11

Pani Palissey i Brian stawili się punktualnie, natychmiast popadli w stan kompletnej zgrozy, przybierający rozmaite natężenia, ale na to nie można było nic poradzić. Poprosiłem panią Palissey o otwarcie sklepu, a Briana o podjęcie sprzątania. Sam tymczasem zostałem na podwórku, mając pełną świadomość, że w ten sposób staram się odwlec konieczność zaspokojenia ich dociekliwej ciekawości.

Ridger nadal się przechadzał, oceniał i robił notatki. W końcu zatrzymał się przy ciemnej czerwonej plamie na brudnym betonie.

– Czy to krew? – spytał, zmarszczywszy brwi.

– Nie. Czerwone wino. Złodzieje upuścili tu skrzynkę z butelkami. Część butelek się stłukła i wino przeciekło na beton.

Rozejrzał się. – A gdzie jest ta skrzynka?

– W zlewie w łazience. Wczoraj wieczorem zaniósł ją tam pański policjant.

Zanotował to.

– Sierżancie…?

– Słucham? – Podniósł jedynie wzrok, głowę nadal pochylał nad notesem.

– Proszę mi dać znać, jak się rozwija sprawa, dobrze?

– Na przykład, co?

– Na przykład, czy znaleźliście tę furgonetkę… czy jest jakiś ślad prowadzący do Paula Younga.

Spojrzał na mnie zupełnie przytomnie i badawczo, nie odmawiając od razu. Niemal czułem jego wahanie, a na pewno widziałem je; kiedy wreszcie odpowiedział, była to odpowiedź typowo dwuznaczna.

– Niewykluczone, że poinformujemy pana, jeśli będzie pan mógł być przydatny w jakimś późniejszym terminie do celów identyfikacji.

– Dzięki.

– Ale niczego nie obiecuję. – Wycofywał się pod osłonę notesu.

– Oczywiście.

Wreszcie skończył i poszedł, a pani Palissey upajała się ochami i achami. Nie miała skłonności do płaczu, zawodzenia i korzystania z soli trzeźwiących. Oczy jej błyszczały radośnie na myśl o sensacji związanej z włamaniem i tych plotkach przy lunchu z koleżanką z drogówki.

Zwykle zaniepokojony wyraz twarzy Briana nie uległ szczególnej zmianie. Chłopak zabrał się do zamiatania i porządkowania; w pewnej chwili zapytał, co ma zrobić ze skrzynką w zlewie.

– Wyjmij całe butelki i postaw je na suszarce – poleciłem.

Po chwili wrócił zameldować, że już to zrobił. Poszedłem z nim do łazienki, żeby to sprawdzić, i zobaczyłem osiem butelek St Emilion, które pierwotnie stały pod stołem do degustacji, zasłonięte obrusem.

Brian trzymał w ręku kartkę papieru, jakby nie wiedział, co z nią zrobić.

– Co to jest? – spytałem.

– Nie wiem. Było na dnie skrzynki. – Podał mi kartkę, była to strona z kołonotatnika, złożona na pół, dość wymiętoszona, wilgotna, po jednej stronie poplamiona winem. Przeczytałem ją początkowo z ciekawością, a potem z rosnącym zdumieniem.

Wyraźnym, kanciastym charakterem pisma napisano:

PO PIERWSZE

Wszystkie otwarte butelki wina. PO DRUGIE

Wszystkie butelki z tymi nazwami: St Emilion St Estephe Volnay Nuits St Georges Valpolicella Macon.

JEŚLI BĘDZIE CZAS

Mocne alkohole, co będzie pod ręką.

CIEMNO 18.30, NIE ZAPALAĆ ŚWIATŁA

– Panie Beach, mam to wyrzucić? – dopytywał się usłużnie Brian.

– Możesz sobie wziąć sześć batoników Mars – powiedziałem. Zaprezentował swoją wersję pogodnego uśmiechu i wyszedł za mną do sklepu po nagrodę.

Pani Palissey, rozkosznie zatroskana, oświadczyła, że sobie poradzi sama, jeśli ja chcę wyjść na dziesięć minut, mimo że przychodzili liczni klienci, a półki były niemal puste, jak zwykle w poniedziałek. Zapewniłem ją o swojej najwyższej estymie i poszedłem do pobliskiej kancelarii prawniczej, której właściciel był prawie w moim wieku i często wieczorem kupował u mnie wino.

Oczywiście, że mogę skorzystać z jego kopiarki. O każdej porze.

Zrobiłem trzy odbitki listy zakupowej złodziei i wróciłem do swojego kantorka, zastanawiając się, czy od razu zadzwonić do sierżanta Ridgera. Jednak w końcu nie zadzwoniłem.

Brian przenosił skrzynki whisky, dżinu i sherry z magazynu do sklepu; ilekroć przechodził koło mnie, informował, co akurat niesie i nie pomylił się ani razu. Na jego dużej twarzy malowała się duma z tych osiągnięć, było to zadowolenie z pracy w najczystszej postaci. Pani Palissey ponownie zapełniła półki, gaworząc bez końca, zadzwoniło pięciu klientów, składając zamówienie.

Trzymanie pióra okazało się niespodziewanie bolesne, mięśnie ręki zdecydowanie protestowały. Uświadomiłem sobie, że niemal wszystko zacząłem robić lewą ręką, używałem jej nawet do jedzenia kurczaka u Sung Li, ale pisać nie potrafiłem. Spisałem zamówienia prawą ręką, złorzecząc w duchu, a kiedy trzeba było sporządzić długi spis do hurtowni, zrobiłem to lewą ręką na maszynie. Nikt mi nie powiedział, jak długo będą się goić te ranki. Ale żaden termin nie będzie zbyt szybki.

Jakoś przetrwaliśmy poranek, a pani Palissey, bardzo zadowolona męczennica, zgodziła się pojechać po południu z Brianem do hurtowni.

Po ich wyjściu pętałem się po moich splądrowanych włościach, powtarzając sobie, że muszę wykrzesać z siebie tyle energii, żeby zadzwonić w sprawie uzupełnienia zapasu win, wymiany okna… uzupełnienia szacunku do samego siebie. Zostałem postrzelony przez własną głupotę. Temu się nie da zaprzeczyć. Jednak nie byłoby przecież naturalne, gdybym się wycofał po cichu, pozwalając złodziejom działać. Choć oczywiście byłoby to mądrzejsze. Teraz łatwo to stwierdzić. Ale wtedy…

Myślałem o tym chaotycznie, niezbyt jasno, nie bardzo rozumiałem całkowicie irracjonalny impuls, który kazał mi wystawić się na niebezpieczeństwo, podczas gdy lękliwy i troszczący się o własną skórę instynkt przez całe życie skłaniał mnie do unikania podobnych sytuacji.

Co nie znaczy akurat, że byłem z tego dumny. Ale też i nie zawstydzony. Pogodziłem się z tym, że właśnie taki jestem: daleko mi do męstwa. Na ogół sprawiam zawód.

Chyba powinienem sporządzić listę skradzionych win dla firmy ubezpieczeniowej, która wkrótce zniecierpliwi się moimi stałymi skargami, podobnie jak to miało miejsce z Kennethem Charterem. Pewnie powinienem to zrobić, ale nie zrobiłem. Można by powiedzieć, że nie rozpierała mnie gwałtowna chęć wypełniania obowiązków.

Połknąłem kilka aspiryn.

Przyszedł klient po sześć butelek porto i bezlitośnie próbował zaznajomić mnie z niekończącymi się i na ogół obrzydliwymi nieszczęściami całej swojej rodziny. (Na przykład teść miał jakieś kłopoty z pęcherzem.)

Przyszedł Sung Li i wśród ukłonów podarował mi bułeczki z nadzieniem. Nie weźmie pieniędzy za wczorajszą kolację, oświadczył. Byłem jego dostojnym i częstym gościem. Kiedy jestem w potrzebie, on zachowuje się jak przyjaciel. Zrobię mu zaszczyt, nie proponując zapłaty za wczoraj. Złożyliśmy sobie ukłony i przyjąłem jego propozycję.

Nigdy nie był w Chinach, ale stamtąd pochodzili jego rodzice i nauczyli go tamtejszych zwyczajów. Był wyjątkowo porządnym sąsiadem, a dzięki olbrzymiemu powodzeniu jego lokalu, który nie miał licencji na alkohol, sprzedawałem wieczorami dużo wina. Ilekroć mogłem to zrobić, nie sprawiając mu przykrości, dawałem mu cygara, które palił w słoneczne popołudnia, siedząc na drewnianym krześle przed drzwiami swojej kuchni.

O trzeciej wrócił sierżant Ridger z papierową torbą, z której wyjął butelkę. Postawił ją na kontuarze.

St Estephe, tak jak prosiłem. Odkorkowana i zapieczętowana taśmą klejącą, nietknięta od chwili, gdy opuściła „Silver Moondance”.

– Czy mogę to zatrzymać?

Potwierdził szybkim skinieniem głowy. – Na razie tak. Powiedziałem, że okazał pan pomoc, a teraz dla pana to może być pomocne. Otrzymałem zgodę głównego inspektora, który prowadzi dochodzenie w sprawie morderstwa w „Silver Moondance”. – Wyjął z kieszeni kartkę papieru, którą następnie mi podsunął. – Proszę tu podpisać. W ten sposób będzie to oficjalne.

Podpisałem i oddałem mu papier.

– Ja też mam coś dla pana. – Przyniosłem mu oryginał złodziejskiego spisu.

Zdawało się, że jego ciało wyraźnie się nadyma, kiedy dotarło do niego, co mianowicie dostał. Oczy mu nagle zaświeciły.

– Gdzie pan to znalazł?

Powiedziałem mu o porządkach, które robił Brian.

– To ogromnie ważne – oznajmił z satysfakcją. Przyznałem mu rację.

– Zwłaszcza gdyby się okazało, że to pismo Paula Younga – podsunąłem.

Zaczął wpatrywać się we mnie jeszcze intensywniej, o ile to w ogóle było możliwe.

– Pamięta pan, jak niezdarnie trzymał pióro, kiedy zapisywał swoje nazwisko i adres? Pisał takimi urywanymi ruchami z góry na dół. Wydaje mi się, że ten spis wygląda podobnie… choć oczywiście tylko rzuciłem okiem na jego nazwisko i adres.

Sierżant Ridger, który przyglądał mi się długo i starannie, popatrzył teraz na listę złodziei i dokonywał w myślach porównań. Powiedział niemal bez tchu:

– Chyba ma pan rację. Myślę, że to ta sama ręka. Główny inspektor będzie bardzo zadowolony.

– A poza tym nic? – spytałem. – Nie możecie go znaleźć? Wahał się krótko. – Niewątpliwie, występują pewne trudności – oświadczył.

To znaczy, że nie mają żadnych śladów, uznałem.

– A jego samochód? – spytałem.

– Jaki samochód?

– No… przecież nie przyszedł wtedy do „Silver Moondance” piechotą, prawda? To dość oddalone miejsce. Ale kiedy wyszliśmy z pudłami napojów, na parkingu nie stał żaden inny samochód. Więc… musiał chyba zaparkować od tyłu, koło aut personelu. Przy tym wejściu do hallu, gdzie był gabinet Larry’ego Trenta i piwnica win. A to oznacza, że Paul Young musiał już kiedyś być w „Silver Moondance”… bo w przeciwnym razie zaparkowałby od frontu. Rozumie pan, o co mi chodzi. Sierżant Ridger przyglądał mi się długo i badawczo.

– Skąd pan wie, że personel parkował na zapleczu?

– Widziałem samochody przez okno hallu, kiedy poszedłem po butelki wina. Zdrowy rozsądek podpowiadał, że muszą to być auta personelu… barmana, zastępcy zastępcy, kelnerek, personelu kuchennego i tak dalej. Oni wszyscy jakoś musieli się dostać do pracy, a na parkingu od frontu było pusto.

Pokiwał głową, przypominając sobie tamten dzień.

– Paul Young został tam jeszcze po naszym wyjściu – mówiłem. – Więc może pomocnik albo kelnerka… czy ktoś inny pamięta, jakim samochodem odjechał. Choć to pewnie słaba poszlaka.

Ridger starannie wkładał złożoną listę do notesu, a potem zapisał jedno czy dwa zdania na nowej stronie. – Oczywiście nie prowadzę tego śledztwa – odezwał się w końcu – i spodziewam się, że ten kierunek dochodzenia został już dokładnie przebadany, ale… dowiem się.

Nie pytałem już, czy poinformuje mnie o wynikach, a on nie zrobił na ten temat najmniejszej nawet aluzji. Jednak wychodząc, nie sprawiał wrażenia, że już się więcej nie zobaczymy. Byłby zainteresowany tym, co może mi przyjść do głowy w związku z butelką wina, którą mi przyniósł, oświadczył. Jeśli dojdę do jakichś nowych wniosków, to niewątpliwie zechcę je przekazać.

– Naturalnie – potwierdziłem.

Skinął głową, zamknął notes, schował go do kieszeni i oddalił się przepisowo, a ja zaniosłem butelkę St Estephe do kantorka. Schowałem ją jednak do torby, tej samej, w której Ridger ją przyniósł, żeby nie stała na widoku.

Usiadłem przy biurku, pogrążając się jeszcze głębiej w rodzaj letargu. Czekała jeszcze duża lista zamówień, trzeba ją przygotować do późniejszego rozwiezienia furgonetką, ale nie miałem ochoty się do tego zabierać. Wszystkie dostawy będą opóźnione o jeden dzień. Lampki i szampan na uroczystość osiągnięcia pełnoletności w czwartek… może w czwartek nie będę się czuł tak doszczętnie wyczerpany i kompletnie obolały.

W sklepie rozległy się kobiece głosy. Wstałem powoli i wyszedłem, próbując przywołać uśmiech na usta. Kiedy zobaczyłem, kto jest w sklepie, uśmiech pojawił się bez trudu.

Stała tam Flora, niewysoka, pulchna i zatroskana, tymi swoimi dobrymi oczami wpatrywała się w moją twarz. Obok niej wysoka i wytworna kobieta, którą widziałem przelotnie u boku Gerarda w dniu wypadku z furgonem. Jego żona Tina.

– Tony, skarbie – wykrzyknęła Flora, idąc mi na spotkanie. – Jesteś pewien, że powinieneś tu być? Nie wyglądasz dobrze, mój drogi. Naprawdę powinni cię zatrzymać w szpitalu, to niedobrze, że cię wypuścili.

Pocałowałem ją w policzek. – Nie zgodziłbym się zostać. – Spojrzałem na panią McGregor: – Jak się czuje Gerard?

– O Boże! – wykrzyknęła Flora. – Powinnam was przedstawić… Tino, to jest Tony Beach…

Tina McGregor uśmiechnęła się, co było szlachetne z jej strony, zważywszy, że kłopoty jej męża powstały z mojej winy. W odpowiedzi na moje pytanie wyjaśniła, że Gerardowi rano usunięto kulki, ale zostanie w szpitalu jeszcze jedną noc, żeby dojść do siebie.

– Chciałby się z panem zobaczyć. Dziś wieczorem, jeśli pan może.

– Pójdę do niego.

– Tony, skarbie – wtrąciła Flora – tak bardzo chciałam cię poprosić, ale teraz widzę, jak strasznie jesteś blady, i chyba nie… To na pewno byłoby zbyt wiele.

– Co byłoby zbyt wiele? – spytałem.

– Byłeś tak strasznie uprzejmy, robiąc ze mną obchód stajni, a Jack nadal jest w szpitalu, ciągle nie chcą go wypuścić do domu i on z każdym dniem coraz bardziej się złości…

– Chcesz, żebym po wizycie u Gerarda poszedł do szpitala do Jacka? – domyśliłem się.

– Ależ nie! – wykrzyknęła zaskoczona. – Choć oczywiście bardzo by się ucieszył. Nie… zastanawiałam się tylko… ale to głupio z mojej strony… naprawdę… czy nie pojechałbyś ze mną na wyścigi? – Ostatnie słowa wypowiedziała bardzo szybko i zdawała się trochę zażenowana swoim zachowaniem.

– Na wyścigi…

– Tak. Wiem, że to wygórowane żądanie… ale jutro… biega jeden nasz koń, którego właściciel jest bardzo nieprzyjemny. Jack nalega, żebym koniecznie pojechała, a prawdę mówiąc, przy tym właścicielu czuję się taka zmieszana i głupia. Wiem, że to idiotyczne, ale tak dobrze sobie poradziłeś z tym strasznym Howardem, więc pomyślałam, że może dzień na wyścigach sprawiłby ci przyjemność i że cię poproszę… tyle że to było przed telefonem Tiny, która mi powiedziała o wczorajszym wieczorze… teraz zresztą widzę, że dla ciebie to wcale nie byłaby przyjemność.

Dzień na wyścigach… a dlaczego nie? Może dobrze mi zrobi jeden dzień wolnego. A na pewno nie zaszkodzi.

– Gdzie? – zapytałem.

– Martineau.

Martineau Park, na północny wschód od Oksfordu, duży, popularny i niezbyt odległy tor. Jeśli w ogóle kiedykolwiek jeździłem na wyścigi, to albo do Martineau Park, albo do Newbury, bo do każdego z tych miejsc mogłem dojechać w czterdzieści minut i przy uprzejmej zgodzie pani Palissey połączyć to z godzinami otwarcia sklepu.

– Dobrze, pojadę.

– Ale Tony, skarbie… jesteś tego pewien?

– Absolutnie. Chętnie to zrobię.

Widać było, że Flora poczuła wyraźną ulgę. Powiedziała, że następnego dnia przyjedzie po mnie o pierwszej i na pewno odwiezie mnie z powrotem na szóstą. Koń startuje w najważniejszej gonitwie dnia o trzeciej trzydzieści, a właściciel zawsze potem chce rozmawiać godzinami, analizując każdy krok i jego konsekwencje.

– Zupełnie jakbym mogła mu coś powiedzieć – oświadczyła zdesperowana Flora. – Tak bardzo bym chciała, żeby ten koń wygrał, ale Jack się obawia, że to niemożliwe, i dlatego właśnie muszę tam być. Coś strasznego…

Za dwa czy trzy tygodnie skończy się sezon biegów płaskich, a z punktu widzenia Jacka Hawthorna nie będzie to nawet o dzień za wcześnie, pomyślałem. Żadna stajnia nie wytrzyma dłuższej nieobecności dwóch sił napędowych, pozostawiona w rękach łagodnej kobiety pozbawionej zmysłu do interesów i niezbyt zorientowanej.

– Słuchaj właściciela z szacunkiem i zgadzaj się ze wszystkim, co mówi, a uzna, że jesteś wspaniała – poradziłem.

– Tony, skarbie, jakie to podłe – powiedziała, ale mimo wszystko zdawało się, że już nabrała większej pewności siebie.

Poszedłem z paniami na podwórko, bo Flora przyprowadziła Tinę głównie po to, żeby zabrała samochód Gerarda. Okazało się, że Tina ma kluczyki, dostała je od Gerarda poprzedniego wieczoru. Przez chwilę patrzyła bez słowa na roztrzaskaną przednią szybę i rozwaloną tapicerkę, potem odwróciła się do mnie, bardzo czujna i napięta, starannie ukrywając emocje.

– Już po raz trzeci strzelano do niego – powiedziała.


Wieczorem poszedłem go odwiedzić. Siedział wsparty na poduszkach; trzy pozostałe łóżka w pokoju były puste. Niebieskie zasłony, zapachy szpitala, duże nowoczesne przestrzenie, błyszczące podłogi, bardzo nieliczni ludzie.

– Straszliwie nudno. Straszliwie bezosobowo – powiedział. – Poczekalnia do otchłani. Ciągle ktoś przychodzi, czyta moją kartę, żeby sprawdzić, dlaczego tu jestem, i znowu znika, żeby już więcej się nie pojawić.

Rękę miał na temblaku. Był świeżo ogolony, uczesany, bardzo pozbierany i opanowany. W nogach łóżka wisiała karta choroby, o której wspomniał, więc ja też wziąłem ją do ręki i przeczytałem.

– Gorączka dziewięćdziesiąt dziewięć w skali Fahrenheita, puls siedemdziesiąt pięć, dochodzisz do siebie po postrzałach śrutem, który został usunięty. Jutro wypis.

– I nie jest to zbyt wcześnie.

– Jak się czujesz?

– Zbolały. Niewątpliwie tak samo jak ty.

Potwierdziłem skinieniem głowy, odwiesiłem kartę i usiadłem na krześle.

– Tina powiedziała, że to już trzeci raz.

Uśmiechnął się krzywo. – Nigdy do końca nie zaakceptowała mojej pracy. Kiedyś wycelował do mnie defraudant. Bardzo niezwykłe, to na ogół tacy łagodni ludzie. Pewnie zgodnie z regułą nawet morderstwo mu się nie udało. Posłużył się zbyt małym pistoletem i trafił mnie w biodro. Nie potrafił utrzymać broni… mógłbym przysiąc, że zamknął oczy, zanim strzelił…

– Drugi raz nie strzelał?

– No, prawdę mówiąc, trochę go popędzałem. Upuścił broń i zaczął płakać. Żałosna sprawa.

Spojrzałem na niego z szacunkiem. Popędzanie kogoś, kto do człowieka strzela, nie odpowiada moim wyobrażeniom o patosie.

– A następny raz?

Gerard wykrzywił się. – No, trochę gorzej. Tym razem szanse pół na pół. Po tym wydarzeniu Tina żądała ode mnie obietnicy, że będę pracował tylko w biurze, ale sam wiesz, że tak się nie da. Jeśli ściga się przestępców, zawsze istnieje szansa, że zwrócą się przeciwko tobie, nawetjeśli chodzi tylko o szpiegostwo przemysłowe, którym zazwyczaj się zajmuję. – Znowu uśmiechnął się ironicznie. – Jednak nie strzelił do mnie nielojalny chemik, który sprzedał tajemnice swojej firmyjej największym rywalom. Zrobił to jego ojciec. Niesamowite. Nie chciał uwierzyć w winę swojego wspaniałego synka. Dzwonił chyba ze sześć razy, wykrzykując, że posłałem do więzienia najbardziej błyskotliwego przedstawiciela całego pokolenia, żeby zrobić mu na złość i zniszczyć karierę, bo ukrywałem kogoś innego. Miał zupełną obsesję. Chory psychicznie. W każdym razie któregoś dnia czekał na mnie przed biurem. Przeszedł kawałek po chodniku i strzelił mi w pierś. – Westchnął. – Nigdy nie zapomnę jego twarzy. Triumfujące zło… absolutne szaleństwo.

– I co się z nimi stało? – spytałem zafascynowany.

– Ojciec z przerwami w domu bez klamek. Nie wiem, co się dzieje z synem, chociaż już dawno pewnie wyszedł z więzienia. Smutne. Taki zdolny młody człowiek. Duma i radość ojca.

Zaciekawiło mnie to. – Czy próbujesz się czasem dowiedzieć, co się dzieje z ludźmi, których złapiesz… później?

– Nie, nieczęsto. Na ogół są oni próżni, zachłanni, bez serca, podstępni. Nic mnie nie obchodzą. Można ich żałować, ale zazwyczaj współczuję ich ofiarom.

– Nie tak jak w tym starym dowcipie.

– Jakim dowcipie?

– O mężczyźnie, który znalazł się wśród złodziei, a oni pobili go, okradli i zostawili w rynsztoku skrwawionego i nieprzytomnego. Nadeszło dwóch socjologów, popatrzyli na leżącego ijeden z nich mówi: „Ten, który to zrobił, potrzebuje naszej pomocy”.

Gerard zachichotał i skrzywił się lekko, przytrzymując ramię zdrową ręką.

– Nie możesz uważać, że moja historia jest normalna. Po prostu miałem pecha. Jeszcze tylko jeden z kolegów w naszej firmie odniósł kiedyś rany. Nie zapominaj, że większość policjantów przechodzi bez szwanku cały okres pracy zawodowej.

Nie wszyscy, pomyślałem.

– Tym razem twój pech był moją głupotą – usprawiedliwiałem się. Ostrożnie, sztywno pokręcił głową. – Nie obwiniaj się. Wróciłem na podwórko z własnej woli. I na tym poprzestańmy, zgoda?

Z wdzięcznością pomyślałem, że jest wspaniałomyślny, jednak w dalszym ciągu czułem się winny. Zawsze mi się wydawało, że rozgrzeszenie to fałsz. Błądzenie to rzecz ludzka, ale łatwe przebaczenie daje uczuciową swobodę powtarzania błędów. Nieustanne wybaczanie niszczy ducha. Przy odrobinie szczęścia, pomyślałem, nie powinienem już zrobić niczego, co naraziłoby mnie na przebaczenie Gerarda.

Chyba najlepiej określało go słowo „przyzwoity”. Jako detektyw nie był „barwny” w rozumieniu utworów literackich, co oznacza babiarz, niechluj i pijak. Dobroć, łatwo zauważalna i równie trudna do zdefiniowania, jednak najtrudniejsza ze wszystkich zalet, była widoczna w zdecydowanych rysach jego twarzy. Poważny, racjonalny spokojny, zdawał się nie podlegać psychicznym zawirowaniom dotykającym tak wiele osób, a przejawiającym się w małostkowym napawaniu się własną niewielką władzą, w zarozumiałej napuszoności, w pożerającym niepokoju niepewności siebie. Wszystkie te cechy widywałem na co dzień nie tylko u moich klientów, ale także u ludzi, do których powinniśmy zwracać się z ufnością, u wszelkiego rodzaju urzędników, prawników czy lekarzy. Chociaż nigdy na pewno nie wiadomo, być może Gerard znajdował się w szponach licznych grzechów, może starannie ukrywał swojego pana Hyde’a, ale to, co widziałem, bardzo mi się podobało.

Powiedziałem mu o liście zakupowej złodziei, którą znalazł Brian, dałem mu jedną jej odbitkę i wyjaśniłem, że mógł to napisać własną ręką Paul Young.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął, czytając. – Mógłby równie dobrze podpisać wyznanie!

– Mhm.

– Wiadomo, po co była złodziejom spisana lista – powiedział. – Wszystkie te francuskie nazwy. Musieli mieć możliwość porównania. W przeciwnym razie nigdy nie byliby pewni, czy wzięli to, co trzeba.

– Chyba że znaliby na pamięć etykiety. Gerard podniósł wzrok znad kartki papieru.

– Chcesz powiedzieć, że włamywacze nie są autorami całego oszustwa?

– Gdyby byli, nie potrzebowaliby spisu.

– Fakt. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Jak myślisz, czy są to mordercy Zaraca?

Otworzyłem usta i zaraz je zamknąłem, ale kiedy minął drobny szok, powoli i niezdecydowanie pokręciłem głową.

– Nie wiem. Byli brutalni… ale w pewnym momencie, kiedy ten większy wyjął broń z furgonetki i wycelował we mnie, wyraźnie się zawahał. Gdyby uczestniczył już w morderstwie Zaraca… czy nie zabiłby mnie od razu?

Gerard zastanawiał się chwilę.

– Trudno powiedzieć. Zarac umarł z dala od Chińczyka z daniami na wynos. Wahanie mógł spowodować znacznie bardziej publiczny charakter podwórka. Jednak ludzie, którzy na złodziejską wyprawę zabierają broń, musieli choćby przez chwilę myśleć o zabiciu, nie zapominaj o tym.

Nie zapomnę, pomyślałem.

– Dlaczego zostałeś detektywem? – spytałem z ciekawością.

– Nie mów „detektywem”. Tina tego nie lubi.

– A więc konsultantem dochodzeniowym.

– Zostałem porwany z college’u w czasach, gdy praca detektywa mojemu niedojrzałemu umysłowi jawiła się w całym swym splendorze. – Znowu lekko krzywy autodrwiący uśmieszek. – Kończyłem kurs księgowości i chodziłem do szkoły biznesu, ale nie marzyłem o tym, by te nauki stosować w życiu. Prawdę mówiąc, te perspektywy raczej mnie odstraszały. Pewnego dnia wspomniałem w rozmowie z jednym z moich wujów, że chętnie poszedłbym pracować w policji, tylko że wywołałoby to masowe ataki serca w rodzinie. Był przy tym jego przyjaciel, który zapytał, dlaczego nie wstąpię do policji gospodarczej… oczywiście nawet nie wiedziałem, o czym on mówi, ale skierował mnie do agencji i chyba coś im szepnął. Zaproponowali mi próbną pracę przez rok i zaczęli mnie uczyć, jak się prowadzi poszukiwania… To była inna agencja, nie Deglet’s. Ale Deglet’s nas przejął, a ja byłem już częścią umeblowania i wyposażenia.

– Żałowałeś kiedyś?

Odparł zamyślony: – Bardzo modne jest tłumaczenie wszelkich przestępstw wpływem środowiska i wychowania, stałe obarczanie winą kogoś innego, nigdy danego winowajcy. Że niby nikt się nie rodzi zły i tak dalej. Gdyby nie nędzne mieszkanie, brutalny ojciec, bezrobocie, kapitalizm i tak dalej, i tak dalej… Pewnie słyszałeś to wielokrotnie. I spotykasz złoczyńcę z dobrego domu, który ma normalnych rodziców, pracę i nie może się powstrzymać od sięgnięcia do kasy. Widziałem bardzo, bardzo wielu takich. To właśnie ich śledzę. Czasami można wskazać na szczególny zbieg okoliczności, który sprzyjał ich złodziejstwu, szpiegostwu czy zdradzie zaufania, ale przekonuję się, że tak wielu z nich po prostu czuje potrzebę bycia nieuczciwym. Często nie z czystej konieczności, tylko dlatego, że to ich ekscytuje. I bez względu na to, jak na nich patrzysz, czy jak na biedne ofiary społeczeństwa, czy grabieżczych najeźdźców, niszczą wszystkich na swojej drodze. – Zmienił pozycję na poduszkach. Byłem wychowany w szacunku dla tego najbardziej staroświeckiego pojęcia, jakim jest fair play. Nawet obecny znużony świat potrafi przyznać, że wojna nie jest tak całkiem sprawiedliwa… a ja próbuję przywrócić fair play. Osiągam zwycięstwa w skromnym zakresie, a co minutę rodzi się następny oszust komputerowy… O co ty mnie pytałeś?

– Już mi odpowiedziałeś.

Przesunął koniuszkiem języka po wargach, jakby czuł, że są wysuszone. – Możesz mi podać wodę?

Podałem mu szklankę i odstawiłem ją na miejsce, gdy skończył pić.

Bądź wdzięczny za wszelkie łajdactwo, pomyślałem. Zależy od niego praca milionów, w tym i Gerarda. Policjanci, prawnicy, inspektorzy podatkowi, strażnicy więzienni, urzędnicy sądowi, ochroniarze, ślusarze, producenci alarmów antywłamaniowych… Co by z sobą poczęli jak świat długi i szeroki, gdyby nie różne twarze Kaina.

– Gerard…

– Słucham?

– Od czego się zaczynają i na czym się kończą moje obowiązki konsultanta?

– O co ci chodzi?

– No… w „Silver Moondance” nie było całej cysterny szkockiej. Szkocka whisky Rannoch nadal musi gdzieś być… może udaje Laphroaig, ale raczej paraduje jako Bell’s.

Gerard dostrzegł uśmieszek w kącikach moich ust i znowu zachichotał boleśnie.

– Myślisz, że mógłbyś ją znaleźć, gdybyś pił w każdym lokalu stąd do John o’Groats?

– Tylko w hrabstwach Berk i Oksford i nie dalej jak Watford. Na początek, powiedzmy, pięćdziesiąt tysięcy miejsc… Trochę kluczenia chwiejnym krokiem…

– Uspokój się. Śmiech sprawia mi ból.

– No i ta wizja marskości wątroby.

– Skoro ci zależy.

– To był tylko żart.

– Wiem. Ale… tak byłoby najlepiej.

– No cóż, mogę pić szkocką przy każdej okazji, jeśli nawet nie w każdym barze. Ale tak jej raczej nie znajdę.

– Nigdy nie wiadomo. Jakiś obskurny pub na bocznych uliczkach Reading…

Pokręciłem głową. – Raczej coś w stylu „Silver Moondance”, pełno dymu, hałasu, tańców i olbrzymi przerób.

Gerard zamyślił się. – Zależy, ile Kenneth Charter jest gotów wydać. Jak mówisz, to bardzo mało prawdopodobna droga… ale powiem mu o tym. Czasami takie kroki się opłacają, widziałem już sytuacje, w których sprawdzały się ewentualności przy szansie jeden do pięćdziesięciu tysięcy.

Nie spodziewałem się, że potraktuje mnie poważnie, toteż moja następna kwestia wydawała się teraz całkiem nieistotna. Mimo wszystko powiedziałem to, co zamierzałem powiedzieć:

– Namówiłem sierżanta Ridgera, żeby zwrócił mi jedną z butelek wina zarekwirowanych w „Silver Moondance”. Etykieta może okazać się pouczająca. Wiem, że na pozór nie ma to związku z cysternami Kennetha Chartera, ale… jeśli dowiemy się czegoś więcej o winie, może to nas zaprowadzić z powrotem do szkockiej.

Popatrzył na odbitkę leżącą na kołdrze.

– Chcesz powiedzieć, do Paula Younga?

– No, chyba tak.

– Informacja o etykietkach na Winie zdecydowanie wchodzi w zakres konsultacji. Zbytnie zbliżanie się do Paula Younga na pewno nie.

Загрузка...