Zamiast zakończenia Nieudana próba etnobójstwa!

W 2012 roku na konferencji w Oświęcimiu rosyjski badacz Aleksander Gurjanow ze środowiska Memoriału, w Polsce znany głównie z prac dotyczących zbrodni katyńskiej, przedstawił interesującą definicję sowieckich deportacji. W jego ocenie, by przymusowe wysiedlenia mogły zostać uznane za deportacje, a więc migracje mające charakter masowej represji politycznej, musi być spełnionych kilka warunków. Przede wszystkim wysiedlenia powinny mieć masowy charakter i obejmować duże grupy ludzi, a nie tylko poszczególne osoby lub rodziny. Przy czym zarówno decyzja o wywózce, jak i wypracowana dla jej wcielenia w życie procedura tworzenia list wyjazdowych winny zakładać kolektywną odpowiedzialność ofiar — muszą one należeć do określonej, arbitralnie wyznaczonej grupy narodowościowej, wyznaniowej lub społecznej. Kolejne cechy deportacji to zastosowanie przymusu bezpośredniego oraz ograniczenie swobody przesiedlonej ludności w miejscu jej osadzenia — otrzymuje ona zakaz opuszczania miejscowości lub nowego rejonu zamieszkania.

Nietrudno zauważyć, że wywózki dokonane w trakcie akcji “Wisła” spełniły wszystkie te warunki. Wysiedlono bowiem dużą, wielotysięczną grupę ludzi. Uchwała, na podstawie której przeprowadzono akcję, podjęta przez biuro polityczne rządzącej partii, zakwalifikowała do wysiedlenia wszystkich obywateli określonej narodowości lub choćby mających z powodów rodzinnych mieszane pochodzenie. W wypadku “mieszańców” istotna była kategoria krwi, a nie narodowej samoświadomości. Ludność była wywożona pod przymusem, miejsce osadzenia wybierano odgórnie, a następnie uniemożliwiano lub przynajmniej utrudniano możliwość jego zmiany. Choć te ostatnie zasady z czasem luzowano, to próby powrotów w rodzinne strony długo odbierano jako akt wrogi wobec państwa. Dlatego osoby powracające do domu w pierwszych tygodniach po wysiedleniu kierowano do obozu w Jaworznie lub ponownie przymusowo wywożono na ziemie zachodnie i północne.

Biorąc to wszystko pod uwagę, należy uznać, że operacja przeprowadzona przez generała Stefana Mossora była w oczywisty sposób deportacją i tym samym masową represją polityczną. Skala zastosowanej przemocy była ogromna, wszak ponad 140 tysięcy obywateli własnego państwa, wbrew przysługującym im i dopiero co uchwalonym przez Sejm Ustawodawczy prawom, przymusowo wywieziono z uprawianych od pokoleń gospodarstw i osadzono w nowym miejscu, kierując się w otwarty sposób zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Kilka tysięcy osób w następnych latach podlegało kolejnym wewnętrznym przymusowym przesiedleniom. Wysiedleńcy aż do końca istnienia PRL żyli z piętnem ludzi z akcji “W” i z tego powodu podlegali kontroli organów bezpieczeństwa, mając ograniczoną możliwość zmiany miejsca zamieszkania. Śmiało zatem należy uznać akcję “Wisła” za jedną z największych masowych zbrodni komunistycznych, jakie popełniono w powojennej Polsce.

Jeśli przyjrzeć się dyskusji toczonej na temat oceny akcji “Wisła”, można zauważyć, że wyraźnie, zwłaszcza w ostatnim czasie, wzrasta świadomość jej zbrodniczego charakteru. Gruntowną analizę tego problemu przeprowadził Krzysztof Persak, który pisze: “Nie ulega [...] wątpliwości, że z punktu widzenia współczesnych standardów prawa międzynarodowego (art. 7 Rzymskiego Statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego) przymusowe przesiedlenia ludności ukraińskiej w 1947 r. należy uznać za zbrodnię przeciwko ludzkości”. Operacja “Wisła” polegała bowiem “na przymusowym przemieszczeniu ludności cywilnej legalnie zamieszkującej swoje siedziby, była operacją przeprowadzoną na rozległą skalę” i “dokonano jej w ramach świadomie realizowanej polityki państwowej”.

Uznanie wysiedleń 1947 roku za deportację i nieuzasadnioną represję będącą zbrodnią przeciwko ludzkości nie kończy bynajmniej dyskusji na ten temat. Sądzę bowiem, że najważniejszym wyróżnikiem tej operacji jest nie tyle sama skala represji, ile ostateczny cel, jaki zamierzali osiągnąć organizatorzy. A wszystko wskazuje na to, że było nim nie tylko zniszczenie podziemia i ukaranie wspierającej go ludności cywilnej, lecz także wymuszenie asymilacji narodowej mniejszości ukraińskiej. Jedynie w ten sposób można wytłumaczyć wysiedlanie ludzi z terenów, gdzie partyzantka nie działała w ogóle lub była w sposób oczywisty słaba. Podobnie trudno inaczej rozumieć cel wywózek tych osób pochodzenia ukraińskiego, które czynnie wspierały nowe władze i wierzyły w leninowsko-stalinowską wersję marksizmu. Z punktu widzenia zwalczania podziemia wysiedlanie działaczy PPR z powiatu włodawskiego było w istocie przeciwskuteczne, a tymczasem prowadzono je z godną lepszej sprawy konsekwencją i uporem.

Moim zdaniem w latach 1947–1952 rządzący Polską członkowie Polskiej Partii Robotniczej, dążąc do stworzenia homogenicznego etnicznie państwa, postanowili przymusowo spolonizować mniejszość ukraińską i łemkowską (uznaną za “odcień” narodowości ukraińskiej) oraz potencjalnie “niepewnych” swojej tożsamości “mieszańców”. Wysiedlenia nie były potrzebne do zniszczenia UPA, lecz jej działania uzmysłowiły kierownictwu PPR, że bez przemieszczeń ludności w Polsce pozostanie pewna grupa osób uważająca się za Ukraińców i Łemków. Rozsiedlając ich po całym kraju, zamierzano doprowadzić do tego, by wyrzekli się — wcześniej czy później — swojego języka, zwyczajów i religii, czyli tożsamości etnicznej. Operację wymuszonej asymilacji narodowej przezornie “schowano” za działaniami przeciwpartyzanckimi, by uzyskać dla niej pełną akceptacją społeczną. O tę ostatnią było o tyle łatwiej, że o konieczności prowadzenia polityki asymilacji narodowościowej wobec mniejszości od dawna mówili otwarcie działacze endecji, zyskując dla tej koncepcji życzliwość wśród części wyborców. Tylko celem asymilacyjnym można tłumaczyć nakaz odseparowania resztek ukraińskiej inteligencji od i tak przecież rozproszonych skupisk ludności, nacisk na rezygnację z przejawów kultywowania zwyczajów i języka, wreszcie brak zgody na powstanie ukraińskich szkół czy choćby fakultatywnych zajęć z nauki języka ukraińskiego.

Jeśli ta hipoteza jest prawdziwa, to mielibyśmy do czynienia z próbą dokonania przez kierownictwo PPR tzw. etnocydu (etnobójstwa), czyli inaczej mówiąc, ludobójstwa kulturowego. Termin ten odnosi się do przypadków — jak ujęto to w ogłoszonej w grudniu 1981 roku deklaracji UNICEF z San Jose — kiedy jakaś grupa etniczna zostaje pozbawiona prawa do korzystania, rozwijania i przekazywania własnej kultury i języka, co ma w konsekwencji doprowadzić bez stosowania metod fizycznej eliminacji do jej kulturowego zaniknięcia. Pojęcie kulturowego ludobójstwa, wymyślone przez Rafała Lemkina, inaczej niż także stworzony przez niego termin genocyd (ludobójstwo) nie funkcjonuje w instrumentach prawa międzynarodowego, gdyż z powodu sprzeciwu m.in. ZSRS nie zostało wpisane do dokumentów ONZ. Jednakże od czasu do czasu odzywają się głosy wzywające do stworzenia dokumentu, który zobowiązałby państwa do ścigania również zbrodni tego typu. Sprawcom realizującym politykę etnobójczą nie chodzi bynajmniej o fizyczne unicestwienie wybranej grupy narodowej czy etnicznej, lecz o gruntowną przebudowę jej tożsamości kulturowej i duchowej, zmierzającą do “stopienia się” z narodem wiodącym.

W świetle przedstawionych faktów można uznać, iż kierownictwo PPR, a później PZPR, realizowało w latach 1947–1952 scenariusz wymuszonej polonizacji mniejszości ukraińskiej. To prawda, że nie odnaleziono dokumentu, w którym wprost przyznano by się do zamiaru spolonizowania Ukraińców. Ale nie ma też dokumentu, w którym nakazywano wysiedlać niewygodnych z powodów politycznych Polaków, a przecież w sposób oczywisty tak robiono, polegając zapewne na ustnych instrukcjach (na których otrzymywanie powoływano się później w obawie przed poniesieniem konsekwencji za pozaprawne działania). Jan Pisuliński, znakomity badacz tej problematyki, uchylając się od jednoznacznej odpowiedzi w tym względzie, zauważył, że “nawet jeśli polonizacja Ukraińców nie była głównym celem przesiedlenia, to na pewno bardzo pożądanym jego rezultatem”. Idąc tropem tego rozumowania, należałoby zadać pytanie: na jakiej podstawie można dziś zakładać, że takich oczywistych konsekwencji swoich działań nie dostrzegali członkowie Biura Politycznego PPR? Jakkolwiek ich oceniać, wszyscy byli doświadczonymi politykami, sprawnie i bez skrupułów rządzącymi państwem i rozumiejącymi dalekosiężne konsekwencje podejmowanych decyzji. Uznanie, iż kierownictwo PPR nie potrafiło dostrzec skutków akcji “W”, byłoby równoznaczne z przypisaniem Bierutowi, Gomułce i Radkiewiczowi politycznej naiwności, a akurat tej cechy byli pozbawieni.

Zbrodni dokonanych polskimi rękami na niewinnych ofiarach w historii Rzeczypospolitej, niestety, nie brakuje. Niezwykłość akcji “Wisła” polega na tym, że była to bodajże jedyna próba dokonania zbrodni akurat tego typu. Nigdy wcześniej i nigdy później państwo polskie nie prowadziło na podobną skalę etnobójczej polityki. Co prawda środowiska Narodowej Demokracji niejednokrotnie w dwudziestoleciu międzywojennym i w czasie wojny postulowały jej zastosowanie wobec części mniejszości narodowych, jednak takie pomysły nie miały szans na wprowadzenie w życie. Paradoksalnie, decyzję o przeprowadzeniu takiej etnobójczej operacji podjęli polscy komuniści (czyli zarazem Polacy i komuniści), formalnie opowiadający się za pełną narodową równością i sprawiedliwością społeczną, na co dzień w sposób zdecydowany odcinający się od tradycji “polskiego faszyzmu”.

Podatność polskich komunistów na nacjonalistyczne pomysły jest różnie tłumaczona. Zdaniem wybitnej antropolożki Joanny Tokarskiej-Bakir już od czasów wojny “trwał eksperyment z nacjonalistyczną legitymizacją komunizmu”. Przytacza ona w tym kontekście wypowiedź Jakuba Bermana, wygłoszoną na posiedzeniu KC PPR 11 października 1947 roku: “Jest naszym ogromnym osiągnięciem jako komunistów, że potrafimy stworzyć partię narodową, która zapuściła głębokie korzenie w społeczeństwo polskie, w różne warstwy narodu, w klasę robotniczą, w chłopstwo, po części w inteligencję. To jest nasz największy skarb, którego musimy strzec i nie pozwolić znowu zepchnąć nas do zaczarowanego kręgu KPP. To byłaby nasza największa klęska”.

Jeśli dobrze rozumiem jej sugestię, komuniści jakoby ulegli nacjonalistycznemu otoczeniu i sile jego oddziaływania. Czy jednak na pewno mamy do czynienia ze zwykłym zainfekowaniem? Przecież wszędzie, gdzie władzę przejmowali komuniści, koniec końców dochodziło także do przemocy ukierunkowanej etnicznie. Działo się tak w stalinowskim ZSRS, i to już od lat trzydziestych. Co ciekawe, akcja “Wisła” chronologicznie otwiera drugą falę deportacji narodowościowych, z jaką mieliśmy do czynienia po wojnie w państwach bałtyckich, Mołdawii i Ukrainie. Prześladowania, które w Rumunii spotkały Węgrów, w Kambodży Czamów, w Chinach Tybetańczyków i Ujgurów, zdają się wskazywać, że mamy do czynienia raczej z ideologiczną regułą niż jej wypaczeniem.

Czemu polscy komuniści zdecydowali się na podobną represję? Przede wszystkim dlatego, że uważali Ukraińców za nacjonalistów. Skoro tak pozostałych w Polsce rodaków oceniali przywódcy Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, to czemu nie mieli tego robić członkowie PPR? W dodatku polscy staliniści uznawali stosowanie tego typu inżynierii społecznej, jaką były przymusowe wysiedlenia, za nie tylko uprawnione, ale wręcz konieczne. Zajęci permanentną rewolucją peperowcy nie mieli czasu ani ochoty, by dociekać, kto spośród Ukraińców faktycznie sympatyzuje z podziemiem, a kto nie. W tej sytuacji zastosowanie zasady zbiorowej odpowiedzialności wobec społeczności ukraińskiej w Polsce było rozwiązaniem stosunkowo prostym i w pełni mieszczącym się w logice budowy nowego systemu. Zgodnie bowiem ze stalinowską zasadą — lepiej ukarać wielu niewinnych, niż pozwolić się wymknąć jednemu winnemu.

Na niekorzyść wysiedlanych działał też fakt, że niemal z reguły byli z pochodzenia chłopami. Tymczasem, co zauważył celnie Stefan Meller, najstarszym “kłopotem i kompleksem” ludzi lewicy była próba odpowiedzi na pytanie: “co mianowicie zrobić z chłopem i jak się doń ustosunkować? Od Rewolucji Francuskiej poczynając, przez wiele, wiele dziesiątków lat cała lewica europejska rozwiązywała ten problem w sposób niezwykle uproszczony: chłop był reakcyjny i konserwatywny, a zatem kontrrewolucyjny z założenia”. Z tego punktu widzenia ukraińska i łemkowska mniejszość jawiły się więc jako podwójnie reakcyjne. Po pierwsze, z powodu domniemanej podatności na ukraiński nacjonalizm, po drugie — z uwagi na swoje chłopskie (a więc spontanicznie niechętne marksistowskiej wizji świata) pochodzenie. Innymi słowy, poddana represji grupa ofiar była ze swej natury tak reakcyjna, że nie zasługiwała na większe współczucie.

Była to więc operacja całkowicie mieszcząca się w ramach stalinowskiej permanentnej rewolucji, realizowanej z entuzjazmem przez przywódców PPR, którzy głęboko wierzyli, że “ich własna odmiana historycyzmu jest najnowszym i najśmielszym osiągnięciem umysłu ludzkiego, tak oszałamiająco nowym, że tylko nieliczni są na tyle zdolni, by je pojąć”. Może dlatego postanowili osłonić tę operację nacjonalistyczną i antyukraińską retoryką. Tak zręczną, że wielu Polaków na trwale uznało akcję “W” za konieczne propaństwowe posunięcie.

Загрузка...