22. “Szpiedzy” papieża Piusa XII i nawrócenie generała

23 grudnia 1945 roku w Watykanie z okazji 350. rocznicy powstania Cerkwi greckokatolickiej ogłoszono papieską encyklikę Orientales omnes Ecclesias (Wszystkie kościoły wschodnie). “Z głębokim smutkiem — głosił w niej Pius XII — dowiadujemy się, że w okolicach, które ostatnio dostały się pod władanie rosyjskie, najdrożsi Nam bracia i dzieci narodu ruskiego doznają srogiego ucisku z powodu ich wierności dla Stolicy Apostolskiej”, a “wszyscy biskupi i wielu spośród duchowieństwa zostali uwięzieni”. W dodatku, przestrzegał papież, “należy się obawiać, że w najbliższym czasie jeszcze większe ciosy spadną na tych, którzy nie zdradzą obowiązków wobec świętej religii. Dlatego już teraz, umiłowane dzieci, zachęcamy Was usilnie, byście nie dali się nastraszyć żadnymi groźbami i szkodami, by Was nie wytrąciło ze stanowiska nawet niebezpieczeństwo wygnania z Waszych siedzib lub śmierci; nie wyrzeknijcie się Waszej wiary”.

Powstała w 1596 roku greckokatolicka (unicka) wspólnota była emanacją marzenia o zjednoczeniu chrześcijan. Unia brzeska zakładała zaakceptowanie przez Kościół prawosławny władzy papieża przy jednoczesnym zachowaniu wschodniego obrządku. Szybko się okazało, że taka forma misyjna prowadzi do kolejnych konfliktów, a nie pełnej jedności. Dla Cerkwi prawosławnej grekokatolicy stali się heretykami i śmiertelnym zagrożeniem, dlatego od początku relacje między obydwoma wspólnotami cechowała niechęć i wrogość. Po rozbiorach Rzeczypospolitej władze carskie w XIX wieku doprowadziły do stopniowej likwidacji Cerkwi greckokatolickiej. Przetrwała ona jednak w zaborze austriackim, stając się tam na początku XX wieku właściwie ukraińskim kościołem narodowym (choć nie brakowało grekokatolików czujących się wyłącznie Łemkami, Rusinami, a niekiedy nawet Polakami).

Komuniści, wierzący w naukowy (czytaj: marksistowski) ateizm, z niechęcią odnosili się do każdej religii, ale do grekokatolików w szczególności. Na terenie Galicji Wschodniej już w 1945 roku aresztowano biskupów greckokatolickich, a kilka miesięcy później, w czasie tzw. soboru lwowskiego, doprowadzono do “zjednoczenia” prawosławia i grekokatolicyzmu. Od tego momentu Cerkiew greckokatolicka w ZSRS stała się, tak jak przewidywał Pius XII, kościołem katakumb. W 1946 roku do łagru trafił wywieziony przymusowo z Polski biskup przemyski Josif Kocyłowski. Zmarł w obozie Czapajiwka pod Kijowem w listopadzie 1947 roku, a więc akurat w chwili, kiedy jego wierni wywiezieni na północne i zachodnie ziemie Polski znaleźli się w najgorszej opresji.

Wspólnota greckokatolicka po wysiedleniach z lat 1944–1946 była w Polsce cieniem dawnej żywotności. Jeszcze w kwietniu 1947 roku, tuż przed rozpoczęciem akcji “Wisła”, wywieziono do ZSRS kolejnych pięciu księży i sześć sióstr zakonnych. Jak zauważa badacz wspólnoty greckokatolickiej w Polsce Igor Hałagida, w kraju po 1947 roku pozostało 238 osób duchownych: 105 księży diecezjalnych, 21 zakonników (w tym 17 bazylianów) oraz 112 zakonnic. Spośród 126 księży większość po rozpoczęciu wywózek podzieliła los swoich wiernych i wraz nimi została wywieziona na zachód. Niektórzy wyjechali do centralnej Polski, 21 duchownych zostało zatrzymanych i osadzonych w obozie w Jaworznie. Co najmniej dwaj księża — Stepan Hrab z Krakowa i Andrzej Hoza, proboszcz Kłokowic w powiecie Przemyśl — zostali aresztowani przez UB pod zarzutem współpracy z podziemiem i wywiezieni do ZSRS w trakcie akcji “Wisła”. Z dwóch duchownych bezpośrednio zaangażowanych we wspieranie UPA jeden, ksiądz Ślusarczyk, zginął podczas obławy na “Stiaha”, drugi zaś, ksiądz Wasyl Szewczuk “Kadyło” (czyli “Kadzidło”), schwytany przez Czechosłowaków, został wydany Polsce, skazany na śmierć i stracony w 1948 roku.

W końcu lat czterdziestych władza ludowa uznawała za przejaw “ukraińskiego nacjonalizmu” nawet głośne modlitwy w prywatnych domach. Według oficjalnej linii władz Cerkiew greckokatolicka nie istniała. W ramach inwigilacji wspólnoty ukraińskiej organa bezpieczeństwa nie zapominały o księżach greckokatolickich. W październiku 1947 roku major Franciszek Piątkowski z Wydziału V Departamentu V MBP (odpowiedzialnego za zwalczanie religii) poinstruował lokalne struktury UB: “Należy wszystkich przybyłych do was księży wziąć na ewidencję, ustalić imię i nazwisko, skąd przybył, poprzednie miejsce zamieszkania, gdzie przeszedł kurs liturgiczny”. A ponadto “ustalić każdego z nich kontakty, kto do nich przychodzi i odwrotnie, z jakim księżmi przyjaźnią się, itp. (istnieje bowiem uzasadnione podejrzenie, że oni będą kontaktować się z bandami UPA zbiegłymi na tereny zachodnie, a wszyscy księża greckokatoliccy byli członkami band)”. Nie trzeba dodawać, że stwierdzenia majora Piątkowskiego o masowej współpracy księży z UPA były mocno naciągane.

Prześladowaniem grekokatolików żywotnie interesował się papież Pius XII, nie był mu więc obojętny także ich los w Polsce. Już w 1946 roku Watykan opiekę nad nimi przekazał w ręce prymasów Polski, najpierw kardynała Augusta Hlonda, następnie Stefana Wyszyńskiego, nadając im specjalne pełnomocnictwa pozwalające na udzielanie zgody (indultu) na odprawianie przez księży greckokatolickich mszy w rycie łacińskim. A wtopienie się we wspólnotę rzymskokatolicką było właściwie jedynym sposobem na uniknięcie represji i dalszą realizację posługi kapłańskiej. Już w kwietniu 1947 roku indult w tej sprawie wydał kardynał Hlond. Na jego podstawie większość kapłanów unickich mogła zostać — po zdaniu raczej formalnego egzaminu z łaciny i liturgii zachodniej — wikariuszami w rzymskokatolickich parafiach. Pozwoliło im to pełnić dalej posługę kapłańską i jednocześnie uzyskać choćby skromne możliwości utrzymania się i przetrwania. Część została duszpasterzami w żeńskich zgromadzeniach zakonnych. Ten typ pracy duszpasterskiej nie cieszył się szczególną popularnością wśród księży rzymskokatolickich (choćby z powodów materialnych), ale zapewniał większą anonimowość. By przetrwać, także siostry zakonne, głównie ze Zgromadzenia Sióstr Służebnic Niepokalanej Marii Panny, przenosiły się na zachód Polski, posługując w kościołach rzymskokatolickich czy pracując w domach opieki społecznej. Akcja likwidacji katolickich sierocińców uderzyła także w grekokatolików, to w jej ramach został przejęty dom dziecka w Przemyślu.

Zdarzali się też duchowni greckokatoliccy, którzy rezygnowali z pracy duszpasterskiej, zatrudniając się jako księgowi w majątkach państwowych lub nauczyciele w szkołach. Niektórzy jednak próbowali wbrew otaczającej ich rzeczywistości trwać przy odprawianiu liturgii w obrządku wschodnim. Spotykało się to ze zdystansowaną reakcją biskupów rzymskokatolickich. Czy to z nadzieją na polonizację grekokatolików (jak tłumaczą to jedni), czy też z obawy przed represjami komunistycznej władzy (jak twierdzą inni), prymasi byli tu dość powściągliwi w wydawaniu zgód. Kapłanów trwających przy liturgii wschodniej nie było wielu. Jako pierwszy już 7 lipca 1947 roku zaczął odprawiać msze ksiądz Mirosław Ripecki w Chrzanowie koło Ełku. Ten przesiedlony z Lubelszczyzny kapłan, pobożny i lubiący książki, otrzymawszy w miejscu osiedlenia oddzielne mieszkanie, niewiele się zastanawiając, urządził w jednym z pokojów kaplicę maryjną i zaczął odprawiać w niej regularne msze. Zapewne nie wyobrażał sobie nawet innego postępowania — ku przerażeniu części otoczenia, ale też ogromnej radości tych najbardziej spragnionych spotkań liturgicznych. W ciągu następnych lat było to jedyne miejsce na Warmii i Mazurach, gdzie grekokatolicy mogli wziąć udział w mszy odprawianej w rycie wschodnim i, co jeszcze dla nich ważniejsze, przystąpić do spowiedzi i komunii. Nic dziwnego, że każdego miesiąca na niedzielne spotkania przybywała spora grupa ludzi, czasami kilkusetosobowa, co zmuszało ich do stania na zewnątrz budynku, a to z kolei wywoływało zaniepokojenie lokalnych władz takim jawnym zgromadzeniem.

Zaraz po powrocie z obozu w Jaworznie podobnie postąpił ksiądz Emilian Kałeniuk w Komańczy. Ten dość stary już człowiek sprawował liturgię dla garstki pozostałych w Bieszczadach przedstawicieli unickiej wspólnoty. Irytowało to oficerów WOP z pobliskiej strażnicy, dlatego wierni zbierający się na nabożeństwa byli często legitymowani i spisywani. Dawano im w ten sposób do zrozumienia, że uczestniczą w nielegalnych zgromadzeniach.

Najbardziej głośna była jednak postawa księdza Bazylego Hrynyka, bliskiego współpracownika biskupa Kocyłowskiego. Kardynał Hlond mianował go 31 marca 1947 roku w Warszawie wikariuszem generalnym dla diecezji przemyskiej. Chcąc uniknąć wywózki do ZSRS, ksiądz Hrynyk nie wrócił do Przemyśla, lecz schronił się w Brwinowie, gdzie od sierpnia 1947 do marca 1948 roku był wikariuszem w parafii rzymskokatolickiej. W tym czasie opracował i przekazał na ręce kardynała Hlonda informacje o sytuacji Cerkwi greckokatolickiej, aresztowaniach duchownych, niszczeniu cerkwi oraz wysiedleniach ludności ukraińskiej. Następnie przeniósł się do Nowego Dworu Gdańskiego, gdzie zetknął się z nieznanym z nazwiska księdzem rzymskokatolickim, który zatroskany o potrzeby wysiedleńców, zaproponował mu odprawianie mszy w rycie wschodnim. Ksiądz Hrynyk, niewiele się namyślając, przyjął propozycję. Pierwsze nabożeństwo w rycie wschodnim zorganizował dla kilkunastu osób 7 kwietnia 1948 roku, w święto Zwiastowania Pańskiego, w parafialnym kościele w Nowym Dworze Gdańskim. Odtąd odprawiał msze regularnie, przeniósłszy się jedynie z Nowego Dworu do pozyskanej cerkwi św. Mikołaja w nieodległym Cygankowie. Gdy w 1950 roku zmarł w Bytowie kolejny niepokorny ksiądz, Orest Seredyński (odprawiał on msze dla zamkniętego kręgu kilku osób), przejął także jego obowiązki. Hrynyk stał się postacią na tyle znaną, że dotarł do niego Leon Łapiński “Zenon” i począł go mamić możliwością przekazania na Zachód materiałów na temat prześladowania Cerkwi. Hrynyk dał się wciągnąć w pułapkę, dlatego w trakcie “zwijania” siatki “Zenona” w 1954 roku został aresztowany i skazany na sześć lat więzienia. Zwolniono go jednak w 1956 roku z powodu złego stanu zdrowia.

Kontakt Hrynyka z Łapińskim był o tyle lekkomyślny, że Stolica Apostolska przekazywała już poufnymi kanałami pewne sumy pieniężne dla greckokatolickich duchownych. Pomoc szła przez ręce prymasów, jednak dla sprawnego i sprawiedliwego ich rozdysponowania potrzebny był zaufany greckokatolicki kapłan. Szczęśliwie wybór właściwie był oczywisty — został nim przełożony wspólnoty bazyliańskiej w Warszawie, ksiądz Pawło Puszkarski.

Cerkiew i klasztor Bazylianów powstały przy ul. Miodowej 16 w Warszawie w drugiej połowie XVIII wieku. Pomysł wybudowania w Warszawie greckokatolickiej świątyni gorąco popierał król Stanisław August Poniatowski, stąd w pracę nad jej wnętrzem zaangażowany został Franciszek Smuglewicz, nadworny malarz królewski. Do dziś w ołtarzu głównym można zobaczyć obraz jego pędzla — Zaśnięcie Najświętszej Marii Panny. Poświęcenie kościoła nastąpiło 25 sierpnia 1784 roku. W XIX wieku Rosjanie przekazali klasztor prawosławnym, lecz po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przejęli go w 1929 roku bazylianie. Przeorem został ksiądz Pawło Puszkarski. Ten urodzony w 1895 roku duchowny (“wzrost 163 cm, włosy szpakowate, ręce grube, oczy piwne”, jak zanotowali później funkcjonariusze UB) pojawił się w Warszawie w 1931 roku, po otrzymaniu nominacji od metropolity Andreja Szeptyckiego. Był to wybór najlepszy z możliwych. Puszkarski szybko stał się uznanym, wręcz charyzmatycznym spowiednikiem, którego autorytet wykraczał poza obręb własnej wspólnoty religijnej.

W czasie powstania warszawskiego klasztor został zburzony i na barkach księdza Puszkarskiego spoczęło zadbanie o odbudowę świątyni. Remont trwał do 1949 roku, lecz stanowił tylko jeden z problemów. Poważniejszą sprawą było wydanie przez Sowietów wyroku śmierci na greckokatolicką wspólnotę. By cerkiew na Miodowej przetrwała ten okres, ksiądz Puszkarski uzyskał zgodę kardynała Augusta Hlonda, podtrzymaną później przez prymasa Wyszyńskiego, na okresowe sprawowanie w klasztorze liturgii w rycie łacińskim. Obaj prymasi wielokrotnie rozmawiali z księdzem Puszkarskim, traktując go jako zaufanego doradcę w sprawach grekokatolików, jako że do opieki nad tą wspólnotą zobowiązywały ich zalecenia papieża Piusa XII. Tak energię bazylianina opisał kardynał Wyszyński w Pro memoria: “Ksiądz Puszkarski, jak zwykle, zaczyna od progu: — Nie będę [zabierał] długo czasu... tylko minutkę... Ksiądz prymas taki zajęty... — już znam to, przygotowuję się na pół godziny, trzy kwadranse”. Ksiądz Puszkarski organizował również pomoc dla swoich współbraci oraz starał się informować Watykan o sytuacji Cerkwi greckokatolickiej w Polsce i ZSRS.

O wszystkich tych poczynaniach UB dowiedziało się w czasie akcji “Wisła” od aresztowanego księdza Hraba. Choć z pozyskanych materiałów nie zrobiono wtedy operacyjnego użytku, to o sprawie bynajmniej nie zapomniano. 3 grudnia 1948 roku w MBP założone zostało rozpracowanie A-O (“Actio Orientalis”) “na grupę księży greckokatolickich i współpracujących z nimi księży rzymskokatolickich podejrzanych o uprawianie wywiadu na rzecz Watykanu i imperialistów”. Ale początkowo w tej sprawie robiono niewiele. Próba stworzenia idealnego państwa stalinowskiego i zniszczenia Kościoła katolickiego do tego stopnia zaprzątały uwagę organów bezpieczeństwa, że wydawało się, iż aktywność kilku kapłanów greckokatolickich nie stwarza poważnego zagrożenia.

Paradoksalnie, rezygnacja z planu polonizacji wysiedleńców dla resztek duchowieństwa greckokatolickiego była niekoniecznie dobrą wiadomością. Faktyczna decyzja, by asymilację narodową zastąpić komunistyczną asymilacją państwową, oznaczała przyjęcie wzorów bezpośrednio zaczerpniętych z ZSRS. Podczas gdy dla zwykłych obywateli oznaczało to uzyskanie pewnej przestrzeni swobody kulturowej (lecz pod warunkiem że jej wzorce napływają z ZSRS, a nie z Kanady), to Cerkiew znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Miała ona podzielić los unickiej wspólnoty w ZSRS.

Cerkiew prawosławna była tolerowana przez władze i nie podważano jej legalności, choć bezpieka uważnie przypatrywała się kapłanom prawosławnym, a niektórych z nich nawet represjonowała. W sierpniu 1947 roku WUBP Olsztyn aresztował i wysłał do Jaworzna trzech księży prawosławnych: Mikołaja Kostyszyna z Braniewa, Aleksego Nestorowicza z Ornety i Józefa Kundeusa z Radomina w powiecie Pisz. Pierwszego z nich przykładowo oskarżano o “pobudzanie nacjonalizmu ukraińskiego”, gdyż wygłaszał kazania w języku ukraińskim. Dopiero latem 1950 roku władze zaakceptowały sieć parafii prawosławnych, które powstały na Ziemiach Odzyskanych wraz z osiedleniem ludności ukraińskiej. Było to zapewne związane z wyrzeczeniem się przez biskupów prawosławnych autokefalii przyznanej im w 1924 roku przez patriarchę Konstantynopola, co oznaczało podporządkowanie się patriarchatowi moskiewskiemu. Nową autokefalię polskim prawosławnym nadał patriarcha Moskwy i całej Rusi Aleksy. Część tej operacji stanowiło mianowanie nowym metropolitą Cerkwi prawosławnej w Polsce Makarego (Michała Oksijuka), przysłanego z ZSRS dotychczasowego biskupa lwowskiego i tarnopolskiego. W 1946 roku brał on udział w likwidacji Cerkwi greckokatolickiej, a następnie prowadził wśród jej wiernych misje “jednoczenia” ich z prawosławiem. Tego typu doświadczenia władze chciały zapewne wykorzystać w ramach nowej polityki narodowościowej. Z punktu widzenia PZPR, jeśli jakiś Ukrainiec upierał się przy kultywowaniu “religijnych przesądów”, powinien przystąpić do Cerkwi prawosławnej. Akcja ta do pewnego stopnia odniosła sukces. Co prawda, większość grekokatolików, jeśli już, to uczęszczała do najbliższych kościołów rzymskokatolickich, ale nie brakowało i takich, którzy wybierali parafie prawosławne. Wybór metropolity Makarego zdaje się świadczyć o tym, że proces ten władze pragnęły zdynamizować. I choć przekonująco brzmi opinia Igora Hałagidy, że w wypadku wiernych “znaczna ich część nie traktowała takiej konwersji jako rzeczywistej zmiany Kościoła i nie rozumiała związanych z tym faktem konsekwencji kanonicznych”, to jednak musiano zakładać pogłębianie się w miarę upływu czasu ich związku z prawosławiem.

By jednak “misja” Makarego mogła się zakończyć sukcesem, potrzebne było wsparcie organów bezpieczeństwa i kolejne uderzenie w kapłanów greckokatolickich. Rzecz jasna, bezpiece musiało zależeć na przerwaniu aktywności księdza Puszkarskiego, toteż 13 grudnia 1952 roku został on aresztowany i poddany śledztwu. Zarzucono mu m.in. udział, jak to ujęto, “w prowadzonej przez Watykan kampanii oszczerstw przeciwko Polsce Ludowej i ZSRR, które mówiły o rzekomym terrorze religijnym”. Ponadto prowadzenie działalności “na szkodę państwa”, gdyż przyjmował “wielokrotnie” od kardynałów Hlonda i Wyszyńskiego “korzyść majątkową” (łącznie 2 miliony złotych i 10 tysięcy dolarów). Za winę poczytano mu to, iż dolary “rozdzielał wśród księży, w tym tych, którzy przebywali w więzieniach i obozach”. W akcie oskarżenia stwierdzono nawet, że kardynał Hlond “pochwalał działalność band UPA”, wierząc rzekomo, “że zwycięstwo ich jest bliskie i zapewnione”. Był to oczywisty absurd, choć rzeczywiście, dodając otuchy Puszkarskiemu, Hlond stwierdził, że księża greckokatoliccy w Polsce winni być gotowi na prowadzenie pracy misyjnej na Ukrainie po przegraniu przez ZSRS trzeciej wojny światowej.

Za te “przestępstwa” 31 grudnia 1953 roku ksiądz Puszkarski został skazany na dziesięć lat więzienia. Swój los, jak wynika z doniesień agentury, znosił z godnością, nie zapominając o kapłańskim powołaniu. W więzieniu spotkał aresztowanego za “spisek” generała Stefana Mossora, który w 1947 roku kierował akcją specjalną “Wisła”. Jak podaje Jarosław Pałka, biograf generała Mossora, kontakt z księdzem Puszkarskim doprowadził do jego przemiany duchowej i powrotu do wiary. Nie ma powodu, by w to wątpić. W 1955 roku ksiądz Puszkarski został zwolniony warunkowo ze względów zdrowotnych (miał epilepsję, zdiagnozowano u niego również chorobę serca i nerek). Zmarł w 1977 roku. W greckokatolickiej wspólnocie Warszawy był i jest prawdziwą legendą.

Nawrócenie generała Mossora przez ukraińskiego kapłana możemy potraktować jako ciekawostkę i zarazem paradoks historii, jakich wiele. Wątpliwe, by pod wpływem księdza Puszkarskiego generał Mossor zmienił swój pogląd na akcję “Wisła”. Tym bardziej jednak jego nawrócenie można traktować jako dowód na siłę duchową greckokatolickiej wspólnoty. Siłę, dzięki której przetrwała ona brutalne prześladowania komunistów.

Zainteresowanie Piusa XII grekokatolikami podtrzymywali kolejni papieże. W czasie trzeciej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, jako że wspólnota ukraińskich katolików nie była formalnie uznawana przez władze PRL, zorganizowanie jej oficjalnego spotkania z papieżem nie wchodziło w rachubę. Dlatego wschodnie mniszki przeżyły szok, kiedy Jan Paweł II nieoczekiwanie pojawił się w cerkwi przy ul. Miodowej. Krótką wizytę papieża w bazyliańskiej świątyni można odbierać także jako podziękowanie za to, że jej wierni — zgodnie z apelem Piusa XII — nie wyrzekli się wiary.

Загрузка...