13. Rozwiązanie GO “Wisła”

Sukcesy odniesione w walce z UPA i w ramach akcji wysiedleńczej były na tyle satysfakcjonujące, że generał Stefan Mossor postanowił dać żołnierzom chwilę oddechu. 29 czerwca przekazał do jednostek rozkaz specjalny nr 3. Już w pierwszym zdaniu triumfalnie obwieścił: “W dniu wczorajszym Grupa Operacyjna «Wisła» przekroczyła ilość 1000 zlikwidowanych bandytów UPA i 100 000 ewakuowanej ludności ukraińskiej”. Z tego powodu zarządził “dwudniowy całkowity odpoczynek” dla żołnierzy. Pięć dywizji WP miało zbierać siły 1 i 2 lipca, a dywizja KBW — ze względu na pościg prowadzony za sotniami z kurenia “Rena” — dzień później (2–3 lipca). Pododdziały prowadzące w tym czasie konieczne akcje bojowe lub wysiedleńcze miały odpocząć bezpośrednio po ich zakończeniu. Zakazano organizowania niepotrzebnych ćwiczeń, za to w miarę możliwości należało zapewnić żołnierzom możliwość kąpieli, wyprania i naprawy bielizny.

Od początku operacji dowództwo uważnie śledziło nastroje żołnierzy, starając się gasić w zarodku wszelkie oznaki niezadowolenia. Braki żywności były uzupełniane ziemniakami i warzywami pozostawionymi przez wysiedleńców. Z zapasów poukraińskich “zaprzychodowano” na wyżywienie żołnierzy m.in. 212 379 kilogramów ziemniaków, 2074 kilogramy jarzyny i 16 486 kilogramów owsa. By poprawić jakość potraw, niekiedy uciekano się do niekonwencjonalnych metod, na przykład w 8. Dywizji Piechoty został zorganizowany konkurs na najlepszego kucharza. Kiedy zauważono niezadowolenie żołnierzy z jakości przydziałowych papierosów Partyzant, natychmiast zaapelowano o wznowienie dostaw lepszych mazurów. Starając się uspokoić niezadowolenie z opóźnienia demobilizacji, pracownicy pionu polityczno-wychowawczego tłumaczyli, że “zadanie postawione przez Rząd musi być doprowadzone do końca”. Wzmocnieniu ducha bojowego służyły manifestacyjne pogrzeby poległych żołnierzy, którzy byli uroczyście chowani na miejscowych cmentarzach (a więc z dala od rodzinnych stron), z całym wojskowym ceremoniałem i przy udziale władz partyjnych. Dwa takie pogrzeby odbyły się 4 i 5 czerwca w Sanoku. “Wszyscy żołnierze wolni w tym czasie od akcji wzięli w nich udział. Na cmentarzu przemawiali do tysiącznych rzesz społeczeństwa [...]. Pogrzeby te rozpalają nienawiść do banderowców”.

Trzeba przyznać, że żołnierze mieli prawo być zmęczeni, bo obciążano ich kolejnymi zadaniami. Jeszcze w kwietniu, po rozmowach z administracją wojewódzką, Mossor doszedł do wniosku, że równolegle z wysiedlaniem Ukraińców należy zasiedlać pogranicze polskimi osadnikami. Jego pierwszym pomysłem było dobrowolne przeniesienie małorolnych i bezrolnych chłopów z zachodnich powiatów województwa rzeszowskiego. Zakładał, że da się skłonić do przeprowadzki na wschód około 10 tysięcy rodzin pod warunkiem zapewnienia im transportu i bezpieczeństwa. Tylko w powiecie Tarnobrzeg, w którym zdarzały się “gminy, gdzie większość ludności żyje z grzybów i kłusownictwa” lub “na piaszczystej ziemi, na suchotniczych działkach od 0,5–2 ha”, myślano o zwerbowaniu pięciuset rodzin. Mossor zdawał sobie sprawę, że “osiedlenie się w tych stronach, mających smutną sławę siedliska mordów, będzie wymagać u kandydatów przełamania silnych oporów psychicznych”, toteż konieczne jest, by niezależnie od rozbudowy placówek ORMO “każda nowo osiedlona wieś otrzymała od razu posterunek milicji, 10–12 ludzi uzbrojonych w automaty, granaty ręczne i jeden RKM. Muszą to być ludzie pewni, przysłani z innych województw, ponieważ początkowo na ludność polską z woj. rzeszowskiego nie bardzo będzie można liczyć. Jest ona zbyt związana z bandami polskimi, a nawet ukraińskimi”. Ostatnie słowa Mossora dobrze oddają stosunek wojska do miejscowej ludności.

Akcja osiedleńcza wymagała ścisłej współpracy z wojewodami rzeszowskim i lubelskim, Janem Mirkiem i Wacławem Rózgą. Od końca kwietnia PPR zaczęła organizować zebrania w powiatach województwa rzeszowskiego, na których agitowano na rzecz zasiedlenia poukraińskich gospodarstw. Wysiłki te nie wzbudziły jednak entuzjazmu. Ludzie dość przytomnie nalegali, by na tereny osiedleńcze najpierw udały się specjalne komisje, by sprawdzić, jak naprawdę wygląda sytuacja na miejscu. Instynktownie i jak najbardziej zasadnie nie wierzono bowiem w kreślone w kolorowych barwach wizje nowej przyszłości. Słusznie obawiano się zniszczeń spowodowanych długą walką partyzancką na tych terenach, nierzadko też lękano się po prostu UPA. Każda skuteczna akcja ukraińskiej partyzantki, jak rozstrzelanie kilku ormowców koło Dubiecka, natychmiast wywoływała duże poruszenie i ucieczki na zachód oraz zdawanie broni przez dopiero co stworzone placówki ORMO.

By zachęcić ludzi do osiedlania się, wojsko prowadziło szeroką kampanię propagandową przez cały czas trwania akcji “Wisła”. Na spotkaniu w gimnazjum w Bieczu 15 czerwca zgromadziło się trzysta osób, z kolei 24 czerwca na zebranie w Nowym Sączu przybyło aż 1,5 tysiąca ludzi. W trakcie takich spotkań tłumaczono, że akcja wywózek ma doprowadzić do zlikwidowania bazy materialnej i politycznej “band” i jest “wybitnie humanitarna”, bo wysiedleni mogą zabrać “najcenniejszy dobytek” oraz dostają nowe gospodarstwa. Przyznawano jednocześnie, że “wysiedlenie Ukraińców na zachód umożliwi całkowite spolszczenie ziem płd.”, a “celem akcji wysiedleńczej nie jest stworzenie pustyni na Podkarpaciu, lecz umożliwienie silnej zapory polskiej na pograniczu”. Napisano też wprost: “Osadnicy osiedlając się na południu spełniają wielką misję dziejową na tych ziemiach. Obowiązkiem każdego Polaka, zwłaszcza takiego, co nie może sobie dać rady na swym małorolnym gospodarstwie, jest osiedlić się na gospodarstwach poukraińskich, gdyż to nakazuje nie tylko interes Państwa, Narodu — ale w dużym stopniu również dobrze zrozumiany interes własny”.

Pomimo tej argumentacji wojsko i administracja miały duży kłopot ze znalezieniem chętnych. Dostrzegano, że są wioski, “w których ludność żyje w skrajnej nędzy i mimo to nie deklaruje się na osiedlenie w gospodarstwach poukraińskich”. Co gorsza, wielu kandydatów ostatecznie rezygnowało z przydzielonych im gospodarstw. Nierzadko byli zainteresowani jedynie rozszabrowaniem pozostawionego dobytku.

A jednocześnie zapewnienia władz okazywały się często bez pokrycia. Komenda powiatowa MO zapomniała o dziesięciu milicjantach dopiero co obsadzonego posterunku w Wapowcach, nie dostarczając im przez bez mała dwa tygodnie żywności, pieniędzy ani innego zaopatrzenia. Jeśli zapominano o losie milicjantów, to na co mogli liczyć nowi osadnicy? W dodatku, jak pisano, “sytuacja osadników obecnie przybywających na te tereny jest ciężka, ponieważ ludzie ci są na ogół bardzo biedni i prawie nic z sobą nie przywożą, tutaj zastają tylko puste mieszkanie i zabudowanie gospodarskie. Brak inwentarza żywego wpływa bardzo ujemnie na ich położenie, tak że nadzieją ich są dobrze zapowiadające się zbiory”.

Ostatecznie akcja osiedleńcza skończyła się w najlepszym razie umiarkowanym sukcesem. Do województwa rzeszowskiego przybyło 3961 rodzin, połowa z nich do najbardziej “cywilizowanego” powiatu przemyskiego. Klapą zakończyły się próby sprowadzenia w Bieszczady osadników wojskowych — żołnierze nie kwapili się do zgłaszania na gospodarstwa pobojkowskie i połemkowskie. W sześciu powiatach województwa lubelskiego osiedlono nieco większą liczbę rodzin, bo 4292. W 47 miejscowościach województwa krakowskiego osiedlono 378 rodzin (1002 osoby), i to głównie w powiecie Nowy Sącz. Zwróćmy uwagę, że z tych terenów wysiedlono 36 tysięcy rodzin! Wykorzystując efekty akcji “Wisła”, postanowiono rozwiązać też problem znalezienia nowych miejsc osiedlenia dla wsi Rożnów i Czchów, przewidzianych do zalania z powodu budowy tamy w Czchowie. Specjalnie dla nich zarezerwowano wsie Polany i Berest.

Słabość akcji osiedleńczej kryła się przede wszystkim w jej ideologicznym założeniu. Instrukcja wojewody Rózgi z początku czerwca 1947 roku mówiła jednoznacznie, aby grupy przesiedleńców tworzyć przede wszystkim z “biedoty wiejskiej”, “PPR-owców, SL-owców i rodzin po zamordowanych demokratach” oraz zdemobilizowanych żołnierzy. Jednocześnie podkreślała wyraźnie: “Element wrogi demokracji i niepożądany dyskwalifikować”. Innymi słowy, w czasie akcji osiedleńczej chodziło tyleż o rozładowanie głodu ziemi w innych powiatach, co stworzenie “ludowych osadników”, którzy byliby całkowicie oddani władzy i zarazem na nią zdani.

Od samego początku żołnierze byli też zobligowani do spisywania i gromadzenia majątku pozostałego po wysiedleńcach, w tym płodów rolnych. Dodatkowo zgodnie z wydanym 3 lipca przez ministra obrony narodowej rozkazem nr 304/III oddziały GO “Wisła” miały przeprowadzić akcję żniwną i w ciągu czterdziestu dni zebrać razem ze Związkiem Samopomocy Chłopskiej wszystkie zboża pozostałe po wysiedleńcach. Tylko na terenie 6. DP było to 1095 hektarów żyta, 373 hektary pszenicy, 1923 hektary jęczmienia, 2240 hektarów owsa oraz 1999 hektarów ziemniaków. Z braku odpowiednich sił akcja żniwna szła jednak dość powoli; w raporcie końcowym mówiono o zebraniu 50% zboża. Zwłaszcza w pasie przygranicznym znaczna część zbiorów została zmarnowana.

Żołnierze przez cały czas prowadzili też intensywne i czynne działania agitacyjno-propagandowe mające na celu wzmocnienie władzy komunistów. Dowództwo uczulało pion polityczno-wychowawczy, by tłumaczył: “Obowiązkiem nas, żołnierzy, jest uświadamiać ludność polską. [...] Musimy jej mówić słowa prawdy o Polsce Ludowej”. W tym celu dla pozostających na miejscu Polaków organizowano wiece i zebrania gromadzkie, indywidualne pogadanki, w końcu występy kulturalno-rozrywkowe. O skuteczności agitacji wojska świadczy fakt, że pod jej wpływem w Tarnawie Dolnej i Górnej 14 osób zapisało się do PPR; zorganizowano też koło Związku Walki Młodych (ZWM) liczące 32 członków i wyremontowano dla niego nową świetlicę. Kontekst ideologicznej pomocy niesionej mieszkańcom dostrzec nietrudno. Czytamy: “Na widok orła z koroną w szkole Tarnawa Górna oraz mapy Polski sprzed 1939 r. we wsi Wielopole żołnierze natychmiast zareagowali. St. strz. Urbaniak zwrócił się do nauczycielki ze wsi Tarnawa Górna z następującym pytaniem: «Proszę pani, czy tu naprawdę nie ma wiatru, który by zwiał koronę z godła. A może tu naprawdę jest nowe królestwo banderowskie?». Pytanie wprowadziło nauczycielkę w poważne zakłopotanie, z którego nie potrafiła się wytłumaczyć, a obecni na sali Polacy wyrazili uznanie dla strz. Urbaniaka”. Podczas gdy w Rzeszowskiem WP intensywnie uczestniczyło w organizacji PPR, na Lubelszczyźnie sytuacja wyglądała nieco inaczej. Oficera 5. pułku piechoty, który rzeszowskim zwyczajem wystąpił “w charakterze organizatora komórki PPR”, zdecydowanie zgromiono. Po konsultacjach dowództwa pułku z sekretarzem powiatowym PPR powołano komisję w celu “zbadania kandydatów zwerbowanych przez oficera 5 pp”.

Dobrą opinię wojsku budowali też lekarze i weterynarze. W 10. pułku piechoty weterynarz załatwił szczepionkę i zaszczepił w trzech wsiach świnie przeciwko różycy. Uzyskany autorytet sprawił, że codziennie zaczęło się do niego zgłaszać od kilku do kilkunastu osób z prośbą o poradę.

Wojsko zorganizowało nawet serię pogadanek dla dzieci w szkołach, na których rozdano prezenty najzdolniejszym uczniom, a na użytek poszczególnych placówek podarowano portrety dostojników państwowych. W Lubaczowie na zakończenie roku szkolnego dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjów zakupiono 67 książek, takich jak Ludzie Pierwszej Armii i Szlakiem Pierwszej Armii. Akcja odbiła się szerokim społecznym echem. Uroczyście dokonano też zmiany nazwy jednej z ulic na “generała Karola Świerczewskiego”. W Święto Morza, obchodzone uroczyście 29 czerwca, w Lubaczowie “odbył się wiec z udziałem miejscowych władz administracyjnych, przedstawicieli wojska, młodzieży szkolnej i organizacji młodzieżowych. [...] Po wiecu, w którym wzięło udział ponad 1500 osób, odbyła się zabawa ludowa”. Podobne uroczystości zorganizowano m.in. w Sieniawie, Cieszanowie i Dzikowie. W tego typu akcjach propagandowych uczestniczył sam generał Mossor, który na przykład 25 maja przemawiał w czasie obchodów święta ludowego w Rzeszowie. Jakkolwiek oceniać te działania WP, niewątpliwie zajmowały one pododdziałom dużo czasu i energii.

W połowie lipca na kolejnym posiedzeniu Państwowej Komisji Bezpieczeństwa Mossor złożył meldunek na temat działań GO “Wisła”. Było już jasne, że niebawem zostanie ona rozwiązana. W jego ocenie podległym mu oddziałom udało się wyeliminować 75% sił podziemia ukraińskiego; w lasach pozostały jeszcze rozproszone grupy OUN i UPA liczące kilkuset ludzi. Podkreślił, że ich zlikwidowanie do końca lipca jest niemożliwe, zaproponował więc pozostawienie na miejscu części sił WP. Ostatecznie jednak postanowiono sprawę likwidacji resztek podziemia powierzyć specjalnym grupom operacyjnym KBW; oddziały WP (3. i 9. DP) miały je wspierać w razie takiej konieczności, a także “doczyścić” teren z kilku tysięcy pozostałych jeszcze cywilnych Ukraińców.

22 lipca cały sztab GO podpisał ostatni rozkaz operacyjny nr 0011. Uznano w nim, że “Grupa Operacyjna «Wisła» w przeważnej większości wykonała postawione jej zadanie zlikwidowania faszystowsko-ukraińskich band. [...] Zadanie przesiedlenia ludności ukraińskiej zostało wykonane całkowicie”. “Trzon bandytyzmu został złamany”, gdyż “całkowicie rozgromiono” kurenie “Bajdy” i “Rena”, złożone z “przywódców i bandytów najbardziej zajadłych”. Straciły one “około 80% swego stanu bojowego”. Zgodnie z prawdą uznano, że duże straty poniósł też kureń “Zalizniaka”. Obławy przetrwała natomiast większość oddziału “Berkuta”, na którym uwagę skoncentrować miały pozostałe w terenie pododdziały 3. DP. Co ciekawe, za równie istotne uznano zniszczenie oddziałów partyzanckich WiN.

W czasie akcji zlikwidowano 1487 “bandytów” UPA, przy czym 543 zabito, 434 ujęto, a 33 zgłosiło się dobrowolnie. Do “zlikwidowanych bandytów” zostali zaliczeni również aresztowani w transportach, skazani na karę śmierci oraz zabici i ujęci w ZSRS oraz Czechosłowacji. Ponieważ do końca lipca skrzętnie notowano wszystkich kolejnych zabitych i schwytanych partyzantów, to w innych meldunkach pojawiają się wyższe dane na temat strat UPA (bodajże najwyższe mówiły o 1661 “zlikwidowanych bandytach”). Wedle szacunków przesiedlonych zostało ponad 135 tysięcy ludzi pochodzenia ukraińskiego i mieszanego. Podkreślono: “W ten sposób raz na zawsze oczyszczono tereny płd.-wschodnie z elementu wrogiego demokratycznej rzeczywistości Polski i ostatecznie usunięto bazę społeczno-gospodarczą, na której mogły się rozwijać faszystowskie bandy UPA”. Dowództwo Grupy było też zadowolone z wyników pracy politycznej i wzmocnienia wpływów PPR. Czytamy: “PPR w wojew. rzeszowskim, licząca w okresie działań GO «Wisła» 15 tys. członków, pomimo przeprowadzonej selekcji, na skutek której usunięto z szeregów partii ok. 5 tys. członków jako element oportunistyczny, tchórzliwy, a często wrogi — wzrosła ponad 100% licząc obecnie 23 tys. członków”. Oficerowie i żołnierze, którzy wyróżnili się “w walce z bandytyzmem”, otrzymali odznaczenia i pochwały. Żołnierzom Grupy przyznano co najmniej 167 Krzyży Walecznych oraz 337 srebrnych i 326 brązowych medali “Zasłużonym na Polu Chwały”.

W walkach z partyzantką zginęło 77 żołnierzy i oficerów, kolejnych kilkudziesięciu (jak również kilka osób cywilnych) poniosło śmierć w różnego rodzaju wypadkach, najczęściej samochodowych. W tej ostatniej kategorii wydarzeń niewątpliwie najbardziej bolesną stratą była śmierć dowódcy 7. DP, pułkownika Jana Kobylańskiego, którego samochód 30 czerwca zderzył się z pociągiem pancernym. Zginęło wtedy także sześć jadących z nim osób.

W ostatnich dniach lipca trwała już operacja powrotu żołnierzy do stałych garnizonów. Kombinowane dywizje zostały rozwiązane, a poszczególne oddziały skierowane do garnizonów położonych m.in. w Warszawie, Szczecinie, Piotrkowie, Skierniewicach, Łowiczu i Tarnowskich Górach. Na miejscu pozostały dywizje 3. i 9., które dalej miały wspierać aparat bezpieczeństwa w zwalczaniu podziemia. Rozformowano również 1. Dywizję KBW, choć część jej pododdziałów włączono w skład pozostających w terenie grup operacyjnych.

Rozwiązanie GO nie wpłynęło początkowo na poczynania sądu wojskowego, który jeszcze w sierpniu i we wrześniu wydawał kolejne wyroki. Można nawet zaobserwować, na co zwrócił uwagę Eugeniusz Misiło, że między 7 sierpnia a 10 września nastąpiło zintensyfikowanie wydawania wyroków śmierci. Ostatecznie sąd skazał 310 osób cywilnych, w 173 przypadkach orzekając karę śmierci — 130 z tych wyroków wydał jeden sędzia, porucznik Ludwik Kiełtyka. Osiem osób ostatecznie ułaskawiono, pozostałe 165 wyroków wykonano. Dodatkowo 58 osób otrzymało karę dożywotniego więzienia.

Swoją aktywność w GO “Wisła” generał Stefan Mossor postanowił zakończyć mocnym akcentem: 30 lipca w Rzeszowie odsłonił tablicę ku czci generała Świerczewskiego na domu, w którym w 1944 roku znajdował się sztab formowanej przezeń armii. W ten sposób Mossor symbolicznie spinał klamrą zasadzkę pod Jabłonkami i koniec działań dowodzonej przez niego Grupy Operacyjnej. Z tej okazji “Głos Ludu” donosił: “Czerwienią się robotnicze sztandary, tłum trwa w ciszy i skupieniu. Z tablicy wykutej w brązie [...] patrzy na nas waleczne oblicze. Odszedł, lecz ofiara Jego bohaterskiego życia wydała owoce. Oto generał dywizji Mossor, oddając hołd zmarłemu stwierdza, że demokratyczne Wojsko Polskie pomściło śmierć swego wodza. Bandy UPA w Rzeszowskiem rozgromiono zupełnie, leśnymi i górskimi drogami w leskim i lubaczowskim powiecie można już spokojnie przejść i przejechać. Zaludniają się opustoszałe wsie. Tu gdzie niedawno jeszcze szalał terror band, dziś ludność przeprowadza żniwa”.

Tym samym akcja “Wisła” formalnie została zakończona, a jej głównodowodzący, zadowolony z efektów swojej pracy, powrócił do Warszawy. Zapewne nie wiedział, że jego błyskotliwa kariera właśnie weszła w fazę zmierzchu. 3 lipca na posiedzeniu Biura Politycznego PPR Marian Spychalski przedstawił bowiem wyniki swojego śledztwa dotyczącego informacji na temat Mossora otrzymanych w kwietniu z Polskiego Instytutu Historycznego w Londynie. Okazało się, że Mossor przygotował w oflagu dwa memoriały dla Niemców z propozycją współpracy, dlatego w 1943 roku został przez nich włączony w skład delegacji wysłanej do Katynia, która miała potwierdzić prawdziwość informacji o odpowiedzialności Sowietów za zbrodnię na polskich oficerach! Co gorsza, Mossor zataił te fakty przed PPR! W tej sytuacji członkowie Biura byli całkowicie zgodni, że w “odrodzonym” Wojsku Polskim może on pełnić co najwyżej podrzędne funkcje. Jak to ujęto w stenogramie z posiedzenia Biura, “w świetle tych dokumentów zachodzi konieczność przesunięcia go na boczny tor (wykładowca na Akademii)”.

Загрузка...