11. Działania Grupy MBP. Zeznania Hamiwki

Podczas zorganizowanego 20 maja spotkania Państwowego Komitetu Bezpieczeństwa odpowiedzialność za niepowodzenia w walce z UPA zrzucono na generała Mossora. Nie było to do końca sprawiedliwe, gdyż zdawano sobie sprawę, że nieuchwytność partyzantki wynika w dużej mierze z braku rozpracowania wywiadowczego, a za nie odpowiedzialny był Urząd Bezpieczeństwa.

Co prawda, Grupa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, która w kwietniu zainstalowała się w Sanoku, formalnie podlegała Mossorowi, lecz faktycznie działała w dużej mierze niezależnie. Była złożona z funkcjonariuszy pościąganych z całej Polski. Kierował nią pułkownik Grzegorz Korczyński, uczestnik wojny domowej w Hiszpanii, w czasie wojny dowódca oddziału partyzanckiego Gwardii Ludowej. Od 1945 roku Korczyński sprawował funkcję zastępcy szefa MBP, trudno więc uznać, by był postacią mało istotną — wprost przeciwnie, w hierarchii PPR stał zdecydowanie wyżej niż Mossor. Podlegało mu bezpośrednio 28 funkcjonariuszy zainstalowanych w Sanoku. Zgodnie z instrukcją Korczyńskiego z 25 kwietnia mieli oni pracować od 8.00 do 20.00, z dwugodzinną przerwą na obiad. Codziennie o 19.00 sprawozdanie z pracy grupy wysyłano do MBP w Warszawie.

Kolejnych 55 funkcjonariuszy zostało przydzielonych do poszczególnych jednostek, gdzie odpowiadali za prowadzenie działań specjalnych na ich terenach operacyjnych. Mossor dopiero po przybyciu na Podkarpacie zorientował się, że największe skupisko oddziałów UPA jest nie w Bieszczadach, lecz w rejonie Przemyśla. Dlatego skierowano tam specjalną grupę operacyjną UB dowodzoną przez majora Bronisława Wróblewskiego. Ten były aktor teatru w Mińsku, komsomolec, zmobilizowany w czasie wojny do Armii Czerwonej, został skierowany do 1. Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki. W 1944 roku przeszedł kurs NKWD w Kujbyszewie i trafił do UB. Szybko dał się poznać jako funkcjonariusz “stanowczy, pełen inicjatywy”, a “w walkach bohaterski i odważny”. Do długiej listy sukcesów w lutym 1947 roku dołożył kolejny: osobiście kierował operacją likwidacji oddziału Józefa Kurasia “Ognia”, zakończoną śmiercią tego legendarnego na Podhalu dowódcy. Wróblewski jeszcze bardziej niż Sajko przejawiał skłonność do przemocy seksualnej.

Operacja “Wisła” miała na tyle szeroki przebieg, że wymagała osobistego zaangażowania wojewódzkich szefów UB, którzy musieli elastycznie dobierać ludzi i środki do zmieniającej się sytuacji. W Rzeszowie szefem WUBP był przedwojenny komunista, podpułkownik Teodor Duda, nawet jak na stalinowskie standardy charakteryzujący się małą subtelnością. Na jego tle zdecydowanie lepiej wyglądał szef lubelskiej bezpieki, major Jan Tataj, słynący z pomysłowości w zwalczaniu podziemia. Niepoślednią rolę mieli też odegrać szefowie UB w tych województwach, do których kierowano osiedleńców. W województwie olsztyńskim kimś takim był podpułkownik Henryk Palka, a w szczecińskim podpułkownik Józef Mrozek, obaj komuniści z przedwojennym stażem. Palka przeszedł specjalny kurs w Kujbyszewie. Mrozek trafił w czasie wojny do obozu koncentracyjnego. Do tej dwójki z czasem dołączyć mieli kolejni kujbyszewiacy: podpułkownik Faustyn Grzybowski, szef wrocławskiego WUBP, oraz kierujący w tym województwie Wydziałem III porucznik Aleksander Majkowski.

Nad całością działań specjalnych czuwał z Warszawy szef Departamentu III MBP, podpułkownik Józef Czaplicki, nadzorujący zwalczanie ukraińskiego nacjonalizmu w skali kraju. Również on był zdeklarowanym przedwojennym komunistą, którego w klasie maturalnej za przekonania i organizację strajków wyrzucono ze szkoły. W Drugiej Rzeczypospolitej odsiedział paroletni wyrok w różnych więzieniach, a po upadku Polski znalazł się w Białymstoku. W 1941 roku przyjęto go do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) — WKP(b). Po uderzeniu Niemiec na ZSRS najpierw walczył w partyzantce, później zaś został skierowany do szeregów Wojska Polskiego, skąd trafił do UB. Od 1946 roku sprawował kolejne ważne i wymagające partyjnego zaufania funkcje w resorcie bezpieczeństwa. W działaniach wobec podziemia był tyleż sprawny, co bezwzględny. I to właśnie Czaplicki 25 kwietnia 1947 roku podpisał dwie instrukcje: jedną w sprawie rozmieszczania wysiedlanych Ukraińców, drugą odnośnie do zwalczania OUN, a faktycznie rozpracowywania wszelkich pozostałych Ukraińców.

Podwładni pułkownika Korczyńskiego dwoili się i troili, jednak w pierwszych tygodniach operacji podziemie wciąż pozostawało tajemnicą. Błędem jest jednak postrzeganie rzeczywistości jako czegoś statycznego. W ręce wojska i UB trafiali szeregowi członkowie podziemia ukraińskiego; niektórzy z nich byli dezerterami, siłą rzeczy zdystansowanymi wobec UPA. Choć nie wiedzieli zbyt wiele, to i tak z każdym przesłuchaniem wiedza UB poszerzała się i było tylko kwestią czasu, kiedy przyniesie owoce.

Jeden z takich dezerterów przekazał informację o współpracy z podziemiem greckokatolickiego księdza Andrzeja Hozy vel Michała Kaczmaryka. Okazało się to cennym tropem, gdyż na przesłuchaniu w PUBP Sanok ksiądz Hoza wskazał bunkier, w którym mogli się ukrywać przywódcy podziemia na Pogórzu Przemyskim. Zorganizowana natychmiast akcja z udziałem samego Mossora nie dała efektów, mieszkańcy bunkra w ostatniej chwili zdołali umknąć. WP i UB straciły okazję dopadnięcia samego Wasyla Hałasy “Orłana”, członka centralnego kierownictwa podziemia ukraińskiego w Polsce. Po nieudanej akcji ksiądz Hoza został przewieziony do Rzeszowa. W czasie śledztwa wskazał księdza Stepana Hraba, proboszcza parafii św. Norberta przy ul. Wiślnej w Krakowie, jako sympatyka podziemia. 12 maja 1947 roku ubecy wtargnęli na krakowską plebanię, aresztowali wszystkie przebywające tam osoby i urządzili kilkudniowy kocioł. Parafia niosła pomoc greckokatolickim uchodźcom, więc liczba zatrzymanych szybko wzrosła do ponad trzydziestu. Wśród schwytanych była Maria Sawczyn, kurierka OUN i zarazem żona “Orłana”. Początkowo nie została rozpoznana, choćby dlatego, że była z malutkim synkiem. Po paru dniach udało się jej zmylić czujność funkcjonariuszy i zbiegła przez okno, skacząc z dużej wysokości. Dotarła z powrotem w Przemyskie, ale swojego syna nie zobaczyła już nigdy.

Ucieczka Sawczyn, która posiadała ogromną wiedzę na temat podziemia, ograniczyła krakowski sukces UB do minimum. Funkcjonariuszom pozostało cieszyć się, że zamknęli kanał ucieczki prowadzący z Krakowa do greckokatolickiej parafii w Pradze (jej proboszcza już w lutym 1947 roku aresztowały jednak czechosłowackie służby bezpieczeństwa). Zeznania księdza Hraba przyniosły natomiast ciekawe informacje na temat wsparcia udzielanego Cerkwi greckokatolickiej przez papieża Piusa XII oraz prymasów Hlonda i Wyszyńskiego. Przed oczyma stalinowskich śledczych utworzył się obraz siatki szpiegowskiej sterowanej z Watykanu, w której istotną “reakcyjną” rolę odgrywał greckokatolicki klasztor Bazylianów w Warszawie, z jego przeorem, ojcem Pawłem Puszkarskim, na czele. Choć w uszach stalinowskich marksistów brzmiało to zapewne fascynująco, na tym etapie śledztwa ubecy nie zdecydowali się na wykorzystanie tej wiedzy, stało się to dopiero parę lat później. Zeznania księdza Hraba i księdza Hozy uznano za cenne na tyle, że obaj niebawem zostali wydani władzom sowieckim.

Funkcjonariusze UB intensywnie pracowali również na stacjach załadowczych. Przesłuchiwano tam wszystkich podejrzanych, co zresztą wpływało na opóźnienia niektórych transportów. Zgodnie z instrukcjami wysiedleńcom przyznawano kategorie A, B lub C. Mówiły one o tym, czy ludzi z danego transportu można osadzić grupowo w jednej miejscowości, czy też należy kierować do wiosek pojedyncze rodziny. Przesłuchania i przydzielanie kategorii były pracą dość męczącą, szybko więc zaczęło brakować czasu na odpowiednią “obróbkę” przesłuchiwanych osób, a później nawet na odpowiednią kwalifikację wysiedlanych. Skarżono się na zjawisko “niezbyt poważnego podejścia do pracy większości delegatów UB przy PPZ. Poprzestają oni bardzo często na podaniu procentowym ludności w grupach A, B, C, względnie na stwierdzeniu niemożności przeprowadzenia segregacji”. Z tego powodu dość szybko na Ziemiach Odzyskanych tamtejsi pracownicy UB przestali zwracać uwagę na zaszeregowanie ludzi z akcji “W”.

Ważną częścią obowiązków funkcjonariuszy w punktach załadowczych było pozyskiwanie informatorów i agentów. Mieli ich “werbować, wyzyskując np. zastraszenie i załamanie spowodowane akcją, postawę lojalności obywatelskiej, ciężki stan materialny wysiedlonego, antagonizmy rodzinne i sąsiedzkie, trudności związane z transportem mienia i chorych członków rodziny do punktu przejściowego i załadowczego”.

Do końca maja w 207 transportach (ogółem wiozących ponad 67 tysięcy ludzi) zwerbowano zaledwie 394 informatorów. Ale w następnych tygodniach akcja werbunkowa gwałtownie przyspieszyła i ostatecznie na ponad 140 tysięcy wywiezionych funkcjonariusze pozyskali 1355 informatorów. Jak słusznie zauważa Pisuliński: “O ile więc w pierwszych transportach znaleźli się pojedynczy informatorzy, to w ostatnich nawet po 10 w każdym”.

Funkcjonariusze UB zajmowali się również przesłuchaniami wszystkich schwytanych partyzantów i ich współpracowników. Decydowali też faktycznie o ich dalszym losie, do sądu przekazywali bowiem tylko tych członków podziemia, których wiedza z punktu widzenia resortu była już nieprzydatna. To dlatego większość osób sądzonych przez trybunał GO “Wisła” stanowili szeregowi partyzanci, ludzie młodzi, ale też z reguły niezbyt wykształceni. Nie mieli większej wiedzy o podziemiu, lecz byli jego członkami, wymierzenie im kary przynosiło więc odpowiedni efekt propagandowy. Co ciekawe, wśród skazanych na śmierć upowców znalazły się również trzy kobiety. Dwie z nich, Rozalię Minko i Paraskewię Babiak, stracono. Obie pełniły funkcję łączniczek, Minko zbierała też zioła dla rannych. Babiak była nieźle jak na ówczesne warunki wykształcona, obok czterech klas szkoły powszechnej miała bowiem ukończone dwie klasy szkoły handlowej. Z zachowanego zdjęcia wynika, że była ładną kobietą i może dlatego wyłuskał ją z aresztu w przemyskim UB sam major Wróblewski, co od początku nie wróżyło jej dobrze. Kobiety te nie brały udziału w walkach, a mimo to je stracono. Minko została rozstrzelana w maju w Sanoku, Babiak powieszona na początku czerwca w Rzeszowie. Trzecią skazaną na śmierć kobietę, Marię Gieriak, ułaskawiono, lecz została tak skatowana w czasie śledztwa, że zmarła w więzieniu.

Grupa MBP pułkownika Korczyńskiego w trakcie przesłuchań jeńców próbowała też poznać prawdę na temat okoliczności zasadzki na generała Świerczewskiego. Wśród schwytanych wyłoniono i przesłuchano siedemnastu świadków, a mimo to: “Na ślady specjalnie przygotowanej i celowej zasadzki odnośnie osoby gen. Świerczewskiego w śledztwie nie natrafiono. Należy sądzić, że zabójstwo ma raczej charakter przypadkowy”. Partyzanci wytypowani jako uczestnicy zasadzki pod Jabłonkami zostali przewiezieni do Warszawy, planowano bowiem wytoczyć im publiczny proces.

Pod koniec maja oficerowie UB mieli powody do niepokoju. Pomimo wielkiego wysiłku wciąż nie zdobyli istotnej wiedzy na temat podziemia. Ale wtedy doszło do wydarzenia, które zmieniło stan gry.

21 maja patrol milicjantów zatrzymał na drodze do Leska młodego mężczyznę ubranego w mundur oficerski, uzbrojonego w pepeszę i pistolet. Zapytany, dokąd się udaje, odpowiedział, że do UB w Lesku. Skonsternowani milicjanci odprowadzili go do leskiej komendy powiatowej, gdzie został poddany tylko rutynowym przesłuchaniom. Musiało upłynąć kilkadziesiąt godzin, zanim zrozumiano, że Jarosław Hamiwka “Wyszyński”, referent gospodarczy I Okręgu OUN, dysponuje wiedzą wprost bezcenną. Ten młody, urodzony w 1918 roku człowiek dzień wcześniej prawie zginął w obławie WP (przetrwał ją schowany na drzewie). Być może dlatego uznał, że jedyną szansą na uratowanie życia jest ujawnienie się władzom. Wiedza, jaką posiadał o ukraińskim podziemiu, uczyniła z niego nie tylko współpracownika UB, lecz także rzeczoznawcę Służby Bezpieczeństwa PRL, czynnego do końca komunizmu w Polsce. 25 maja Hamiwka trafił do grupy śledczej MBP i tu dopiero przesłuchujący go porucznik Artur Zieliński zrozumiał wagę przekazywanych informacji. Ze słów Hamiwki wyłonił się obraz, o którym dowództwo GO nie miało pojęcia. Wiedziano co nieco o oddziałach partyzanckich UPA, sotniach i kureniach, teraz zdano sobie jednak sprawę, że GO “Wisła” ma do czynienia ze znakomicie zorganizowaną, oddzielną strukturą — w Polsce istniał bowiem autonomiczny Zakerzoński (czyli położony za linią Curzona) Kraj Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów-Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii, na którego czele stał jeden człowiek — Jarosław Staruch “Stiah”!

Błyskawicznie podjęto decyzję o stworzeniu specjalnej grupy operacyjnej udającej oddział UPA, która miała przechwycić “Stiaha”. Na jej czele stanął porucznik Andrzej Chłoń, a przewodnikiem był oczywiście nowo zwerbowany agent. Na obszarze jej działania skoncentrowano kompanię KBW, która w razie walki miała błyskawicznie przyjść z pomocą funkcjonariuszom. 31 maja w teren wyruszyła prowokacyjna czota “Czumaka” dowodzona przez porucznika Chłonia. Liczyła 22 ludzi, wśród których był też Hamiwka. Funkcjonariusze chcieli skontaktować się ze “Stiahem”, udając grupę kurierską idącą z Niemiec, a następnie schwytać go. Tak opisywał dalsze wydarzenia pułkownik Korczyński: “W nocy [...] 2–3.6. br. we wsi Dęby, pow. Tomaszów, grupa skontaktowała się ze «Stiahem», z którym byli [...] kilku nieznanych i około 10-ciu ludzi ochrony. Warunków do ujęcia «Stiaha» nie było, natomiast było z odległości ok. 100–150 m wybicia ich, na wskutek niedociągnięcia się por. Chłonia do wysokości zadania wypływającego prawdopodobnie z tchórzostwa por. Chłonia zaalarmował ochronę, w wyniku czego «Stiah» ze swą grupą uciekł, okazję na zlikwidowanie go stracono”.

Zaalarmowani rakietą żołnierze KBW przybyli na miejsce po dwunastu minutach i przeszukali wieś Dęby, jednak odnaleźli tylko bunkier z dwoma łącznikami “Stiaha”. W dodatku po zabiciu kaprala KBW obaj popełnili samobójstwo. W wiosce aresztowano dziewięć osób podejrzanych o współpracę z podziemiem. 3 czerwca zdemaskowani funkcjonariusze powrócili do Rzeszowa.

Niepowodzenie prowokacji wywołało wściekłość szefa MBP Stanisława Radkiewicza. W wysłanym do prezydenta Bieruta wniosku o degradację Radkiewicz napisał: “por. Chłoń Andrzej [...] ze względu na tchórzostwo i złą decyzję nie wykonał powierzonego mu zadania. Wobec czego postanowiłem ukarać go w drodze dyscyplinarnej przeniesieniem na niższe stanowisko. W związku z powyższym proszę Ob[ywatela] Prezydenta o zdegradowania por. Chłonia Andrzeja do stopnia chorążego”. Decyzja w tej sprawie została zatwierdzona przez Bieruta 29 października 1947 roku.

Загрузка...