17. Niewidzialni: starcy, chorzy psychicznie, sieroty

Akcja “Wisła” dla wszystkich wysiedleńców była końcem znanego im świata. Ale dla samotnych starców i osób niepełnosprawnych okazała się prawdziwą apokalipsą. Tym straszniejszą, że całkowicie tonącą w cieniu tragedii ludzi zdrowych i młodszych. Wojsko zgodnie z otrzymanymi rozkazami wywoziło na zachód wszystkie osoby pochodzenia ukraińskiego. Nie miały znaczenia ani wiek, ani zdrowie czy fizyczna sprawność skazanych na wywózkę. Z tego powodu do transportów trafiła również grupa samotnych staruszków, obecna przecież w każdej społeczności. O ile na swoim dotychczasowym miejscu zamieszkania potrafili wiązać koniec z końcem, z trudem uprawiając posiadaną ziemię lub żyjąc z sąsiedzkiej pomocy, o tyle miejsce osadzenia stało się dla nich prawdziwym więzieniem.

Nie mogli dostać własnego gospodarstwa, bo nie zdołaliby się nim zająć. Podobnie bezcelowe było wysyłanie ich do majątków państwowych — byli zbyt starzy i słabi, aby podjąć pracę. Staruszkowie mający rodziny stanowili potencjalny problem związany z ich utrzymaniem tylko dla bliskich. Z tymi, którzy byli sami, właściwie już na stacji rozładowczej nie bardzo wiedziano, co zrobić. Był to prawdziwy i... żywy kłopot. W tej sytuacji pozostawiano ich w pomieszczeniach PUR lub kierowano do domu starców, o ile taki znajdował się w danym powiecie.

W powiecie bartoszyckim władze osadziły około 3 tysięcy osób, z których — jak oceniano — aż 80% potrzebowało podstawowej pomocy. Ale to starcy stanowili największy, bo wymagający szybkiej reakcji, problem. W lipcu 1947 roku kierownik referatu opieki społecznej Stanisław Dutkiewicz raportował: “Z powodu przybycia transportami akcji «W» większej ilości starców Referat napotkał trudności w pomieszczeniu ich w małym lokalu zakładu. Istniejące pomieszczenie Domu Opieki nad Dorosłymi przewidziane jest na maksymalną ilość 20-u osób. Obecny stan wynosi 43 osoby”. Skłoniło to lokalne władze do otwarcia domu starców w budynku przy ul. 15 Grudnia. We wrześniu przyjął on pierwszych pięćdziesięciu pensjonariuszy. Jak informuje oficjalna strona domu: “W większości były to osoby z akcji «W»”. Personel tej placówki od początku borykał się z wieloma trudnościami, w tym brakiem sprzętu i żywności. Nie ulega zatem wątpliwości, że pensjonariusze żyli w nędznych warunkach. Realia ich bytowania pośrednio przybliża nam opis sytuacji w domu starości w sąsiednim powiecie Węgorzewo. Ze sprawozdania za maj 1948 roku dowiadujemy się, iż znajdowało się w nim 34 pensjonariuszy, w większości chorych, którzy “całymi dniami leżą w łóżkach”, żalą się na niewielkie ilości otrzymywanego pożywienia, a na noc “nakrywają się starymi podartymi kołdrami i kocami, a w wielu wypadkach ubraniem, w którym chodzą”. Z powodu niedostatku funduszy brakowało pościeli i poduszek oraz obuwia (buty posiadało ledwie czternastu z nich). Nie wiemy, czy w domu starców w Węgorzewie byli wysiedleńcy, jednak biorąc pod uwagę liczbę Ukraińców osadzoną w tym powiecie, jest to więcej niż prawdopodobne. Z pewnością opis warunków życia pensjonariuszy odzwierciedla też sytuację w wielu podobnych placówkach w całej Polsce.

W powiecie Morąg osiedlono 973 rodziny z akcji “W”. Byli to, jak oceniano, “ludzie bez możności utrzymania się”. Tutaj również przybycie ukraińskich osadników spowodowało wzrost liczby samotnych starszych osób. Tym samym w powiecie “wytworzyła się konieczność otworzenia się «Domu Starców», gdyż przybyły z akcji «W» 23 osoby w wieku lat 80–85, które z musu przebywają w PUR. Jednocześnie z szeregu gmin donoszą, że na terenie tutejszym znajduje się kilkanaście osób, których wiek i warunki nie pozwalają na samoistną egzystencję. Na ten cel przeznaczono w powiecie dom nadający się na utworzenie opieki całkowitej nad dorosłymi. Jest to poniemiecki «Dom Starców»”. Ciekawe, że raptem dwa miesiące później w sprawozdaniu za wrzesień 1947 roku pracownicy referatu podali już nieco inne dane. Jeśli im wierzyć, to w powiecie przebywało 52 samotnych starców, z czego “w PUR-ze w Morągu 11 osób z akcji «W»”. Ponadto w gminie Niebostrzeż odnotowano staruszkę żyjącą z żebractwa: “Jest ona z akcji «W», robi wrażenie zupełnie nienormalnej osoby”. Jeszcze jeden starzec znajdował się w gminie Stary Dzierzgoń. Starostwo powiatowe czyniło starania o powołanie domu opieki, bo mimo zapewnień Urzędu Wojewódzkiego żaden ze starców znajdujących się na podległym mu terenie nie trafił do placówek opiekuńczych znajdujących się w gestii wojewody. W ramach doraźnej pomocy trzy kuchnie ludowe wydawały dziennie 135 obiadów dla ubogich podopiecznych.

O utworzeniu domu starców myślano latem 1947 roku również w powiecie Mrągowo. Wiadomo też, że w takich placówkach w Giżycku przebywało 57 pensjonariuszy, w Rynie 49, a w Ornecie 45. Do każdego z tych powiatów trafiło wielu Ukraińców, więc zapewne znaleźli się także w domach opieki. W powiecie Pasłęk osadzono 1345 rodzin (5805 osób). Władze powiatowe zwracały uwagę, że szczególną opieką wśród nich administracja państwowa powinna otoczyć “starców, chorych, niezdolnych do pracy inwalidów, którzy umieszczeni [zostaną] w specjalnych domach roboczych. Odciąży to od natrętnej częstokrotnie żebraniny powiat. Poprawi to samopoczucie osadników, bo nie patrzyliby na skrajną nędzę tychże osadników”. Ilu takich ludzi trafiło do podobnych domów, nie wiemy.

To, niestety, wszystko, co wiemy dziś na temat samotnych starców w województwie olsztyńskim. Gdy chodzi o województwa zachodnie, głównie szczecińskie i wrocławskie, brakuje o nich nawet tak szczątkowych informacji. Jedynie Arkadiusz Słabig podaje, że w powiecie Piła na niewiele ponad tysiąc wysiedleńców do domów starców skierowano dziewięć osób. W sprawozdaniach ogólnych z akcji osiedleńczej znajdujemy niekiedy ciekawe wzmianki dotykające tej kwestii. Jak pamiętamy, w raporcie oficerów GO “Wisła” wysłanych na inspekcję w lipcu 1947 roku liczbę starców i niepełnosprawnych oszacowano na 10–20% wszystkich przybyłych. Inaczej jednak widziano tę sprawę w sprawozdaniu z akcji osiedleńczej w województwie szczecińskim. Po scharakteryzowaniu osiedleńców i podzieleniu ich na różne kategorie (gospodarnych, malkontentów i liczących na cud), na końcu opisano i taką grupę: “Ostatni znikomy % to samotni starcy obojga płci, dziady, żebracy, kaleki, dla których trzeba stworzyć przytułki, co z kolei obciąży państwo”. Nawet jeśli uznamy, że takie samotne osoby stanowiły 1% wśród wszystkich podlegających wywózce, otrzymamy liczbę około 1,5 tysiąca ludzi. Nie będzie raczej przesadą, jeśli uznamy, że wielu z nich mogło trafić do podobnych przytułków, gdzie faktycznie zostali skazani na powolną śmierć w biedzie. Niewątpliwie los samotnych staruszków na ich własnych gospodarstwach był nie do pozazdroszczenia, jednak w przytułkach, z dala od znajomego krajobrazu, zamieniał się w istny koszmar.

Niektórzy próbowali powrócić w rodzinne strony i tam jakoś przeżyć. 7 stycznia 1948 roku funkcjonariusze PUBP Nowy Sącz dostarczyli do Oświęcimia Paraskę Kocur (ur. 1880), która wysiedlona w lipcu 1947 roku, powróciła w Nowosądeckie. PUR Oświęcim skierował ją do zakładu opieki nad starcami i chorymi w Owińsku koło Poznania, jednocześnie wysyłając list do PUBP Poznań, by zwiększono nad nią kontrolę i uniemożliwiono kolejną ewentualną ucieczkę. Warto zaznaczyć, że w Owińsku był Dom Pracy Przymusowej przeznaczony dla żebraków i niewykluczone, że właśnie do niego wysłano karnie nieszczęsną kobietę.

W podobnie trudnej sytuacji znaleźli się ludzie chorzy psychicznie. W źródłach i literaturze przedmiotu znajdujemy niekiedy wzmianki na ich temat. Jak podaje wieloletni dyrektor archiwum w Przemyślu Bogusław Bobusia, w sprawozdaniach sanitarnych z województwa rzeszowskiego można odnaleźć “informacje o atakach szału, rozstroju nerwowego i innych objawach chorób psychicznych wśród przesiedleńców oraz o przypadkach «melancholii»”. Takim osobom podawano leki uspokajające, po czym wysyłano je na zachód pod opieką rodzin. Pięć przypadków choroby uznano jednak za “ostre ataki szału” i chorych skierowano do szpitala psychiatrycznego w Kobierzynie (dziś część Krakowa). Z kolei w relacji Mykoły S. jest mowa o podróżującej w jednym z transportów wysłanych z Łukawicy dobrze ubranej “kobiecie w kapeluszu”. Była to wdowa po zamordowanym w 1946 roku przez wojsko greckokatolickim księdzu Węgrzynowiczu. Utrata męża oraz dzieci, także zabitych przez żołnierzy WP, prawdopodobnie doprowadziły kobietę do załamania psychicznego. Ze względu na nietypowe zachowanie na jednej ze stacji została zabrana — zapewne także do szpitala. Jan Cikuj w swoich wspomnieniach przyznaje, że na Ziemiach Odzyskanych jedynym lekiem na “depresję i wstrząs psychiczny” był alkohol. I opisuje: “W sąsiedniej wsi młody 24-letni człowiek i 56-letnia kobieta popadli w depresję i znaleźli się w szpitalu. Tam w tajemniczych okolicznościach zmarli”.

Osób wysłanych do szpitali psychiatrycznych było z pewnością więcej. Czy w sumie należy mówić o kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu takich przypadkach? I co się później z nimi stało? Czy wrócili do swoich rodzin? A co, jeśli byli samotni?

I wreszcie ostatnia kategoria to sieroty — dzieci, które wychowywały się bez rodziców, ewentualnie straciły ich w czasie akcji “Wisła” lub tuż po niej. Trafiały one zapewne do domów dziecka. W 1948 roku krewna Cikuja w czasie prac polowych w państwowym gospodarstwie w województwie szczecińskim spadła z przyczepy i zmarła. Jej czteroletnią córkę wysłano do domu dziecka, rodzina Cikuja zajęła się natomiast jedenastoletnim chłopcem. Ani liczba, ani późniejszy los takich dzieci nie stały się dotąd przedmiotem zainteresowania badaczy. Niektóre mogły wieść życie tułaczy lub próbowały przeżyć w rodzinnych stronach. Do tych ostatnich należała zapewne czternastoletnia Katarzyna Cholawska z Monasterca w gminie Lesko. Na początku września funkcjonariusze milicji lub UB przywieźli ją do punktu PUR w Oświęcimiu z zaleceniem odstawienia do rodziny. Dziewczyna była jednak ciężko chora i 3 września przewieziono ją do szpitala w Chrzanowie. Tam 26 września zmarła i została pochowana. Jej śmierć poruszyła nawet pracowników PUR, skoro w oficjalnych pismach zdecydowanie podkreślono, by chore osoby były leczone na miejscu, a nie przesyłane do Oświęcimia. Rodzina Cholawskiej, o ile ją posiadała, miała przebywać w województwie szczecińskim lub olsztyńskim, nie wiadomo, czy ostatecznie ktoś do niej dotarł, by powiadomić o śmierci Katarzyny.

Загрузка...