Wysiedlenia w 1947 roku w Przemyślu przetrwał sierociniec prowadzony przez greckokatolickie Zgromadzenie Sióstr Służebnic Niepokalanej Marii Panny. Usytuowany w samym centrum miasta, przy ul. Biskupa Jana Śnigurskiego 10–12, gdzie dziś znajduje się biblioteka pedagogiczna, samym swoim istnieniem budził irytację władz. Przypominał bowiem o tym, że częścią historii Przemyśla są także grekokatolicy.
Siostry przybyły do Przemyśla na zaproszenie przemyskiego biskupa greckokatolickiego Josifa Kocyłowskiego w czasie pierwszej wojny światowej. Wykonywały prace pomocnicze w rezydencji metropolity, prowadziły też szkołę św. Mikołaja. Pieczę nad ukraińskim sierocińcem przy ul. Śnigurskiego Kocyłowski powierzył siostrom w 1941 roku. W ten sposób próbowano przyjść z pomocą dzieciom pozbawionym rodziców lub pochodzącym z rodzin niepełnych. Od 1942 roku sierocińcem kierowała siostra Manuela Kowalczuk. W pracy pomagały jej dwie zakonnice (zwłaszcza siostra Partenia Kosyna) i dwie lub trzy osoby świeckie. Budynek stanowił własność stowarzyszenia “Syrocki Zachyst”, które miało się troszczyć o sprawy materialne placówki, jednak w praktyce o środki na utrzymanie sierot zabiegać musiała siostra Manuela. Na początku dużym wsparciem były dwie krowy podarowane przez biskupa Kocyłowskiemu, które zapewniały dzieciom mleko, jednak po pewnym czasie zostały skonfiskowane przez Niemców. Od tego czasu mleko dla sierot uzyskiwano w zamian za zgodę na wypasanie na gruntach zakonnych krowy należącej do kucharki, Zofii Wacury.
W Polsce Ludowej 1 października 1945 roku władze zlikwidowały działalność szkół ukraińskich i towarzystw opiekujących się sierotami. W październiku 1946 roku sowiecki pełnomocnik do spraw ewakuacji Ukraińców zaproponował wyjazd sierocińca do ZSRS, ale siostry odmówiły. Wiadomo, że na początku 1947 roku informowały o swojej sytuacji Watykan, składając list na ręce kardynała Eugène’a Tisseranta. 31 marca 1947 roku władze Przemyśla zdecydowanie zażądały wysiedlenia sióstr, niemal na pewno w związku z przygotowaniami do akcji “Wisła”. W piśmie starosty przemyskiego odrzucenie propozycji wyjazdu do ZSRS przedstawiano jako akt wrogi Polsce i dowód na to, że celem sióstr jest “oddawanie swoich usług zakonspirowanym ukraińskim wrogom polskości” oraz wychowywanie dzieci “w duchu wrogim polskości”. Siostry jakoby godziły “w dobro interesu Państwa Polskiego”, wokół nich narastały podejrzenia “o działalność antypaństwową”, dlatego postulowano przesiedlenie ich na ziemie zachodnie.
W sierpniu 1947 roku z propozycją wysiedlenia ukraińskich sierot po raz pierwszy wystąpiło kuratorium w Rzeszowie. W tym czasie w sierocińcu przebywało czterdzieścioro dzieci ukraińskich w wieku od ośmiu do czternastu lat, z czego dziewiętnaścioro chorych na jaglicę, ciężką chorobę spojówek. Ostatecznie do wyjazdu znów nie doszło, co zapewne należy tłumaczyć cierpliwą dyplomacją sióstr. Niewykluczone jednak, że część chorych dzieci przekazano do szpitala w Witkowicach pod Krakowem, gdzie leczono jaglicę.
Choć w następnych miesiącach naciski na likwidację sierocińca zmalały, to władze bynajmniej nie zapomniały o sprawie, prowadząc obserwację placówki. Czytamy: “Odnośnie Ukraińskiego Sierocińca w Przemyślu, to w dalszym ciągu trwa rozpracowanie — nastawiona jest w tym kierunku «agent Maria», która ma pewne możliwości wejścia tam jako Ukrainka i wdowa po ukraińskim księdzu. W tym sierocińcu jest 37 dzieci tylko ukraińskich od lat 5 do 17. Na utrzymanie sierocińca przeznacza pewne kwoty «Caritas», oprócz tego utrzymuje się z własnej gospodarki i część produktów przeznacza państwo”.
W drugiej połowie 1948 roku władze przystąpiły do antyreligijnej ofensywy w całej Polsce. W jej ramach postanowiono zlikwidować stopniowo wszystkie placówki opiekuńcze prowadzone przez zakony. Monopol na wychowanie dzieci i młodzieży miało posiadać stalinowskie państwo. Być może najlepiej sens tych zmian oddali pracownicy domu dziecka w Lubaczowie, którzy za swój cel wychowawczy uznali: “Pouczanie i wpajanie w dzieci karności i posłuszeństwa [...] opierając się na przykładach obecnego Rządu, bo dzięki temu w Państwie panuje ład, porządek i zgoda”.
W województwie rzeszowskim zdecydowano się zacząć akcję od placówki greckokatolickiej, uznawanej zapewne za najbardziej niewygodną. Ponieważ chodziło o przejęcie całego majątku cerkwi, a nie tylko budynku sierocińca, operację przeprowadzono z prawną precyzją. Najpierw 31 sierpnia 1948 roku wojewoda rzeszowski zarządził likwidację poukraińskiego stowarzyszenia “Syrocki Zachyst” w Przemyślu, “które faktycznie istnieć przestało”, i przejęcie jego majątku przez “Kuratorium Okręgu Szkolnego w Rzeszowie na zorganizowanie Państwowego Pogotowia Opieki dla dzieci polskich”. Podstawową częścią przejmowanego majątku był “dom jednopiętrowy, murowany z przyległościami” przy ul. Śnigurskiego 10–12. Ponieważ zarządzenie przed wejściem w życie musiało być ogłoszone publicznie, postanowiono “decyzję o likwidacji wywiesić na tablicy ogłoszeń Starostwa i Zarządu Miejskiego, z powodu niemożności doręczenia jej” członkom zarządu likwidowanego stowarzyszenia. 4 września faktycznie wywieszono na tablicach w starostwie i rzeszowskim magistracie odpowiednie decyzje, od których pełnomocnicy stowarzyszenia mieli czternaście dni na złożenie odwołania. Dokument podpisał referendarz E. Dornfest. Tym samym pozbawiono pozostałych grekokatolików możliwości skutecznej prawnej obrony, gdyż szanse, że w stalinowskich czasach ktoś w ogóle dostrzeże na tablicy ogłoszeń decyzje władz, były bliskie zeru.
Jakież więc było zdziwienie doktora Władysława Makara, prawnika prowadzącego sprawę ze strony władz, kiedy okazało się, że zainterweniował w tej sprawie doktor Cyryl Czerlunczakiewicz. Ten znany i powszechnie szanowany adwokat (jak również były poseł staroruski — moskalofilski) podjął się obrony greckokatolickiej własności, jednak swoje odwołanie złożył pod koniec września, już po ustawowym terminie, dlatego zostało odrzucone.
Rankiem 30 października 1948 roku specjalna komisja rzeszowskich władz oświatowych wraz z pełnomocnikiem prawnym, doktorem Makarem, wkroczyła do sierocińca i zażądała natychmiastowego przekazania majątku oraz opieki nad dziećmi, a także opuszczenia budynku przez zakonnice. Wszelki opór był daremny. Komisja przejęła od sióstr księgi, klucze i gotówkę, książeczkę kasową na 1183 złote, książeczkę czekową i przelew na 46 tysięcy złotych. Znaleziono też ukryty magazyn żywności, który według sióstr należał do nich, komisja postanowiła jednak zebrane tam produkty poddać inwentaryzacji. Nowym dyrektorem placówki został Stanisław Biała, który natychmiast wprowadził do budynku swój personel oraz “uruchomił równocześnie kuchnię z obsadą własnego personelu zabezpieczając na miejscu majątek i produkty żywnościowe, tak że już dnia 30 X 1948 r. młodzież otrzyma posiłek sporządzony przez organa państwowe z funduszów państwowych”. W liście do Pawła Smoleńskiego jedna z sióstr wspominała: “Nie mogłyśmy nawet pożegnać się z dziećmi, nie można było niczego zabrać. Przy drzwiach nas rewidowali, potem wymietli jak śmiecie. [...] Nas wyrzucili, a dzieci nakarmili słodyczami i czekoladą”.
List sióstr do Ministerstwa Oświaty w Warszawie, napisany 14 grudnia 1948 roku, odsłania niektóre szczegóły wydarzeń. Siostry skarżyły się w nim, że o decyzji przejęcia sierocińca powiadomiono je w ostatniej chwili, “a już dnia 30 października 1948 zjechała z Rzeszowa do Przemyśla do Sierocińca komisja [...] i zażądała [...] bezzwłocznego oddania sobie w posiadanie całego majątku Sierocińca, a więc całej realności z całym inwentarzem, urządzeniem i z sierotami, a gdy podpisana oświadczyła, że o tym zarządzeniu nie została powiadomiona i że nie jest przygotowana do tego aktu, zwłaszcza że oprócz majątku Sierocińca Konwent ma w swoim posiadaniu i swój własny majątek, który przyniósł ze sobą, kiedy objął sierociniec w zarząd, członkowie tej komisji zażądali bezwarunkowo natychmiastowego oddania sierocińca pod groźbą przykrych następstw dla Konwentu — wobec czego podpisana ustąpiła i oświadczyła, że zarządzeniu temu się poddaje”. Siostrom nakazano wyprowadzkę, przy czym nowy dyrektor Biała pożyczył od nich maszynę do szycia RG8 “dla wykonania dla sierot pilnych robót bieliźnianych”. Gdy jednak siostry poprosiły później o oddanie maszyny i części skonfiskowanych pieniędzy, które miały stanowić zwrot poniesionych na dzieci nakładów, Biała oświadczył, że w obu sprawach muszą odwoływać się do kuratorium. Kiedy pod koniec listopada kuratorium odmówiło oddania maszyny i pożyczki, zdesperowane siostry napisały do ministra oświaty. Ostatecznie w czerwcu 1949 roku otrzymały zwrot 46 tysięcy złotych wydanych przez nie na dzieci i nierozliczonych dotąd przez państwo. Nie wiadomo, czy udało im się odzyskać maszynę do szycia.
Zdaniem Eugeniusza Misiły zaraz po przejęciu sierocińca “wszystkie dzieci powtórnie ochrzczono w obrządku łacińskim i nadano im nowe imiona oraz nazwiska”. Tego typu działania wydają się mało prawdopodobne. Władze przejmowały wszak sierocińce w ramach walki z “religijnymi zabobonami”, dlatego sama zgoda na jakiekolwiek praktyki kościelne dzieci mogła prowadzić do represji wobec personelu wychowawczego placówki. Również wyjazd dzieci na inne tereny, jeśli do niego doszło, nie został zorganizowany od razu. Wiadomo, że na początku 1949 roku w Państwowym Domu Dziecka nr 1 w Przemyślu, powstałym w miejsce greckokatolickiej placówki, jak donoszono: “Dzieci obecnie jest 72, w tem 21 w wieku od 7–17 lat ukraińskich, któremi opiekowały się siostry ukraińskie”.
Zaraz po przejęciu sierocińca zaczęto przywozić do niego dzieci z innych placówek prowadzonych dotąd przez rzymskokatolickie zakony. Już 17 listopada wizytatorka kuratorium Kazimiera Holzer przywiozła do Przemyśla dziesięcioro dzieci w wieku od czterech do trzynastu lat (w tym trzynastoletniego chłopca o nazwisku Goldstein), zabranych z klasztoru Sióstr Felicjanek w Jarosławiu. Nieco więcej miejsca warto poświęcić sprawie dzieci odebranych siłą 9 grudnia 1948 roku z rzymskokatolickiego klasztoru Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej w Birczy i także przewiezionych do Przemyśla. Przełożona klasztoru w Birczy, siostra Wincentyna Lorens, tak opisała laicyzację tamtejszego domu dziecka: “9 grudnia [...] przyjechała wizytatorka P. Holzer wraz z 2 paniami z Samopomocy Chłopskiej. Zaraz po wejściu do domu zwołała dzieci, przemówiła do nich mniej więcej w ten sposób: jesteście młode, musicie szerszy świat zobaczyć, a nie mieszkać tu za górami — za lasami. Wezmę was do Przemyśla. Na wszystkie przedstawienia i wyraźny opór S. Przełożonej kategorycznie ze złością wprost krzyczała, kazała dzieciom czem prędzej się ubierać. W międzyczasie zażądała rzeczy z Kuratorium i z Caritasu. Na pytanie, na jakiej podstawie żąda dzieci i rzeczy z domu dziecka, P. Holzer odpowiedziała, że ma polecenie z Ministerstwa, a o pisemne pozwolenie niech się siostra sama postara. Dzieci wystraszone płacząc ubierały się w płaszczyki i bluzy, popędzała je P. Holzer i przymuszała do wejścia do auta. Przy wsiadaniu dzieci wybuchły płaczem (szlochem). Z łóżek gwałtownie zdzierała P. Holzer kapki, zabierała koce formalnie wyrywane jej z rąk przez Siostrę Przełożoną. Zabrano 12 chłopców i 7 dziewczynek”.
Skarga siostry Lorens zmusiła władze oświatowe do przedstawienia własnego stanowiska. Jedna z osób pomagających Holzer, Jadwiga Gałęzyka, zeznała, że w domu w Birczy przemyska wizytatorka “przywitała się bardzo uprzejmie”, powiedziała, że zabiera dzieci i by siostra przełożona “nie robiła z tego tragedii, bo dzieciom żadna krzywda się nie stanie”. Holzer powiedziała, “że zabiera dzieci do Przemyśla, gdzie im będzie lepiej. Dzieci w pierwszej chwili ucieszyły się bardzo. [...] Ob. Holzer cały czas była spokojna i opanowana, nie podnosiła głosu, [...] otoczyła opieką dzieci, kazała przynieść słomę i wyścielić nią auto, żeby dzieciom było wygodnie i ciepło. Nikt nie popędzał. [...] Ponieważ zapadał zmierzch — likwidacja domu odbywała się szybko, ale spokojnie”. Z kolei Aleksandra Brodniewska stwierdziła: “Dzieci ubierając się były zadowolone i wesołe, a dopiero gdy zakonnice zaczęły płakać — jedno czy dwoje dzieci starszych zaczęło również płakać”. Na podstawie tych dwóch zeznań, z których przecież i tak wieje bezdusznością, kuratorium odrzuciło skargę siostry Lorens i zagroziło jej prokuraturą, jeśli słowa swoje będzie powtarzać i się z nich nie wycofa.
Sprawa dzieci z Birczy jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki odwadze cywilnej siostry Lorens wiemy, jak bezwzględnie i bezdusznie wyglądały działania władz wobec placówek rzymskokatolickich, a zachowania wobec grekokatolików z pewnością nie były lepsze. Po drugie, w sierocińcu w Birczy, jak można domniemywać, przebywały w dużej mierze dzieci, które straciły rodziców z ręki UPA. Wspólne umieszczenie obok siebie w przemyskiej placówce dzieci z Birczy i z sierocińca ukraińskiego musiało więc prowadzić do niesnasek wśród nich. Był to jaskrawy przykład jeśli nie bezmyślności, to na pewno bezduszności władz oświatowych województwa rzeszowskiego.
Siostry greckokatolickie wyrzucone z domu na Śnigurskiego zamieszkały przy ul. Pelczara 26, gdzie wcześniej prowadziły ochronkę dla małych dzieci. Próbowały utrzymać się z szycia (stąd tak dramatyczne upominanie się o zabraną im maszynę). Aż trudno uwierzyć, ale obecność tych paru sióstr dalej niepokoiła władze. 5 maja 1949 roku Sekcja I Wydziału III rozpoczęła rozpracowanie o kryptonimie “Kwatera”, obejmujące m.in. byłą szefową sierocińca, siostrę Manuelę Kowalczuk. Kilka tygodni wcześniej zakonnice dowiedziały się, że również dom przy ul. Pelczara 26, w którym się zatrzymały, został przejęty przez kuratorium.
22 lipca 1949 roku doniesienie na zakonnice złożyła tajna współpracowniczka “Maria”. Stwierdziła, że odwiedziła siostry w ich mieszkaniu, lecz “w rozmowie zakonnice opowiadały mi wyłącznie o cudzie w Lublinie twierdząc, że to jest prawda”. Jak widać z tego opisu, pociechy siostry szukały w religijności. Tym bardziej że po dzieciach, jak ujął to Misiło, “ślad [...] zaginął na zawsze”. Jedna z sióstr przyznała: “Nigdy nie odnalazłyśmy ani jednego z naszych wychowanków, nie odezwali się, nie szukali. [...] wszystkie ślady ich przeszłości zostały zatarte”. Niewykluczone, że część dzieci wysłano do szpitala w Witkowicach, inne faktycznie rozprowadzono po różnych ośrodkach wychowawczych, gdzie prawdopodobnie utraciły ukraińską tożsamość.
9 grudnia 1948 roku Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych uchwaliło “Konwencję w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa”. Podpunkt “e” w artykule II tej konwencji uznaje za ludobójstwo “przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”.