Przyjęło się akcję “Wisła” traktować jako operację odizolowaną od sytuacji w ZSRS. Tymczasem — przynajmniej chronologicznie — otworzyła ona drugą falę deportacji narodowościowych przeprowadzonych w ZSRS. W 1947 roku w ramach mobilizacji społecznej przed spodziewaną kolejną wojną Stalin postanowił przyspieszyć nie tylko zmiany w krajach “demokracji ludowej”, lecz także proces unifikacji terenów włączonych w skład ZSRS po drugiej wojnie światowej, od państw bałtyckich po Mołdawię. Stalinizacja miała dotyczyć wszystkich dziedzin życia, w tym ludzkich umysłów. Na specjalnym plenum KC WKP(b) w lutym 1947 roku skrytykowano władze republik za brak sukcesów przy prowadzeniu kolektywizacji i wezwano do jej przyspieszenia. Zgodnie z ideologicznymi założeniami stalinistów musiało się to wiązać z likwidacją klasy bogatych gospodarzy, zwanych w partyjnym żargonie kułakami, a jednym ze sposobów rozkułaczania wsi były przymusowe deportacje ludności. Równolegle zamierzano ograniczyć wpływy tzw. burżuazyjnego nacjonalizmu w miastach.
24 lipca 1947 roku w gmachu lwowskiej politechniki odbyło się zebranie miejscowej inteligencji, na którym ze specjalnym wykładem wystąpił minister spraw zagranicznych USRS Dmytro Manuilski. Dwa miesiące wcześniej Biuro Polityczne KC Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy przyjęło uchwałę nr 129/6 o nieco przydługiej nazwie “O polepszeniu wychowania ideowo-politycznego kadry i walce przeciwko przejawom ideologii burżuazyjno-nacjonalistycznej”. Manuilski zgodnie ze stalinowskim zwyczajem miał wyjaśnić sens i założenia uchwały, więc zobowiązani do odbycia partyjnego szkolenia inteligenci zapewne spodziewali się nudnej pogadanki. Zamiast tego stali się uczestnikami wstrząsającego przedstawienia, pamiętanego we Lwowie długo po rozpadzie ZSRS.
Dmytro Manuilski należał do gwardii starych bolszewików. Sławę przyniosła mu ucieczka z carskiego więzienia. Studiował na Sorbonie, ale w 1917 roku powrócił do Rosji i od tej pory zajmował ważne, choć raczej drugorzędne stanowiska w administracji partyjnej i państwowej. W 1945 roku Stalin mianował go ministrem spraw zagranicznych USRS i zarazem wicepremierem rządu ukraińskiej republiki (zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami w skład ONZ wszedł nie tylko ZSRS, lecz także Białoruś i Ukraina, co miało podkreślać rzekome swobody, jakimi cieszyły się tamtejsze narody). Od tej pory Manuilski w ramach swoich obowiązków w ONZ często przebywał w USA. Upominał się o korzystny dla Bułgarii przebieg granicy z Grecją, prawo narodu indonezyjskiego do samostanowienia, doprowadził też do postawienia sprawy wojny domowej w Grecji na zebraniu Rady Bezpieczeństwa ONZ. Oceniany był jako “błyskotliwy orator i pełen pasji polemista, [...] nigdy nie zostawiał bez odpowiedzi niegodnych wystąpień burżuazyjnych dyplomatów. W jego arsenale były błyskotliwe satyryczne sztuczki, delikatny humor i złośliwa ironia, ostry sarkazm”.
Nie są to czcze pochwały, choć Manuilski był przede wszystkim przekonanym marksistą-stalinistą. Swoje wystąpienie we Lwowie rozpoczął od rytualnego podkreślenia roli Stalina w zwycięstwie nad Niemcami. Ukraina — mówił dalej — zostałaby “rozdeptana” przez wroga, gdyby nie wsparcie innych narodów ZSRS, zwłaszcza Rosjan. A dziś dzięki wytężonej pracy komunistów błyskawicznie odbudowuje zniszczony przemysł, szkoły, teatry i biblioteki. Dlatego — Manuilski przeszedł do ataku — krytykować sowieckie porządki w Galicji i powątpiewać w sens kolektywizacji mogą jedynie ludzie, którzy “z małej kupki błota robią słonia”. Tymczasem powinni oni najpierw “oczyścić dusze z kapitalistycznego brudu”. Każde następne zdanie było ostrym, wręcz zjadliwym atakiem na “starą galicyjską inteligencję”. Zarzucił jej dwulicowość i toczenie swoistej “gry” z władzami, która była co prawda skuteczna pod rządami austro-węgierskimi i administracji Drugiej Rzeczypospolitej, ale w ZSRS nie będzie w żaden sposób tolerowana. Zapewne ku przerażeniu zebranych Manuilski zaczął piętnować wymienianych z imienia i nazwiska kolejnych czołowych przedstawicieli lwowskiej inteligencji ukraińskiej. Dziennikarzowi i dziekanowi katedry literatury zachodnioukraińskiej, Mychajle Rudnickiemu, wytknął niechęć do pisarzy rosyjskich i lekceważenie twórczości Maksyma Gorkiego, przypominając jednocześnie “nacjonalistyczną” aktywność jego przebywającego na emigracji brata Iwana, przedwojennego posła do sejmu II RP. Historykowi Iwanowi Krypjakewyczowi zarzucił uprawianie falsyfikacji historii i podążanie drogą innego rzekomego falsyfikatora, a faktycznie ojca współczesnej ukraińskiej historiografii, Mychajły Hruszewskiego. Kpił, że znany muzyk Wasyl Barwinski zaraz po zajęciu Lwowa w 1944 roku przez Armię Czerwoną wprosił się na siłę do Chruszczowa, by pochwalić się przed nim przechowaniem przez cały okres okupacji niemieckiej portretów Stalina i Lenina, tymczasem “zapomniał” nadmienić o zaangażowaniu swoich synów we współpracę z wywiadem niemieckim i ich ucieczce na zachód. Przestrzegał: “Nie jesteście Talleyrandami, jesteście prostymi radzieckimi ludźmi, nie myślcie sobie, że jak o czymś nie mówimy, to znaczy, że przyjmujemy to na wiarę”. Zapowiedział też, że władze nie będą już uznawać za zasługę walki z przedwojennymi polskimi porządkami, bo po pierwsze, była ona prowadzona z pozycji nacjonalizmu, a po drugie, z Polską Ukraina znalazła się teraz w jednym internacjonalistycznym obozie.
Wypowiedź Manuilskiego była zapowiedzią przyspieszenia procesu unifikacji ziem inkorporowanych w 1945 roku przez Związek Sowiecki. Manuilski w oczywisty sposób groził lwowskiej inteligencji ukraińskiej — albo zacznie ona wierzyć w leninizm-stalinizm i poprze sowietyzację, albo zostanie poddana represjom.
Stalinowska modernizacja w sposób najbardziej spektakularny miała dotknąć kolektywizowaną wieś. Jak zapowiedział Manuilski: “Będą u nas kołchozy, będą trudności, my o tym wiemy. Trzeba przekonać chłopa, a przecież nie tak lekko uświadomić chłopu problem socjalistycznego społeczeństwa”. Jedną z ważnych metod “przekonywania” opornych do stalinowskich przemian były deportacje niewygodnych osób w głąb ZSRS.
Masowe deportacje zaczęto w ZSRS stosować na dużą skalę w latach trzydziestych XX wieku. Zaczęto od wywózek względnie zamożnych chłopów, uznanych arbitralnie za tzw. kułaków. Ta wykreowana sztucznie grupa społeczna była oceniana jako główna przeszkoda dla kolektywizacji rolnictwa, a zlikwidowanie prywatnych gospodarstw i zamiana wolnych chłopów w robotników rolnych należała do podstawowych celów ideologii ruchu komunistycznego. 30 stycznia 1930 roku Biuro Polityczne WKP(b) przyjęło uchwałę “O przedsięwzięciach w celu zlikwidowania gospodarstw kułackich w rejonach totalnej kolektywizacji”. Na jej podstawie w latach 1930–1931 deportowano 1,8 miliona obywateli radzieckich różnych narodowości na Syberię, do Kazachstanu i Azji Środkowej. Osiedleni w nowych miejscach i przymuszeni do ciężkiej pracy, nie mogli powrócić w rodzinne strony, gdyż z powodów ideologicznych uznano, że muszą być “zlikwidowani jako klasa” (nie mogli więc na przykład w rodzinnych stronach zawczasu zrzec się gospodarstw i wstąpić do kołchozów). Do najbardziej znanych deportacji doszło w czasie drugiej wojny światowej. W latach 1939–1941 z zagarniętych terenów Drugiej Rzeczypospolitej w czterech kolejnych wywózkach wysiedlono w głąb ZSRS 320 tysięcy ludzi. Kolejnych 30 tysięcy wywieziono z odebranych Rumunii Bukowiny i Besarabii, a z anektowanych państw bałtyckich następnych 40 tysięcy. Ofiary tych wywózek często należały do elit państwowych, ale otwarcie narodowościowy charakter przybrały dopiero deportacje dokonane po uderzeniu Niemiec na ZSRS. Ich cechą charakterystyczną było wysiedlanie całych narodów. Jako pierwsi ofiarami wysiedleń padli Niemcy z Powołża. We wrześniu i w październiku 1941 roku 750 tysięcy Niemców wywieziono do Kazachstanu, Kraju Ałtajskiego oraz na Syberię. Za rzekomą zdradę w listopadzie 1943 roku wywieziono 69 tysięcy Karaczajów, a w grudniu w ramach operacji “Ułusy” 92 tysiące Kałmuków. W lutym 1944 roku Sowieci deportowali 393 tysiące Czeczenów i 91 tysięcy Inguszów. Miesiąc później ich los podzieliło 38 tysięcy Bałkarów. 18 maja 1944 roku rozpoczęto wywózki Tatarów krymskich do Uzbekistanu; objęły one 228 tysięcy osób. Ogółem wywózki czasu wojny dotknęły prawie 2 miliony ludzi, których jedyną winą była często przynależność do skazanego narodu. Wraz z zajęciem Wołynia i Galicji Wschodniej (zachodniej Ukrainy) oraz Litwy zaczęto też stosować deportacje jako metodę pacyfikacji ruchu oporu. Ponieważ wysiedlenie wszystkich zachodnich Ukraińców czy Litwinów przekraczało zdolności organizacyjne Sowietów, wywożono rodziny zidentyfikowanych członków podziemia. Ale w 1946 roku komuniści zrezygnowali z dalszych wywózek. Mogło się wydawać, że ta barbarzyńska metoda odeszła do lamusa.
Na początku 1947 roku Stalin nieoczekiwanie postanowił, że na stanowisku pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy Nikita Chruszczow zostanie zastąpiony przez Łazara Kaganowicza. Podczas gdy w Moskwie Kaganowiczowi zapamiętano zbudowanie metra, to na Ukrainie przede wszystkim aktywność w komisji do spraw ściągania zboża w latach trzydziestych w okresie Wielkiego Głodu. Chruszczow pozostał co prawda na stanowisku szefa rządu USRS, ale jego wpływy wyraźnie się skurczyły.
Nowy pierwszy sekretarz KP(b)U zaraz po formalnym przejęciu władzy 3 marca 1947 roku przystąpił do energicznych działań. Obecność Kaganowicza na czele ukraińskiego kierownictwa przełożyła się na zwiększenie nacisku ideologicznego na społeczeństwo ukraińskie, co przynajmniej po części wynikało z polityki forsowanej przez Andrieja Żdanowa w całym ZSRS. Już w kwietniu 1947 roku w Kijowie odbyły się kursy dla krytyków literackich, a nieco później też dla historyków, w trakcie których wezwano do porzucenia w tych naukowych dyscyplinach “pozostałości burżuazyjno-kapitalistycznych”. Oznaczało to m.in. odrzucenie spuścizny twórcy nowoczesnej ukraińskiej historiografii, Mychajły Hruszewskiego. Sam Kaganowicz tak tłumaczył konieczność zaostrzenia kursu ideologicznego: “U nas na Ukrainie zachodniej jest jeszcze niemało ukrytych banderowców, jest niemała liczba repatriowanych [tzn. przesiedlonych z Polski — G.M.]. Oni wnoszą swoje elementy wrogiej nam ideologii, a my nie powinniśmy bronić się, lecz ideologicznie nacierać”. Albowiem “nie powinien zgasnąć ten ogień, który spala na swojej drodze wszystko, co niegodne proletariackiej ideologii marksizmu-leninizmu”.
Kaganowicz już na początku marca wezwał członków partii do przyspieszenia procesu kolektywizacji. Pomysł deportowania przy tej okazji dużej grupy mieszkańców zachodniej Ukrainy, jak wskazuje uznana badaczka deportacji Tamara Wrońska, pojawił się już na przełomie lat 1946 i 1947. Niewykluczone, że Sowieci łączyli go z przygotowaniami do wysiedlenia Ukraińców prowadzonymi w Polsce. Jeśli tak, to zakładali zapewne przeprowadzenie dużej dwuskrzydłowej operacji przeciwpartyzanckiej po obu stronach granicy.
Na XV Plenum KC KP(b)U, poświęconym sytuacji w rolnictwie, które odbyło się 10–13 marca 1947 roku, szef obwodu lwowskiego Iwan Hruszecki zwrócił uwagę, że “obok prowadzenia masowej pracy politycznej i tłumaczenia przewagi ustroju kołchozowego w masach biedniackich i średniackich” konieczne są też posunięcia bardziej radykalne. Jak to ujął: “Ograniczenie liczby kułaków nie rozwiązuje problemu stworzenia dobrych warunków dla kolektywizacji. Dlatego uważam za konieczne podjęcie decyzji o wysiedleniu elementów kułackich nie tylko za granice obwodu, ale i Ukrainy. Tego potrzebują, oprócz interesu kolektywizacji, także interesy pasa granicznego”. Ciekawe, że spotkało się to z polemiką K. Litwina, sekretarza KP(b)U. Przyznał on, że kułacy przeciwstawiają się kolektywizacji, bo powstanie systemu kołchozowego oznacza ich “zagładę”. Podkreślił jednak, że aktualnie należy prowadzić politykę ograniczania kułactwa, tymczasem masowe deportacje można zastosować dopiero w momencie przejścia do etapu likwidacji tej klasy “pasożytów”. Stwierdził też: “Dziś w zachodnich obwodach nie należy tego robić. Przejście do polityki likwidacji kułactwa jako klasy może nastąpić w warunkach masowego napływu strumienia chłopów do kołchozów, gdy jest prowadzona szybka kolektywizacja”.
Można słowa Litwina odebrać jako wyraz przekonania sowieckiego kierownictwa o ideologicznej niecelowości zastosowania tego środka przymusu na aktualnym etapie rozwoju zachodnioukraińskiej wsi. Tyle tylko że miesiąc później, 23 kwietnia 1947 roku, w czasie odbytej we Lwowie narady obwodowych sekretarzy partii komunistycznej i naczelników obwodowych zarządów Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego Ukrainy Zachodniej z udziałem Kaganowicza i Chruszczowa wszyscy obecni poparli pomysł powrotu do praktyk deportacji. Za podstawowy cel operacji wysiedleńczej uznano zlikwidowanie ukraińskiego podziemia, ale jednocześnie chciano doprowadzić, jak ujął to Kaganowicz, do “pełnego zakończenia sowietyzacji w zachodnich obwodach”. Powstaje pytanie: czy władze od początku były nastawione na przeprowadzenie wysiedlenia i wymiana opinii między Litwinem i Hruszeckim miała tylko rytualny charakter? A może zmieniono pierwotną decyzję na początku kwietnia, pod wpływem polskich przygotowań do akcji “Wisła”?
Tak czy inaczej, 24 maja zastępca ministra bezpieczeństwa publicznego ZSRS, generał Siergiej Ogolcow, oraz minister bezpieczeństwa państwowego USRS, generał Siergiej Sawczenko, we wspólnym liście do ministra MGB Wiktora Abakumowa poprosili o zgodę na deportacje. Napisali: “Wysiedlenie rodzin ouenowców oraz bandytów, jak pokazało doświadczenie, stało się bardzo efektywnym środkiem walki z ouenowskim podziemiem oraz bandytyzmem, w dużej mierze przyczyniając się do rozkładu podziemia i band, [...] zmniejszyło bazę wspólników, ponieważ miejscowa ludność, bojąc się takiej represji jak wysiedlenia rodzin, odmawiała przekazywania bandytom wsparcia materialnego”. Jest oczywiste, że w chwili wysyłania listu wśród komunistów Ukrainy panowała już pełna zgoda co do konieczności przeprowadzenia akcji. Zwłaszcza że Ogolcow był kimś więcej niż tylko zastępcą generała Abakumowa. Pod jego nieobecność miał na przykład prawo podpisywać raporty wysyłane do Stalina, gdyż cieszył się osobistym zaufaniem generalissimusa od czasu, kiedy w 1946 roku odmówił, motywując to brakiem doświadczenia, przyjęcia teki szefa MGB.
Widać więc, że związków między obiema akcjami, wiosenno-letnią w Polsce i jesienną w Ukrainie, nie tylko można się doszukiwać, ale wręcz dziwne by było, gdyby nie istniały. Prawdopodobnie ze względu na ideologiczne zastrzeżenia, zasygnalizowane przez Litwina, Sowieci postanowili objąć deportacją przede wszystkim rodziny członków podziemia, co pozwoliło im położyć mniejszy akcent na problem rodzin kułaków.
Oznaczoną numerem P59/123 uchwałę o przeprowadzeniu akcji wysiedleńczej na Ukrainie Zachodniej Biuro Polityczne KC WKP(b) przyjęło 13 sierpnia 1947 roku. Na jej podstawie 22 sierpnia minister Abakumow oficjalnie przychylił się do prośby Ogolcowa oraz Sawczenki i wydał rozkaz nr 00430 “O wysiedleniu rodzin osądzonych, zabitych, tych, którzy przebywają w nielegalnym położeniu, aktywnych nacjonalistów oraz bandytów z terytorium zachodniej Ukrainy”. Z kolei 10 września Rada Ministrów ZSRS przyjęła uchwałę nr 3214-1050 “O zesłaniu z zachodnich obwodów USRS do obwodów: karagandyjskiego, archangielskiego, wołogodzkiego, kemierowskiego, kirowskiego, mołotowskiego, swierdłowskiego, tiumeńskiego, czelabińskiego i czytyskiego członków rodzin «ouenowców» i aktywnych bandytów aresztowanych i zabitych w starciach”. Oceniając treść tego dokumentu, Tamara Wrońska doszła do wniosku, iż “członków rodzin powstańców i niezwiązanych z nimi chłopskich mieszkańców Ukrainy Zachodniej postanowiono deportować z tej tylko przyczyny, że przemysł imperialny potrzebował kolejnej wielkiej partii praktycznie bezpłatnej siły roboczej”. Słowem, “dla reżimu wystarczyły pilne potrzeby kompleksu przemysłowego, aby ukarać za nic wielką masę ludzi”.
3 października 1947 roku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (dalej: MWD) ZSRS zatwierdziło plan przewiezienia wysiedleńców z Ukrainy Zachodniej w głąb ZSRS. Obawiając się nieobecności niektórych rodzin przewidzianych do wysiedlenia, Sowieci jednocześnie z listą podstawową tworzyli zapasową — osoby na niej umieszczone miały zastąpić te, którym ewentualnie udałoby się ukryć lub zbiec. W operacji miało wziąć udział 13 592 funkcjonariuszy i żołnierzy ściągniętych z innych republik związkowych, m.in. z Mołdawii, Armenii, Gruzji, Azerbejdżanu, Czeczeni i Dagestanu oraz z Rosji.
Operacja “Zachód” rozpoczęła się 21 października. Najpierw o 2.00 w nocy komuniści wtargnęli do mieszkań rodzin mieszkających we Lwowie, skąd wywieziono co najmniej 184 rodziny liczące 136 mężczyzn, 200 kobiet i 112 dzieci (co najmniej, bo w innym meldunku mowa już o 287 rodzinach). Dwie godziny później sowieckie pododdziały zajęły pozycje wyjściowe wokół wyznaczonych wiosek i gospodarstw, a o godzinie 6.00 przystąpiły do ich wysiedlania. W większości obwodów wywózki zakończyły się jeszcze w tym samym dniu, jedynie w obwodzie czerniowieckim akcja przedłużyła się do 23 października. W obwodzie tarnopolskim ponad 13 tysięcy osób wysiedlono w ciągu dziesięciu godzin.
Ostatni odjechał eszelon Nr 20040 ze stacji Zabołotiw w obwodzie stanisławowskim, złożony z 58 wagonów, do których dodano jeszcze 4 wagony we Lwowie. Pociąg wyruszył 26 października o 16.05 w kierunku Karagandy w Kazachstanie. Zachodnioukraińscy emgiebiści z zadowoleniem zwracali uwagę, że przekroczyli założony do wykonania plan “pracy”. Przykładowo w obwodzie rówieńskim zamiast planowanych 3810 rodzin wywieźli 3829.
Podziemie nie było w stanie przeciwstawić się przemocy. Zanotowano jedynie pojedyncze przypadki stawiania zbrojnego oporu, na przykład 22 października o godzinie 1.00 w nocy w wiosce Piczałowka w rejonie Kostopol strzałem przez okno został śmiertelnie ranny kapitan Anatolij Sulabaridze z kontrwywiadu MGB Kraju Zakaukaskiego. Sowietom nie udało się ustalić sprawcy tego zamachu.
Największą przeszkodą dla komunistów okazywała się pogoda. W przeddzień operacji w terenach górskich obwodu stanisławowskiego nieoczekiwanie spadł wysoki śnieg. Pomimo trudności także w tym obwodzie operację zakończono “z sukcesem i w terminie”. Choć 601 rodzin (2831 osób) zdołało się ukryć, to i tak wysiedlono 4571 rodzin na planowanych 4500 (w osobach osiągnięto “gorszy” wynik: 12 476 wobec przewidywanych 13 941). Charakterystyczne jednak, że 749 deportowanych rodzin zostało wziętych z listy rezerwowej.
W obwodzie rówieńskim Sowietom poważny problem sprawiły obfite opady deszczu. W ich wyniku część wołyńskich dróg rozmokła i stała się nieprzejezdna dla samochodów. Zmusiło to emgiebistów już o 4.00 rano do “mobilizacji” podwód i koni, którymi postanowiono dowieźć deportowanych na stacje kolejowe, gdzie czekały już na nich przygotowane składy. Także w tym obwodzie zanotowano wypadki biernego oporu: “We w[si] Mały Żołudek rej. Rafałówka podlegała wysiedleniu rodzina obywatela Borysiuka O.A., którego syn wcześniej przebywał w bandzie i niedawno został osądzony. Po podejściu do jego domu okazało się, że go nie ma, na drzwiach wisiała kłódka. Zgodnie z decyzją st. lejtnanta Porejczuka [z 445. pułku strzeleckiego MGB] drzwi zostały wyważone, a podczas przeszukania odnaleziono obywatela Borysiuka. Ustalono, że drzwi domu na stałe były zamknięte na kłódkę, a wejście do domu urządzono pod ścianą i starannie zamaskowano. Rodzina obywatela Borysiuka została wysiedlona”. W innym obejściu, należącym do niejakiego Siergieja Antonczuka, żołnierze nie znaleźli nikogo i dopiero kiedy przeszukali obejście, odkryli gospodarza zakopanego w słomie. W niektórych wioskach dochodziło do odważnych aktów solidarności. We wsi Nowy Dwór znajomi wysiedlanej rodziny Androszulików pomogli w ucieczce ich czteroletniej córce, dzięki czemu uniknęła wysiedlenia. Postawa mieszkańców bez wątpienia irytowała sowieckich funkcjonariuszy — jeden z nich, niejaki Abdułajew, we wsi Nowosiółki w rejonie Zdołbunów do tego stopnia stracił panowanie nad sobą, że zabił w łóżeczku sześcioletnie dziecko z rodziny, która nie była przewidziana do wysiedlenia.
Ogółem podczas operacji wysiedlono z zachodniej Ukrainy 26 644 rodziny “aktywnych nacjonalistów”, w sumie 76 192 osoby, z czego 18 866 mężczyzn, 35 152 kobiety i 22 174 dzieci. Ci, których skierowano na Kubań, do Czelabińska, Mołotowska, Karagandy czy Krasnojarska, zostali zatrudnieni w kopalniach węgla. Ludzie wywiezieni do Omska mieli pracować na roli w kołchozach. W trakcie transportu uciekło 875 osób, z których 515 szybko złapano. Reszta zbiegów co najmniej do 7 lutego 1948 roku pozostawała na wolności.
Deportacje okazały się dla ukraińskich chłopów niezwykle “przekonującym” argumentem za wstąpieniem do kołchozu. “Po wysiedleniu bandyckich rodzin i ich wspólników — pisał sekretarz stanisławowskiego obkomu F. Szczerbak — nastroje chłopów szybko się zmieniły, znik nąłlęk” (podkreślenie G.M.). Warto zwrócić uwagę na ten zwrot — władza sowiecka przez cały czas starała się pokazywać ludność jako ofiary terroru UPA. Z perspektywy władzy tylko w ten sposób można było wytłumaczyć popieranie partyzantki. W rzeczywistości, nawet jeśli przyjąć, że ludność była zastraszona upowskim terrorem, to w najlepszym razie jeden strach był zastępowany innym.
Schemat podejmowania decyzji był, jak widać, stosunkowo prosty. Oficjalnie z pomysłem wysiedlenia wychodzili komuniści z republiki związkowej (zapewne dyskretnie zainspirowani przez Kreml), w odpowiedzi Biuro Polityczne WKP(b) przyjmowało odpowiednią uchwałę, na której podstawie dalsze decyzje podejmowali minister MGB ZSRS, rząd sowiecki, a w końcu ich odpowiednicy w republice. Możemy być pewni, że podobnie wyglądał proces decyzyjny w innych republikach sowieckich, nawet jeśli nie wiemy o wszystkich podjętych oficjalnie decyzjach.
Poczynania ukraińskich czekistów zainspirowały, jak się wydaje, komunistów litewskich. Silny ruch oporu na Litwie w przekonaniu władz komunistycznych był dowodem na to, że wpływy kułaków są tam szczególnie silne. Dlatego od tej właśnie republiki Sowieci postanowili rozpocząć akcje deportacyjne nad Bałtykiem. Już jesienią 1947 roku wysyłali pojedyncze transporty z członkami rodzin wykrytych partyzantów. Jeden z nich odprawiono w głąb ZSRS 10 grudnia 1947 roku ze 125 rodzinami “bandytów i kułaków” (456 osób). W czasie transportu uciekły 4 osoby. Ale główne uderzenie postanowiono zadać w maju 1948 roku.
Odpowiednią decyzję podjęła Rada Ministrów ZSRS ze Stalinem na czele 21 lutego 1948 roku; 18 maja zaakceptowało ją Biuro Polityczne Komunistycznej Partii (bolszewików) Litwy. Już od początku roku trwały energiczne przygotowania do operacji. Funkcjonariusze MGB i działacze komunistyczni przygotowywali listy rodzin przewidzianych do wywózki. Trafiali na nią bliscy osób walczących w podziemiu, ale większość stanowili chłopi, właściciele dobrze prosperujących gospodarstw, zwłaszcza jeśli w czasie żniw wynajęli kogoś do pomocy, co było przejawem kapitalizmu. Na listach, co ważne, umieszczano też ludzi mocno przywiązanych do litewskiej “burżuazyjnej i nacjonalistycznej” tradycji i kultury.
Akcję wysiedleńczą miała przeprowadzić 4. Dywizja Wojsk MGB. Dowodzona przez generała Pawła Wietrowa, od 1944 roku zwalczała podziemie na Litwie. Wspomagali ją pracownicy organów bezpieczeństwa i milicji oraz kilka tysięcy członków partii komunistycznej. Ściągnięto też wojska MGB z sąsiednich republik, na przykład 10 maja przybył z Białorusi 284. pułk MGB, zwalczający tam polskie podziemie poakowskie.
Operacja “Wiosna” zaczęła się 22 maja 1948 roku — w Wilnie i Kownie o północy, a na wsi o 4.00 rano. Rodzinom wyznaczonym do wyjazdu kazano zabrać ze sobą w ciągu godziny najcenniejsze rzeczy, po czym kierowano je pod eskortą na stacje kolejowe. Pozostawione gospodarstwa były konfiskowane. Co parę godzin składano meldunki o przebiegu wydarzeń. Dzięki nim wiemy, że o 4.30 grupa operacyjna MGB w chutorze Palszki (32 kilometry od Kretyngi) w domu przesiedleńców napotkała trzech partyzantów. Po krótkiej wymianie ognia udało im się zbiec. Ukrywającą ich rodzinę wysiedlono.
O 7.30 we wsi Dudoryna podczas ładowania dobytku na wozy rzucił się do ucieczki mężczyzna, głowa rodziny. Został raniony w nogę, opatrzony i deportowany z bliskimi. Około 8.00 w osadzie Rengoliancy próbował zbiec chłop Derasunas, ale czujni emgiebiści go zastrzelili. O 9.00 w Bibli koło Łoździejek, tych położonych przy polskiej granicy, ten sam los spotkał niejakiego Rasawiczusa. Ucieczka udała się natomiast o godzinie 11.00 dwunastoletniemu chłopcu we wsi Smulga pod Poniewieżem. O 15.00 zanotowano próbę oporu ze strony partyzantów, którzy ostrzelali ochronę konwoju jadącego z Janiliszek do Poniewieża, przez co uciekł mężczyzna i dwie kobiety. Na większy sprzeciw litewskie podziemie było zbyt słabe, toteż Sowietów bardziej zaniepokoił fakt — o czym doniesiono w meldunku z godziny 2.00 w nocy już 23 maja — że w Wilnie i całym powiecie wileńskim doszło w ciągu dnia aż do ośmiu ucieczek, co próbowano ukryć przed kierownictwem akcji.
23 maja z Litwy w głąb ZSRS wyruszyły ostatnie transporty z wysiedleńcami. W ich ramach deportowano 49 331 osób, najwięcej do Kraju Krasnojarskiego oraz obwodu irkuckiego. Ucieczki spróbowało 1659 osób, ale aż 975 z nich szybko złapano i po ukaraniu odprawiono w miejsce zsyłki. Pod koniec 1948 roku władze oceniły, że na zesłaniu znajduje się 14 048 litewskich rodzin, razem 47 534 osoby. Wyliczono, że mowa o 13 437 mężczyznach, 19 742 kobietach i 14 355 dzieciach. Do Kraju Krasnojarskiego trafiło 23 467 osób, do obwodu irkuckiego 11 495, a do Buriacko-Mongolskiej SRS 4038. Ponad 25 tysięcy ludzi zatrudniono “w przemyśle leśnym i papierniczym”, co oznaczało wyrąb drzew lub harówkę w tartaku. Pozostali pracowali w kopalniach węgla i kołchozach. Niedawni właściciele gospodarstw najczęściej dzielili “nowe” domy z innymi (tylko 1187 rodzin dostało własne mieszkania). W wielu domach brakowało szyb w oknach, przeciekały dachy, z braku łóżek spano na mchu i słomie. Były przypadki tyfusu i dyzenterii.
Wysiedlenie w ciągu 48 godzin prawie 50 tysięcy ludzi wywołało powszechne przerażenie i obawę o przyszłość wspólnoty narodowej. Wykładowczyni historii na politechnice kowieńskiej o nazwisku Ankudawiczute, jak doniósł agent “IKS”, stwierdziła: “Wysiedlenia wrogich ustrojowi sowieckiemu Litwinów należy oceniać jako początek likwidacji narodu litewskiego”, uważała też, że “tylko wojna może przynieść narodowi litewskiemu wyzwolenie od rosyjskich okupantów”.
W następnym roku podobną operacją Sowieci postanowili objąć nie tylko Litwę, lecz także Łotwę i Estonię. Formalną podstawą przeprowadzenia deportacji była uchwała Rady Ministrów ZSRS z 29 stycznia 1949 roku, rozkaz ministra bezpieczeństwa państwowego ZSRS z 28 lutego oraz ministra spraw wewnętrznych ZSRS z 12 marca. Tytuł tego ostatniego brzmiał: “O wysiedleniu z terytorium Litwy, Łotwy i Estonii kułaków z rodzinami, rodzin bandytów i nacjonalistów żyjących nielegalnie, zabitych w czasie starć zbrojnych i osądzonych, zalegalizowanych bandytów kontynuujących wrogą pracę, a także rodzin represjonowanych współpracowników bandytów”. Proces decyzyjny zakończyły uchwały rządów poszczególnych republik, w Estonii przyjęte 14 marca, a w pozostałych dwóch — 19 marca. Operacja otrzymała nazwę kodową “Przybój” i rozpoczęła się o tej samej godzinie we wszystkich republikach 25 marca 1949 roku.
W sprawozdaniu dotyczącym przebiegu akcji w Estonii czytamy: “Operacja wysiedlenia kułaków, bandytów, nacjonalistów i ich rodzin została rozpoczęta przez organy MGB na peryferiach o godz. 6.00 rano, a w mieście Tallin o godz. 4.00 rano. [...] Przybycie na punkty załadunkowe kontyngentu wysiedlanych w pierwszym okresie z wyjątkiem miasta Tallin przebiegało powoli i operacja, którą planowano przeprowadzić w ciągu 25 marca 1949 r., opóźniła się do późnej nocy z 28 na 29 marca 1949 r. Odprawianie transportów rozpoczęło się w drugiej połowie dnia 26 marca. [...] Słabością wykonanej pracy wydaje się fakt, że w składzie transportów znajdowali się ludzie w złym stanie zdrowia. Personel medyczny w Moskwie został niedostatecznie zaopatrzony w lekarstwa. [...] Odnotowano fakty wyrzucania przez wysiedleńców listów z przejeżdżających przez terytorium Estonii transportów. Patrole 51. pułku wojsk kolejowych MWD przejęły 94 listy”. Ostatni eszelon z wysiedleńcami odszedł z Tallina 29 marca o godzinie 21.10.
Ogółem w marcu 1949 roku deportowano 30 630 rodzin (94 779 osób), w tym 25 708 mężczyzn, 41 987 kobiet i 27 084 dzieci. Z Litwy wywieziono 9518 rodzin (31 917 osób), z Łotwy 13 624 rodziny (42 149 osób), a z Estonii 7488 rodzin (20 173 osoby).
Po zakończeniu akcji zebrano poufnie opinie ludności na temat wywózek. Na Łotwie twierdzono, trudno powiedzieć, na ile zgodnie z rzeczywistością, że robotnicy, szczególnie w fabrykach, przyjęli deportację z zadowoleniem. Zdarzać się miały ponoć nawet przypadki wyrażania żalu, iż deportowano zbyt mało osób. Odnotowano też głosy osób przerażonych. Kierownik administracyjny teatru Dajles Szmidt stwierdził z niezadowoleniem: “Widzicie, teraz Rosjanie wysiedlą wszystkich Łotyszy”. Pracownik fabryki kartonów Sziemilis stwierdził zaś: “Nadszedł koniec Łotwy”. W jednym z sowieckich dokumentów na temat reakcji ludności zaznaczono: “Należy zauważyć, że pomimo ścisłej tajemnicy [...] w przeddzień 24 marca i szczególnie 24 marca rozmawiano o zamierzonym wysiedleniu i rozpowszechniano prowokacyjne opinie, że podlegają mu wszyscy Łotysze i dzieje się to w związku z tym, iż niebawem wybuchnie wojna”. Inspektorka wydziału ekonomicznego Łotewskiego Uniwersytetu Państwowego, niejaka Łankowska, powiedziała: “Dzisiaj będzie noc św. Bartłomieja. Będzie wiele krwi i jeszcze więcej nieprzyjemności”.
Ludzie zastanawiali się, czy Sowieci wysiedlą wszystkich Łotyszy, czy “tylko” 80%. Pocieszano się, że może oznacza to, podobnie jak w 1941 roku, nadchodzącą wojnę. Na czarnym rynku wzrosły ceny towarów, zaczęto wyprzedawać meble i odzież w przekonaniu, że i tak trzeba będzie je porzucić. Pojawiły się objawy frustracji, wielu chłopów zaczęło się zgłaszać do kołchozów, uznając to za jedyną możliwą obronę przed zapisaniem na listę do deportacji. Sowieci zauważyli też przypadki pomyłkowego wytypowania ludzi do deportacji. W gminie Zalienienskoj wywieziono na przykład brygadiera kołchozu Jurszewicza, a pozostawiono w spokoju jego brata kułaka.
6 kwietnia 1949 roku Biuro Polityczne WKP(b) przyjęło uchwałę o deportacji z Mołdawii na Syberię 11 280 rodzin (40 850 osób) kułaków, ziemian oraz kupców. Mołdawska SRS powstała w 1940 roku, głównie z terenów odebranych Rumunii. Sowietyzację anektowanych ziem przerwało uderzenie Niemiec na ZSRS, lecz w 1944 roku komunistyczne porządki powróciły. Największą niechęć ludności budziła kolektywizacja rolnictwa. By ją przyspieszyć, Sowieci postanowili zastosować masowy terror.
Ponieważ w Mołdawii nie stacjonowały wojska MGB, ściągnięto ponad 13 tysięcy żołnierzy z Białorusi, Litwy i Łotwy oraz z Moskwy, z elitarnej 1. Dywizji im. Feliksa Dzierżyńskiego. W operacji brało udział 4496 funkcjonariuszy, 13 774 żołnierzy i oficerów MGB oraz 24 705 miejscowych aktywistów. Kierownictwo akcji spoczęło w rękach ministra bezpieczeństwa państwowego Mołdawii, generała majora Józefa Mordowca, oraz zastępcy ministra MGB ZSRS, generała Nikołaja Seliwanowskiego, który do niedawna był przedstawicielem sowieckich służb specjalnych w Polsce.
6 lipca 1949 roku niemal w całej Mołdawii padał deszcz. Mimo to operacja rozpoczęła się zgodnie z planem. Zaczęto o 2.00 w nocy od Kiszyniowa, skąd planowano wysiedlić 500 rodzin (1469 ludzi). Dla ich wywózki utworzono... 500 grup operacyjnych. Ostatecznie wysiedlono 473 rodziny i dodatkowo 77 osób, ogółem 1443 ludzi. W chwili kiedy dowieziono ich na stację kolejową, wywózki ogarnęły już całą republikę. Sowieckie grupy operacyjne docierały nawet do najdalszych miejscowości. Domy rodzin przeznaczonych do wysiedlenia otaczano, po czym żołnierze wdzierali się do środka, zerwanym ze snu ludziom odczytywali decyzje władz i nakazywali szybkie spakowanie dobytku. Teoretycznie każda rodzina mogła zabrać ze sobą 1,5 tony rzeczy, w praktyce z braku czasu i miejsca na ciężarówkach zabierano to, co zdołano chwycić do ręki, głównie żywność i odzież.
Sowieci zanotowali cztery przypadki zbrojnego oporu chłopów, którzy z dubeltówek i obrzynów otworzyli nieskuteczny ogień do żołnierzy. Częściej zdarzały się próby ucieczki, ale z reguły też kończyły się niepowodzeniem. Siedem osób przypłaciło je życiem, cztery kolejne raniono. We wsi Czuczuleny przypadkowo zabito piętnastoletnią Pelagię Bobruk, która ponoć nie zatrzymała się na wezwanie. W jednej z wiosek w obronie wysiedlanej rodziny stanęła grupa kobiet, które rzuciły się pod koła ciężarówki, próbując zablokować jej odjazd. Po strzale ostrzegawczym szybko jednak rozbiegły się do domów.
Operacja “Południe” zakończyła się 7 lipca o godzinie 20.00. W niecałe 48 godzin wysiedlono 11 253 rodziny, czyli 35 796 osób — 9864 mężczyzn, 14 033 kobiety i 11 899 dzieci do lat piętnastu. Skrzętnie zanotowano, że do wywózki użyte zostały 1573 wagony, z których utworzono trzydzieści transportów kolejowych. Sowieci nie byli jednak do końca zadowoleni, ponieważ kilka tysięcy osób uniknęło wysiedleń. Część z nich skreślili co prawda z list proskrypcyjnych sami funkcjonariusze, gdyż już w trakcie operacji wyszło na jaw, że były one na przykład weteranami Armii Czerwonej lub otrzymały odznaczenia ZSRS. Niemniej ponad 3 tysięcy ludzi nie zastano pod wskazanymi adresami. Jak się okazało, z powodu opóźnień spowodowanych intensywnym deszczem zdążyli w ostatniej chwili zbiec. Pomimo dozoru grup operacyjnych w trakcie operacji uciekło dwanaście rodzin i dodatkowo pięć osób; trzy kolejne zbiegły ze stacji.
Wysiedleńców czekała długa podróż, m.in. do Omska, Tiumenia i Chabarowska, w trakcie której zdarzały się przypadki nadużywania władzy przez eskortę. Jedna z grup konwojowych została później oskarżona o to, że pieniądze przeznaczone na utrzymanie wysiedleńców wydała na libacje z udziałem żeńskiego personelu. Po dotarciu do celu podróży wysiedleńcy właściwie od razu kierowani byli do pracy w leśnictwie, przy wyrębie lasu czy w kołchozach. Dwustu najsilniejszych pechowców skierowano do kopalni złota. Z braku mieszkań ludzi rozlokowywano w wagonach lub barakach, często wymagających remontu (przeciekały w czasie deszczu i nie miały ogrzewania). Co gorsza, do jednego baraku trafiało wiele rodzin. Niechlubny rekord zanotowano w Łebediewce, gdzie w dziewięćdziesięcioośmiometrowym baraku rozlokowano 75 osób. Tych warunków część deportowanych na pewno nie przeżyła, ale nie znamy dokładnych danych o panującej wśród nich śmiertelności.
Tymczasem w Mołdawii Sowieci nakazali agenturze sprawdzenie reakcji mieszkańców na wysiedlenia. Jedna z opinii mówiła: “Była [...] w całej republice operacja likwidacji kułactwa i handlarzy z Kiszyniowa. Kiszyniów trochę uwolnił się od wszelkich drani, a wsie od kułaków”. Z kolei Ewdokia Leka stwierdziła: “Kułacy nam mówili, że Rosjanie będą wyjeżdżać, jak tylko przyjdą Amerykanie. Straszyli nas biedaków, a teraz [...] to nie Rosjanie wyjeżdżają, tylko kułaków wysiedlają”. Znacznie powszechniejsze były jednak głosy krytyczne i to one zapewne odzwierciedlały przekonania większości społeczeństwa. Ktoś zauważył: “Przyszedł widać czas ostateczny, skoro biorą ich tak bez winy. Był taki krzyk i płacz. Wszyscy ludzie są tak przestraszeni, że nikt nie wychodzi na pole do pracy”. Inny napisał do rodziny: “Mówią, że ci ludzie byli kułakami, a oni nawet kota nie mieli. [...] Posyłają ich na północ. Nikt teraz nie śpi w domu, [...] wieś pusta, nikt nie śpiewa, nie słychać żadnych wesołych krzyków, prawdziwa pustynia”. Pojawiły się plotki, że Sowieci wysiedlą wszystkich Mołdawian i zastąpią ich Rosjanami. By uniknąć deportacji, zaczęto masowo zapisywać się do kołchozów. Pod koniec 1949 roku znalazło się w nich już ponad 90% indywidualnych gospodarstw rolnych w republice.
Przykład Mołdawii zadaje kłam przekonaniu, że celem deportacji była chęć zlikwidowania antykomunistycznej partyzantki, ponieważ tej... w Mołdawii zwyczajnie nie było. Dopiero po operacji “Południe” powstała tam podziemna “Czarna Armia”, która jednak szybko została rozbita.
5 września 1951 roku Biuro Polityczne KC WKP(b) zdecydowało, by zaakceptować propozycję KC KP(b) Litwy o wysiedleniu “poza granice Litewskiej SRS do 4000 działających wrogo przeciwko kołchozom kułaków z ich rodzinami”. W uchwale zobowiązano KC KP(b) Litwy “do wyjaśnienia ludności wiejskiej znaczenia wysiedleń kułaków jako działania mającego na celu zabezpieczenie ludzi pracy i polepszenie ustroju kołchozowego w republice”. Akcja wyglądała nieco inaczej niż poprzednie, ponieważ prowadzono ją w paru etapach. Pierwsze wywózki nastąpiły już we wrześniu, jednak najwięcej ludzi wywieziono w październiku. Ogółem w 1951 roku deportowano z Litwy kolejnych 16 tysięcy ludzi. Ale i tego było mało. Pod koniec 1951 roku zapadła decyzja o kolejnej wywózce. Doszło do niej w styczniu 1952 roku. Jak zameldował minister bezpieczeństwa LSRS, generał Piotr Kaprałow, ostatecznie wywieziono 217 rodzin (778 ludzi) oraz 1066 odinoczek, czyli osób żyjących samotnie (722 mężczyzn, 757 kobiet, 365 dzieci). Jeden człowiek został zastrzelony podczas próby ucieczki. Zwolniono natomiast już na stacjach załadowczych 116 osób, które na przykład okazały się chore.
Jak zawsze przy tego typu akcji władze zrobiły przegląd opinii w litewskim społeczeństwie. Część ludzi pochwalała przeprowadzone wywózki. “Wysiedlają wielu kułaków, ale ich należy wysiedlić wszystkich” — głosiła jedna z zasłyszanych opinii. Niejaki Tamomauskas stwierdził: “Wysiedlenia Litwinów są prowadzone dlatego, że Sowieci, przygotowując się do wojny, chcą zniszczyć na Litwie swoich wrogów”.
Nie były to, rzecz jasna, jedyne przeprowadzone deportacje. Latem 1949 roku z pobrzeża Morza Czarnego do Kazachstanu wysiedlono 58 tysięcy Turków oraz dasznaków (członków ormiańskiej partii narodowej Dasznakcutjun), uznanych za element niepewny. W grudniu 1949 roku Stalin podpisał decyzję Rady Ministrów ZSRS o wysiedleniu z obwodu pskowskiego 425 rodzin — 1563 Łotyszy i Estończyków. Żyli oni w tych częściach Łotwy, które zostały wcielone do ZSRS. Sama deportacja do Kraju Krasnojarskiego odbyła się w roku 1950.
Jeszcze w 1949 roku na Ukrainie ponownie postanowiono wrócić do taktyki masowych wysiedleń, wprowadzając jednak nową metodę doboru zesłańców. Od tej pory organizowano je w odpowiedzi na konkretne akcje partyzanckie, obejmując nimi ludzi mieszkających w pobliżu miejsca ich przeprowadzenia. Przykładowo, gdy 15 marca 1949 roku w Malczycy w rejonie iwanofrankiwskim partyzanci zabili jednego z gospodarzy — w odwecie wysiedlono w głąb ZSRS trzy rodziny (czternaście osób) mieszkające nieopodal miejsca zabójstwa. W ten sposób w 1949 roku Sowieci deportowali z zachodniej Ukrainy 25 527 osób, w 1950 roku aż 41 149, w 1951 — 18 523, a w 1952 — 3229.
Karne deportacje ludności z wiosek, w których okolicach przeprowadzono akcje partyzanckie, prawdopodobnie odbywały się również w latach 1952–1953 na Litwie. W kwietniu 1951 roku wysiedlono z kilku republik jednocześnie 6500 świadków Jehowy oraz 4500 byłych żołnierzy armii Andersa, którzy na swoje nieszczęście postanowili po wojnie powrócić w rodzinne strony, wcielone do ZSRS. Z polityki deportacji zrezygnowano ostatecznie po śmierci Stalina. Jak zaznaczył Aleksander Gurjanow, “deportacje — to bardzo istotna składowa sowieckiej praktyki terroru politycznego, który był stosowany nie tylko w celu niepodzielnego sprawowania władzy i utrzymania systemu totalitarnego, ale również jako rutynowy i jeden z nieodzownych środków stalinowskiej skokowej modernizacji całej gospodarki z przemysłem ciężkim, mającym zapewnić potęgę militarną”.
Powojenne deportacje narodowościowe długo pozostawały niezauważone, mimo że ogarnęły kilkaset tysięcy ludzi. Dopiero po upadku ZSRS temat ten stał się przedmiotem szerszej debaty, choć pierwsze publikacje ukazywały się już w okresie pieriestrojki; trudno jednak nie odnieść wrażenia, że niemal wszędzie — poza państwami bałtyckimi — traktowano go jako drugorzędny. Naukowcy zajmujący się deportacjami o powojennych operacjach wysiedleńczych ledwie wspominali, traktując je jako swoiste postscriptum do wcześniejszych wielkich stalinowskich zbrodni. Wysiedlenia Bałtów oraz zachodnich Ukraińców wydawały się częścią operacji przeciwpartyzanckich prowadzonych przez Sowietów przeciwko rodzimym ruchom oporu, a więc bardziej tragicznym kosztem walki o niepodległość niż na zimno wykalkulowaną zbrodnią. Nawet na Ukrainie operacja “Zachód” pozostawała w cieniu zbrodni Wielkiego Głodu i wtapiała się w inne powojenne akcje wysiedleńcze. Starania Litwy, Łotwy i Estonii, aby odpowiednio upamiętnić ofiary wywózek, wydawały się może zrozumiałe na poziomie faktów, ale już dyskusyjne, gdy chodziło o towarzyszące im interpretacje. W państwach tych uznano bowiem deportacje nie tylko za zbrodnie przeciwko ludzkości, ale wręcz za wypełniające definicję genocydu, w której mowa przecież o intencji sprawców próbujących celowo wyniszczyć w całości lub części nielubiane grupy narodowe. Taki właśnie zarzut postawiono na przykład w Estonii jednemu z organizatorów wywózek z wyspy Hiuma, Martowi Lari. Choć zmarł on przed usłyszeniem wyroku, sprawa odbiła się głośnym echem. Tak zdecydowana opinia estońskiej prokuratury wydawała się radykalna i nadto emocjonalna, choćby dlatego, że władze sowieckie nie dokonywały masowych egzekucji, a więc z pozoru trudno mówić o fizycznej eksterminacji wywożonych grup narodowych. Dało temu wyraz środowisko Memoriału, zasłużonej organizacji społecznej badającej zbrodnie stalinizmu, publikując specjalnie przygotowaną ekspertyzę w tej sprawie. W bezsprzecznie interesujący sposób badacze Memoriału dowodzili, że deportacje można z pewnością określać jako zbrodnie przeciwko ludzkości, gdyż w ich trakcie ludzie byli bezprawnie pozbawiani wolności i kierowani w odległe rejony ZSRS, natomiast ze sceptycyzmem podeszli do twierdzenia, jakoby wypełniały one definicję genocydu. W ich ocenie deportacje były powodowane chęcią zniszczenia bazy społecznej ruchów niepodległościowych oraz złamania oporu ludności wobec kolektywizacji, zatem wybór ofiar nie miał charakteru narodowego ani etnicznego.
Bliższe przyjrzenie się prowadzonym w latach 1947–1951 deportacjom narodowym powinno jednak skłaniać do zastanowienia się, czy odrzucenie definicji genocydu nie jest powodowane zbyt formalnoprawnym podejściem do dostępnej dokumentacji organizatorów deportacji. Na listy proskrypcyjne w poszczególnych republikach trafiali bowiem uznani za aktywistów przedstawiciele poszczególnych grup narodowych. Usunięcie ich w odległe rejony ZSRS miało prowadzić do dezintegracji wspólnot, które reprezentowali, by łatwiej uległy one procesowi sowietyzacji. Chodziło zatem nie tylko o bezwolne poddanie się władzy komunistów, zaakceptowanie realizowanych przez nich stalinowskich reform społecznych, takich jak likwidacja prywatnej własności ziemskiej, lecz wręcz o przebudowę własnej tożsamości, wykorzenienie z niej rzekomo wybujałego nacjonalizmu. Nie przypadkiem przecież deportacje ogarnęły większe miasta — Lwów, Kiszyniów, Wilno i Kowno, Rygę i Tallin — gdzie żadni kułacy nie mieszkali. Punktowe uderzenie w inteligencję wielkomiejską miało ograniczyć burżuazyjny nacjonalizm w kulturze i edukacji historycznej. Efektowne przemówienie Manuilskiego równie dobrze mogło dotyczyć litewskiej, łotewskiej czy estońskiej inteligencji. Koniec końców, realizowana w ZSRS polityka narodowościowa miała stworzyć z Litwinów, Łotyszy i Estończyków (a także Ukraińców, Mołdawian i innych) jeden naród sowiecki, w którym poszczególne odrębności narodowe byłyby jedynie etnograficznymi i językowymi ciekawostkami. Dlatego należy pamiętać, że nawet ludzie wysiedlani jako kułacy byli wpisywani na listy proskrypcyjne nie tylko jako bogaci, ale też estońscy, litewscy i łotewscy gospodarze. Nawet jeśli w dokumentach formalnie mówiono o usunięciu grupy społecznej, to i tak w praktyce była ona w poszczególnych republikach faktycznie definiowana jak elita narodowa.
Błędem jest patrzenie na powojenne deportacje przez pryzmat działań antypartyzanckich. W klasyfikacji ofiar wyraźnie oddziela się “rodziny bandytów” od kułaków, a poza tym na listy trafiali również “aktywni nacjonaliści”, w tym przedstawiciele inteligencji. To prawda, że w wypadku Litwy i zachodniej Ukrainy możemy dostrzec wśród deportowanych dużą nadreprezentację “rodzin bandytów”, jednak do masowych represji w tych republikach i tak by doszło. Wskazuje na to dobitnie przykład Mołdawii, gdzie partyzantka nie istniała, a przeprowadzono tam operację “Jug”. Za warunek konieczny stalinowskich reform Sowieci uznawali likwidację “kułaka jako klasy” i wykorzenienie drobnomieszczańskiego burżuazyjnego nacjonalizmu. Nie widzieli innej możliwości dokonania takiej operacji niż poprzez chirurgiczne odcięcie rzekomo chorych i zdegenerowanych tkanek społecznych od “zdrowej części narodu”. Temu właśnie celowi służyły wysyłki w głąb ZSRS. Aktywność podziemia przyczyniła się jedynie do wytypowania rodzin członków partyzantki do wywózek w pierwszej kolejności z powodów czysto praktycznych — w ten sposób funkcjonariusze partyjni pozbywali się ze swojego terenu “wrogich elementów” mogących zagrozić ich osobistemu bezpieczeństwu.
Powojenne deportacje narodowe miały na celu fizyczne usunięcie najbardziej aktywnych i przywódczych warstw narodowych i państwowych w celu pełnego poddania pozostałych procesowi sowieckiej unifikacji, także w sferze indywidualnej tożsamości. Deportowani, rozproszeni na ogromnych przestrzeniach ZSRS i poddani kontroli lokalnych struktur władzy, w założeniu mieli już nigdy nie powrócić (przynajmniej en bloc) w rodzinne strony. Choć ich nie mordowano, to jednak wywózka, biorąc pod uwagę wysoką śmiertelność wśród wysiedleńców i gigantyczny obszar, na którym zostali osadzeni, prowadziła do dramatycznego ubytku części narodowej wspólnoty, w faktycznych skutkach nieróżniącej się aż tak bardzo od fizycznej anihilacji.
Z tego punktu widzenia uznanie deportacji, przynajmniej w państwach bałtyckich, za ludobójstwo mające na celu częściowe wyniszczenie wspólnot narodowych wydaje się dziś krokiem może jeszcze nie do końca oczywistym, ale na pewno godnym przemyślenia i dalszych badań.
Wśród kwestii wartych zbadania jest też związek między akcją “Wisła” i wywózkami w ZSRS. Jest oczywistością, że akcja “Wisła” otworzyła drugą falę narodowych deportacji w ZSRS, których w roku 1946 roku zaniechano. Czy była to jedynie przypadkowa koincydencja? Czy też raczej prosta konsekwencja faktu, że na Kremlu postanowiono rozpocząć deportacje od zachodnich Ukraińców? Co ciekawe, między akcją “Wisła” i powojennymi deportacjami narodowymi możemy dostrzec pewne cechy wspólne. Przede wszystkim rzuca się w oczy stosunkowo duża i dość bezduszna operatywność organizacyjna sprawców wywózek. Zwłaszcza poczynania władz ZSRS robią wrażenie. To, co polskim stalinistom w czasie akcji “Wisła” zajęło przynajmniej dwa tygodnie, Sowietom zajmowało z reguły parę dni. Podobny był strategiczny cel wywózek. Zarówno sowieckim, jak i polskim komunistom chodziło o zmianę tożsamości narodowej grup narodowych dotkniętych deportacjami i stworzenie nowych, w domyśle lepszych, obywateli. W tym miejscu trzeba jednak zwrócić uwagę na pewną istotną różnicę: w Polsce chodziło o zmianę świadomości ofiar wywózek, w ZSRS zaś tych, którzy nie zostali objęci deportacjami.