmiotów”. Zdarzały się też wręcz przestępcze powody wysyłania zatrzymanych do Jaworzna. Jedna z kobiet trafiła do obozu, ponieważ została zgwałcona przez przesłuchującego ją śledczego w Rzeszowie, który postanowił w ten sposób zatrzeć ślady przestępstwa. Inny funkcjonariusz skierował do obozu człowieka tylko po to, by skonfiskować posiadane przezeń aparaty fotograficzne.
Na zakończenie swojej czteromiesięcznej misji Bik zgłosił do wyróżnienia siedemnastu kursantów Centralnej Szkoły MBP. Wśród nich byli m.in. Jan Chachoł i Władysław Długosz, pracujący z “agenturą celną” (czyli zwerbowanymi informatorami donoszącymi na współwięźniów). Czterech kursantów uznał za nienadających się do służby w resorcie z powodu braku zdyscyplinowania i nadużywania alkoholu. Sześciu funkcjonariuszy w czasie pracy trafiło do szpitala; zachorowali oni, jak pieczołowicie wyliczono, na: czerwonkę, tyfus, chorobę żołądka, chorobę płuc, bóle głowy i chorobę weneryczną.
We wrześniu 1947 roku Bik uznał pracę grupy operacyjnej za wykonaną i w raporcie zasugerował zamknięcie obozu. Jak to ujął, “w zależności od otrzymanego rozkazu obóz może być likwidowany”, ponieważ dalsze możliwości rozpracowania podejrzanych są “bardzo małe” (uznawał, że właściwie wszyscy więźniowie zostali rozpracowani). Tak się jednak nie stało. Być może dlatego, że — jak przyznał sam Bik — z pracy ukraińskich więźniów (krawieckiej i szewskiej) niezwykle zadowolony był komendant COP, major Kwiatkowski. Jak czytamy, “w rozmowach z majorem Kwiatkowskim nie słyszy się nic innego jak chęć zatrzymania w obozie chociażby 1000 Ukraińców, tym bardziej że element ten jest bardziej wydatny w pracy od Niemców, z powodu posłuszeństwa i większej dyscypliny”.
Jakkolwiek było, MBP nie podzieliło opinii podporucznika Bika. Podobóz ukraiński w COP Jaworzno w dalszym ciągu funkcjonował, choć poczynania następców Bika potwierdziły słuszność jego wniosków. Za drutami nie było już członków i współpracowników UPA, tylko ludzie niesłusznie podejrzewani, których odizolowanie nie miało już żadnego uzasadnienia. Co gorsza, jesienią wraz z deszczami i ochłodzeniem gwałtownie pogorszyły się warunki zdrowotne więźniów. To wtedy właśnie zaczęła się największa fala przypadków śmiertelnych. Podczas gdy do września zmarło w obozie 8 osób, to do początku roku 1948 liczba ofiar śmiertelnych wzrosła do 160.
By ratować sytuację, od grudnia 1947 roku zaczęto zwalniać pierwszych przetrzymywanych. Specjalnymi transportami pod ochroną żołnierzy KBW przewożono ich na Ziemie Odzyskane śladem wysiedlonych rodzin. Informacje o każdym z aresztowanych przekazywano do lokalnych PUBP, by czuwały nad przestrzeganiem przez nich socjalistycznej praworządności. Do marca 1948 roku uwolniono prawie 3 tysiące osób. W czerwcu 1948 roku w obozie pozostało już tylko kilkadziesiąt osób, głównie greckokatoliccy księża i nauczyciele. Zwalnianie pozostałych trwało przez następny rok. Ostatnia grupa osadzonych, złożona z księży greckokatolickich, wyszła na wolność w pierwszych miesiącach 1949 roku.