6. Kogo wysiedlać?

Wysiedlenia miały objąć przygraniczny pas wschodniej i południowej granicy Polski, od Krynicy do Białej Podlaskiej. Jeszcze na początku 1945 roku te przygraniczne powiaty zamieszkiwało 600–700 tysięcy ludzi pochodzenia ukraińskiego. W tej liczbie mieścili się również Łemkowie żyjący w pasie od Krynicy po Komańczę i Rzepedź w Bieszczadach, którzy jednak często uznawali siebie za oddzielny naród i nie przyjmowali ukraińskiej tożsamości. Na wschód od Komańczy żyli Bojkowie, uważający się za grupę etnograficzną w obrębie narodu ukraińskiego, jednak mający wyraźne poczucie odrębności oraz charakterystycznej dla mieszkańców gór dumy. Trzeba pamiętać, że wielu mieszkańców pogranicza po prostu uważało się za tutejszych, żyło w mieszanych polsko-ukraińskich rodzinach i często nie odczuwało potrzeby dookreślania swojej tożsamości narodowej. Wymuszali ją na nich dopiero przedstawiciele władz — administracja polska, okupacyjna niemiecka, Sowieci, ale też ukraińskie podziemie, żądające jednoznacznego poparcia.

Obok języka i kultury znacznie ważniejszym czynnikiem odróżniającym mniejszość ukraińską od polskiej była kwestia religii. Ukraińcy wyznawali w większości grekokatolicyzm lub — w byłym zaborze rosyjskim, czyli województwie lubelskim — prawosławie. Przy czym różnice między wschodnim i zachodnim obrządkiem znacznie silniej przemawiały do wyobraźni niż narodowe odrębności. Grekokatolicyzm był obrządkiem w obrębie katolicyzmu, więc nic nie stało na przeszkodzie choćby zawieraniu małżeństw mieszanych. W Galicji były one dosyć częste (przed pierwszą wojną światową mówiono nawet, że granicę polsko-ukraińską wyznacza tam często małżeńskie łoże). By rozwiązać problem rywalizacji proboszczów z istniejących równolegle parafii, Stolica Apostolska jeszcze w XIX wieku wydała specjalną konkordię, zgodnie z którą w małżeństwach mieszanych obrządek przechodził z matki na córkę, a z ojca na syna. Przykładowo w małżeństwie grekokatoliczki z rzymskim katolikiem synowie stawali się łacinnikami i Polakami, córki zaś unitkami i Ukrainkami.

Gwałtowny wzrost świadomości narodowej na polsko-ukraińskim pograniczu nastąpił w czasie drugiej wojny światowej. Pod okupacją niemiecką wybór danej narodowości, oznaczonej w dowodzie/kenkarcie literą “U” lub “P”, dawał określone prawa, ale też niósł ze sobą zagrożenia, wymuszając stanięcie po jednej ze stron narodowej barykady. Na Lubelszczyźnie Polaków i Ukraińców dodatkowo zantagonizowało wysiedlenie ludności polskiej z ziemi zamojskiej i osadzenie na ich miejscu w części wiosek Ukraińców, też zresztą przymusowo wysiedlonych. Gdy jeszcze na przełomie lat 1943 i 1944 zaczęli szeroką falą napływać tam uchodźcy z Wołynia, doprowadziło to do wybuchu otwartego konfliktu polsko-ukraińskiego. W marcu 1944 roku w powiecie hrubieszowskim i tomaszowskim polskie podziemie przeprowadziło szereg napadów, w czasie których w wybranych wioskach zabijano wszystkich rozpoznanych Ukraińców. Tylko w Sahryniu zginęło kilkuset prawosławnych. Wkroczenie na te tereny oddziałów UPA z Wołynia i Galicji w celu przeprowadzenia antypolskich czystek doprowadziło w następnych dniach do zaciętych walk partyzanckich i powstania swoistego frontu polsko-ukraińskiego. Do próby antypolskich czystek doszło również w Bieszczadach, gdzie dokonano nawet masowych mordów — podczas najbardziej głośnego, 6 sierpnia 1944 roku w Baligrodzie, UPA rozstrzelała ponad czterdziestu Polaków. Do kolejnej fali napadów w pasie od Lubaczowa do Sanoka doszło na początku 1945 roku. Ich ofiarą padło parę tysięcy cywilnych Ukraińców i kilkuset Polaków. Fale napadów wstrząsnęły miejscową ludnością, zatrzymały je jednak porozumienia z kwietnia i maja 1945 roku, zawarte między polskim i ukraińskim podziemiem. Na ich podstawie doszło do okresowego zawieszenia broni, a na Lubelszczyźnie wręcz do lokalnego sojuszu skierowanego przeciwko władzy komunistycznej.

Być może konflikt polsko-ukraiński w tym momencie uległby zamrożeniu, gdyby nie decyzja Stalina o “wymianie ludności” między Polską a Ukrainą. Umowa podpisana 9 września 1944 roku między “Polską lubelską” a USRS w teorii mówiła o dobrowolnych wyjazdach, faktycznie jednak była to decyzja o ostatecznej depolonizacji Wołynia i Galicji Wschodniej oraz deukrainizacji ziem dzisiejszej Polski. Przy czym gorącymi orędownikami tych przekształceń narodowościowych byli komuniści ukraińscy z pierwszym sekretarzem tamtejszej partii Nikitą Chruszczowem na czele, oraz polscy, skupieni w Biurze Politycznym PPR. Wysiedlenie w latach 1944–1946 prawie 800 tysięcy Polaków z USRS oraz 488 tysięcy Ukraińców z Polski było wspólną operacją Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy oraz Polskiej Partii Robotniczej.

Jeśli jednak Polaków w USRS po zakończeniu tych wysiedleń została garstka, to na pograniczu RP i ZSRS mieszkało dalej ponad 100 tysięcy Ukraińców i Łemków, o których istnieniu przypominały w dodatku liczne oddziały partyzanckie UPA. Ich rozrost nastąpił jesienią 1945 roku, gdy Wojsko Polskie przystąpiło do siłowego wysiedlania mniejszości ukraińskiej. Z dnia na dzień UPA stała się jedynym obrońcą przed wywózką, stąd w jej szeregach znalazło się wielu ludzi przekonanych, że bronią własnych domów. Poparcie miejscowej ludności dla UPA było silne na Pogórzu Przemyskim, w Bieszczadach czy na Roztoczu, jednak już nie na Podlasiu czy w Beskidzie Niskim. Co więcej, nie było ono bynajmniej bezwarunkowe. Gdy latem 1946 roku fala masowych wywózek na Ukrainę zamarła, miejscowa ludność zaczęła wątpić w sens istnienia partyzantki. Część ludzi cały czas popierała ją zresztą wyłącznie z lęku przed represjami, jakie spadały na każdego, kto chciałby otwarcie sprzeciwić się “leśnym”.

Wyraźnie widać to nawet z dokumentacji OUN i UPA. W lipcu 1946 roku ukraińska ludność na Podlasiu zaczęła “masowo wymieniać dokumenty oraz przechodzić na rzymski katolicyzm” (z prawosławia, co oznaczało zmianę wyznania, a nie tylko obrządku, jak w wypadku grekokatolicyzmu). Przy czym w obawie, “by za ten krok nie być ukaranym ze strony UPA, robi to w sposób bardzo skryty”. Ofiarność ludności “wobec naszego ruchu jest zadowalająca”, zaznaczano w sprawozdaniach. Ale zaraz dodawano, że ludność podmiejska, “pomimo tego, że ma stosunkowo największe możliwości, to do wszelkiego rodzaju zbiórek ustosunkowana jest negatywnie”. Warto zwrócić uwagę, że tym samym przyznawano, iż poparcie jest najsłabsze na tych terenach, gdzie partyzantka siłą rzeczy nie mogła stosować przymusu.

W sprawozdaniu za październik 1946 roku z Pogórza Przemyskiego i Bieszczad czytamy: “Ogólnie wyczuwa się, że ludność jest wymęczona długą walką, tęskni za normalnymi warunkami życia i spokojem”. W kolejnym, za listopad i grudzień 1946 roku, oceniano sytuację pozytywnie, ale “jeden tylko problem, że poważna część ludności nie docenia wagi walki o niepodległość. Oni cieszą się naszymi sukcesami, [...] ale aktywnie pomóc nam w czymkolwiek się boją”. W dodatku im dalej na zachód, tym więcej było ludzi częściowo “załamanych” i dało się zauważyć “skrajne nerwowe wyczerpanie ludności”. Część mieszkańców narzekała na podziemie. “Należy zauważyć, że liczba osób, które całą winę za zło robione przez bandytów z WP składa na nas, znacznie wzrosła. Ale z czasem, szczególnie po likwidacji kilku seksotów [tajnych współpracowników UB — G.M.], przekonali się oni naocznie, kto był przyczyną całego zła, i od razu zmienili swoje zachowanie wobec nas”. Przy spotkaniach z partyzantami chłopi coraz częściej żalili się na ciężary, jakie muszą ponosić w związku z działaniami UPA, przy czym im ktoś był starszy, tym mniej wierzył w sukces wojny partyzanckiej.

Tuż przed akcją “Wisła” krajobraz etniczny pogranicza tak opisał pułkownik Sidziński: “Obszar rejonu operacyjnego zamieszkuje ludność mieszana polsko-ukraińska, z przeważającym procentem [...] ukraińskiej we wschodnich i południowych wschodnich rejonach [...]. Ludność polska zamieszkująca ten rejon [...] jest pod względem politycznym mało uświadomiona, a ponadto zastraszona terrorem faszystowskich band ukraińskich”. Natomiast “Ludność ukraińska, w masie swojej ustosunkowana wrogo, występuje czynnie, względnie współpracuje z bandami”, które cieszą się wśród niej “dużym autorytetem”. Sidziński zauważył też, że o ile “ludność rejonu Lubaczowa jest mieszana”, to już w pasie Lesko–Sanok występuje “stosunkowo największy procent ludności polskiej”, ale — jak to ujął — “o dość wątpliwej lojalności”. Na Pogórzu Przemyskim, w pasie 8. Dywizji Piechoty, obraz mieszkańców widziano następująco: “Uświadomienie pod względem politycznym miejscowej ludności — żadne. Przyczyna: ciemnota, prymityw warunków bytowania wypływający z biedy i kompletny brak wiadomości (gazeta jest na wsi niespotykanym niemal zjawiskiem). Uczucie tymczasowości jest dominującym. Ludność wydana jest na łup domysłów i plotek”. Z kolei na odcinku 7. DP (południowa część powiatu Sanok) w wioskach przeważała ludność pochodzenia ukraińskiego, w ocenie WP wrogo nastawiona do państwa polskiego. Czytamy: “Ich głośne przyznawanie się do narodowości polskiej ma na celu odsunięcie od siebie ewentualnych przykrości [...]. Ludność ukraińska i mieszana zapytana, jakiej jest narodowości, mówi że jest greckokatolicka. Po wytłumaczeniu różnicy między wyznaniem, a narodowością najczęściej milczy i unika określenia swej narodowości”.

Na początku 1947 roku władze wydały polecenie przygotowania spisów ludności do wysiedlenia. Zajmowała się nimi teoretycznie administracja lokalna, która jednak zobowiązana była następnie przesyłać je do UB. Tam dostarczone listy sprawdzano, usuwano zauważone osoby wpisane błędnie i dopisywano te, które cywilni urzędnicy pominęli, oraz wszystkich podejrzanych i niepożądanych z punktu widzenia UB. Spisy trafiały ostatecznie w ręce oficerów WP, którzy również je weryfikowali, często już w punktach zbornych i załadowczych. Ponieważ regułą okazało się dużo pomyłek i wpisywanie osób niekwalifikujących się do wyjazdu, nierzadko dowódcy WP powoływali specjalne komisje weryfikacyjne do oceny sytuacji.

Może zaskakiwać rosnąca liczba ludzi, których planowano wysiedlić. Po inspekcji w województwie rzeszowskim dokonanej w lutym 1947 roku na podstawie danych zebranych od dowódców WP Mossor ocenił liczbę pozostałych jeszcze Ukraińców na mniej więcej 20 tysięcy. Takie dane, jak się wydaje, przekazano też stronie sowieckiej. Ale już w kwietniu władze przewidywały wywiezienie od 80 do 90 tysięcy ludzi, ostatecznie zaś deportacji podlegało ponad 140 tysięcy. Pierwsze nasuwające się wytłumaczenie tej różnicy to słaba orientacja w terenie władz wojskowych oraz aparatu bezpieczeństwa i administracji, zmieniająca się wraz z napływaniem kolejnych informacji. Sprawa wydaje się jednak bardziej złożona. W rzeczywistości gwałtowny wzrost osób zakwalifikowanych do wysiedlenia nastąpił wraz ze zmianą koncepcji operacji. Z chwilą podjęcia decyzji o zastąpieniu akcji “R” zakrojoną na szeroką skalę akcją represyjną wzrosła też siłą rzeczy liczba ludzi jej podlegających. Jak już wiemy, obok “czystych Ukraińców” wywózce podlegały też “wszystkie odcienie narodowości ukraińskiej” oraz “mieszane rodziny polsko-ukraińskie”, czyli “mieszańcy”. W wypadku tych ostatnich wystarczyło pochodzenie narodowe jednego z członków rodziny (babki, matki, wujka), by powstało zagrożenie wpisania na listę do wywózki. Nawet jeśli po pewnym czasie dorzucono konieczność “podejrzenia współpracy z podziemiem”, to w praktyce od subiektywnej decyzji oficera WP lub UB zależało, czy dana osoba trafi do wywózki czy nie. Przyczyną wzrostu liczby osób przewidzianych do wysiedlenia było również rozszerzenie obszaru objętego operacją na północne tereny Lubelszczyzny.

Można domniemywać, że wspomniane w lutym 1947 roku 20 tysięcy osób pochodzenia ukraińskiego było “czystymi” Ukraińcami, pozostali zaś “mieszańcami” oraz “osobami niepożądanymi” (folksdojczami, rodzinami członków PSL itp.). Należy zwrócić uwagę, że takie swobodne rozszerzanie kategorii wysiedleńców uruchomiło mechanizm wyszukiwania po znajomych i sąsiadach ludzi o korzeniach ukraińskich lub mających takie osoby w rodzinie; możemy przypuszczać, że ofiarami takich “poszukiwań” padali też ludzie identyfikujący się z polskością.

Dobrze to widać na przykładzie tworzenia list ludności ukraińskiej w Przemyślu. Powstały tam dwie listy “ukraińskich rodzin czystych” oraz “mieszańców”, każda licząca ponad sto nazwisk. Na ostatecznej liście pojawiły się już jednak 763 nazwiska, lecz ponieważ niekiedy kryły się za nimi dwie czy trzy osoby, to należy uznać, że w kwietniu 1947 roku do wywózki z Przemyśla wytypowano około tysiąca osób. Na wspomnianej liście charakterystyczne są różnego rodzaju dopiski w rodzaju “syn jego był przy SS”, “mąż jej przy banderowcach”, “ożenił się z Polką”, ma “lewe papiery”, wreszcie “Ukrainiec, ale bez zarzutu”. Często na liście pojawiał się zwrot “zmienił wyznanie na rzy. kat. [rzymskokatolickie — G.M.]”, co mogło być tyleż donosem, co usprawiedliwieniem, w zależności od woli decydentów. W wypadku rodzin mieszanych pojawiały się zwroty w rodzaju “żona Polka” lub “mieszańcy”. Jeden z dopisków miał treść następującą: “posiada zezwolenie z Ministerstwa na pozostanie”.

Zgodnie z zasadą “apetyt wzrasta w miarę jedzenia” władze zaczęły też dołączać do list osoby nawet o czysto polskim pochodzeniu, lecz z różnych powodów dla nich niewygodne (związane z opozycją lub podziemiem, parające się drobnymi przestępstwami lub po prostu nielubiane przez lokalny aparat władzy). Na Lubelszczyźnie zaproponowano wręcz wysiedlenie całego miasteczka Urzędów, jako miejscowości rzekomo “bandyckiej”. Można przyjąć, że władze planowały wysiedlić około 100 tysięcy Ukraińców i “mieszańców”, od 20 do 30 tysięcy Łemków i — jeśli wierzyć ustaleniom Jana Pisulińskiego — kilkanaście tysięcy Polaków.

Nie oznacza to bynajmniej — co należy podkreślić — by akcja “Wisła” traciła przez to charakter represji o zabarwieniu etnicznym. Wprost przeciwnie, pokazuje dobitnie, że wyróżnik narodowy był na tyle istotny, że wystarczało pochodzenie choćby jednego z rodziców lub dziadków, aby zostać zakwalifikowanym do wywózki. I to nawet jeśli ktoś nie odczuwał związku z ukraińskością lub był narodowo indyferentny. Władze arbitralnie uznawały za Ukraińców wszystkich grekokatolików oraz Łemków (to ich przede wszystkim dotyczyła uwaga o “odcieniach” narodowych). Było to więc podejście otwarcie nacjonalistyczne i bez mała rasistowskie. Fakt wykorzystania represji o charakterze etnicznym do wywiezienia przeciwników politycznych lub osób kłopotliwych i niewygodnych odsłania jednak ideologiczny wymiar całej operacji. Chodziło w niej nie tylko o poddanie zbiorowej represji nielubianej i sprawiającej kłopoty mniejszości, lecz także o polityczne podporządkowanie terenu.

Można przypuszczać, że postulat wysiedlenia “czystych” Ukraińców zyskiwał zarówno wtedy, jak i później spore poparcie wśród społeczności polskiej. Ale już wywózka rodzin mieszanych, nie mówiąc o osobach pochodzenia polskiego, budziła spore wątpliwości nawet wśród części kadry oficerskiej WP przeprowadzającej wysiedlenia. Dobrze to widać na przykładzie wicestarosty przemyskiego Zygmunta Felczyńskiego. Już po rozpoczęciu akcji wysiedleńczej był jednym z pierwszych, którzy zaprotestowali przeciwko brakowi konsultacji z władzami cywilnymi i brutalizacji działań podejmowanych przez WP oraz wywózkom osób przyznających się do polskości. Jednocześnie jednak w poufnym piśmie z 31 marca 1947 roku do Władysława Wolskiego osobiście wnioskował o wysiedlenie 41 dzieci znajdujących się w przemyskim sierocińcu Zgromadzenia Sióstr Służebnic Niepokalanej Marii Panny przy ul. Biskupa Jana Śnigurskiego 10–12. Siostry odmawiały, oskarżał starosta, “każdorazowemu wezwaniu do wyjazdu” do ZSRS, dzieci wychowywały “w duchu nacjonalistycznym ukraińskim”, a ponadto jakoby dawały “schronienie różnym osobom podejrzanego pochodzenia”. Dlatego “mając na względzie jedynie dobro Państwa”, postulował “przymusowe przesiedlenie sióstr wraz z całą ochronką do Województw Centralnych i rozmieszczenie dzieci po kilkoro po zakładach wychowawczych”. Z powodu związków z WiN parę lat później Felczyński został aresztowany i osadzony w więzieniu.

Загрузка...