Od początku akcji “Wisła” pewną część wysiedlonych stanowili etniczni Polacy. W jawną część operacji wpisane było wysiedlenie ich z “woreczka ciśnieńskiego” (obszaru Ustrzyki Górne–Cisna), z czego jednakże po kilku dniach zrezygnowano. Ważniejsze jednak, że wykorzystując niedookreśloną definicję “mieszańców”, postanowiono usunąć również największych “reakcjonistów”.
Nie był to bynajmniej pomysł nowatorski. Komuniści w województwie szczecińskim już w 1946 roku w ramach zwalczania PSL stosowali punktowo wywłaszczanie i przymusowe wysiedlanie rodzin niektórych członków partii poza granice województwa. W powiecie człuchowskim z gospodarstw usunięto m.in. miejscowego prezesa oraz paru aktywnych członków stronnictwa Mikołajczyka, gdyż — jak uzasadniali funkcjonariusze UB — “Ludzie ci to najaktywniejsi PSL-owcy, reakcjoniści, którzy pomimo posiadania zagospodarowanych gospodarstw narzekali na obecny ustrój”. W końcu 1946 roku Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (dalej: WUBP) w Szczecinie miał przygotowaną listę 94 działaczy PSL zakwalifikowanych do ewentualnego wysiedlenia poza granice województwa. Jesienią 1947 roku za zgodą wojewody szczecińskiego z województwa wysiedlono co najmniej dwóch działaczy PSL. Jak widać, metoda deportacji była w kręgach władz bardziej znana i akceptowana, niż na pozór mogłoby się wydawać, dlatego też bez wahania postanowiono ją wykorzystać przeciwko opozycji także w czasie akcji “Wisła”.
Do wywózek “niepewnych” Polaków oddziały wojskowe i UB przystąpiły od razu 28 kwietnia. Z niektórych miejscowości wywożono wszystkich mieszkańców bez patrzenia na pochodzenie. W innych wytypowane osoby dołączano do transportów z Ukraińcami. Byli też tacy Polacy, którzy zgłaszali się sami, chcąc na przykład przenieść się na Ziemie Odzyskane i nie zdając sobie sprawy, że trafiają w ten sposób do grupy ludności pod specjalnym nadzorem. Nic więc dziwnego, że rozpoczęcie akcji wywołało powszechną panikę wśród wszystkich mieszkańców i rozpowszechnienie się pogłosek o planowanym całkowitym wysiedleniu regionu. Gdy 8 maja pracownicy starostwa przemyskiego udali się na objazd niektórych gmin powiatu, zauważyli, jak polscy gospodarze “na widok samochodu porzucają pracę i uciekają, jedni w kierunku lasu, drudzy w kierunku do wsi”.
Inaczej jednak niż Ukraińcy Polacy mieli szansę “wyreklamować” się od wywózki w punktach zbiorczych i załadowczych. Trochę nieoczekiwanie przyszedł im w sukurs fakt, iż wywózki “niepewnych” Polaków miały tajny charakter. Poszczególne instancje wysiedleńcze nie były i nie mogły być doinformowane na ten temat, co w sytuacji dużego chaosu działało czasem na korzyść wywożonych.
W każdym razie już w pierwszych dniach operacji pojawiły się pisemne protesty wobec prowadzonej akcji wysiedleńczej. Jako jeden z pierwszych zareagował wicestarosta przemyski Zygmunt Felczyński, ten sam, który w marcu upominał się o wysiedlenie ukraińskiego sierocińca z Przemyśla. 30 kwietnia przesłał do Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie anonimowy protest ludności, zapewne odzwierciedlający jego osobiste stanowisko. Czytamy w nim: “Imieniem wysiedlanej ludności polskiej z gromad Grochowce, Witoszyńce i okolic Przemyśla zanosimy protest przeciwko gwałceniu wolności osobistej obywateli polskich. A przecież ta wolność osobista obywatela została uchwalona uroczyście przez obecny Sejm RP. Ludność tę pod pretekstem akcji przeciwukraińskiej wysiedla się bez pardonu. Ludzie nie mając podwozów zostawiają swoje mienie na pastwę losu. [...] słyszy się wśród tej ludności, że to dowód słabości Rządu, który nie mogąc sobie poradzić z kilku tysiącami bandytów, złożonych z rozmaitych elementów narodowościowych, a dowodzonych przez Niemców, mści się na biednej ludności polskiej, która chce tylko pracować spokojnie na kawałek chleba”. Tego samego dnia zaprotestował zarząd powiatowy Związku Nauczycielstwa Polskiego w Lesku, żądając, by jego członkowie byli “traktowani jako Polacy”. Opisano przy tym historie dwojga nauczycieli, którzy 28 kwietnia zostali wypędzeni z domu przez wojsko. Udało im się co prawda “wyreklamować” na punkcie zbornym, lecz po powrocie do domu zastali obrabowane mieszkania. Jedną z tak potraktowanych osób była kierowniczka szkoły w Orelcu, Maria Dobrowolska. Została ona, jak pisała, “bez jednego garnka, łyżki, talerza, miednicy, łóżka, ziemniaków, drzewa, opału itp. po prostu na łasce losu. [...] Wprawdzie nie znajduję się jak inni Polacy dotychczas niezarejestrowani za drutami, ale śpię w klasie na podłodze. Nauczycielstwo złożyło mi się na chleb, a inspektor szkolny z dożywiania dzieci dał 2 kg słoniny. Rozpacz moja nie ma granic”.
Kolejne pismo starosta Felczyński wystosował 2 maja. Poinformował w nim, że tego dnia w Żurawicy żołnierze dali ludności ledwie dwadzieścia minut na spakowanie dobytku, po czym obok Ukraińców wysiedlili na stację w Przeworsku również piętnaście rodzin polskich. Tak prowadzona akcja wywołała w powiecie “rozprzężenie, popłoch”, w efekcie czego ludność “zniechęcona zaniechała wszelkich prac rolnych”. Sprawa wysiedlenia z Żurawicy stała się na tyle głośna, że generał Mossor 3 maja zmuszony był wystosować specjalny szyfrogram do marszałka Roli-Żymierskiego. Pisał w nim o wysiedleniu przez 9. Dywizję Piechoty kilkunastu polskich rodzin “zupełnie przegniłych wskutek propagandy PSL i NSZ. Mamy dane do przypuszczenia, że odpowiednie czynniki w Warszawie mogą z tego powodu podnieść duży hałas. Jest możliwe, że dojdzie do interwencji w Sejmie. Biorę na siebie odpowiedzialność za te wypadki i proszę mi zaufać, że ani jedna rodzina polska nie zostanie z tych stron wysiedlona bez poważnych przyczyn”.
Nagłośnienie wydarzeń z Żurawicy spowodował fakt, że wśród wywiezionych znalazł się Michał Głowacz, były poseł PSL do Krajowej Rady Narodowej. Z powodu swych interwencji był on powszechnie znienawidzony przez miejscowych komunistów. Jednocześnie posiadał tyleż autorytetu, co pewności siebie, skoro nie pytając nikogo o zgodę, prosto ze stacji w Przeworsku udał się do Warszawy złożyć protest bezpośrednio w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Uzyskał tam list od szefa gabinetu ministra, pułkownika Leona Andrzejewskiego, zwalniający go z wysiedlenia i udzielający “ostrej nagany” majorowi Bronisławowi Wróblewskiemu z UB, który, jak się okazało, stał za próbą jego wywózki. Powrót Głowacza wywołał wściekłość i sprzeciw przemyskiej PPR. Jej powiatowy pierwszy sekretarz Tadeusz Kopyciński w specjalnym piśmie poprosił, by “wyeliminować wyżej wymienionego z naszego terenu”.
Pomimo twardego tonu szyfrogramu Mossora wojsko postanowiło niejako na wszelki wypadek ostrożniej prowadzić wywózki polskich rodzin i odtąd uważniej przeglądać listy osób kierowanych na zachód. Dochodziło przy tym do sporów pomiędzy funkcjonariuszami UB i PPR, którzy raczej chcieli rozszerzać listy, a dowództwem wojskowym weryfikującym na stacjach załadowczych dokumentację wysiedleńczą. Jednocześnie zaczęto dbać, przynajmniej w okolicy Przemyśla, o formalne zabezpieczenie przed ewentualnymi oskarżeniami o nadużycia. W tym celu żołnierze zaczęli zbierać od wysiedleńców “spontaniczne” listy z podziękowaniem za dokonanie wywózki. “Z wielką radością przyjęliśmy [...] wiadomość od żołnierzy o postanowieniach Rządu celem przesiedlenia nas” — głosiły listy podpisywane m.in. przez “zadowolonych” mieszkańców Koniuszy w gminie Fredropol, Bachowa, Drohojowa i innych miejscowości.
Zgodnie z oczekiwaniami generała Mossora sprawa z Żurawicy została oprotestowana przez PSL pismem z 7 maja, sygnowanym m.in. przez posła Stanisława Wójcika, a skierowanym na ręce premiera Cyrankiewicza. Odniosło to częściowy skutek, ponieważ większości rodzin pozwolono powrócić do domu i objąć z powrotem swoje gospodarstwa. 4 czerwca działacze PSL napisali jednak kolejną interwencję, przedstawiając ponownie całą sytuację i zwracając uwagę, że wobec czterech polskich rodzin z Żurawicy (Jana Beera, Adama Beera, Franciszka Szereszczuka i Michała Faca) “zarządzenia te nie zostały cofnięte” i zostali oni wywiezieni w okolice Mirosławca w powiecie Wałcz. Czytamy: “W/w rodziny są pochodzenia polskiego i cieszą się dobrą opinią miejscowej ludności. [....] Podając powyższe — Polskie Stronnictwo Ludowe prosi Pana Prezesa Rady Ministrów [...] o wydanie zarządzenia w celu umożliwienia jak najszybszego powrotu w/w rodzinom i objęcie przez nie swych gospodarstw we wsi Żurawica”. Protest PSL zmusił sztab GO “Wisła” do ponownego zajęcia się sprawą. Misję wyjaśnienia wątpliwości powierzono szefowi Informacji, majorowi Sajce. W połowie lipca przeprowadził on formalne śledztwo w tej sprawie, przesłuchując szereg osób. Zaczęto od “udowodnienia”, że wójt gminy przychylne dla wysiedlonych rodzin poświadczenie wydał bezprawnie, a komendant lokalnej MO potwierdził je, gdyż “polegał” na jego podpisie. Kolejni świadkowie wskazywali już na słuszność decyzji WP: Beerowie mieli być podejrzani o podpisanie volkslisty, ojciec Szereszczuka był Ukraińcem, Fac zaś ożenił się z Ukrainką z domu Smuk. 18 lipca major Sajko powiadomił specjalnym pismem generała Mossora, że w związku z tymi faktami “w stosunku do polskości wszystkich w/w rodzin istnieją poważne zastrzeżenia”, a w związku z tym ich wysiedlenie było “w zupełności uzasadnione”.
Nie była to pierwsza sprawa tego typu prowadzona przez majora Sajkę. Wcześniej odpowiedział m.in. na pismo ministra obrony nr 9-133 z 21 czerwca, dotyczące skargi na tryb wysiedlenia gminy Krzywcza, złożonej przez prezesa tamtejszego koła PSL Jakuba Sapę i popartej przez wojewódzki sekretariat PSL w Rzeszowie. Sajko przeprowadził dochodzenie i doszedł do wniosku, że “wojsko w czasie przesiedlenia gm. Krzywcza zachowywało się w stosunku do ludności przesiedlonej i pozostającej bardzo dobrze”, a Jakub Sapa “i jego syn Jan z MO czynnie współpracowali z bandami i polskimi i banderowskimi”, w związku z czym 24 czerwca aresztował ich obu. “Nadmieniam — wyjaśniał major Sajko — że w sprawie tej zachodzi jaskrawy przykład oczerniania Wojska Polskiego przez PSL, gdy tymczasem oskarżyciele sami czynnie współpracowali z bandami”. Informacja GO “Wisła” sprzeciwiła się też zawieszeniu podporucznika Seweryna z 7. DP, który wysiedlił kilkanaście rodzin polskich z Wiązownicy, wsi napadniętej w kwietniu 1945 roku przez UPA. Wydarzenie to wywołało sprzeciw miejscowej polskiej społeczności i w efekcie reakcję dowództwa dywizji, którą jednak Sajko uznał za przesadną. W jego ocenie “do wysiedlenia tych rodzin doszło na skutek ingerencji miejscowej MO, która chciała się ich pozbyć ze swego terenu jako znanych złodziei wiejskich. W rezultacie jednak rodziny te zostały z powrotem skierowane na swoje miejsca i wysiedlone nie zostały”. Na Seweryna miał rzekomo naskarżyć miejscowy ksiądz, który wyolbrzymił “nieświadomie niewłaściwe postępowanie ppor. Seweryna podczas wysiedlania Wiązownicy do rozmiarów przestępstwa”.
Kolejne zarzuty i interwencje PSL wywołały m.in. działania 49. pułku piechoty w powiecie włodawskim, gdzie wielu członków PPR miało ukraińskie pochodzenie, więc wywózki Polaków odebrano jako świadomą grę miejscowego aparatu władzy. PPR-owcy mieli tam pomijać na listach “po znajomości” Ukraińców, natomiast wpisywać na nie osoby polskiego pochodzenia. Rzeczywistość była zapewne bardziej złożona, gdy bowiem lokalna PPR zaprotestowała przeciwko trybowi wywózek w liście do Komitetu Centralnego PPR, to, jak podaje Jan Pisuliński: “Podkreślono w nim, że wśród osób szkodzących [Polsce Ludowej — G.M.] są zarówno Ukraińcy, jak i Polacy i winno się ich traktować na równi”.
Z raportu szefa OUN na Lubelszczyźnie, Jewhena Sztendery “Prirwy”, wynika, że wysiedlenie rozpoczęte 15 czerwca było bezwzględne: “Wysiedlali Ukraińców i Polaków, z miasteczek nawet peperowców. Wśród wysiedlonych Polaków jest nawet bardzo dużo elementów szowinistycznych, wrogo nastawionych do wszystkiego, co ukraińskie, a zwłaszcza do naszego ruchu wyzwoleńczego, którzy byli nawet aktywnymi pomocnikami wroga”.
Wspomnianą już oddzielną kategorię stanowili Polacy, którzy z własnej woli zdecydowali się na wyjazd, nie mając pojęcia, że w ten sposób trafiają do kategorii osób pozbawionych niektórych praw. Zdemobilizowany żołnierz WP Mieczysław Kitczak ze Stefkowej chciał wraz z siedemdziesięciosześcioletnią matką wyjechać na Ziemie Odzyskane do rodziny, więc za radą pracowników UB zgłosił się do wyjazdu, zakładając, że pojedzie do wybranej przez siebie miejscowości. Tymczasem “po przybyciu do głębi kraju żadne starania okazały się bezowocne i zostałem wraz z matką zaliczony do grupy Ukraińców i osiedlony przymusowo według wskazań urzędowych. Ponieważ jestem Polakiem [...] czuję się bardzo pokrzywdzony, że zostałem ograniczony w swobodnym poruszaniu się i zaliczony do narodowości ukraińskiej [...] przeto proszę o [...] wydanie mi zezwolenia na prawo swobodnego poruszania się w granicach Rzeczypospolitej Polskiej i wyjazdu na Dolny Śląsk”. Nie wiadomo, czy i kiedy pozwolono Kitczakowi opuścić powiat Choszczno, w którym go osadzono.
Wysiedlenia Polaków trwały do końca akcji i objęły, według wyliczeń Jana Pisulińskiego, kilkanaście tysięcy osób. Jeszcze 19 lipca ze wsi Opaka w powiecie lubaczowskim wysiedlono wraz z Ukraińcami niejakiego Jana Kuca. Nie pomogło potwierdzenie polskiego pochodzenia wystawione przez miejscowego proboszcza ani nawet pismo szefa sztabu 7. DP, majora Kałymona, że jako Polak nie podlega on wywiezieniu. Ostatecznie trafił wraz z żoną i trojgiem nieletnich dzieci do wsi Czatan w powiecie Choszczno w województwie szczecińskim. W liście z 9 września do premiera Cyrankiewicza żalił się: “Gospodarka moja oraz zasiewy zboża, ziemniaków i paszy na 10 ha ziemi ornej pozostały w rodzinnej wiosce — żadnych zbiorów z pola nie zdążyłem zabrać, gdyż wysiedlony zostałem przed żniwami, skutkiem czego obecnie wraz z rodziną pozostaję bez środków do życia, gdyż w wyznaczonym mi miejscu na osiedlenie mieszkam wspólnie przy rodzinie wieśniaka osiedlonego tutaj przed rokiem — żadnej roli nie posiadam ani żadnych zbiorów nie mam. [...] Nie wiem, dlaczego spotkała mnie wraz z rodziną niczem nie zasłużona krzywda tak materialna, jak i moralna. Jak mi wiadomo, wójt gm. Opaki pozostawił i uchronił od wysiedlenia kilka rodzin ukraińskich, natomiast mnie Polaka przeznaczył na wysiedlenie, skutkiem czego zostałem dzisiaj ogołocony ze wszystkiego i wraz z rodziną w związku z nadchodzącą zimą skazany na nędzę”. Zwolnienie z wysiedlenia wydane przez 7. DP sprawiło, że Urząd Rady Ministrów zareagował i 19 września zaczął się domagać wyjaśnienia tej sprawy przez władze województwa rzeszowskiego. Odpowiedzi nadchodziły niespiesznie. 28 stycznia 1948 roku Andrzej Bednarz, szef PUR w województwie rzeszowskim, uchylił się od oceny słuszności wywózki Kuca. Zaznaczył jednocześnie: “Przesiedlenie, w ramy którego został ujęty żalący się ob. Kuc Jan, miało charakter akcji specjalnej. [...] Przesiedleniu podlegały nie tylko rodziny określone w zażaleniu jako «ukraińskie», ale takie rodziny czysto polskie, których obecność na terenie pogranicznych powiatów wojew. rzeszowskiego nie jest wskazana”. W końcu 17 marca 1948 roku starosta powiatowy lubaczowski Marian Janiak wydał zapewne ostateczny wyrok, pisząc, że Kuc został wysiedlony w ramach “oczyszczania” terenu “z wrogich elementów do teraźniejszego ustroju [...] zupełnie zasłużenie i powrót wymienionego [...] byłby niewskazanym”.
Jak widać, działacze PSL bardzo szybko zrozumieli sens prowadzonych działań i zareagowali na tyle, na ile pozwalała im ówczesna sytuacja. Oprócz skarg wysyłanych do Rady Ministrów miejscem protestu stał się także sejm. Poseł Stanisław Wójcik zaprotestował 25 czerwca 1947 roku przeciwko łamaniu przyjętej w lutym deklaracji o poszanowaniu praw obywatelskich. Opowiadał, że “rolnika, zdawałoby się, nie można zwolnić z pracy, okazuje się jednak, że tak nie jest, bo zastosowano swego rodzaju zwolnienie w postaci wysiedlenia z gospodarstwa. Tak postąpiono z szeregiem rodzin polskich, członków PSL w województwie rzeszowskim, nie oszczędzono nawet byłego posła do Krajowej Rady Narodowej Głowacza, tego, który interweniował w sprawie różnych nadużyć na terenie województwa rzeszowskiego u władz centralnych oraz składał interpelacje [...] w sprawie band ukraińskich. Dzięki interwencji Prezesa Rady Ministrów zarządzenie o wysiedleniu Głowacza zostało cofnięte i Głowacz powrócił do swego gospodarstwa”.
Z kolei 4 lipca w sejmie Wójcik przedstawił wniosek grupy posłów (druk sejmowy nr 151) domagających się powołania specjalnej komisji sejmowej do zbadania przebiegu akcji “Wisła”. Tekst krótkiej rezolucji mówił: “Sejm Ustawodawczy powołuje komisję sejmową w składzie 7–10 osób dla zbadania wysiedleń obywateli polskich z terenu powiatów: Przemyśl, Włodawa, Tomaszów Lubelski, Zamość, Hrubieszów, Biłgoraj oraz Nowy Sącz”. Pod wnioskiem podpisało się 22 posłów, w tym Stanisław Mikołajczyk i Stefan Korboński, co pokazuje wagę, jaką PSL przykładało do tej sprawy. Komisja miałaby na celu zbadanie “podstaw wysiedlenia Polaków z tych terenów, jak również skontrolowanie całokształtu akcji wysiedleńczej, co niewątpliwie przyczyni się do uspokojenia nastrojów miejscowej ludności, zaniepokojonej samowolą organów przeprowadzających tę akcję”. Jako przyczynę podano fakt, że równocześnie z pozostawianiem w Polsce Ukraińców wysiedlani są Polacy, “którym nie można postawić zarzutu co do ich zachowania się w czasie okupacji niemieckiej”. Obok wysiedleń z Żurawicy w uzasadnieniu podano także przykłady wywózek Polaków z powiatu Włodawa. I tak ze wsi Rzeszczynka wysiedlono 21 rodzin polskich, pozostawiając dziesięć rodzin ukraińskich. Z Lipnik wywieziono 31 polskich rodzin, a z Sapiehowa 10, choć nie mieszkali tam w ogóle Ukraińcy. Czytamy: “Ludzie z terenu meldują poufnie, że istnieje możliwość wykupienia się od wysiedlenia. Mieszkańcy powiatu żyją pod ciągłym strachem wysiedlenia, nikt nie pracuje”. Zdaniem działaczy PSL tego typu sytuacja była spowodowana nadreprezentacją miejscowych Ukraińców w strukturach UB we Włodawie.
Przeciwko wnioskowi PSL wystąpił poseł Józef Beluch-Beloński, działacz PPS z przedwojennym stażem. Wybrano go do tej misji nieprzypadkowo, pochodził bowiem z Przemyśla. Stwierdził on, że sprawą poruszoną we wniosku zajmie się powołana już komisja nadzwyczajna, która ma objechać “wszystkie województwa zniszczone”, a skoro “komisja nadzwyczajna postanowiła tymi zagadnieniami się zająć, zbyteczny jest wybór specjalnej nowej komisji”. Mikołajczyk słowa Belucha-Belońskiego skomentował kąśliwie: “Zanim komisja zbada szkolnictwo, szpitalnictwo, rozbudowę, to ludzi dawno wysiedlą”. Zgodnie z oczekiwaniami zdominowany przez PPR sejm wniosek odrzucił i sprawę przekazał do komisji administracji i bezpieczeństwa, gdzie już nigdy nie miała być procedowana.
Wniosek Wójcika był ostatnim przykładem wykorzystania przez posłów PSL możliwości swobodnej wypowiedzi. Okres, kiedy mogli przynajmniej protestować przeciwko dyktaturze socjalistycznego postępu, właśnie się skończył. Następne, 28. posiedzenie Sejmu Ustawodawczego, odbyło się 29 października 1947 roku już w innych warunkach.
Pomiędzy lutym a lipcem 1947 roku PSL złożyło w sejmie kilkanaście interpelacji przeciwko łamaniu prawa i skrytobójczym mordom PPR. Protestowano też przeciwko cenzurze, dotykającej nawet ich sejmowych wypowiedzi. Biorąc pod uwagę skalę nacisku i represji, jakiej byli poddani członkowie kruszącego się klubu PSL, należy uznać, że wykonali pracę budzącą duży szacunek. Na uwagę zasługuje fakt, iż wśród protestów PSL znalazł się także ten skierowany przeciwko akcji “Wisła” — i to symbolicznie jako ostatni. Oczywiście działacze PSL przeciwstawiali się przede wszystkim dołączaniu do transportów z Ukraińcami Polaków, a nie akcji wysiedleńczej jako takiej. Niemniej w ich wniosku, przypomnijmy, znajduje się także zdanie nawołujące do “skontrolowania całokształtu akcji wysiedleńczej” (podkreślenie G.M.). Należy przyznać, że w ówczesnej sytuacji na więcej nie mogli sobie pozwolić. Ledwie parę tygodni wcześniej, w czerwcu 1947 roku, generał Gustaw Paszkiewicz mówił w sejmie o rzekomym wykryciu na Białostocczyźnie bandy złożonej z Niemców, Ukraińców i PSL-owców. Było to oczywiste kłamstwo, niemniej ogłosił je bez zażenowania z mównicy sejmowej przedwojenny oficer. W tym kontekście jasne jest, iż stanięcie w obronie wysiedlanej mniejszości ukraińskiej propaganda komunistyczna wykorzystałaby natychmiast do przedstawienia stronnictwa chłopskiego jako sojusznika OUN i UPA.
Warto zapamiętać: ostatnie zaprotokołowane zdanie wypowiedziane w Sejmie Ustawodawczym przez Stanisława Mikołajczyka było protestem przeciwko operacji “Wisła”.