Koniec podróży kojarzy się najczęściej z odpoczynkiem i odzyskaniem codziennego, bezpiecznego świata. Ta zasada nie dotyczyła wysiedleńców z akcji “Wisła”, którzy na Ziemiach Odzyskanych z dnia na dzień wbrew swojej woli stali się osiedleńcami. Już sam proces wskazywania nowego miejsca zamieszkania, rozciągnięty w czasie i pełen nerwowej niepewności, nie stwarzał okazji do oddechu. Gorzej, że widok, jaki wysiedleni mogli zobaczyć u kresu drogi, często przyprawiał wprost o rozpacz.
Domy, które otrzymali, okazały się najczęściej zdewastowane, z dziurawymi dachami, oknami zabitymi deskami, pozbawione szyb, pieców, kominów, nie mówiąc już o meblach. Niekiedy były w tak złym stanie, że osiedleńcy przenosili się do okolicznych poniemieckich bunkrów, ponieważ te dawały lepsze schronienie przed deszczem i chłodem.
Siedemdziesięcioczteroletni Wasyl Ksenicz został wyrzucony z gospodarstwa liczącego 10 hektarów pól uprawnych i 4 hektary lasu w Świątkowej w powiecie Jasło, które zakupił za pieniądze zarobione w USA. Po przesiedleniu do Dolnej Wrończy koło Wąsoszy został jako starzec (a więc osoba dla władz mało przydatna) osadzony w zabudowaniach dworskich, “gdzie ni ma ni pieca ni drzwi ni okien ja dzisiaj na muj starszy wiek poniewieram się po pustych i rozbitych murach tam Pozostawiłem wszystko obsiane i obsadzone, a tu nie mam co do Ust włożyć” (błędy w oryginale — G.M.). Swoją sytuację opisał w liście do prezydenta Bieruta, którego prosił o zgodę na powrót do domu. Bo przecież, uzasadniał Ksenicz, “nie byłem przeciwnikiem dla Polski”. Podobnych listów ze skargami wysyłanymi przez wysiedleńców do władz powstały na przełomie lat 1947 i 1948 tysiące.
Władze oceniały, że remontu potrzebuje większość przydzielonych wysiedleńcom budynków, a w województwie gdańskim właściwie wszystkie. W województwie olsztyńskim z 14 tysięcy gospodarstw remontu wymagało około 10 tysięcy. W powiecie Człuchów na 1662 gospodarstwa zajęte przez osadników z akcji “W” aż 1608 było zniszczonych (1037 potrzebowało remontu budynków mieszkalnych, a 571 odbudowy zagród).
Zły stan obejść otrzymywanych przez wysiedleńców tłumaczy się najczęściej faktem, że najlepsze gospodarstwa poniemieckie zostały już wcześniej zajęte przez osadników, a pozostałe rozszabrowane. Widoczna w licznych podaniach, listach i sprawozdaniach powtarzalność informacji o przekazywaniu zdewastowanych gospodarstw jest jednak zaskakująco jednorodna i przez to mimo wszystko dziwi. Przecież dokładnie w tym samym czasie za Odrę jechały transporty z dziesiątkami tysięcy wysiedlanych Niemców. Trudno uwierzyć, by pozostawione przez nich gospodarstwa były gremialnie w tak złym stanie, jak to opisywali osadnicy z akcji “W”. Warto więc zadać pytanie, czy takie postępowanie nie było przypadkiem celowym zabiegiem władz? Wszak przekazanie wysiedleńcom najgorszych gospodarstw podkreślałoby represyjny charakter akcji, a praca, jaką mieliby wykonać w celu ich wyremontowania, byłaby karą za prawdziwe lub domniemane popieranie podziemia nacjonalistycznego. Takie postępowanie mieściło się całkowicie w logice stalinowskiego kierownictwa Polski Ludowej. Faktem mogącym potwierdzać taką hipotezę jest pismo naczelnika wydziału osiedleńczego w województwie szczecińskim, A. Chorzewskiego, który 23 czerwca 1947 roku, instruując podwładnych, jak kierować strumieniem wysiedleńców z kolejnej fali transportów, zalecił: “Rolnicy z inwentarzem na gosp. indywidualne (zniszczone)” (podkreślenie G.M.). Trudno uwierzyć, by taki dopisek był inicjatywą osobistą szeregowego urzędnika administracji wojewódzkiej. Zapewne odzwierciedlał on co najmniej stanowisko szczecińskiego Urzędu Wojewódzkiego, a najpewniej Chorzewski zbyt szybkim pociągnięciem pióra zdradził zamysły władz centralnych. Jeśli byłoby inaczej, to doniesienia z innych województw w tym punkcie wyraźnie różniłyby się od siebie, a tak nie jest.
Inna rzecz, że administracja miała spory kłopot ze znalezieniem odpowiedniej liczby gospodarstw na obszarach mogących zgodnie z instrukcjami przyjąć osiedleńców. W przekazywanych administracji zaleceniach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wyraźnie mówiono, aby Ukraińców nie osiedlać w pasie o szerokości 50 kilometrów biegnącym wzdłuż granic państwowych oraz 30 kilometrów od granic morskich, a także 30 kilometrów od miast wojewódzkich. Zastrzeżono też, że w jednej wsi można osiedlić tylko pięć, a w szczególnych sytuacjach dziesięć rodzin ukraińskich. Tyle że instrukcje dochodziły do lokalnej administracji często z opóźnieniem, już po rozprowadzeniu części transportów...
Co ciekawe, władze PPR szybko dostrzegły problem zbyt zagęszczonego osadzania Ukraińców. Już 3 lipca w trakcie obrad Biura Politycznego PPR, jak czytamy w protokole, “towarzysz Radkiewicz zwrócił uwagę na niebezpieczną praktykę skupiania rodzin ukraińskich przy przesiedlaniu. W związku z tym obserwuje się ucieczki, powroty na stare miejsca zamieszkania itd.”. Po dyskusji członkowie Biura ustalili, że “skupianie rodzin ukraińskich nie może przekraczać 10% w stosunku do ludności miejscowej”. Zdawano sobie przy tym dobrze sprawę z ciężkiego położenia wysiedleńców. Zaraz po referacie Radkiewicza padł bowiem wniosek samego Bieruta, by Prezydium Rady Ministrów przyznało osiedleńcom kredyty budowlane “jako akcję pomocy państwa dla przesiedlonych”. Możemy być pewni, że wniosek Bieruta był uzgodniony z Cyrankiewiczem i wynikał ze świadomości trudnej sytuacji Ukraińców.
Już po posiedzeniu Biura Politycznego minister Radkiewicz, działając najwyraźniej zgodnie z przyjętymi tam ustaleniami, w szyfrogramie skierowanym do poszczególnych województw tłumaczył: “MBP biorąc pod uwagę istniejące pod tym względem trudności może zgodzić się na zachowanie stosunków: 10% ukraińskich rodzin na każde poszczególne osiedle, wieś, to maksymalna granica”. Podkreślił, że MBP sprzeciwia się praktyce, by były osiedla, gdzie “lokuje się po kilkadziesiąt rodzin ukraińskich, gdy obok nie” [cytat urwany — przyp. red.]. Zalecił zachowywanie pasów bezpieczeństwa wzdłuż granic państwowych. Należało też pamiętać: “Między przesiedleńcami nie mogą znajdować się inteligenci (księża, adwokaci, urzędnicy)”.
Zagęszczenie w poszczególnych województwach i powiatach wynikało po części ze zbyt późnego dotarcia do administracji odpowiednich instrukcji z MBP. Pospiesznie osadzając kolejne transporty przyjeżdżających, dbano przede wszystkim o to, aby na gospodarstwa indywidualne kierować ludzi posiadających inwentarz żywy, zwłaszcza konie. Część rodzin lokowano po dwie lub trzy na jednym gospodarstwie, tłocząc je w jednym budynku. Natomiast tych, którzy nie mieli ze sobą żadnego inwentarza, przekazywano do pracy w majątkach Państwowych Nieruchomości Ziemskich (dalej: PNZ; odpowiednik późniejszych Państwowych Gospodarstw Rolnych). W województwie olsztyńskim, jak oceniano, do pracy w PNZ trafiło 10% osiedleńców. Podobnie wyglądało to zapewne w innych województwach, przynajmniej początkowo. Próbując w miarę szybko rozwieźć wysiedleńców, nie dbano o zachowanie odpowiednich procentów liczbowych, często zresztą o nich nie wiedziano. Ludzi kierowano więc, zwłaszcza w powiatach niecieszących się popularnością wśród zwykłych osadników, tam, gdzie to tylko było możliwe.
Lipcowy telefonogram Radkiewicza wymusił na administracji dokonanie przeglądu sytuacji. Dane napływające ze wszystkich województw mówiły o dużym zagęszczeniu osiedleńców. Administracja i WUBP w Gdańsku oraz Olsztynie nie otrzymały instrukcji o pasie przygranicznym, więc siłą rzeczy ich nie wykonały. W rezultacie wielu Ukraińców trafiło na pogranicze z dzisiejszym obwodem kaliningradzkim. Do powiatu Węgorzewo wysłano 7427 osób, tymczasem mieszkało tam dotąd raptem 7798 ludzi, z czego 1100 Niemców. W rezultacie alarmowano, że “ludność polska znalazła się tam faktycznie w mniejszości”. W kolejnych dwóch graniczących z ZSRS powiatach Braniewo i Bartoszyce osiedlono bez mała 10 tysięcy Ukraińców. Prawie 6 tysięcy trafiło też do powiatu Pasłęk. W powiecie Malbork osiedlono w gminach wiejskich 14% Ukraińców. W województwie szczecińskim do niezbyt atrakcyjnego dla osadnictwa powiatu człuchowskiego administracja skierowała 6980 wysiedleńców, którzy w rezultacie stanowili 27,3% wszystkich mieszkańców.
Pouczenia MBP o konieczności zachowania stosunku 10% sprawiły, że zaczęto nerwowo dokonywać wewnętrznych wysiedleń. W powiecie Drawsko przybyli w pierwszej fali osadnicy zaczęli się zagospodarowywać, uporządkowali w miarę możności obejścia, zasadzili ziemniaki, tymczasem władze nieoczekiwanie przesiedliły 34 rodziny “do innej wsi, w której zresztą nie było już wolnych gospodarstw”. Możemy się tylko domyślać, że na pozostałych rodzinach wieść o tym zrobiła przygnębiające wrażenie, zniechęcając je do jakiejkolwiek pracy na nowych gospodarstwach.
W sierpniu 1947 roku z województwa olsztyńskiego przesłano raport, z którego wynikało, że jeśli trzymać się dalej ściśle instrukcji MBP, to może w nim pozostać raptem 20 tysięcy wysiedleńców, pozostałe 35 tysięcy należałoby zaś przenieść do innych województw. W tej sytuacji władze zmieniły w listopadzie instrukcje osiedleńcze, zmniejszając wyraźnie szerokość pasów bezpieczeństwa. Odtąd nie wolno było osiedlać Ukraińców w pasie o szerokości 30 kilometrów biegnącym wzdłuż granic państwowych, 10 kilometrów od granic morskich i 10 kilometrów wokół miast wojewódzkich. Co istotne, ograniczenia te nie dotyczyły granicy z ZSRS. Najwyraźniej pod wrażeniem otrzymanych danych liczbowych postanowiono zminimalizować wysiedlenia wewnętrzne i poddać je scentralizowanej kontroli.
Jak pamiętamy, obok zbytniego zagęszczenia ludności ukraińskiej kierownictwo PPR już w lipcu zaniepokoiły pojawiające się informacje o powrotach na ziemie rodzinne. Wysiedleńcy nie tracili bowiem nadziei na powrót. Liczono, że po zniszczeniu podziemia i zakończeniu operacji wojskowej władze “przymkną oko” na przyjeżdżających z powrotem. Do podjęcia ryzyka związanego z próbą powrotu skłaniała również chęć przywiezienia pozostawionego dobytku, a zwłaszcza zboża. Dla rolników uprawiających swoje pola z dziada pradziada świadomość pozostawienia na polach dojrzewającego zboża była czymś nieznośnym, wręcz niemoralnym. Wielu ludzi chciało więc pojechać do domu, by zebrać plony, a potem wrócić na miejsce osadzenia. Z pewnością jednak, gdyby okazało się to możliwe, chętnie pozostaliby na starych śmieciach. Niektórzy z powracających nie pytali nikogo o zgodę, większość jednak, chcąc się zabezpieczyć przed konsekwencjami, występowała z odpowiednimi podaniami indywidualnymi lub zbiorowymi. W rezultacie urzędy na Ziemiach Odzyskanych latem 1947 roku zostały zalane tysiącami listów, podań i petycji. Nierzadko składano je osobiście na ręce urzędników, a ci, kierowani zwykłym ludzkim odruchem, wyrażali zgodę na wyjazd w strony rodzinne po pozostawiony dobytek. Urzędnicy nie widzieli w tym nic złego, traktując to jako naturalny, humanitarny gest, zwłaszcza wobec biednych, zagubionych lub zasłużonych ludzi. Tym samym jednak godzili w podstawy przyjętego przez PPR planu. Powracający choćby tylko na chwilę wysiedleńcy stwarzali bowiem u polskiej ludności pogranicza wrażenie, że akcja “Wisła” za chwilę się zakończy i wysiedleńcy zaczną wracać.
Zapewne właśnie z lipcową naradą Biura Politycznego należy łączyć wydanie przez generała Mossora rozkazu o bezlitosnym wysyłaniu do Jaworzna wszystkich powracających do domu. Z kolei do urzędów administracyjnych skierowano instrukcje nakazujące odrzucanie z miejsca wszystkich podań wysiedleńców. Latem 1947 roku Stefan Kosior, naczelnik wydziału społeczno-politycznego w szczecińskim Urzędzie Wojewódzkim, poinstruował w specjalnym piśmie urzędników, że “przesiedleńcy akcji «W» jest to mniejszość narodowa ukraińska i mieszana, których pobyt z uwagi na dobro ogólne Państwa na terenie województw wschodnich jest nie pożądany”. Dlatego też zgłaszane przez nich “podania [...] są bezcelowe i że wszystkie są załatwiane odmownie”. Zaapelował, by urzędnicy starostw nie wywoływali błędnego wrażenia, jakoby dobre zachowanie osiedleńców mogło im w przyszłości umożliwić ewentualny powrót. Urzędnicy, którzy udzielali zgody na powrót, byli poddawani kontrolom i karani. Starosta powiatowy w Iławie wydał na przykład pewną liczbę przepustek na wyjazd w strony rodzinne. Wysiedleńcy, zamiast na ich podstawie spróbować powrócić do domu, skierowali swoje kroki na posterunek milicji w celu potwierdzenia otrzymanej zgody. Tu jednak natychmiast dokumenty anulowano, a wobec starosty wytoczono postępowanie sprawdzające. Nie wiadomo, jakim wnioskiem się ono zakończyło, jednak w niektórych przypadkach dochodziło do dymisji urzędników. Stało się tak na przykład ze starostą w Górowie Iławeckim, który wydał przepustkę, ulegając prośbie zdemobilizowanego i odznaczonego żołnierza Wojska Polskiego. Jesienią wprost już informowano, że zgoda na zmianę miejsca pobytu należy do wyłącznej kompetencji UB i do tej instytucji powinny być kierowane podania.
Choć Biuro Polityczne PPR pomysł przyznania kredytów mieszkaniowych wysiedleńcom zaakceptowało już 3 lipca, to na szczeblu rządowym odpowiednia decyzja zapadła dopiero 19 września. Osiedleńcy mogli otrzymać kredyt inwestycyjny w wysokości 20 tysięcy złotych na jedną rodzinę, oprocentowany na 5% w skali roku. Liczba osób występujących o podobny kredyt była niewielka, gdyż obawiano się, by jego otrzymanie nie zablokowało możliwości powrotu w rodzinne strony. Lękano się też konsekwencji zadłużenia w wypadku niemożności spłaty długu. W październiku 1947 roku wobec braku zainteresowania pożyczkami rząd przeznaczył dla osiedleńców sumę 315 milionów złotych na korzystniejsze dla pożyczkobiorców kredyty skarbowe. Jak ocenia Aldona Chojnowska: “Choć przytaczane liczby wydają się imponujące, [...] w rzeczywistości pieniądze nie były duże, a ich wydatkowanie nasuwało wiele wątpliwości”. Maksymalna kwota pomocy wynosiła bowiem 30 tysięcy złotych na rodzinę i rzadko była przyznawana w całości. Według ustaleń Igora Hałagidy: “Większość musiała zadowolić się sumą około trzykrotnie mniejszą”. W dodatku kredyt nie był wypłacany w gotówce, lecz wyceniano przekazane materiały budowlane, ich przewóz oraz pracę wynajętych i opłacanych przez państwo robotników. Z powodu powolnego przekazywania środków rodzinom rzeczywiste prace remontowe mogły zostać podjęte najczęściej dopiero w listopadzie. Skromność kredytów sprawiała, że tym szczęśliwcom, którzy je otrzymali, remontowano jedynie część mieszkania: dachy, kuchnię i jeden czy dwa pokoje oraz drzwi wejściowe. Pozostałe prace musieli wykonać sami domownicy. Według wyliczeń Chojnowskiej do grudnia 1947 roku na 10 tysięcy potrzebujących remontu gospodarstw w województwie olsztyńskim wykonano ważniejsze prace w 2500, a z 10 500 w województwie szczecińskim wyremontowano ledwie ponad 700. W gdańskim nie wyremontowano żadnego, natomiast w poznańskim z 1300 prawie 500, co należy uznać za sukces.
Osadzeni na gospodarstwach indywidualnych otrzymywali od 10 do 20 hektarów ziemi, często jednak, zwłaszcza w Zachodniopomorskiem, kiepskiej kategorii (V i VI), od dawna nieuprawianej i zachwaszczonej, z pozostałościami po wojnie w postaci niewybuchów. Mimo to w nieco dłuższej perspektywie znaleźli się oni w lepszym położeniu niż skierowani do majątków państwowych. Gospodarowali bowiem na swoim, z poczuciem, że od ich pracowitości oraz przedsiębiorczości zależy poziom materialny życia ich rodzin.
Niemniej w pierwszych miesiącach po przyjeździe to osadzeni w majątkach państwowych byli w nieco lepszej sytuacji, ponieważ otrzymawszy pracę, dostawali też lepszą lub gorszą pensję, która pozwalała im przetrwać. Jesienią zaczęto się zgłaszać do pracy w majątkach — w województwie szczecińskim w 1948 roku w PNZ pracowało 14 700 Ukraińców. Jeśli chodzi o rolników, to musieli się dopiero zająć uprawą roli i najbliższe plony mogli zebrać za kilka miesięcy. Pół biedy, jeśli ktoś przyjechał na Ziemie Odzyskane w pierwszej, majowej fali transportów. Jeżeli się postarał, miał szansę przynajmniej zasadzić ziemniaki i jesienią zrobić wykopki. Osoby docierające w transportach w czerwcu, już nie mówiąc o lipcu, takiej szansy były pozbawione. Nawet materiał siewny był im przekazywany przez państwo na kredyt, z koniecznością jego spłacenia, co, biorąc pod uwagę skonfiskowane zapasy zboża i ziemniaków na ziemi rodzinnej, osiedleńcy musieli odbierać jako niesprawiedliwość. Najgorsze, że zimą przełomu lat 1947 i 1948 wielu rodzinom nowych osadników zajrzał w oczy głód.
Żywności brakowało od początku. Wysiedleńcy przyjeżdżali z małymi zapasami (większość i tak zjadali w podróży). Po dotarciu na miejsce niejedna rodzina musiała sprzedać krowę lub konia, by za uzyskane środki móc kupić artykuły żywnościowe, które najczęściej i tak nie starczały na dłuższy czas. Jesienią sytuacja niemal wszędzie wyglądała tak jak w powiecie gryfickim, gdzie na 417 przybyłych rodzin aż 314 nie posiadało kartofli ani ziarna na przetrwanie zimy. Na domiar złego z każdym tygodniem sytuacja się pogarszała. Z głodu gotowano na przykład czyr, czyli wywar z koniczyny zrywanej na nieużytkach. Informacje o biedzie czy wręcz nędzy części wysiedleńców napływały właściwie ze wszystkich powiatów.
Biuro Polityczne PPR po raz kolejny poruszyło sprawę sytuacji polskich Ukraińców 27 listopada, uznając, “że obecnie już należy w stosunku do nich zmniejszyć nacisk”. Pod tym enigmatycznym zdaniem nie kryła się raczej chęć złagodzenia polityki narodowościowej, skoro równolegle podjęto decyzję o zorganizowaniu procesu zabójców generała Świerczewskiego. Zapewne kierownictwo PPR otworzyło w ten sposób furtkę dla organizowania pomocy głodującej ludności. Obok pewnego przyspieszenia prowadzonych prac remontowych zaczęto pomagać wysiedleńcom, przekazując jednorazową zapomogę w wysokości 300 złotych, kartki żywnościowe, niewielkie porcje żywności i zboża, rozprowadzano też specjalne karty Rol, za które otrzymywano towary w sklepach.
I ta pomoc państwa szybko okazała się niewystarczająca. Jeden z osiedleńców wspominał: “Przed świętami Bożego Narodzenia [przyznano nam] po 20 kg mąki kukurydzianej na rodzinę, ale nikt jej nie jadł, bo była stęchła, gorzka i skarmiliśmy ją kurom”. By zdobyć pożywienie, przesiedleńcy ukraińscy zostali zmuszeni do pracy u polskich osadników. Wysokość zapłaty zależała od pracodawcy, niemniej normalną stawką za dzień pracy w polu lub w obejściu było wiadro ziemniaków lub mleka. We wsi Rozwory za cały dzień pracy osadnicy ukraińscy otrzymywali kilogram mąki i paczkę zapałek.
Praca w zimnie na powietrzu często prowadziła u osłabionych niedożywieniem i źle ubranych ludzi do przeziębień, co w ówczesnych warunkach mogło prowadzić nawet do śmierci. W wielu powiatach pojawiły się liczne zachorowania, ale z braku środków finansowych osiedleńcy nie zgłaszali się do lekarza. Zwrot “śmierć za wiadro mleka” w uszach rodzin przesiedleńców nie jest bynajmniej żartem, lecz bolesnym wspomnieniem.
Igor Hałagida dość wstrzemięźliwie konkluduje: “Zima 1947/1948 r. była stosunkowo łagodna, jednak dla osiedleńców ukraińskich okazała się okresem niezwykle ciężkim”. Dodajmy: gdyby zima była tak surowa jak ta zrywająca mosty na Wiśle rok wcześniej, sytuacja wysiedleńców stałaby się krytyczna. Te pierwsze miesiące przymusowego osadzenia pozostały w pamięci wysiedleńców jako czas głodu. Kilkuletni Jan S., chcąc przytłumić ssanie w brzuchu, jadł nasiona buka. Jedzenie ich na pusty żołądek z powodu narkotycznych właściwości zawartej w nich faginy wywołuje halucynacje. Wielokrotnie później opowiadał, jak podczas powrotu ze szkoły na jednym z zakrętów przydrożny kamień wydał mu się chlebem...