4 lutego 1947 roku dokładnie o godzinie 11.05 rozpoczęło się pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego. Niepodpisany z imienia i nazwiska sprawozdawca “Głosu Ludu”, obserwując zajmowanie miejsc w ławach poselskich, zachwycał się wyglądem wnętrz budynku sejmu: “Piękna jest ta nowa, odbudowana sala sejmowa i mimo woli przychodzą nam na myśl słowa o Polsce Ludowej, o nowym, pięknym, zdrowym domu dla wszystkich Polaków, jaki chcemy z niej uczynić”.
Wybory parlamentarne pomimo terroru aparatu władzy zdecydowanie wygrało Polskie Stronnictwo Ludowe kierowane przez Stanisława Mikołajczyka. Ważniejsze od woli i głosów wyborców były jednak oficjalne wyniki ogłoszone przez komunistów. Dlatego w sejmie liczącym 444 deputowanych miażdżącą większość mieli posłowie Bloku Demokratycznego, czyli faktycznie Polskiej Partii Robotniczej. W skład bloku wchodziły co prawda jeszcze trzy stronnictwa (Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne), lecz były one całkowicie uzależnione od PPR i posłusznie wykonywały zalecenia jej Biura Politycznego. PSL rzekomo dostało w wyborach około 10% głosów, co przełożyło się raptem na dwadzieścia osiem mandatów poselskich. W Sejmie Ustawodawczym posłowie PSL mogli jedynie głośno protestować. I cierpliwie znosić kolejne upokorzenia i prześladowania.
Złośliwości nie szczędził im także korespondent “Głosu Ludu”, tak opisując wejście na salę sejmową posłów chłopskiego stronnictwa: “W pewnej chwili przez ostatnie drzwi na prawo wkracza niemal gęsiego klub PSL. Prowadzi go wicepremier Mikołajczyk. Peeselowcy obsadzają zastrzeżone dla nich miejsca na prawicy. [...] Przy [...] Mikołajczyku jego najbliżsi, pp. Wójcik i Bryja (z Podhala, z ojczyzny «Ognia»). Wiadomo, przedstawiciele «nieprzejednanych»”. Fakt, że Stanisław Wójcik i Wincenty Bryja byli zasłużonymi działaczami chłopskimi, dla “Głosu Ludu” nie miał znaczenia.
Posiadając taką przewagę, polscy komuniści “wesołością” przywitali protest Stanisława Mikołajczyka przeciwko sposobowi przeprowadzenia wyborów i ich wynikowi. Jego zapowiedź, iż PSL złoży protesty wyborcze, domagając się unieważnienia wyborów w całym kraju i poszanowania postanowień moskiewskich z lata 1945 roku o “wolnych i nieskrępowanych wyborach”, mogła mieć i miała tylko charakter moralnego sprzeciwu. W rzeczywistości w 1947 roku liczyła się wyłącznie siła. Sejm Ustawodawczy niczym dobrze naoliwiona maszyna kolejno podejmował przygotowane przez Biuro Polityczne PPR decyzje. 5 lutego wybrano Bolesława Bieruta na prezydenta RP, a trzy dni później Józefa Cyrankiewicza na premiera. W rządzie kluczowe teki objęli zaufani PPR: ministrem obrony został Michał Rola-Żymierski, ministrem bezpieczeństwa publicznego Stanisław Radkiewicz, a wicepremierem i ministrem Ziem Odzyskanych Władysław Gomułka, jednocześnie sekretarz generalny PPR.
Dyskusja przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu dała szansę ludowcom na wyrażenie choćby słownego sprzeciwu. W imieniu klubu PSL wystąpił poseł Stanisław Wójcik, adwokat, który przed 1939 rokiem bronił chłopów prześladowanych przez władze sanacyjne. W czasie wojny działał w konspiracyjnym SL i został aresztowany przez gestapo. W 1947 roku należał do najbliższych współpracowników Mikołajczyka. Nic więc dziwnego, że jego przemówienie było totalną krytyką “ludowych” porządków. “Nie mamy do rządu zaufania” — stwierdził bez ogródek. I uznał, że z powodu fałszerstw wyborczych Sejm Ustawodawczy nie powinien uchwalać konstytucji, nie ma bowiem do tego moralnego prawa ani faktycznego mandatu społecznego. Wójcik zaprotestował też przeciwko przemocy wobec działaczy chłopskich, “którzy są prześladowani li tylko dlatego, że są PSL-owcami”. Opowiedział się za zlikwidowaniem sądów specjalnych, gdyż dwa lata po wojnie “czas najwyższy usunąć z życia naszego wszelkie narosty wojenne”. Argumentował, że “aresztowanie obywatela, względnie rewizja winny być dokonywane tylko na skutek nakazu sądowego”, a ponadto “nikt bez nakazu sądowego nie powinien być pozbawiony wolności ani szykanowany częstymi i złośliwymi rewizjami”. Wreszcie, realizowanej rzekomo przez działaczy PPR polityce bezkrwawej rewolucji przeciwstawił wizję faktycznej “rewolucji permanentnej, która obok strat biologicznych sieje straszne spustoszenie moralne w narodzie i powoduje zanik poczucia porządku prawnego”, co może być groźniejsze niż przejście “krótkiej burzy rewolucyjnej”.
Rzecz jasna, w niczym nie mogło to powstrzymać marszu PPR. Na zarzut fałszerstwa odpowiedział poseł Julian Hochfeld z PPS: “nam politycznie nie wolno było przegrać, myśmy powinni byli zwyciężyć. [...] Zwyciężyliśmy, bo jesteśmy na jedynym szlaku, którym może kroczyć ku postępowi naród polski. A wyrzutów sumienia [...] nie mamy. Lekcji socjalizmu nie potrzebujemy!”. Słowa o jedynej możliwej drodze, przed jaką jakoby stanęła Polska po 1944 roku, będą przez obóz władzy powtarzane aż do końca lat osiemdziesiątych. Bo w komunistycznej wierze, jak ujął to Karl Raimund Popper, “moralnie dobre jest to, co jest moralnie postępowe, to znaczy dobre moralnie jest to, co wyprzedzając swoje czasy, dostosowuje się do standardów postępowania, które przyjmie dopiero nadchodząca epoka”. Mówiąc inaczej, posłowie bloku rządzącego (w tym Hochfeld) fałsz wyborczy uznawali za moralnie dozwoloną konieczność historyczną.
19 lutego przyjęto Małą Konstytucję, mającą obowiązywać do czasu uchwalenia nowej ustawy zasadniczej, a 22 lutego ustawę o amnestii. W tym drugim wypadku wyjątkowo decyzję podjęto jednomyślnie. PSL walkę zbrojną uważało za niepotrzebny rozlew krwi, tylko utrudniający odbudowę zniszczonego kraju, dlatego popierało każdą próbę podania ręki ludziom, którzy pozostawali w podziemiu często z powodu braku alternatywy. Tego samego dnia posłowie uchwalili deklarację w sprawie realizacji praw i wolności obywatelskich. Zadeklarowano w niej m.in. poszanowanie przez władze zasady równości wobec prawa bez względu na narodowość, rasę, religię, płeć i pochodzenie. A także nietykalność osobistą, ochronę życia i mienia obywateli, wolność sumienia i wyznania, wolność prasy, słowa oraz stowarzyszeń, nienaruszalność mieszkania oraz tajemnicę korespondencji. Na wszelki wypadek przezornie zastrzeżono, “iż wyzyskiwaniu praw i wolności obywatelskich do walki z demokratycznym ustrojem Rzeczypospolitej Polskiej winny zapobiegać ustawy”. Żadnego z ustanowionych praw komuniści nie zamierzali bowiem przestrzegać.
Możemy być pewni, że wszystkie podejmowane przez PPR kroki były zawczasu ustalone ze Związkiem Sowieckim. O instrukcjach otrzymanych w Moskwie członkowie najściślejszego kierownictwa PPR mieli obowiązek milczeć, nie wolno im było nawet przechowywać dokumentacji na ten temat. Ambasador ZSRS w Polsce, Wiktor Lebiediew, nie wahał się w tej sprawie strofować samego Bieruta i pouczać go, że można “z takiej dokumentacji zachowywać jedynie zapisy punktów, o których rozmawiano, a nawet i w tym wypadku to, co możliwe, szyfrować, niszczyć zaś wszelkie wzmianki, z kim prowadzono rozmowy i gdzie”. Z tych powodów nie znamy szczegółów rozmów premiera Cyrankiewicza w czasie jego pierwszej wizyty zagranicznej w Moskwie między 25 lutego a 5 marca. Oficjalnie podano, iż Sowieci zgodzili się na zmniejszenie o połowę dostaw węgla do ZSRS, przekazanie stronie polskiej taboru kolejowego oraz udzielenie pożyczki w wysokości 28 850 000 dolarów w złocie. Ale rozmowy zapewne nie dotyczyły tylko tych kwestii.
5 marca zadowolony z ustaleń Stalin podjął polską delegację uroczystym przyjęciem na Kremlu. Spotkanie, jak zaznaczono, przebiegało w “życzliwej atmosferze”. Po obiedzie Cyrankiewicz razem z gospodarzami obejrzeli nowy sowiecki film rysunkowy oparty na bajkach Iwana Kryłowa, po czym udali się na Dworzec Białoruski. Już na stacji, w pożegnalnym przemówieniu, Cyrankiewicz zaznaczył: “jesteśmy bardzo zadowoleni z przeprowadzonych tu rozmów, które dotyczyły spraw gospodarczych i nadzwyczaj doniosłych, zasadniczych kwestii politycznych. [...] istnieje całkowita zgodność poglądów obu rządów — rządu radzieckiego i polskiego. [...] Jesteśmy pełni szacunku i podziwu [...] dla naszego wielkiego przyjaciela, generalissimusa Stalina”.
Rozpędzającą się maszynę komunistów na chwilę zatrzymały siły natury. Po śnieżnej i mroźnej zimie na początku marca 1947 roku na południu kraju przyszła gwałtowna odwilż. Wzmocnione stopionym śniegiem wody Wisły ruszyły z impetem w stronę Bałtyku, niosąc potężne kry. W Warszawie mimo akcji saperów, którzy próbowali kruszyć lód trotylem, wzburzony nurt zniósł dwa mosty: wysokowodny i kolejowy. W okolicy Nowego Dworu rzeka wystąpiła z brzegów, zalewając szerokie połacie terenu po obu stronach. W powiecie sochaczewskim powódź ogarnęła 76 wiosek, w warszawskim 26, a w płockim kolejnych kilka. Pod wodą znalazł się Nowy Dwór i niektóre części Zakroczymia. Na zalanych terenach mieszkańcy musieli ratować się ucieczką na strychy i dachy domów. Rzeka porwała większość żywego inwentarza. Tylko w powiatach sochaczewskim i warszawskim ponad 20 tysięcy ludzi straciło dobytek życia, a 55 osób utonęło.
Do pomocy powodzianom skierowano oddziały Wojska Polskiego (dalej: WP). Na łodziach pontonowych prowadzono ewakuację najbardziej zagrożonych, a tym, którzy koczowali na różnych podwyższeniach terenu (lub odmówili ewakuacji w obawie przed utratą dobytku), dostarczano suchy prowiant. Część najbardziej poszkodowanych postanowiono przesiedlić do województwa olsztyńskiego, na gospodarstwa poniemieckie. Pierwszy transport wyjechał 30 kwietnia, następne wysyłano w maju i czerwcu. Do powiatów Reszel, Braniewo, Bartoszyce i Elbląg przesiedlono 714 rodzin. Komuniści postanowili katastrofę obrócić w propagandowy sukces. Polacy mieli zapamiętać nie tyle powódź, ile sprawnie przeprowadzoną przez WP i PPR akcję ratowniczą. W oficjalnej prasie rządowej i w kronikach filmowych chwalono poświęcenie “towarzyszy peperowców” zestawiane z rzekomą bezdusznością opozycji. Obrazy żołnierzy niosących pomoc ludności cywilnej budowały bez wątpienia autorytet ludowego wojska. Przekaz był oczywisty: żołnierz polski da sobie radę nawet z nieujarzmioną królową polskich rzek!
Już w czasie dyskusji nad exposé nowego premiera poseł sprawozdawca PPR Władysław Bieńkowski zauważył, że “jednolitość nowego rządu” i brak w nim przedstawicieli PSL “pozwoli sprawniej i szybciej przezwyciężać wszystkie napotykane trudności”. Podkreślił też obowiązek podporządkowania się wszystkich nadrzędnym celom państwa, ponieważ “w społeczeństwie o zdrowej strukturze wszystko, co leży w interesie całości, leży również w interesie części”. Była to lekko zakamuflowana deklaracja przyspieszenia procesu stalinizacji Polski. Sfałszowane wybory podcinały sens zbrojnego oporu, a ogłoszona amnestia miała proces topnienia polskiego podziemia jeszcze przyspieszyć. Ujawnienie się w ciągu kilku tygodni kilkudziesięciu tysięcy ludzi sprawiło, że pozostałe w lesie grupy niezłomnych przestały stanowić problem polityczny. Jednocześnie w celu utworzenia scentralizowanego kierownictwa komuniści zamierzali doprowadzić za pomocą kombinacji działań politycznych i policyjnych do połączenia PPR z PPS, a SL z resztkami zdruzgotanego represjami PSL. Wymagało to kontynuowania presji na członków ugrupowania Mikołajczyka. 2 czerwca 1947 roku przystąpiono do ograniczania wolnego handlu, ogłaszając budowę państwowych powszechnych domów towarowych i kontrolę cen produktów. Ta czysto ideologiczna decyzja doprowadziła do upadku dziesiątków tysięcy prywatnych sklepów, co przełożyło się na trudności w zaopatrzeniu ludzi w podstawowe produkty codziennego użytku. To właśnie kłopotami z zaopatrzeniem i “walką z drożyzną” żyli przede wszystkim Polacy latem 1947 roku, ćwicząc w ten sposób początki socjalistycznej gospodarki niedoborów.
Permanentna rewolucja objęła również kwestię mniejszości narodowych. PPR była zdecydowana stworzyć Polskę jednolitą narodowościowo. Szczególnie ważne stało się usunięcie Niemców z Ziem Odzyskanych. Ich wysiedlenia zostały w końcu 1946 roku wstrzymane z powodu odmowy przyjmowania transportów w zachodnich Niemczech. Dlatego PPR postanowiła pozostałych Niemców wywieźć na tereny okupacji sowieckiej, uzyskując na ten plan zgodę ZSRS, zapewne podczas pobytu Cyrankiewicza w Moskwie. Wywózki ruszyły 20 kwietnia 1947 roku. Zgodnie z założeniami Sowieci mieli przyjmować codziennie (z wyjątkiem niedziel) dwa transporty liczące w sumie 3 tysiące ludzi. Z powodu niewydolności administracji i kłopotów z pozyskaniem transportu od początku wyjazdy postępowały wolniej i ostatecznie trwały do 1 listopada. W wyniku tej akcji wywieziono ponad 530 tysięcy Niemców, najwięcej z województwa wrocławskiego (217 tysięcy) oraz szczecińskiego (211 tysięcy). Z olsztyńskiego wyjechało w 1947 roku ponad 43 tysiące Niemców.
Już od 1944 roku trwało też wysiedlanie mniejszości ukraińskiej i białoruskiej. Akcja ta była oficjalnie określana jako “wymiana ludności” z ZSRS, ponieważ równolegle z przedwojennych województw wschodnich II RP wywożono mieszkających tam Polaków. Do końca 1946 roku ponad 480 tysięcy Ukraińców, Łemków i Białorusinów wysiedlono do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Od jesieni 1945 roku akcja wysiedleńcza była przymusowa, ale nie należy zapominać, że odbywała się pod pełnym nadzorem specjalnej ukraińskiej komisji przesiedleńczej. Sowieccy członkowie komisji byli doświadczonymi pracownikami, nierzadko wcześniej z urzędu angażowanymi w liczne akcje represyjne w ZSRS, dlatego należy powątpiewać, by mieli poważne pretensje do stosowanych przez Wojsko Polskie metod wysiedleńczych.
Sowieckie zastrzeżenia budziła natomiast niemrawość, z jaką “polscy towarzysze” zwalczali ukraińskie podziemie — Organizację Ukraińskich Nacjonalistów-Bandery (dalej: OUN-B) i Ukraińską Powstańczą Armię (dalej: UPA). W celu przeciwstawienia się wysiedleniom powstały w południowo-wschodniej Polsce silne oddziały partyzanckie UPA, które prowadziły też rajdy na pograniczu. Zapewne nieprzypadkowo w lutym 1947 roku niemal jednocześnie władze czechosłowackie i sowieckie zwróciły się do Polski z sugestią przeprowadzenia wspólnej operacji przeciwko ukraińskiej partyzantce nacjonalistycznej. Czechosłowacy uczynili to w piśmie noszącym datę 16 lutego 1947 roku, złożonym na ręce dowódcy Wojsk Ochrony Pogranicza (dalej: WOP). Z kolei 20 lutego minister bezpieczeństwa państwowego USRS Siergiej Sawczenko wystosował do ministra bezpieczeństwa państwowego ZSRS Wiktora Abakumowa pismo, w którym czytamy: “Towarzysz Chruszczow [I sekretarz Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy — G.M.] zaproponował, aby nasze siły operacyjne i wojskowe przygotowały i przeprowadziły operację likwidacji band działających w pogranicznych rejonach Polski”. Sawczenko opowiedział się za podjęciem tego typu działań, zwracając uwagę, że oddziały UPA operują nie tylko na terytorium Polski, ale nierzadko przechodzą do ZSRS.
Sprawa ukraińskiej partyzantki traktowana była dotąd przez PPR jako problem drugorzędny (główny akcent kładziono na walkę z polskim podziemiem i opozycją). W dowództwie WP panowało przekonanie, że po wyjeździe ludności ukraińskiej problem z UPA niejako sam się rozwiąże. Dlatego pod koniec 1946 roku istnienie ukraińskiej partyzantki traktowano w gruncie rzeczy jako dowód, że wysiedlenia nie zostały zakończone sukcesem i należy je kontynuować. Sprawą otwartą pozostawało, czy Ukraińcy mają być wysłani na Ukrainę, czy też należy ich rozlokować w innych częściach Polski. Pytanie w tej sprawie z pewnością przekazano na Kreml, ale jednocześnie zaproponowano podpisanie przez Polskę i USRS wspólnego protokołu kończącego obopólną wymianę ludności. Ostatecznie komuniści ukraińscy opowiedzieli się przeciwko kontynuowaniu wysiedleń na Ukrainę. Minister spraw zagranicznych USRS Dmytro Manuilski w kwietniu 1947 roku wyjaśniał brak zgody na przyjęcie dalszych wysiedleńców z Polski faktem, iż umowa o “wymianie ludności” była kilkakrotnie wydłużana, przy czym “odmówiła zgody na wysiedlenie i pozostała w Polsce przede wszystkim ludność ukraińska zarażona bandytyzmem”. Innymi słowy, nie chciano przyjmować “bandytów”...
Tymczasem na terenach południowo-wschodniej Polski oddziały WP prowadzące wysiedlenia i walkę z UPA zaczęły być zastępowane przez siły Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (dalej: KBW). Żołnierze tej formacji dali się poznać jako podpora komunistycznego reżimu już w 1946 roku, jednak wtedy zajmowali się głównie zwalczaniem polskiego podziemia i tylko incydentalnie uczestniczyli w wywózkach Ukraińców i zwalczaniu UPA. W lutym 1947 roku w sztabie KBW, zapewne pod wpływem sugestii sowieckich i czechosłowackich, pojawił się pomysł likwidacji pozostałych w Polsce sił podziemia. W oficjalnej nomenklaturze wojskowej plan przeprowadzenia tej operacji, pod którym podpisał się szef sztabu KBW, podpułkownik Mieczysław Hański, ukryto pod kryptonimem “R” (Rzeszów). Czytamy w nim m.in.: “Rozładowanie sił polskiego podziemia na skutek wprowadzenia w życie ustawy amnestyjnej stwarza dla KBW możliwość podjęcia operacji likwidacyjnej przeciwko największemu obecnie ognisku bandytyzmu politycznego, jakim są bandy UPA działające w województwach rzeszowskim i lubelskim [...] walka przeciwko nim musi być doprowadzona do bezkompromisowego rozstrzygnięcia. [...] Jednostki KBW zaabsorbowane były do tej pory walką przeciwko polskim bandom reakcyjnym [...] Operacja Rzeszowska («R») będzie operacją, która ze względu na swój zasięg i koncentrację sił nie miała w praktyce KBW precedensu. Ilość wojsk mających wziąć udział w operacji planuje się na ogółem 4434 ludzi. [...] Koncentracja wojsk do operacji przeprowadzona zostanie na trzech punktach wyjściowych: Tarnów, Rzeszów, Zamość jednocześnie. [...] Działania operacyjne obejmą pas szerokości 30–50 km wzdłuż południowo-wschodniej granicy Państwa od linii Hrubieszów do linii Nowy Sącz”.
Sztab KBW zaakceptował projekt operacji “R” 21 marca 1947 roku, a cztery dni później wydano zarządzenie o przystąpieniu do jej realizacji. Pomysł akcji przedstawiono prawdopodobnie 27 marca na spotkaniu Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, koordynującej działania wojska, KBW i organów bezpieczeństwa przeciwko podziemiu. Minister Radkiewicz został wówczas upoważniony do przedstawienia planu akcji “R” “odpowiednim organom”, w tym oczywiście Biuru Politycznemu PPR. Wydarzenia, które nastąpiły kolejnego dnia, wywróciły ten projekt do góry nogami.