Porażka prowokacyjnej czoty “Czumaka” nie przekreślała sukcesu, jakim było podjęcie współpracy z UB przez Hamiwkę. 27 maja przesłuchał go sam dowódca grupy, generał Mossor. Hamiwka wyjaśniał, że celem OUN i UPA jest wywalczenie niepodległości Ukrainy, do czego konieczne jest stworzenia międzynarodowego frontu antybolszewickiego i doprowadzenie do “rozkładu i zniszczenia Rosji Sowieckiej”. Tłumaczył też: “Ideologia OUN głosi: «wszystko, co nieukraińskie — jest wrogiem» i zaleca radykalne usuwanie obcych elementów z terenów ukraińskich”.
Kierując się właśnie tymi założeniami, na przełomie lat 1942 i 1943 kierownictwo frakcji OUN-Bandery zaleciło utworzenie oddziałów partyzanckich, nazwanych później Ukraińską Powstańczą Armią, i przystąpienie do walki z niemiecką administracją oraz sowiecką partyzantką. Jednocześnie, nie czekając na koniec wojny, postanowiono zawczasu usunąć Polaków ze wszystkich ziem uznawanych za ukraińskie. W pierwszych dniach lutego 1943 roku na Wołyniu I sotnia UPA Hryhorija Perehiniaka “Dowbeszky-Korobky” napadła na niemiecki posterunek policji we Włodzimiercu, po czym przemaszerowała do położonej niedaleko wsi Parośle i wymordowała wszystkich mieszkańców. Napad na Paroślę rozpoczął “antypolską akcję”, jak w dokumentach ukraińskiego podziemia określano planowe i ludobójcze czystki etniczne. Kierując się doktryną wojenną wypracowaną jeszcze przed wojną przez Mychajłę Kołodzińskiego, oddziały OUN i UPA za pomocą okrutnych masowych mordów realizowały planową depolonizację Wołynia, a od przełomu lat 1943 i 1944 — również Galicji Wschodniej. W wyniku prowadzonej do maja 1945 roku “antypolskiej akcji” (ostatni napad nastąpił 18 maja 1945 roku we wsi Borodyca na Lubelszczyźnie) poniosło śmierć około 100 tysięcy Polaków (najwięcej, bo może aż 60 tysięcy, zamordowano na Wołyniu). Napady OUN i UPA skłoniły do ucieczki na zachód od 300 do 400 tysięcy Polaków, a w pierwszej połowie 1944 roku objęły także ziemie dzisiejszej Polski. 6 sierpnia 1944 roku dopiero co utworzona sotnia UPA Włodzimierza Szczygielskiego “Burłaki” rozstrzelała w Baligrodzie ponad czterdziestu ludzi. Na Lubelszczyźnie, gdzie polskie podziemie było silniejsze, w 1944 roku doszło do zaciętych polsko-ukraińskich walk partyzanckich, w których masowo ginęli cywile, tym razem z obydwu stron barykady.
Dopiero przejście frontu i aresztowania w lecie 1944 roku, jakie dotknęły Polaków po wejściu Sowietów, uświadomiły kierownictwu OUN-B i UPA, że komuniści traktują niepodległościowe aspiracje Polaków podobnie jak Ukraińców. W związku z tym pojawiły się rozkazy zalecające powstrzymanie “antypolskiej akcji”, a w lutym 1945 roku zadecydowano o szukaniu z polskim podziemiem kompromisu.
Gdyby Sowieci po drugiej wojnie światowej nie objęli panowania nad Europą Środkową, Ukraińska Powstańcza Armia przeszłaby do historii, podobnie jak chorwaccy ustasze, jako formacja radykalnie nacjonalistyczna i obciążona masowymi zbrodniami na ludności cywilnej. Jednakże zacięty opór stawiany po wojnie sowieckiej władzy i sowieckiemu bezprawiu stworzył UPA niejako na nowo: jej członkowie stali się dla zachodnioukraińskiej społeczności żywym symbolem walki o niepodległość. Główny wysiłek zbrojny był skoncentrowany przede wszystkim w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Toczona tam krwawa walka partyzancka trwała do początku lat pięćdziesiątych.
Ziemie dzisiejszej Polski dla ukraińskiego podziemia miały w tych zmaganiach znaczenie drugorzędne. Traktowano je jako “okno na świat”, kanał łączności między Ukrainą i zachodnią Europą, przez który chciano informować o sytuacji w ZSRS. W związku z nowym kształtem granic państwowych na ziemiach obecnej Polski utworzono samodzielny krajowy prowid OUN (nazywany Zakerzoniem, czyli leżącym za linią Curzona) i pokrywający się z nim terytorialnie VI Okręg UPA o kryptonimie “San”.
Nawiązanie kontaktu z zachodnimi ambasadami i zawarcie porozumienia z Polakami wymagało pewnych dyplomatycznych umiejętności, dlatego kierownictwo nad podziemiem w Polsce powierzono na początku 1945 roku Jarosławowi Staruchowi “Stiahowi”. Ten były student prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza długo przed wybuchem wojny związał się z OUN. Po rozłamie OUN na dwie zaciekle zwalczające się frakcje banderowców i melnykowców znalazł się w ścisłym kierownictwie pierwszej z nich, gdzie odpowiadał za propagandę. Aresztowany w 1943 roku przez Niemców, został odbity przez OUN, według jednej z wersji — dzięki pomocy polskiego więźnia.
Zgodnie z decyzją kierownictwa wiosną 1945 roku rozpoczęto rozmowy z polskim podziemiem. 21 maja 1945 roku delegacja OUN i UPA w Polsce podpisała w rejonie Huty Lubyckiej porozumienia z podziemiem poakowskim na Lubelszczyźnie. Ten lokalny sojusz przerwał falę mordów. Przetrwał on do akcji “Wisła” i zaowocował paroma wspólnymi akcjami zbrojnymi przeciwko komunistom, m.in. w maju 1946 roku wspólnie opanowano Hrubieszów, na co Staruch osobiście wydał zgodę.
Drugim ważnym polem aktywności kierowanego przez Starucha ruchu oporu było zbrojne sprzeciwianie się wysiedleniom Ukraińców do ZSRS, prowadzonym w latach 1944–1946. Choć 488 tysięcy ludzi wywieziono, często pod przymusem, do ukraińskiej republiki sowieckiej, to jednak zacięty opór stawiany oddziałom wojska sprawił, że ukraińska społeczność zaczęła widzieć w UPA jedyną siłę realnie broniącą ją przed wypędzeniem z własnych domów.
Zgodnie z założeniem Staruch w licznych ulotkach i skryptach informował Zachód o walce Ukraińców z komunizmem. Spośród materiałów przemycanych do ambasad w Polsce na uwagę zasługują dwa opracowania: Nowe Lidice opisujące zamordowanie przez Wojsko Polskie kilkudziesięciu Ukraińców w Zawadce Morochowskiej w 1946 roku oraz Upiór faszyzmu, w którym Staruch dokonał analizy porównawczej systemu faszystowskiego i komunistycznego, stawiając pomiędzy nimi znak równości.
Struktura ukraińskiego podziemia cechowała się pewnym dualizmem. Kierownictwo polityczne, ale też zaplecze dla UPA, stanowiła siatka organizacyjna OUN. Bez wątpienia walką partyzancką kierowali działacze OUN, przez co UPA nabierała cech armii partyjnej. Referenci wojskowi OUN byli jednocześnie bezpośrednimi przełożonymi oddziałów UPA na danym terenie. Nie zmienia to faktu, że do UPA należeli nie tylko członkowie OUN, lecz także bezpartyjni ochotnicy, traktujący walkę partyzancką jako powinność wobec ojczyzny. Zdarzały się również przypadki przymusowego wcielania do UPA młodzieży z ukraińskich wiosek; lojalność tak pozyskanych partyzantów nierzadko jednak pozostawiała sporo do życzenia.
W skład ścisłego kierownictwa, obok prowidnyka (kierownika), wchodzili szefowie poszczególnych pionów: propagandowego, Służby Bezpieczeństwa i wojskowego, czyli UPA. Referent wojskowy był zarazem dowódcą UPA. Najbliższymi współpracownikami “Stiaha” byli: odpowiedzialny za działalność propagandową Wasyl Hałasa “Orłan”, dowodzący Służbą Bezpieczeństwa OUN Petro Fedoriw “Dalnycz” oraz dowódca UPA, major Mirosław Onyszkewycz “Orest”.
W siatce organizacyjnej OUN “kraje” (ziemie/regiony) dzieliły się na okręgi, te zaś na nadrejony, rejony, kuszcze (od czterech do siedmiu wsi), oraz stanice (jedna, dwie wioski). Na strukturę OUN nakładała się podległa jej siatka UPA. I tak Krajowi OUN odpowiadał Okręg Wojskowy UPA, który dzielił się na odcinki taktyczne (odpowiedniki okręgów OUN; skrót: TW), nadrejony i rejony. W Polsce istniały trzy okręgi OUN, pokrywające się terytorialnie z trzema odcinkami taktycznymi UPA. Okręg I OUN i odcinek taktyczny UPA “Łemko” obejmowały Pogórze Przemyskie, Bieszczady i Beskid Niski. Okręg II OUN i odcinek taktyczny UPA “Bastion” powstały na pograniczu województw rzeszowskiego i lubelskiego, w powiatach Jarosław, Lubaczów i Tomaszów Lubelski. Wreszcie Okręg III i odcinek taktyczny UPA “Danyliw” utworzono na Lubelszczyźnie, w powiatach Hrubieszów, Tomaszów Lubelski, Chełm i Włodawa. W każdym z okręgów OUN i zarazem odcinków taktycznych UPA uformowały się w ciągu 1945 roku trójki kierownicze, które składały się z kierowników OUN oraz podlegających im dowódców UPA i SB OUN i podejmowały najważniejsze decyzje dotyczące podziemia.
Struktura Służby Bezpieczeństwa również była ściśle powiązana z OUN. Referaty SB istniały przy krajowych, okręgowych, nadrejonowych i rejonowych prowodach (kierownictwach). Referentom każdego szczebla podlegały bojówki SB, liczące od kilku do kilkunastu ludzi. Ich członkowie dokonywali aresztowań osób podejrzanych o zdradę, brali udział w przesłuchaniach i wykonywali wyroki śmierci, ale też prowadzili akcje dywersyjne, samodzielnie lub z UPA.
Konieczność przeciwstawienia się przymusowi wysiedlenia do ZSRS doprowadziła na przełomie lat 1945 i 1946 do gwałtownego rozwoju oddziałów partyzanckich. Znalazło się w nich wielu ochotników, którzy chcieli nie tyle walczyć za Ukrainę, ile bronić swoich bliskich przed wypędzeniem z własnych domów. Powstały wówczas cztery kurenie (bataliony) UPA. Dwa z nich, “Rena” (Wasyla Mizernego) i “Bajdy” (Petra Mykołenki), działały w Okręgu I (TW “Łemko”). W Okręgu II (TW “Bastion”) prowadził akcje bojowe kureń “Zalizniaka” (Iwana Szpontaka), a w Okręgu III (TW “Danyliw”) — “Berkuta” (Wołodymyra Soroczaka). Każdy z nich składał się z czterech lub pięciu sotni (kompanii), liczących najczęściej po mniej więcej sto osób. Wyjątkiem była Lubelszczyzna i kureń “Berkuta”, w którym sotnie składały się z około czterdziestu strzelców. Co istotne, jak wynika z badań Mariusza Zajączkowskiego, w lubelskim Okręgu OUN bojówki SB faktycznie przewyższały siłą oddziały UPA (upowców było 150–200, a członków SB 250–280).
Informacje o strukturze OUN i UPA były dla sztabu GO i samego Mossora sporą nowością, odsłaniającą skalę niewiedzy własnych służb rozpoznawczych. Siły UPA oceniano na mniej więcej 2 tysiące ludzi zgrupowanych w trzech kureniach. Informacje pozyskane od Hamiwki pozwoliły w końcu lepiej rozpoznać dowódców sotni UPA w Polsce. Ze zdumieniem “odkryto” wówczas czwarty kureń, “Berkuta”, o którego istnieniu sztab GO nie miał dotąd pojęcia. Okazało się też, że pojawiające się w meldunkach WP sotnie “Smyrnego” i “Wołodii” nie istnieją — były to bowiem bojówki SB.
Niemniej generał Mossor, szacując siłę liczebną ukraińskich formacji, zbytnio się nie pomylił. Faktycznie bowiem siły UPA wiosną 1947 roku wynosiły około 1400–1500 ludzi. Do partyzantów UPA należy jeszcze doliczyć 400–450 bojówkarzy SB OUN oraz kilkuset członków siatki cywilnej. W sumie dawało to 2000–2500 ludzi pod bronią. Była to niewątpliwie licząca się siła, zwłaszcza że oddziały UPA na Ukrainie były od 1946 roku powoli demobilizowane i w roku 1947 istniały tylko w Karpatach. Walkę w ZSRS prowadziły głównie niewielkie kadrowe bojówki OUN. Oddziały UPA podległe “Stiahowi” i “Orestowi” były więc w 1947 roku największym zgrupowaniem partyzanckim ukraińskiego podziemia, w dodatku zaprawionym w zbrojnych potyczkach z wojskiem. Potrafiły podejmować otwarte boje nawet z równorzędnymi oddziałami regularnej armii, wykorzystując w nich atut znajomości terenu i dużej zwrotności.
Największym problemem dla kierownictwa ukraińskiego podziemia był wyraźny spadek poparcia dla niego wśród cywilnych Ukraińców, który nastąpił pod koniec 1946 roku. Wysiedlenia do ZSRS oficjalnie się zakończyły, pozostali w Polsce Ukraińcy stali się polskimi obywatelami, powszechne było przekonanie, że dalsza walka traci sens. Społeczność ukraińska uznała, że najgorsze już minęło i w końcu przyszedł czas na w miarę spokojne życie. Ale dowództwo UPA, nawet gdyby chciało, nie mogło rozwiązać oddziałów partyzanckich. Na przeszkodzie stały chociażby panujące w nich nastroje, gdyż taką decyzję dowództwa większość partyzantów odebrałaby zapewne jako kapitulację. Postanowiono zatem czekać na wielką militarną operację przeciwko ukraińskiej partyzantce i w momencie jej rozpoczęcia część oddziałów przerzucić na zachód, a pozostałe wysłać na Ukrainę.
Akcji przeciwpartyzanckiej spodziewano się zimą na przełomie lat 1946 i 1947, jednak — ku zaskoczeniu samych członków OUN — przetrwano ją bez większych strat. Oddziały WP były zajęte fałszowaniem wyborów do Sejmu Ustawodawczego, nie prowadziły więc zbyt intensywnych akcji przeciwpartyzanckich. Stąd późniejsza koncentracja potężnych sił wojska potrzebnych do przeprowadzenia akcji “Wisła” była dla członków podziemia dużym zaskoczeniem. Po rozpoczęciu wysiedleń dowództwo OUN i UPA szybko doszło do wniosku, że próba stawiania otwartego oporu byłaby samobójstwem. Na południe od Przemyśla oba kurenie UPA przywarowały; ukryte w lasach, ostrożnie manewrowały, zręcznie unikając spotkania z WP. W sztabie GO błędnie uznano wówczas, że siły UPA zostały podzielone na niewielkie, ledwo kilkuosobowe grupy i poukrywane w leśnych bunkrach. Na północ od Przemyśla nasycenie terenu oddziałami wojska było początkowo mniejsze, dlatego w pierwszych dniach maja Ukraińcy podjęli tam próby kontrakcji, polegające na niszczeniu szlaków komunikacyjnych i paleniu wysiedlonych wsi. Szybko jednak uznano, że tego typu akcje prowadzą tylko do powiększenia strat osobowych. W związku z tym oddziały UPA w tym regionie faktycznie podzieliły się na małe grupy i ukryły w przemyślnych bunkrach. Część natomiast ruszyła w rajd do powiatu biłgorajskiego, gdzie nie groziły im obławy przeciwnika.
Z powodu śmierci generała Świerczewskiego do likwidacji UPA w Bieszczadach sztab GO “Wisła” przykładał szczególną wagę. W rejonie tym działał kureń Wasyla Mizernego “Rena”, który składał się z czterech sotni: Stepana Stebelskiego “Chrina”, “Stacha” (N.N.), Wasyla Szyszkanynca “Bira” oraz działającej w Beskidzie Niskim sotni Romana Hrobelskiego “Brodycza”. Wszystkie one były wprawione w walkach partyzanckich.
Przeciwko nim skoncentrowano siły wojska wielokrotnie przewyższające oddziały ukraińskie. Ich trzon stanowiła ponadczterotysięczna dywizja KBW, jak zakładano, dobrze przygotowana do starć z partyzantką. Oprócz niej w pierwszej fazie akcji operowały w tym regionie jeszcze dwie kombinowane dywizje (6. i 7.) oraz pododdziały WOP i SOK. Mogło się więc wydawać, że likwidacja oddziałów UPA nastąpi błyskawicznie. Tak się jednak nie stało.
1. Dywizja KBW do patrolowania terenu przystąpiła już 20 kwietnia. W trakcie działań zwiadowczych poprzedzających wysiedlenia aresztowała sześćdziesiąt osób podejrzanych o współpracę z ukraińskim podziemiem. Nie było wśród nich jednak nikogo, kto dostarczyłby jakichś istotnych informacji. Równolegle do akcji wysiedleńczej od 28 kwietnia przeczesywano kompleksy leśne i organizowano sieci zasadzek na potencjalnych trasach przemarszu partyzantów. W czasie tych działań tylko z rzadka dochodziło do potyczek z upowcami. Niszczono natomiast bunkry z żywnością i szałasy. W połowie maja kabewiacy wzięli udział we wspomnianej wcześniej wielkiej operacji “czyszczącej” na Chryszczatej, która zakończyła się fiaskiem — osaczone tam sotnie “Chrina” i “Stacha”, zręcznie manewrując, wyszły z okrążenia bez większych strat.
Niepowodzenie to zadecydowało zapewne o odwołaniu ze stanowiska dowódcy 1. Dywizji KBW, pułkownika Rożkowskiego. Jego miejsce zajął pułkownik Eugeniusz Kuźmicz, dotychczasowy dowódca Wojsk Wewnętrznych w okręgu łódzkim. Zmiana ta nie wpłynęła na jakość działań przeciwpartyzanckich, które do końca maja, jak to ujęto w sprawozdaniu KBW, “dały rezultaty w postaci pojedynczych zabitych bandytów, co nie przyniosło pożądanych korzyści”.
5 czerwca przeprowadzono wspólną operację z wojskami czechosłowackimi. Strona polska trzema batalionami KBW obsadziła 30 kilometrów granicy, od Krzemieńca po Berehy Górne. Czechosłowacy, przeszukując swe terytorium, mieli napędzić banderowców na stanowiska polskie. W wyniku akcji schwytano ledwie jednego strzelca UPA o pseudonimie Pereć z sotni “Bira”. Był to pierwszy jeniec, którego wiedza mogła zostać spożytkowana przez KBW! Wskazał on, iż sotnia “Bira” przebywa w górzysto-leśnym masywie na południe od drogi Wetlina–Berehy Górne. Już 6 czerwca rozpoczęto akcję przeciw “Birowi”. Ten wyrwał się z potrzasku bez strat, akcja KBW “dała jednak możność odnalezienia po raz pierwszy (!) śladów bandy”.
W dniach 7–13 czerwca wszystkie obecne w Bieszczadach sotnie skoncentrowały się w rejonie Suchych Rzek. Przez pięć dni przebywał z nimi sam “Ren”, który po przeglądzie sotni rozkazał przebijać się na tereny ZSRS. 17 czerwca połączone sotnie zostały wykryte w rejonie góry Okrąglik. W pościg za nimi ruszył odwód operacyjny 2. brygady KBW w sile dwóch kompanii. Zauważywszy pościg, Ukraińcy przeszli na drugą stronę granicy, gdzie starli się z Czechosłowakami. W tym momencie mogły na nich uderzyć obydwie ścigające kompanie KBW, ale polski dowódca postanowił nie przekraczać granicy. Tymczasem upowcy, nie mogąc przerwać czechosłowackiej obrony, szybkim marszem wzdłuż granicy oderwali się od przeciwnika. Polacy podjęli pościg za banderowcami w kierunku wschodnim, równolegle do granicy, ale pod wieczór musieli go przerwać. W nocy porozumieli się z Czechosłowakami. Zgodnie z ustalonym planem oddziały KBW zorganizowały wzdłuż granicy działania zaporowe (zasadzki, placówki, podsłuchy) z odpowiednio urzutowanymi odwodami, a żołnierze czechosłowaccy o świcie 18 czerwca rozpoczęli przeszukiwanie własnego terytorium w celu zepchnięcia banderowców na linię polskiej zapory. W zaistniałej sytuacji upowcy podzielili swoje siły na kilka części. Jedna z nich przerwała zaporę wojska koło Rabiej Skały, tracąc trzech ludzi (dwóch zabitych, jeden schwytany przez WP). Pościg nie przyniósł żadnych rezultatów.
Część upowców pozostawała jednak w okrążeniu, dlatego Polacy kontynuowali działania zaporowe przez cały dzień 18 czerwca. Nazajutrz o godzinie 5.00 w uzgodnieniu ze stroną czechosłowacką kompania batalionu “Poznań” rozpoczęła tropienie UPA po drugiej stronie granicy. Dowodzony przez kapitana Kubaszka oddział KBW jeszcze po stronie polskiej, koło góry Okrąglik, napotkał grupę upowców. Ci natychmiast cofnęli się na stronę słowacką, gdzie stoczyli potyczkę z pododdziałem czechosłowackim. Starcie to doprowadziło do rozbicia banderowców na dwie grupy. Za mniejszą (ośmioosobową) wszczęli pościg żołnierze CSR, za większą (czterdziestu ludzi) podążyła kompania batalionu “Poznań”. Kapitan Kubaszek podzielił podległych sobie żołnierzy na dwa oddziały. Jeden ścigał upowców po śladach, drugi zaś podjął próbę obejścia ich i zmuszenia do zwrotu w kierunku granicy. Manewr został uwieńczony sukcesem. Zaatakowani upowcy skręcili wprost na górę Borsuk, na lewe skrzydło linii zaporowej batalionu “Wrocław”. Po krótkiej walce przedarli się przez linię KBW w kierunku północno-zachodnim, po czym natknęli się na kolejną zaporę batalionu “Wrocław”, rozmieszczoną wzdłuż potoku Beskidnik. Napotkawszy opór, Ukraińcy zaczęli wycofywać się w kierunku zachodnim, lecz wpadli z kolei na prawe skrzydło batalionu. Z krzyżowego ognia kabewiaków wyszła cało ledwie połowa upowców.
Za wychodzącymi z okrążenia partyzantami podążył pościg, lecz wkrótce został przerwany z powodu ciemności. W następnych dniach żołnierze batalionu “Wrocław” ujęli jeszcze kilku upowców. Oddziały WP do końca czerwca nieustannie penetrowały teren, lecz bez większych sukcesów. Likwidowano tylko pojedynczych członków UPA, niszczono bunkry z żywnością, zbierano pozostawioną broń. W końcu 25 czerwca sztab 1. Dywizji KBW podjął decyzję o przetrząśnięciu po raz kolejny masywu Chryszczatej. Spowodowane to było zeznaniami jeńców, którzy twierdzili, że są tam obecne sotnie “Chrina” i “Stacha”. Początek operacji zaplanowano na godzinę 4.00 rano 27 czerwca, jednak z powodu gęstej mgły czas rozpoczęcia akcji został przesunięty o cztery godziny. Punktualnie o 8.00 trzy samoloty szturmowe IŁ-2, które wystartowały z lotniska w Rzeszowie, dokonały dwudziestominutowego nalotu, bombardując i ostrzeliwując z broni pokładowej wybrane cele na Chryszczatej. Po nalocie do akcji przystąpiło dziewięć plutonów moździerzy kalibru 82 mm. Dokonały one dwukrotnego (dziesięciominutowego) ostrzału masywu. Po przygotowaniu ogniowym do natarcia ruszyły obie brygady KBW podzielone na grupy operacyjne, a te z kolei na plutony (w sumie czterdzieści). Plutony kierowały się na szczyt Chryszczatej oraz na Jeziorka Duszatyńskie. Po dotarciu do określonej linii na szczycie utworzono kocioł, w którego środek wkroczyło kilka plutonów z zadaniem likwidacji upowców. Do walki jednak nie doszło. Na Chryszczatej nie było ani jednego pododdziału UPA. “Wykryto jedynie bunkry, piekarnie, broń i amunicję, maszynę do pisania i materiały piśmienne, dwa aparaty fotograficzne i dużo książek, a ponadto zaminowaną beczkę ze skórą. Zniszczono 12 szałasów”.
Tymczasem resztki sotni kurenia “Rena”, liczące ponoć dziewięćdziesięciu ludzi, zebrały się w Beniowej (wschodnia część cypla ciśnieńskiego) i nocą z 29 na 30 czerwca przeszły na terytorium Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Po drugiej stronie granicy upowcy starli się z sowiecką strażą graniczną. Resztki kurenia “Rena” na Ukrainie weszły w skład odcinka taktycznego UPA “Makiwka”. Dowódcą “Makiwki” został “Chrin”, który jednocześnie otrzymał stopień majora i najwyższe odznaczenie UPA.
Z oddziałów “Chrina” i “Stacha” utworzono jedną sotnię, tzw. łemkowską. Dowództwo nad nią objął “Stach”. Po reorganizacji i kilku miesiącach odpoczynku wiosną 1948 roku sotnia przystąpiła do akcji bojowych, m.in. 17 czerwca w rejonie Chyrowa zabiła podpułkownika sowieckiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego (dalej: MGB) Baczenkowa. Powstańcy z “łemkowskiej” sotni częściowo wyginęli, a częściowo zostali zdemobilizowani. Sam “Stach” ocalał, ale jego dalsze losy (tak jak nazwisko) są nieznane. Sotnię “Bira” MGB dopadło 8 lutego 1948 roku w majdańskich lasach. W walce zginął “Bir” i ponad połowa jego ludzi. Na Ukrainę przedarł się także major “Ren” — w 1949 roku poległ w walce z Sowietami. W tym samym roku zginął na terenie Czechosłowacji “Chrin”, który razem z grupą kurierów próbował przedostać się do Austrii.
Otrzymawszy wiadomość o przejściu oddziałów UPA na Ukrainę, kabewiacy obstawili granicę z ZSRS, by uniemożliwić ukraińskim partyzantom ewentualny powrót do Polski. W pierwszej połowie lipca 1947 roku patrole zwiadowcze KBW “działały w terenie na podstawie zeznań jeńców band UPA. W tym celu grupy były poprzebierane w ubrania cywilne, w rezultacie jednej akcji zetknęły się z grupą SB bojówki «Berkuta». W wyniku akcji zostało zabitych dwóch bandytów, z naszej strony jeden podoficer został ciężko ranny”. W lipcu prowadzone przez KBW poszukiwania przynosiły niewielkie rezultaty. Sporadycznie tylko dochodziło do drobnych potyczek z nieprzyjacielem. Z zeznań jeńców wynikało, iż w Bieszczadach pozostało jeszcze ledwie kilkunastu oberwanych i głodnych strzelców UPA, błąkających się pojedynczo po lasach. W tej sytuacji nie było potrzeby trzymania na tym terenie tak dużych sił wojskowych. Pod koniec lipca 1947 roku 1. Dywizja KBW została rozformowana.
Równolegle do działań w Bieszczadach trwały poszukiwania sotni “Brodycza” w Beskidzie Niskim. Pojawiła się ona w tym regionie latem 1946 roku, lecz z powodu dystansu ludności łemkowskiej do walki partyzanckiej nie przeprowadzała większych działań bojowych. Po rozpoczęciu akcji “Wisła” sotnia odniosła spory sukces, rozbrajając 3 maja grupę żołnierzy WOP idących z Gorlic na zmianę do Muszyny. Jeden z wopistów zginął, ośmiu odniosło rany, a dwudziestu uprowadzono i najpewniej wypuszczono. W maju 1947 roku sotnia “Brodycza” straciła swój obóz odkryty przez WP, ale w naprawdę ciężkiej sytuacji znalazła się dopiero w czerwcu. Razem z “Brodyczem” były wówczas lokalne bojówki SB oraz kierownictwo OUN, liczące ponad trzydzieści osób. Wykryta przez wojsko sotnia w paru potyczkach straciła wtedy kilku ludzi i pomimo wysiłków nie mogła zmylić pogoni. W tej sytuacji nocą z 18 na 19 czerwca koło Piwnicznej “Brodycz” przeprowadził swój oddział do CSR, gdzie 20 czerwca biwakującą sotnię zaatakowały oddziały czechosłowackie. UPA odparła uderzenie i rozpoczęła odwrót w kierunku Polski, ale tu natknęła się na oddziały WP i ruszyła wzdłuż granicy na wschód. 21 czerwca około 10.00 ukraińską grupę ponownie zaatakowali Czechosłowacy. Upowcy wytrzymali uderzenie, zmuszając napastników do zalegnięcia na murawie. Po kwadransie do szturmu ruszyli Polacy. Wykorzystując brak synchronizacji działań przeciwnika, “Brodycz” znalazł lukę w linii okrążenia i wymknąwszy się z pułapki, ruszył w głąb Czechosłowacji. Po kilkunastu kilometrach UPA dotarła do lasu, gdzie schwytała trzech robotników leśnych. Dwóch z nich po przesłuchaniu rozstrzelano, trzeciemu udało się zbiec. Na skraju lasu Ukraińcy wytrzymali kolejny atak ścigających ich oddziałów polskich i czechosłowackich. Ostatecznie “Brodycz” podzielił swój oddział na dwie części. Pierwszy z pododdziałów przebił się w nocy do Polski, a drugi, dowodzony przez niego osobiście, zaszył się w lasach koło Wyżnych Rużbachów i dopiero po kilku dniach przedostał się do Polski. We wrześniu 1947 roku “Brodycz” podjął decyzję o przebijaniu się na zachód. Poprzez Gorce i Beskid Żywiecki dotarł w październiku aż w okolice Wisły, gdzie rozformował oddział, nakazując strzelcom przebijać się na własną rękę. Do amerykańskiej strefy okupacyjnej przedarła się tylko część partyzantów, ale i tak najwięcej ze wszystkich sotni. Sam “Brodycz” został jednak schwytany w czeskich Sudetach i wydany Polsce.
Podczas gdy bieszczadzkie sotnie skierowano na Ukrainę, kierownictwo polityczne podziemia w tym regionie postanowiło udać się — samowolnie, wbrew zaleceniom krajowego prowidu — na zachód. “Mar” (Stepan Golasz), nadrejonowy prowidnyk OUN w Bieszczadach, i “Horysław” (Modest Ripecki), szef bieszczadzkiej SB OUN, przedarli się z bojówkami do Niemiec. Aktywnie włączyli się tam w pracę emigracyjnej OUN. Na zachód udał się również szef rejonowej bojówki SB, “Berkut”, który jednak wolał nie afiszować się wśród emigrantów, zapewne dlatego, że był brutalny nawet wobec Bojków, potrafił znienacka uderzyć w twarz przypadkową kobietę, gdy nie spodobała mu się jej odpowiedź. To najpewniej on odpowiadał za wymordowanie kilkunastu Żydów we wschodniej Słowacji zimą 1945 roku. Miał więc czego się obawiać.
Inaczej postąpił szef bojówki SB OUN w Beskidzie Niskim, Mychajło Fedak “Smyrny”. Pozostał w terenie do 1948 roku i dopiero wtedy ruszył na zachód. W 1949 roku powrócił jednak do Polski z grupą kurierów, odnalazł swoją narzeczoną, Marię Bajus, i razem z nią udał się ponownie do Niemiec. Po ślubie oboje wyjechali do USA. Co ciekawe, Bajus przed akcją “Wisła” nie związała się z podziemiem, choć “Smyrny” namawiał ją, mówiąc, że “w partyzantce jest dobrze, nic się nie robi”.
Na Pogórzu Przemyskim działał kureń Petro Mykołenki “Bajdy”, złożony z czterech sotni: Mychajły Dudy “Hromenki”, Wołodymyra Szczygielskiego “Burłaki”, Grzegorza Jankowskiego “Łastiwki” oraz Jarosława Kociołka “Kryłacza”. Wśród sotennych wyraźnie wyróżniali się dwaj pierwsi. “Hromenko” przeszedł szkolenie w ramach utworzonego w 1941 roku przez niemiecką Abwehrę batalionu “Nachtigall”, przeznaczonego do działań dywersyjnych przeciwko ZSRS. Po przeformowaniu “Nachtigall” w batalion policji pozostał w jego szeregach, by w 1943 roku trafić do UPA. Od 1945 roku dowodził sotnią na Pogórzu. Dobrze wyszkolony, znany był z troski o podwładnych. Z kolei Szczygielski “Burłaka” w 1939 roku przedostał się na Ukrainę Zakarpacką, by w szeregach jej oddziałów walczyć o niepodległość. Po upadku tego minipaństewka został internowany w Niemczech i trafił później do kolaboracyjnej Ukraińskiej Policji Pomocniczej. Jako komendant posterunku w Komańczy schwytał wielu Polaków próbujących przedostać się przez Węgry do Francji. W 1944 roku zdezerterował razem z podwładnymi z posterunku w Medyce i ponownie udał się w Bieszczady, gdzie stanął na czele samodzielnej sotni. 6 sierpnia 1944 roku jego oddział rozstrzelał 42 osoby w Baligrodzie w ramach “antypolskiej akcji” UPA. Od 1945 roku sotnia “Burłaki” działała na Pogórzu Przemyskim, próbując przeciwstawić się wysiedleniom do ZSRS. Na jej czele “Burłaka” odniósł szereg sukcesów w walce z Wojskiem Polskim.
Kureń liczył od czterystu do pięciuset ludzi. W ramach akcji “Wisła” na Pogórzu Przemyskim rozlokowało się kilka pułków piechoty WP: w Grąziowej 1. pułk piechoty, w Żohatyniu 4. pp, w Krzywczy 5. pp, w Wańkowej 8. pp, w Tyrawie Wołoskiej 10. pp, w Maćkowicach 14. pp, w Brylińcach 28. pp, w Birczy 30. pp. Jak widać, były to przytłaczające siły — na każdą sotnię UPA przypadały po dwa pułki piechoty. Jednakże prowadzone akcje “czyszczące” do końca maja nie przyniosły większych efektów, i to pomimo że upowcy działali całymi oddziałami (informacje podawane przez Mossora o rozdzieleniu sotni na małe grupy na południe od Przemyśla były fantazją dowódcy GO “Wisła”). Niemniej partyzanci znaleźli się w ciężkim położeniu. Przeczesywanie lasów przez wojsko zmusiło je do nieustannego manewrowania w terenie przy braku żywności i informacji wywiadowczych.
W maju jako pierwsza kłopoty zaczęła mieć sotnia “Hromenki”. Po dwóch tygodniach nieustannych poszukiwań przez odwodowy 12. kombinowany pułk piechoty wsparty przez oddziały 4. pułku sotnia została 22 maja wykryta koło Ulucza. Żołnierze szli gęstą tyralierą, próbując zepchnąć upowców za San, ale “Hromenko” mocnym uderzeniem w kierunku północno-zachodnim zdołał się wyrwać z okrążenia przy stracie pięciu ludzi. W czasie starcia poległo również pięciu żołnierzy, nic zatem dziwnego, że nieudana operacja wywołała niezadowolenie marszałka Roli-Żymierskiego. Mossor winą za porażkę obciążył 12. pułk piechoty, dotąd stawiany za wzór innym oddziałom.
2 czerwca dwie grupy żołnierzy 36. pułku piechoty (łącznie 160 ludzi) między wsiami Lachawa i Wapniska natknęły się, idąc tyralierą, na sotnię “Hromenki”. W meldunku czytamy: “Banda podpuściła [nas] na bliską odległość, obrzucała granatami, ostrzelała silnym ogniem RKMów i z krzykiem «hura» w pierwszych chwilach zadała duże straty, po czym przez wytworzoną lukę, jaka powstała w tyralierze, zaczęła uciekać”. Zginęło dwóch oficerów, dwóch podoficerów i czterech szeregowych, dziewięciu żołnierzy zostało rannych. Upowcy stracili dwóch ludzi wziętych do niewoli. Po oderwaniu się od pościgu ruszyli ku lasowi krecowskiemu. Zapewne już 2 czerwca, po naradzie z “Bajdą”, “Hromenko” postanowił przebić się do Niemiec Zachodnich. Dlatego niezauważenie przekroczył San i skierował się na południe, w kierunku granicy. Dopiero 8 czerwca patrol ORMO zauważył koło Wolicy czterech partyzantów. Sztab 3. brygady KBW od razu wysłał w ten rejon sześćdziesięcioosobową grupę zwiadowczą. Natknęła się ona na całą sotnię “Hromenki”. Doszło do zaciętego starcia, po którym upowcy ostatecznie wycofali się przez Tokarnię w kierunku grzbietu Krzemień, pozostawiając na polu walki czterech zabitych i pięciu rannych. Kabewiacy mieli trzech zabitych i pięciu rannych.
W pościg za “Hromenką” wyruszył batalion KBW “Gdańsk”, wsparty przez odwód dywizyjny w sile stu żołnierzy, który miał przeciąć drogi odwrotu sotni. 9 czerwca o 10.00 batalion “Gdańsk” stoczył potyczkę z upowcami, zabijając jednego i biorąc do niewoli dwóch z nich. Jak zeznali jeńcy, sotnia “Hromenki” liczyła stu ludzi uzbrojonych w dziewiętnaście erkaemów i piętnaście pepesz. Dowódca dywizji KBW postanowił osobiście pokierować całą akcją z Cisnej. Po przybyciu na miejsce polecił zorganizowanie działań zaporowych batalionom “Rzeszów” i “Bydgoszcz”.
Tymczasem sotnia “Hromenki” rozbiła się na dwie grupy. Mniejsza, trzydziestoosobowa, podążyła w kierunku wsi Przybyszewo, znikając szybko rozpoznaniu KBW. Druga, siedemdziesięcioosobowa, dowodzona przez “Hromenkę”, udała się w stronę Rzepedzi, napotykając tam zaporę wystawioną przez batalion “Rzeszów”. Pierwsza próba przerwania blokady nie powiodła się, dopiero następnego dnia upowcy — przy stracie sześciu ludzi — przekroczyli Osławę i ruszyli w stronę Chryszczatej. W pościg (nieudany) ruszyły pododdziały 3. brygady. Jednocześnie zorganizowano kolejną linię zaporową.
12 czerwca o 9.15 upowcy podjęli próbę przerwania kolejnej linii okrążenia koło przełęczy Żebrak. Po niepowodzeniu pierwszego ataku skierowali się w stronę stanowisk kompanii kapitana A. Michniewicza i błyskawicznym uderzeniem przerwali zaporę, zabijając trzech żołnierzy. O 4.00 rano 17 czerwca w pobliżu Balnicy sotnia przekroczyła granicę Czechosłowacji. Dwa dni później partyzanci zajęli wieś Papina, gdzie rozbroili patrol wojsk czechosłowackich i zaopatrzyli się w żywność.
Czechosłowackie władze rzuciły przeciwko UPA znaczne siły. Do września 1947 roku na Słowacji, Morawach i w Czechach wystawiono do zwalczania partyzantki 13,5 tysiąca żołnierzy i funkcjonariuszy z regularnej armii, SNB (odpowiednika polskiego KBW) i policji. Wypracowano przy tym dość skuteczną metodę zwalczania rajdujących partyzantów. Ponieważ na swojej drodze musieli oni przechodzić przez drogi przecinające pasma górskie, tworzono wzdłuż nich sieć zasadzek i zabezpieczeń złożonych z małych grup żołnierzy dobrze wyposażonych w broń maszynową.
“Hromenko” zdawał sobie sprawę z zagrożenia, dlatego prąc na zachód, unikał wchodzenia do osad. Jego ludzie żywili się głównie owczym serem kupowanym w góralskich szałasach i mięsem. Pomimo zachowywania środków ostrożności 15 lipca w okolicy Hrabušic sotnia niespodziewanie wpadła w czechosłowacką zasadzkę. Ukraińcom udało się oderwać od nieprzyjaciela, ale trzech partyzantów poległo, a kilku zostało rannych, w tym “Hromenko”, raniony w rękę.
Parę dni później “Hromenko” w lasach Niżnych Tatr został okrążony przez pułk SNB “Slovensko”. Od 20 do 23 lipca partyzanci kilkakrotnie próbowali przejść linię czechosłowackich ubezpieczeń, tracąc przy tym kilku zabitych i wziętych do niewoli. Cierpliwe podchody przyniosły w końcu rezultaty i sotnia przeszła linię okrążenia przez wykrytą lukę na południe od Malužiny. Ponownie w okrążeniu oddział znalazł się w połowie sierpnia na terenie Moraw, po przypadkowej potyczce w Jestřabicach. Na szczęście dla partyzantów letnie burze i pojawiające się mgły pozwoliły im niezauważenie dwukrotnie przeniknąć przez linie wojska. Nocą z 24 na 25 sierpnia “Hromenko” wkroczył do sowieckiej strefy okupacyjnej w Austrii, a kilkanaście dni później, 10 września, przeszedł do Bawarii, gdzie poddał się Amerykanom.
Tymczasem sotnie “Burłaki”, “Kryłacza” i “Łastiwki” skoncentrowały się 3 czerwca w lasach na południe od Birczy. W drodze na miejsce koncentracji 31 maja sotnia “Burłaki” w lasach pomiędzy Brylińcami i Koniuszą miała potyczkę z 2. batalionem 28. pułku piechoty. Zginęło w niej dwóch żołnierzy, a pięciu zostało rannych. UPA nie poniosła strat.
O koncentracji UPA wojsko dowiedziało się od jednego z dezerterów. Natychmiast zorganizowano obławę siłami trzech pułków (1., 12. i 30.). 4 czerwca 1. pułk piechoty w czasie przeszukiwania lasu koło Łomnej natknął się na zgrupowanie UPA. Doszło do zaciętej bitwy. Tak opisuje ją major Czyżewski: “Zalegliśmy na niekorzystnych pozycjach pod bezustannym ogniem. [...] Nagle od strony środkowego wzgórza, skąd był skierowany na nas największy ogień, słychać jakieś krzyki, mieszające się z hukiem salw i wybuchami granatów. To kompania porucznika Kruczka zaatakowała banderowców od tyłu. [...] Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Oto widać już pierwsze szeregi UP-owców. Z impetem wpadają na stanowiska naszych żołnierzy. [...] Z krzykiem — Za Samostijnu Ukrainu, Hura!, Smiert' Lachom! — atakują z furią. Nasi żołnierze widząc coraz częściej upadających banderowców rozumieją, że tylko opór może ich uratować. Nie ustępują więc. [...] UP-owcy nie wytrzymują. Po chwili zaczynają odwrót. [...] Nie spodziewaliśmy się, że przeciwnik sięgnie po jeszcze jeden fortel — tzw. taktykę «kukułek». Część z ich ludzi powchodziła na drzewa. Kryjąc się w gęstych konarach otworzyli oni bardzo celny ogień do naszych żołnierzy. [...] Dopiero po wykryciu kilku takich «kukułek» zaczęliśmy je niszczyć ogniem posiewanym po drzewach. [...] Było już dobrze po południu, kiedy zmasowana strzelanina poczęła cichnąć”.
Choć straty upowców wyniosły osiemnastu (lub nawet czterdziestu sześciu) zabitych i czterech wziętych do niewoli, to jednak udało im się przerwać okrążenie. Najwięcej poległych miała sotnia “Łastiwki”, w której zginął sam dowódca. Po stronie polskiej było szesnastu zabitych.
Po wyjściu z okrążenia “Burłaka”, który dowodził całością sił ukraińskich, skierował się wraz ze swoimi partyzantami na północ, na Żohatyn i Las Dylągowski. Koło Dubiecka przeszedł na drugą stronę Sanu, mając nadzieję, że nikt nie będzie go szukał w rejonie zamieszkanym przez samych Polaków i dotrze niezauważony aż w okolice Krynicy. Pechowo dla siebie spotkał jednak pięciu członków ORMO, których upowcy co prawda schwytali i rozstrzelali, ale jednocześnie zdradzili swoją obecność. Dlatego 9 czerwca koło wsi Wapowce przeszli z powrotem na prawy brzeg Sanu i przez Posadę Rybotycką, Borysławkę i lasy koło Jamny Dolnej w nocy z 12 na 13 czerwca dotarli w okolice Zawadki. Tu zarządzono nieco dłuższy odpoczynek. Rano 13 czerwca sotenny “Kryłacz” wraz z kilkoma ludźmi skierował się do Zawadki, licząc na zdobycie dla sotni czegoś do jedzenia. We wsi natknął się na polską zasadzkę, w której zginął on i paru strzelców. W tej sytuacji “Burłaka” wcielił wszystkich partyzantów do swojej sotni, po czym przez Dobrą Szlachecką, Ulucz i Wołocz dotarł w okolicę Borownicy. Tam 15 czerwca UPA znów znalazła się w okrążeniu. “Burłaka” wyprowadził z niego swoich ludzi, dosłownie ze śpiewem na ustach, gdyż Ukraińcy zaśpiewali Gdy naród do boju..., co zupełnie zmyliło żołnierzy, którzy prawdopodobnie wzięli ich za polski oddział. W starciu zginęło jednak kolejnych pięciu upowców. “Burłaka” wrócił do obozowiska, w którym Polacy odkryli go 3 czerwca. Tu zauważył, że dziesięciu jego ludzi zdezerterowało. Zebrał więc cały swój oddział i wezwał tych, którzy chcą odejść, by odeszli już teraz, jawnie. Skorzystało z tego około 35 ludzi. Z pozostałymi “Burłaka” nocą z 16 na 17 czerwca przekroczył San koło Załuża i ruszył do Czechosłowacji. Jego stuosobowe zgrupowanie zostało wykryte przez zwiad KBW 17 czerwca w okolicach Leska. W związku z tym pluton KBW zorganizował linię obserwacji pomiędzy Szczawnem-Kulasznem a Średnią Wsią. Rankiem 18 czerwca zwiadowcy zauważyli ślady świadczące o przejściu dużej grupy ludzi w kierunku Turzańska. Natychmiast po tym odkryciu zorganizowano siłami 150 ludzi zaporę na linii Kalnica–Turzańsk. Około godziny 13.00 sotnia “Burłaki” gwałtownie zaatakowała “klinem” stanowiska żołnierzy. Czterech kabewiaków zostało zabitych, dwóch rannych. Przerwawszy okrążenie, upowcy skierowali się w stronę Chryszczatej.
Wieczorem 18 czerwca przy użyciu pododdziałów 3. brygady KBW zorganizowano działania zaporowe na rubieżach Wola Michowa–przełęcz Żebrak–wieś Rabe. Rubież Smolnik–Duszatyn zabezpieczyły jednostki 8. Dywizji Piechoty. Tym samym ludzie “Burłaki” znów znaleźli się w okrążeniu. W poszukiwania upowców włączyło się również lotnictwo — 19 czerwca jedna z załóg (w składzie chorąży pilot Świętkowski i porucznik nawigator Dzieńkowski) zauważyła w rejonie Chryszczatej ukraińskich partyzantów. Podczas kolejnych przelotów prowadzonych w celu określenia miejsca pobytu i siły przeciwnika piloci napotkali silny ostrzał. Jeden z pocisków śmiertelnie ranił nawigatora, a w kukuruźniku naliczono po wylądowaniu sześć przestrzeleń.
W nocy 20 czerwca “Burłaka” podjął kilkakrotnie i w różnych miejscach nieudane próby przerwania okrążenia. Wreszcie o godzinie 6.15 upowcy zaatakowali prawe skrzydło batalionu “Gdańsk” koło szczytu Chryszczatej. Szczytu broniło dziesięciu żołnierzy z plutonu chorążego Grześkowiaka. W czasie walki czterech z nich zginęło, sam Grześkowiak został ranny. “Burłaka” stracił dziesięciu ludzi, ale przerwał zaporę. Pościg oraz kolejne działania zaporowe nie dały już żadnych wyników i nocą z 21 na 22 czerwca sotnia “Burłaki” przeszła granicę polsko-czechosłowacką.
Inaczej niż sotnia “Hromenki” oddział “Burłaki” co jakiś czas przeprowadzał rekwizycje w wybranych osadach. Przykładowo 3 lipca w miejscowości Kvakovce w powiecie Vranov rozbito spółdzielnię, rekwirując 15 litrów wódki, kilkaset sztuk papierosów, prawie 20 kilogramów cukru, mąkę i inne produkty. “Burłaka” dopił też z podwładnymi napoczętą beczkę piwa. Wieczorem 31 lipca partyzanci UPA dotarli do drogi Malužina–Nižná Boca. Przy jej przekraczaniu wpadli w zasadzkę wojsk czechosłowackich. Zginęło dwóch upowców, trzeci, ranny, dostał się do niewoli. Od tej pory w Niżnych Tatrach “Burłaka” już unikał osiedli ludzkich.
5 sierpnia sotnia odpoczywała na L’upčianskiej Magurze. Nieoczekiwanie na polanie pojawił się pododdział czechosłowacki. Siedemnastu podchorążych dosłownie weszło pod lufy podwładnych “Burłaki” i zostało zmasakrowanych ogniem broni maszynowej. Sześciu elewów poległo, trzech zostało rannych. Pozostali, słabo się odstrzeliwując, uszli do lasu. Partyzanci zabrali broń i umundurowanie rannych i zabitych Czechosłowaków. Rannych podchorążych opatrzono. Sotnia nie poniosła żadnych strat.
Potyczka na L’upčianskiej Magurze była największą porażką armii CSR w walkach z UPA. Odtąd zniszczenie oddziału “Burłaki” stało się punktem honoru dla wojsk czechosłowackich. 16 sierpnia 1947 roku sotnia dotarła do Małej Fatry. Również ten górski rejon był nasycony czechosłowackim wojskiem. Jak się wydaje, fakt ten załamał “Burłakę”. Choć morale jego sotni stało na wysokim poziomie, postanowił podzielić ją na mniejsze grupy. Przed rozejściem się zrobił swojemu oddziałowi zdjęcie. Jego sotnia w chwili rozwiązania liczyła 67 ludzi.
Podzieleni na małe grupki upowcy próbowali niepostrzeżenie przeniknąć przez czechosłowackie zabezpieczenia, co części faktycznie się udało. Sam “Burłaka” z najbliższym otoczeniem 3 września oddał się w ręce wojsk czechosłowackich w schronisku Jánošikowo. Czechosłowacy mieli początkowo zamiar pozostawić go w kraju, jednak po przejęciu w lutym 1948 roku pełni władzy przez komunistów wydali go Polsce wraz z innymi więźniami.
Porażka na L’upčianskiej Magurze była kompromitacją czechosłowackich komunistów odpowiedzialnych za sprawy wojska i bezpieczeństwa wewnętrznego. Dlatego, uciekając do przodu, partia komunistyczna rozpętała kampanię medialną wyolbrzymiającą zagrożenie banderowskie, a jednocześnie sugerującą istnienie powiązań pomiędzy słowackim ruchem narodowym a podziemiem banderowskim. We wrześniu kampania prasowa przeszła w falę aresztowań słowackich działaczy demokratycznych. Do końca roku pod wymyślonymi zarzutami współpracy z podziemiem ukraińskim aresztowano kilkaset osób. W efekcie sparaliżowana została działalność słowackiej Partii Demokratycznej, będącej odpowiednikiem polskiego PSL.
Na czele sił UPA w okręgu II OUN stał Iwan Szpontak “Zalizniak”, w dokumentach polskich często nazywany “Żeleźniakiem”. Urodzony we wschodniej Słowacji, z OUN zetknął się w czasie krótkiego istnienia Ukrainy Zakarpackiej. Podczas drugiej wojny światowej służył w kolaboracyjnej Ukraińskiej Policji Pomocniczej, biorąc udział w wyszukiwaniu żydowskich uciekinierów. W 1944 roku na rozkaz organizacji zdezerterował i utworzył sotnię UPA, którą rozbudował później do kurenia. Rola “Zalizniaka” wzrosła po zainstalowaniu na jego terenie krajowego prowidu OUN — odtąd do jego obowiązków należało dodatkowo zapewnienie bezpieczeństwa “Stiahowi”. W nagrodę został równolegle szefem sztabu dowódcy UPA, majora Mirosława Onyszkewycza “Oresta”.
W 1947 roku kureń “Zalizniaka” składał się już z pięciu sotni. Najsilniejszą z nich, liczącą 140 ludzi, dowodził zaufany Szpontaka jeszcze ze służby w policji, Iwan Szymański “Szum”. Była ona bezpośrednim odwodem “Stiaha”. Pozostałe cztery oddziały: Jarosława Hameły “Bryla”, Grzegorza Mazura “Kałynowycza”, Grzegorza Łewki “Kruka” oraz Mykoły Tarabana “Tuczy”, były słabsze liczebnie — każdy z nich składał się z kilkudziesięciu strzelców. Dowództwo GO “W” oceniało, że kureń “Zalizniaka” jest w porównaniu z oddziałami “Rena” “mniej bojowy, kryjący się przeważnie po miejscowościach i dokonujący z nich drobnych napadów terrorystycznych i rabunkowych”.
Tuż po rozpoczęciu akcji “Wisła”, na początku maja 1947 roku, na północ od Przemyśla UPA przystąpiła do akcji zaczepnych. 2 maja sotnia “Kruka” spaliła poukraińskie zabudowania w Korzenicy, a dwa dni później w Wietlinie. Zniszczono kilka mostów drogowych i prom na Sanie między Leżachowem i Gorzycami. 8 maja sotnia “Kałynowycza” przeprowadziła “karną operację” w polskiej wsi Przymierki. Zabrano osiem krów, siedem koni i trzy świnie, spalono też trzy polskie gospodarstwa. Na szczęście tym razem obyło się bez ofiar w ludziach. Tego typu akcje zaczepne UPA musiała jednak szybko przerwać, gdyż po 20 maja rozpoczęła się w tym rejonie operacja “Wisła”. Sotnie podzieliły się na drobne grupy, które ukryte w bunkrach lub manewrując po lasach, próbowały przeczekać obławy. Przeciwko kureniowi “Zalizniaka” skierowano pododdziały 3. i 7. DP. Operacje prowadzone przez wojsko, zwłaszcza w pierwszych dniach akcji, trafiały przeważnie w próżnię, jednak już 28 maja odniesiono pierwszy większy sukces. Tego dnia “około godz. 9.30 w czasie przeczesywania lasu Łapajówka [...] 9-ta komp. 7 pp natknęła się [...] na 5-ciu banderowców, którzy widząc wojsko poczęli uciekać w kierunku m. Cetula, odstrzeliwując się gęsto. W walce został zastrzelony dowódca sotni «Bryl» i jeden banderowiec «Ryj» złapany z bronią (PPSz-a), trzech pozostałych bandytów uciekło. [...] Przy zabitym «Brylu» znaleziono cały plik różnych zapisków, dokumentów i instrukcji”. Po śmierci “Bryla” komendę nad sotnią przejął “Sahajdaczny”, który ocalałych strzelców poprowadził do ZSRS.
31 maja w Hrebennem aresztowano 43 mężczyzn i 12 kobiet. Jeden z zatrzymanych, Wołodymyr Wołoszynowicz, zeznał, że w Korniach i Żurawcach znajdują się bunkry z ukrytymi partyzantami. 4 czerwca wzmocniony batalion 5. pułku piechoty przystąpił do poszukiwań i szybko odnalazł kryjówki, które po kilku godzinach walki opanowano. Jak się okazało, ukrywała się tam część czoty Iwana Gila “Gonty” z sotni “Szuma”. W Korniach zginęło czterech partyzantów, w Żurawcach kolejnych trzech oraz sam czotowy “Gonta”. Jeden z pojmanych jeńców wyjawił, że duża część sotni “Szuma” ukrywa się we wsi Wierzbica.
Natychmiast przystąpiono do akcji. Nocą z 5 na 6 czerwca dwa bataliony WP z dowódcą 5. pułku na czele “otoczyły wieś Wierzbica oczekując świtu celem rozpoczęcia akcji. Banda po stwierdzeniu, że jest okrążona, odkryła silny ogień ze wsi usiłując wyrwać się z okrążenia. Manewr bandy nie udał się, 2-óch bandytów zabito, reszta zaś wycofała się do wsi — kryjąc się w bunkrach i zabudowaniach. O godz. 11.00 dnia 6.06. br. banda podpalając wieś usiłowała powtórnie wyrwać się z okrążenia. Zamiary bandy udaremniono — atak odparto. Po przybyciu na miejsce grupy operacyjnej Sztabu GO 3 DP oddziały własne przeszły do natarcia zdobywając wieś. W czasie poprzedzającym natarcie, w chwili podpalenia wsi przez bandytów, jeden z podoficerów 5 pp, kpr. Puka, wszedł w rejon płonących domów, został ostrzelany przez bandytów, następnie po wystrzeleniu 1-ego dysku z PPSz-a, w czasie wkładania drugiego, został ujęty i zarąbany siekierą. W czasie samego szturmu na m. Wierzbica bandyci ognia nie otwierali, lecz poukrywali się w bunkrach, gdzie skryli również broń. Zatrzymano we wsi około 150 mężczyzn, wśród których znajdują się przebrani bandyci. Wioska jest nadal okrążona, poszukiwanie bunkrów, bandytów i broni w dniu dzisiejszym trwa. W czasie akcji dotychczas zabito 19 bandytów, wziętych do niewoli około 30, zdobyto 36 szt. różnej broni [...] Nasze straty do dnia dzisiejszego w ilości 3 zabitych z 5 pp, w tym jeden podoficer”.
Wbrew meldunkowi WP niektórym z partyzantów udało się wyrwać z okrążenia. Pozostali, otoczeni w bunkrach, zginęli zaduszeni dymem lub nie chcąc pójść do niewoli, popełniali samobójstwo. Do sprawdzania kryjówek żołnierze wykorzystywali jako żywe tarcze miejscowych cywilów — dlatego przynajmniej jednego z nich partyzanci zastrzelili. Według historyka Mariusza Zajączkowskiego żołnierze schwytali też zabójcę kaprala Puka i w odwecie rozstrzelali go na miejscu razem z synem.
Obie strony zrzucały na drugą odpowiedzialność za spalenie wsi. Niewykluczone, że zarówno upowcy, jak i żołnierze podpalili pojedyncze gospodarstwa, co przerodziło się w pożar, który strawił całą miejscowość. Z pożogi ocalał jedynie budynek cerkwi. Wszyscy mężczyźni do pięćdziesiątego piątego roku życia zostali aresztowani i po przesłuchaniu wysłani do obozu w Jaworznie. Kobiety, dzieci i starszych mężczyzn zgromadzono w pobliskim młynie i przez kilka dni poddawano przesłuchaniom. W tym czasie żołnierze 5. pułku w dalszym ciągu przeszukiwali wieś, wynajdując kolejne kryjówki z partyzantami. 9 czerwca mieszkańców Wierzbicy poprowadzono z powrotem do wioski i nakazano zabrać ocalały z pożaru dobytek. Następnie zostali poprowadzeni do Bełżca, skąd następnego dnia wywieziono ich na ziemie zachodnie. W trakcie walk, a następnie pacyfikacji w Wierzbicy i sąsiednich miejscowościach zginęło od 51 do 63 ukraińskich partyzantów, głównie z sotni “Szuma” (w tym dwóch Niemców), a do niewoli wzięto 30–39 osób. Żołnierze wykryli 57 bunkrów, zdobywając obok broni i amunicji m.in. około 300 ukraińskich książek, 7 ton zboża i ponad 2 tony mąki.
W czerwcu i lipcu 1947 roku oddziały 3. i 7. DP na terenach powiatu lubaczowskiego i tomaszowskiego odnajdywały i niszczyły bunkry, zabijając lub biorąc do niewoli ukrywających się w nich członków podziemia. Inni ginęli w zasadzkach organizowanych przez oddziały WP na trasach przemarszu partyzantów. 14 czerwca na torfowiskach nieopodal Rzeczycy pododdział 5. pułku dopadł czotę “Łystoka” z sotni “Szuma”. W starciu zginęło dziewięciu upowców (w tym czotowy), a dwóch dostało się do niewoli. W Rzeczycy podczas przeszukania wykryto pięć bunkrów i aresztowano dziewięciu członków podziemia. Po stronie polskiej zginął podoficer. Z kolei 16 czerwca w miejscowościach Czerniczyn, Hrebenne, Kryłów, Siedliska i Wierzbiąż zatrzymano 45 osób podejrzewanych o współpracę z podziemiem, 14 innych aresztowano w Uhnowie.
Wskutek takiego “wyłuskiwania” “Szum” stracił do końca lipca 99 ludzi (65 poległych i 34 ujętych). Ciężka sytuacja sprawiła, że z szeregów UPA coraz częściej dezerterowano. Wiele osób nie widziało dalszego sensu trwania w lesie. Jak zeznał jeden ze schwytanych upowców, Eugeniusz Stecyszyn: “O jakimś wystąpieniu przeciwko akcji przesiedleńczej nie mogło być mowy. [...] Siedzieliśmy i patrzyliśmy, co będzie dalej. Jedliśmy zepsute suchary i popijaliśmy wodą. Czas do czasu można było przynieść bochenek chleba z tych wiosek, których jeszcze nie przesiedlono. Było to jednak bardzo rzadko, bo nie było dużo chętnych iść po chleb, bo WP robiło zasadzki. Ludność również nie bardzo chciała z nami spotykać się, kładła się wcześnie z wieczora spać i w nocy za żadną cenę nie chciała wpuszczać nikogo do mieszkania. [...] Lasy, które do tego czasu były naszym schronieniem, zostały zupełnie opanowane przez WP”. Nieco wcześniej Stecyszyn stwierdził: “W naszych szeregach zapanowała panika, Każdy pytał, co będzie dalej. Jak się to wszystko skończy?”.
Kureń “Zalizniaka” przetrwał jednak akcję “Wisła” w kryjówkach. Sotnie poniosły ogromne straty, ale żadna z nich nie została zniszczona. Na przełomie sierpnia i września “Zalizniak” otrzymał rozkaz rozformowania swoich oddziałów. Zwolnieni ludzie mieli udać się do ZSRS lub na Ziemie Odzyskane. O przekazywaniu przez “Zalizniaka” polecenia demobilizacji ciekawie zeznawał Stecyszyn: “Kwaterowaliśmy wówczas w Lasach Siedliskich. [...] «Zalizniak» przyszedł do naszego obozu. Po przywitaniu się z «Szumem» zapytał: czy dużo ludzi wam pozostało? «Szum» przedstawił stan. Po twarzy «Zalizniaka» przebiegł cień niezadowolenia, nie wiem, o co mu chodziło. Dał rozkaz jak najszybciej ściągnąć wszystkich ludzi z sotni. Gdy to zostało zrobione, po odebraniu raportu od «Szuma» odwołał nas obu na stronę i zapytał: w jaki sposób załatwić sprawę z tymi ludźmi? Odpowiedziałem wówczas, że nie wiem. On odpowiedział, że wszyscy muszą przejść na terytorium ZSRS. Zapytałem: a jeżeli ktoś nie zgodzi się? Rozgniewał się i powiedział do mnie, że zawsze mam do każdej sprawy jakieś zastrzeżenia. Powiedział, że my jesteśmy jeszcze wojsko i każdy rozkaz musi być wykonany. Postanowiłem nie zabierać w tej sprawie głosu. Wówczas «Zalizniak» wystąpił przed front i zapytał: kto chce z was iść do amerykańskiej strefy okupacyjnej? 3–4 ludzi podniosło ręce. Kazał im wystąpić. Potem dobrze na nich nakrzyczał: wy chcecie dobrze żyć i jeść czekoladę. Przeznaczył ich do grupy, która miała pierwsza przejść granicę do ZSRS. Całość zebranych przedzielił na dwie grupy po 15 ludzi każda i grupy te miały przejść na stronę ZSRS. Następnie rozmawiał z każdym z osobna. Jak później dowiedziałem się, w tej rozmowie radził on każdemu iść do rodziny i tam jakoś urządzić sobie życie. Starać się, o ile to możliwe, żyć życiem legalnym. Przed opuszczeniem tych terenów dał rozkaz wypalić wszystkie wioski wysiedlone. Nad ranem rozeszliśmy się”.
Rozkazom “Zalizniaka” nie podporządkował się sotenny “Tucza”, który wyruszył na Ziemie Odzyskane razem z kilkoma ludźmi. Ukrywając się po lasach, przetrwał kilka miesięcy najpierw na Mazurach, a następnie na Pomorzu Zachodnim. Doświadczenie partyzanckie pozwoliło mu wyjść cało z organizowanych na niego obław (zabił przy tym dwóch milicjantów, funkcjonariusza UB i żołnierza). W 1948 roku udało mu się przedostać do Niemiec.
“Zalizniak” razem z dwoma ludźmi ochrony do października 1947 roku przebywał w Lasach Sieniawskich. Następnie przedostał się na Słowację, do swoich rodziców zamieszkałych w Wielkich Kapuszanach. Tam żył do lat sześćdziesiątych, kiedy został rozpoznany i aresztowany. Wydany władzom PRL, otrzymał karę śmierci, zamienioną następnie na dożywocie.
Szef SB OUN w II Okręgu, “Szram” (Wasyl Fedyński), zginął we wrześniu w obławie UB. Kabewiacy dopadli też 7 września sotennego “Szuma”. Nie chcąc się poddać, razem z jednym z ludzi z ochrony popełnił samobójstwo. Lepiej powiodło się szefowi OUN w II Okręgu, Mykole Radejce “Krymowi”. Ten student medycyny ze Lwowa w Jarosławskie trafił... karnie, jako szef OUN w Bieszczadach zabił bowiem członka OUN pod sfingowanym zarzutem zdrady (w rzeczywistości rywalizował z nim o kobietę). Skazano go co prawda na karę śmierci, lecz karę zawieszono i... przeniesiono go do II Okręgu. Po akcji “Wisła” przedostał się przez Gdańsk (prawdopodobnie dzięki kanałowi przerzutowemu WiN) do Szwecji, a stamtąd do Norwegii, gdzie ukończył studia medyczne i praktykował jako lekarz.
Siłę odkrytego w czasie akcji “Wisła” kurenia Wołodymyra Soroczaka “Berkuta” szacowano na dwustu ludzi zgrupowanych w czterech sotniach. Obok nich działały równolegle bojówki SB OUN, które w lubelskim III Okręgu OUN przewyższały liczebnie UPA. Jeszcze w maju UPA i bojówki SB OUN rozpoczęły akcję palenia poukraińskich gospodarstw. Widząc napływające w okolice wojsko, szybko jednak z niej zrezygnowały. W pierwszej połowie czerwca, by uniknąć obław towarzyszących wysiedleniom, część kurenia i SB OUN ruszyła w rajd w Lasy Biłgorajskie. Pozostali partyzanci, podzieleni na małe grupy, zaszyli się w kryjówkach. W tej sytuacji obławy prowadzone przez WP trafiały najczęściej w próżnię, czasem tylko zabijano lub brano do niewoli pojedyncze osoby. Największy sukces Polacy odnieśli 19 czerwca, kiedy rozbili grupę SB OUN działającą na Polesiu Lubelskim, zabijając przy tym jej dowódcę, Jana Romaneczkę “Wołodię”. Nawet generał Mossor musiał przyznać, że kureń “Berkuta” poniósł “stosunkowo najmniej strat”, dlatego po rozwiązaniu GO “Wisła” luzujące ją oddziały KBW i wojska powinny zająć się nim w pierwszej kolejności.
Kiedy Mossor pisał te słowa, jego podwładni prowadzili właśnie zakrojoną na szeroką skalę akcję przeciwpartyzancką wymierzoną w podziemie poakowskie. Wszystko zaczęło się 26 czerwca 1947 roku, kiedy grupa UB i KBW w Turowoli w powiecie Lublin zabiła trzech partyzantów WiN z oddziału Stanisława Kuchciewicza “Wiktora”. Ich śmierć poruszyła towarzyszy broni, tym bardziej że wśród poległych był brat zastępcy “Wiktora”. Szybko ustalono, że za wpadkę w Turowoli odpowiadają Władysław Augustynowicz i Henryk Grot z Puchaczowa. Kuchciewicz “Wiktor” postanowił nie ograniczyć się do wykonania pojedynczych wyroków, lecz przeprowadzić szerszą akcję pacyfikacyjną wymierzoną w zwolenników PPR mieszkających w Puchaczowie. Co istotne, nie uzyskał na nią zgody, ani nawet nie poinformował o niej swoich bezpośrednich przełożonych w strukturach WiN — kapitana Zdzisława Brońskiego “Uskoka” i majora Hieronima Dekutowskiego “Zaporę”.
Ponieważ grupa “Wiktora” była zbyt słaba, by wykonać podobne uderzenie, o pomoc poproszono sąsiednie zbrojne patrole Józefa Struga “Ordona” i Edwarda Taraszkiewicza “Żelaznego”. Razem liczyły one około dwudziestu ludzi, stosunkowo dobrze uzbrojonych. Komendę nad całością zgrupowania przejął Kuchciewicz, który tak wyjaśnił partyzantom sens akcji: “idziemy na robotę do Puchaczowa, wybijemy wszystkich ludzi [według innej wersji: szpiclów — G.M.], którzy pracują z Bezpieczeństwem i wydali trzech moich ludzi z Turowoli”. I dodał, że “będzie dobry szum”.
Po kolacji oddział wyruszył na akcję i około 23.00 wtargnął do Puchaczowa. Podzieleni na grupy partyzanci wyszukiwali osoby znajdujące się na liście proskrypcyjnej i wykonywali wyroki ogniem z broni palnej; w jednym z domów rzucono jednak granat, nie bacząc na to, że musi to spowodować przypadkowe ofiary. Po dokonaniu egzekucji zdemolowano pocztę i rozbito miejscową spółdzielnię, rekwirując znajdujące się w niej towary.
W wyniku napadu śmierć poniosło aż 21 osób, a kilka zostało rannych (co najmniej dwie z nich zmarły niebawem, w tym kilkuletnia Krystyna Kogutowska). Ten kontrowersyjny akt partyzanckiej bezwzględności do dziś nie został przekonująco wyjaśniony. Z patroli WiN, które wtargnęły do Puchaczowa, najbrutalniej zachowywał się dowodzony przez Kuchciewicza “Wiktora”, który ponoć osobiście wykonał sześć wyroków śmierci. Dziesięcioro zabitych było członkami PPR, ale nie sposób usprawiedliwić zabijania członków ich rodzin, w tym dzieci, oraz przypadkowych świadków. Dlatego major Dekutowski “Zapora” przy najbliższym spotkaniu zdegradował Kuchciewicza, co jednak nie przełożyło się na dowodzenie przez niego oddziałem.
Ze względu na liczbę zabitych schwytanie sprawców napadu na Puchaczów stało się priorytetem dla organów bezpieczeństwa. Co istotne, w milicyjnych telefonogramach z 3 lipca za odpowiedzialnego za napad uznano Józefa Struga “Ordona”, dlatego to przeciwko niemu postanowiono skierować główne uderzenie. W ramach GO “Wisła” natychmiast powołano specjalną grupę operacyjną “Puchaczów”, złożoną głównie z żołnierzy KBW oraz 5. pułku artylerii lekkiej. W sumie liczyła ona 486 żołnierzy. Na jej czele stanął dowódca WBW (Wojsk Bezpieczeństwa Wewnętrznego) Lublin, major Włodzimierz Kożan, przekonany komunista i członek WKP(b). “Zabezpieczeniem operacyjnym” działań grupy zajmowali się funkcjonariusze UB dowodzeni przez szefa lubelskiego WUBP, także przedwojennego komunistę, majora Jana Tataja. Na miejsce postoju grupy wybrano Puchaczów. Sztab ulokowano w częściowo wyremontowanej szkole podstawowej.
Obława prawdopodobnie rozpoczęła się od przeszukania nocą z 5 na 6 lipca Kolonii Łuszczów, Łęcznej, Kijan, Uciekajki oraz Rogoźna. Czytamy: “Grupy operacyjne dokonywały systematycznych rewizji w zabudowaniach chłopskich i przeczesywały masywy leśne”. Do dalszego sprawdzenia zatrzymano 23 osoby: 10 “współpracowników” WiN, 12 o taką współpracę podejrzewanych oraz ukrywającego się dezertera. Następnego dnia akcja objęła m.in. Zezulin, Stoczek, Janusówkę, Kijany, Krasne, Dratów, Zamołodycze, Cyców oraz sam Puchaczów. Kabewiacy zatrzymali 8 “bandytów” i 34 “współpracowników band”. Dwie osoby — Józefa Machaja oraz Jana Ordowskiego — zabito podczas ucieczki. Dzień wcześniej u schwytanych nie znaleziono żadnej broni, ale tym razem udało się przejąć karabin (co istotne, nie znaleziono go u zastrzelonych mężczyzn). Był to wynik skromny i każący postawić znak zapytania co do faktycznych związków zatrzymanych z podziemiem antykomunistycznym.
9 lipca podkomendni majora Kożana przeczesali wsie Wólka Zawieprzycka, Radzio I i II, Zezulin, Załucze, Grabów, Ostrowsk. Na podstawie spisu przygotowanego przez UB zatrzymano członka oddziału “Ordona”, łącznika “band” oraz 21 osób podejrzanych o związki z podziemiem. Ale chyba najważniejszą obławę zorganizowano w Puchaczowie, gdzie “aresztowano 32 osobników podejrzanych o współpracę z bandą «Ordona», w tym jednego łącznika i jednego aktywnego członka bandy z bronią” (znaleziono u niego karabin). Co istotne, między 7 a 10 lipca zastrzelono w czasie ucieczki cztery kolejne osoby — pozostaje zagadką, czy miały one faktycznie jakieś związki z podziemiem, czy też próbowały umknąć na wszelki wypadek. W trakcie akcji przeprowadzonej 11 lipca w miejscowościach Kaniowola, Grabów, Czarny Las, Załucze, Zienki, Lipniak, Pasieka, Komarówka, Pieszowola i Uścimów aresztowano czterech “współpracowników”, dwóch “łączników” i dwóch “podejrzanych” o związki z “bandami”. Ponadto “zatrzymano żonę d-cy bandy «Ordona» i wysiedlono jego rodzinę”.
Nadzór nad całą operacją sprawował szef Departamentu III MBP, podpułkownik Józef Czaplicki. 10 lipca zastępca szefa WUBP Lublin, kapitan J. Gorliński, przesłał mu “meldunek specjalny” L/544/47: “9 VII 47 r. w transporcie skierowanym do Szczecina odprawiłem trzy rodziny bandyckie składające się z 10-ciu osób”. Wysiedleniu podlegała czteroosobowa rodzina Ordowskich (krewni zastrzelonego w czasie ucieczki Jana Ordowskiego) ze wsi Olszewo, Janina Górnicka z córką Marią i synem Marianem z Załucza oraz z tejże miejscowości Zofia Arasimowicz z synem Franciszkiem i córką Kazimierą. Powodem wysiedlenia był fakt, że członkowie tych rodzin działali w polskiej partyzantce. Konfiskaty majątku dokonywała specjalna komisja, która sporządzała protokoły zabranych rzeczy. Wiadomo więc, że Ordowskim odebrano pięciohektarowe gospodarstwo z drewnianym domem, stodołą i oborą oraz konia, dwie krowy, jałówkę i cielaka, wóz, dwa pługi, bronę drewnianą, sieczkarnię, stół, komodę, dwa krzesła, beczkę na kapustę, małą i dużą piłę, dwie siekiery i dwadzieścia naczyń kuchennych. Jakby tego było mało, głowa rodziny, Ignacy Ordowski, musiała podpisać specjalny dokument, w którym czytamy: “Żadnych pretensji na nieprawidłowe przeprowadzenie konfiskaty mego majątku nie składam, właściciel majątku”. Podobne oświadczenia składali wszyscy wysiedleńcy. W wypadku Górnickich komisja protokolarnie zaznaczyła, że zabrane im żyto (dwa metry) “zostało sprzedane na cele podróży Górnickiego”.
W następnych dniach wysiedlano kolejne rodziny, m.in. Siepsiaków, Waśkiewiczów, Kozickich, Muratów i Maleszczuków. Tym razem zbierano podpisy pod dokumentem o treści: “Zaświadczenie. Ja Kozicka Apolonia [...] zaświadczam, że nie roszczę żadnych pretensji do grupy wojskowej za nieprawidłowe przeprowadzanie i nietaktowne zachowanie się podczas wysiedlenia mnie z majątku, dnia 10 lipca 1947 r.”. Ogółem do 15 lipca wysiedlono co najmniej dziewięć rodzin.
Obława trwała nieprzerwanie przez kilka tygodni, obejmując pogranicze powiatów Lublin, Lubartów, Włodawa i Chełm. Towarzyszyła jej zmasowana akcja propagandowa na łamach lokalnej prasy. Osoby zatrzymane funkcjonariusze UB przesłuchiwali w szkole w Puchaczowie. Znalazła się tam m.in. brzemienna żona “Ordona”, Sylwia Strug, która kilka miesięcy wcześniej z powodu swojego stanu ujawniła się władzom. Cel i charakter prowadzonych obław tak opisano w oficjalnym sprawozdaniu: “Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Lublinie wobec braku agentury i danych o bandach przystąpił do zmasowanych akcji grup operacyjnych oraz aresztowań wszystkich osób podejrzanych na terenach objętych działalnością band. Przystąpiono do likwidacji wszelkiej łączności band z ludnością cywilną. Rozpoczęto prowadzenie rozpracowań operacyjnych band i werbowanie agentury. W celu skutecznego oczyszczenia terenu od wszelkiego elementu przestępczego i pozbawienia możliwości swobodnego poruszania się bandytów włączono do prowadzenia zadań prawie cały aparat Woj. Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, siły KBW i MO. Pierwszoplanowym zadaniem postawionym przez Kierownictwo WUBP było przede wszystkim uodpornienie ludności od wpływów bandytyzmu. W ramach masowych akcji likwidowano wszelką przestępczość, taką jak: kradzieże, grabieże, nielegalne posiadanie broni itp. By w ten sposób pokazać społeczeństwu, że żadne przestępstwo nie uchodzi bezkarnie, a tym samym nauczyć ludzi lojalności wobec władz i państwa, przełamać nieufność do organów państwowych, a do organów bezpieczeństwa w szczególności. Systematyczna praca grup operacyjnych w terenie przynosiła rezultaty. Rozbudowano agenturę, przełamano bierność miejscowej ludności. Ludność zaczęła o prawie każdym przestępstwie nie tylko meldować do władz, ale sama pomaga w wykryciu przestępstw i przestępców przekazując informacje w postaci oficjalnych doniesień o bandach, bądź też przy pomocy anonimów”.
Obławy zaszokowały ludność i partyzantów. Pod ich wrażeniem, a już zwłaszcza zatrzymania żony, “Ordon” miał się nawet odgrażać, że wystrzela cały Puchaczów. Pomimo licznych zatrzymań władzom początkowo nie udało się dopaść żadnego z dowódców partyzanckich. Sytuację zmieniło dopiero doniesienie informatora o pseudonimie Sołtys (N.N.), który poinformował UB, że partyzant z oddziału WiN, nieopatrznie chwalący się zegarkiem zdobytym w Puchaczowie, jest zaręczony z córką nauczycielki z Pieszowoli, Wandą Łukasiewicz. W zorganizowany kocioł 29 lipca 1947 roku wpadł Ludwik Szmydke “Czarny Jurek”. Brutalnie przesłuchiwany, zdradził miejsce kryjówki dowódcy oraz bunkier, gdzie znajdowały się zarekwirowane w czasie napadu rzeczy. 30 lipca 1947 roku grupa pościgowa UB i KBW dowodzona przez szefa sztabu WBW Lublin, majora Kondraciuka, dopadła ukrywających się w okolicy kolonii Sęków w powiecie Włodawa trzech partyzantów. W trakcie strzelaniny “Ordon” zranił dwóch żołnierzy KBW (jeden z nich zmarł później w szpitalu), lecz w końcu sam został zabity. Jego dwaj towarzysze wyrwali się z pierścienia obławy, być może właśnie dlatego, że ich ucieczkę osłaniał dowódca. Ciało Józefa Struga zostało przewiezione do Puchaczowa, gdzie rozpoznała je żona. Po zakończeniu czynności śledczych “Ordona” pochowano w nieznanym miejscu, które do dziś nie zostało odnalezione.
Śmierć Józefa Struga “Ordona”, komendanta jednego z patroli biorących udział w napadzie na Puchaczów, pozwalała władzom uznać jeszcze niezakończoną operację za pełny sukces. Dla jego dopełnienia potrzebny był proces sprawców napadu. Jak to ujęto w dokumentach UB: “Ponieważ morderstwo, jakie miało miejsce w Puchaczowie, oburzyło cały Naród Polski, wśród funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa było nastawienie, aby wszyscy sprawcy tego zbrodniczego czynu, jak również i ci, którzy pośrednio pomagali im, zostali przykładnie ukarani”.
Jeszcze 18 lipca, przed śmiercią “Ordona”, w Puchaczowie odbył się publiczny proces, w którym sądzono jedenaście osób. Wśród oskarżonych znalazło się małżeństwo Korniaków, które pomogło w ustaleniu, kto doniósł UB o ukrytych w Turowoli partyzantach. Oboje zostali skazani na karę śmierci. Wyrok na Bogumile Korniaku wykonano 15 października 1947 roku, natomiast jego żonie, która była w szóstym miesiącu ciąży, zamieniono go na dożywotnie więzienie (zwolniono ją ostatecznie w 1955 roku). Razem z nimi skazano na śmierć Mariana Bobera i stracono go 24 listopada. Pozostali oskarżeni otrzymali kary kilkuletniego więzienia, jedną osobę uniewinniono.
Kolejny proces rozpoczął się 18 sierpnia w lubelskim Domu Żołnierza. Na czele składu sędziowskiego stanął major Ryszard Wiercioch, znany ze swej surowości. Do końca służby w organach sprawiedliwości Polski Ludowej orzekł aż 67 wyroków śmierci. Przed sądem stanęło ośmiu oskarżonych bezpośrednio powiązanych z podziemiem, w tym dwóch partyzantów, którzy byli członkami jednego z patroli wykonujących feralnej nocy w Puchaczowie wyroki śmierci — Ludwik Teodor Szmydke “Czarny Jurek” oraz Witold Matuszak “Witek”. Obok nich o współpracę z podziemiem zostało oskarżonych jeszcze sześć osób: Henryk Bab, Lucjan Flisiuk, Włodzimierz Omyliński, Witold Podleśny, Stanisław Wakuła oraz Stanisław Wesołowski.
Już następnego dnia o 22.00 ogłoszono wyrok: Szmydke, Matuszak i Flisiuk zostali skazani na śmierć, pozostali zaś na długoletnie — od dziesięciu do piętnastu lat — wyroki więzienia. Tylko Stanisław Wesołowski mógł mówić o szczęściu, ponieważ ze względu na “niski rozwój umysłowy” otrzymał karę “jedynie” pięciu lat więzienia. Ostatecznie Bierut zamienił Lucjanowi Flisiukowi karę śmierci na piętnaście lat więzienia. Pozostałych dwóch skazańców rozstrzelano 2 września 1947 roku o godzinie 18.00.
Co ciekawe, władze nie zdecydowały się postawić przed sądem żony “Ordona”, Sylwii Strug, której pozwolono wyjechać do rodziny do Wielkopolski (być może jako karę potraktowano właśnie wymuszenie przesiedlenia jej rodziny). Niemal w ostatniej chwili z listy osób przeznaczonych do postawienia przed sądem major Tataj wykreślił też narzeczoną “Czarnego Jurka”, Wandę Łukasiewicz. Ku poruszeniu podwładnych zrobił to dosłownie jednym pociągnięciem pióra, po czym odwiózł ją własnym samochodem do domu. Kobieta została postawiona przed sądem dopiero w 1951 roku w Warszawie (dokąd przeniosła się kierowana “przyjaźnią” z Tatajem) i skazana na osiem lat więzienia. Wydaje się, że i tak mogła mówić o dużym szczęściu, ponieważ Szmydke w czasie procesu został przedstawiony jako główny winowajca wydarzeń w Puchaczowie — jako że w czasie wojny podpisał volkslistę i służył w armii niemieckiej, nadawał się do tej roli idealnie. Dlatego niemal na pewno wyrok wydany w roku 1947 byłby dla Wandy Łukasiewicz dużo surowszy, mogła jej nawet w skrajnym wypadku grozić kara śmierci.
Ze sporządzonego w WUBP Lublin raportu specjalnego dla MBP z 1 sierpnia 1947 roku wynika, że w trakcie pościgu za sprawcami napadu na Puchaczów zatrzymano aż 290 ludzi, z czego 30 “bandytów”, 150 “współpracowników band” oraz ponad 100 “podejrzanych” o kontakty z podziemiem. Zabito też 15 “bandytów lub współpracujących”. Charakterystyczne, że pomimo tylu aresztowanych władze zdołały zdobyć jedynie 3 erkaemy, 4 peemy, 6 karabinów i pistolet. Z tegoż raportu wynika również, że w lipcu na terenie objętym obławą UB zwerbowało do współpracy ponad 40 ludzi. Nie jest to pełen bilans ofiar GO “Puchaczów”, gdyż prowadziła ona akcję aż do końca sierpnia, a więc już po rozwiązaniu GO “Wisła”. Wiadomo, że tylko od 10 do 20 sierpnia GO “Puchaczów” przeprowadziła jedenaście operacji, w trakcie których ujęto 34 osoby, w tym 3 “bandytów”, 6 “współpracowników band”, 23 podejrzanych o różnego rodzaju związki z podziemiem, a także 2 dezerterów.
Pozostali partyzanci uczestniczący w napadzie na Puchaczów jeszcze przez dłuższy czas prowadzili walkę zbrojną przeciwko władzom komunistycznym. Stanisław Kuchciewicz “Wiktor” zginął dopiero w lutym 1953 roku w potyczce z milicjantami podczas napadu na gminną kasę spółdzielczą w Piaskach pod Lublinem.
Niewątpliwie atak na Puchaczów należał do tych akcji WiN, które ze względu na ich bezwzględność trudno usprawiedliwić. Nie należy jednak zapominać, że bezpośrednio po tych wydarzeniach doszło do szerokiej akcji pacyfikacyjnej. Ogarnęła ona tereny zamieszkane przez tysiące ludzi, z których kilkuset spotkały większe lub mniejsze represje, a łączna liczba zabitych i skazanych na karę śmierci była zbliżona do liczby ofiar działań patroli WiN w Puchaczowie. Bo celem GO “Wisła” było zniszczenie “wszelkiej reakcji”.