20

Wywiesiłem na drzwiach sklepu kartkę: „Nieczynne z powodu choroby personelu. Bardzo przepraszamy. Otwieramy w poniedziałek o 9.30”.

Jestem szalony, pomyślałem. To wariactwo.

Jeśli nie pojadę, pojedzie tam sam.

W tym momencie urwały się moje myśli. Nie mogłem pozwolić, żeby pojechał sam, podczas gdy ja miałem akurat tę wiedzę, która była potrzebna. Tym bardziej że on czuł się zmęczony i chory, a ja czułem się dobrze, niemal tak silny jak zwykle.

Usiadłem przy biurku i napisałem kartkę do sierżanta Ridgera z informacją, że powiedziano mi, bym poszukał whisky z „Silver Moondance” w rozlewni Bernarda Naylora, więc jadę tam z Gerardem McGregorem (podałem jego adres), żeby to sprawdzić. Zakleiłem tę notatkę w kopercie, na której napisałem instrukcje dla pani Palissey; jeśli nie będzie miała ze mną kontaktu do dziesiątej rano, ma odnieść tę kopertę na policję i dopilnować, żeby ją otworzyli.

Postawiłem kopertę na kasie, gdzie musi się rzucić w oczy, i miałem nadzieję, że pani Palissey nigdy jej nie przeczyta. Rozejrzałem się po raz ostatni po sklepie, zamknąłem drzwi i odjechałem, starając się nie zastanawiać nad tym, czy jeszcze kiedykolwiek wrócę.

Chwilami myślałem, że Kenneth Charter musi znać tego człowieka. Że Stewart Naylor jest w porządku. A chwilami ufałem nocnemu olśnieniu Gerarda. Intuicja jednak istnieje. Rozwiązania można znaleźć we śnie.

Prawdopodobnie wszystko to okaże się zwykłą przejażdżką, niewartą melodramatycznych listów do policji i tych wszystkich dywagacji. Pojedziemy do rozlewni, nie będziemy się włamywać, znajdziemy tam pełno dowodów legalnej prosperity i spokojnie wrócimy do domu. Nie będzie to kolejna niedziela krwawych koszmarów.

Zgodnie z umową spotkałem się z Gerardem na parkingu, bo tymczasem pojechał do domu, żeby zostawić w garażu zdobycze z Martineau Park. Stamtąd pojechaliśmy w kierunku Londynu jego mercedesem, tyle że tym razem ja siedziałem za kierownicą.

– Załóżmy, że jesteś Stewartem Naylorem – zaczął Gerard. – Załóżmy, że całe życie uczyłeś się, jak prowadzić rodzinny biznes w postaci rozlewni i nagle z powodu zmiany francuskich przepisów okazuje się, że rzeka wina przemienia się w strumyczek.

– Łuk – powiedziałem i skinąłem głową.

– Co takiego? Ach, tak. Kennneth Charter mylił się w istocie. To kusza wykończyła łuk… ale mniejsza z tym. Kusze, strzelby czy coś innego, w każdym razie nie z własnej winy wypadasz z interesów. Kenneth Charter potwierdził dziś rano, że wozi do rozlewni Naylora ledwie jedną piątą tego, co kiedyś, choć nadal jest to dużo. Więcej niż gdziekolwiek indziej. Mówi, że po tym się orientuje, że interesy Naylora idą dobrze, podczas gdy inni ledwie zipią.

– Ciekawe…

– W istocie. Załóżmy, że jesteś Stewartem Naylorem i gorączkowo poszukujesz czegoś, co mógłbyś nalewać do butelek… sok pomidorowy, płyn do mycia, cokolwiek… ale przekonujesz się, że wszyscy w twojej branży gonią za tym samym. Perspektywa bankructwa unosi swój paskudny łeb i wpatruje się w ciebie wzrokiem pełnym pogróżek. – Zamilkł, bo mijałem ciężarówkę, po czym kontynuował: – Wcześniej zakładaliśmy, że w tym momencie pojawia się w samą porę jakiś oszust, proponując ocalenie w zamian za nieuczciwość i że nasz osaczony rozlewnik to przyjmuje. Załóżmy jednak, że wcale nie było tak. Załóżmy, że Stewarta Naylora wcale nie trzeba było namawiać, bo bez żadnej pomocy wymyślił ten oszukańczy przekręt…

– Który polegał na kupowaniu wina zamiast rozlewania cudzego wina w butelki. Nawet lepiej niż przedtem opłacało się rozlewać je do butelek, przyklejać etykiety i sprzedawać. – Zmarszczyłem brwi. – I na tym etapie zostajesz zdemaskowany i oskarżony.

– Chyba że masz przyrodniego brata, który lubi konie. Umieszczasz go… za pieniądze z banku… w „Silver Moondance” i wstawiasz mu swoje wino do sprzedaży. Sprzedaje się dobrze i mniej więcej dwudziestokrotnie drożej niż ty za nie płacisz, nawet jeśli doliczysz koszt butelek. Pieniądze zaczynają płynąć… i w tym momencie padasz ofiarą syndromu zachłanności.

– Syndromu zachłanności?

– Uzależnienie – wyjaśnił Gerard. – Pierwszy krok to krok gigantyczny. Decyzja. Wąchać kokainę czy nie. Pożyczyć pieniądze ze zbiórki świątecznej, tylko ten raz. Sprzedać pierwszy sekret. Zaprojektować etykietę z nieistniejącym chateau i przylepić na butelkę napełnioną winem z rzeki. Pierwszy krok jest gigantyczny, drugi o połowę mniejszy, a przy szóstym kroku jest to już nawyk. Załóżmy, że nasz Stewart Naylor zaczyna kombinować, że znalezienie innych punktów zbytu podwoi lub potroi zyski.

– W porządku. Załóżmy.

– W tym momencie musimy założyć istnienie pomocnika zwanego Zarac, którego umieszczamy korzystnie jako głównego kelnera w „Silver Moondance”. Jednym z jego obowiązków jest zorientowanie się w możliwościach ekspansji, toteż w odpowiednim czasie dociera do Vernona w Martineau Park. Melduje o tym Paulowi Youngowi… Paul Young czy Stewart Naylor… idzie do Vernona i nagle interes z podrabianym winem rusza pełną parą, podwaja się wręcz. Teraz napływa tyle pieniędzy, że ich ukrycie staje się problemem. Nie szkodzi. Przyrodni brat Larry jest specem od koni. Wystarczy przekazać braciszkowi żenującą gotówkę, a on ją przyoblecze w końskie ciało, wyśle do Kalifornii i znowu przeobrazi, o ile to możliwe z zyskiem, i wpłaci do banku. Jak należy przypuszczać, z nadzieją, że pewnego dnia ją podejmie i będzie się spokojnie wygrzewał na słońcu. Z mojego doświadczenia wynika, że ten ostatni rozdział rzadko się realizuje. Uzależnienie od przestępstwa staje się do tego stopnia częścią osobowości przestępcy, że nie potrafi przestać. Przyłapałem licznych szpiegów przemysłowych, bo nie potrafili się wyzwolić od swego ulubionego skradania się z kamerą.

– Posprzątaj i zmiataj – podsumowałem.

– Jak najbardziej. Niemal nigdy tak się nie dzieje. Wracają po drugi kęs, i trzeci, i jeszcze troszkę… no i wychodzi o jeden za dużo.

– A więc Stewart Naylor objął swoją pomysłowością szkocką?

– Hm. Załóżmy, że kiedy pewnego dnia syn przychodzi odwiedzić rozwiedzionego ojca, przyprowadza ze sobą przyjaciela, Kennetha juniora? A może przyprowadza go często? Stewart Naylor dość dobrze zna ojca juniora… cysterny Kennetha Chartera woziły wino do rozlewni Naylora przez wiele lat. Może uzależniony od przestępstwa Stewart przypatruje się juniorowi i przypomina sobie, że cysterny Chartera wożą nie tylko wino, ale również dżin i szkocką, i że chociaż dochody z wina są niezłe, to przy szkockiej staną się astronomiczne…

– Nie mógł jednak wprost zażądać od juniora sprzedania informacji o trasach cystern, o docelowych punktach dostawy i całym rozkładzie jazdy. Junior mógłby się nagle oburzyć i pognać do domu, żeby wszystko wygadać…

– Ale uważa, że junior dojrzał do aktu drobnej zdrady, pewnie słyszał jego utyskiwania na trudne stosunki z ojcem.

– Więc wysyła Zaraca, żeby go pozyskał – powiedziałem. – Może wysyła go do klubu bilardowego Diamond? Albo do dyskoteki? W tego typu miejsce? A Zarac mówi: mały, tu jest niezła forsa. Daj mi klucze od cysterny, podaj mi jej trasę, a ja dam ci więcej gotówki. Trzy miesiące później znowu płaci. I znowu. A potem mówi: mały, daj mi klucze od jeszcze jednej cysterny, bo ta pierwsza jest już za bardzo trefna…

– Niby dlaczego nie?

– No właśnie.

– W każdym razie Zarac miał silne atuty, kiedy doszło do szantażu – stwierdził Gerard.

Skinąłem głową. – Tak silne, że nie wyszły mu na dobre. Dojechaliśmy do końca autostrady, skręciliśmy w węższe ulice, żeby dostać się na Ealing.

– Wiesz, jak znaleźć tę rozlewnię? – spytałem. – Czy pytamy policjanta?

– Jest plan – wyjaśnił zwięźle Gerard, wyciągając ze schowka plan miasta. – Zobaczymy. Gdy dojedziemy do szosy, jedź wolno i rozglądaj się.

– W porządku.

– Ale nie zatrzymuj się, miń ją. Kiedy zobaczymy, jak to wygląda, podejmiemy decyzję.

– Rozumiem.

– Jeśli po przejechaniu mili skręcisz w lewo, będziemy mniej więcej o pięć mil od celu. Będę pilotował.

– Dobrze.

Na dużym skrzyżowaniu skręciliśmy w lewo w dwupasmową ulicę na – uśpionym przedmieściu, gdzie w niezliczonych piekarnikach skwierczały pieczenie na niedzielny obiad.

– Jutro dostaniemy profil tej szkockiej, którą zabraliśmy z Martineau Park – powiedział Gerard.

– Iz próbki pobranej przeze mnie z butelki z „Silver Moondance”.

– Powinny być takie same.

– Będą.

– Jesteś tego absolutnie pewny. Uśmiechnąłem się szeroko. – Jasne.

– No to powiedz, co cię tak śmieszy?

– Hm… wiesz, że cysterny za każdym razem wyruszały ze Szkocji z pięćdziesięcioośmioprocentowym alkoholem? I że w firmowej wytwórni Rannoch zostałby rozcieńczony wodą do czterdziestu procent?

– Owszem.

– Czy masz pojęcie, ile wody do tego potrzeba?

– Nie, oczywiście, że nie mam. Ile?

– Jakieś dwa tysiące siedemset galonów. Licząc na wagę, ponad dziesięć ton.

– Wielkie nieba!

– No więc Rannoch bardzo ostrożnie podszedłby do tej wody. Użyliby jakiejś czystej wody źródlanej, nawet jeśli nie pochodziłaby ze szkockiego jeziora. Ale przysiągłbym, że skradzione ładunki Chartera zostały rozcieńczone zwykłą wodą z kranu.

– To źle?

Roześmiałem się. – Oczywiście, że źle. Każdy szkocki destylator dostałby ataku. Twierdzą, że jakość szkockiej zależy wyłącznie od miękkości i czystości wody z jezior. Kiedy w sklepie spróbowałem po raz drugi szkockiej z „Silver Moondance”, w posmaku czułem słaby zapach chemikaliów. Zdarza się nie najgorsza woda z kranu, ale czasami jest straszna. Herbata z niej jest ohydna. Spytaj mieszkańców tej dzielnicy.

– Tutaj? – wykrzyknął.

– Zachodnia część Londynu słynie ze złej wody.

– Coś podobnego!

– I to też wyjdzie w profilu.

– Woda?

– No… oczyszczające środki chemiczne. W czystej szkockiej w ogóle nie powinny się znajdować.

– Ale czy woda z kranu nie zepsuje profilu whisky? Chodzi mi o to… czy będziemy mogli udowodnić, że nasze próbki są identyczne z oryginalną whisky wysłaną ze Szkocji?

– Nie martw się. Woda z kranu nie wpłynie na profil whisky, wyjdą po prostu dodatkowe składniki.

– Czy fakt, że szkocka jest rozcieńczona, będzie miał znaczenie?

– Nie. Chromatograf gazowy po prostu pokazuje obecność składników, nie ich ilość.

Zdawało się, że ta wiadomość przyniosła mu pewną ulgę.

– Skręć w prawo na światłach. A czy ten chromatograf gazowy może powiedzieć, skąd pochodzi określona próbka wody z kranu?

– Tego nie wiem.

– Zadziwiające.

– Co cię tak zadziwia?

– Że jest coś, czego nie wiesz.

– No cóż, nie znam chińskich dynastii, nie umiem powiedzieć dziękuję w piętnastu językach, nie znam drogi do tej rozlewni. – I chciałbym od razu zawrócić i pojechać prosto do domu, pomyślałem. Im bardziej zbliżaliśmy się do rozlewni Naylora, tym bardziej rosło moje zdenerwowanie… myślałem o ojcu, tak zwyczajnie odważnym, wyruszającym na pole bitwy, inspirującym swoich podkomendnych… i o tym, dlaczego nie mogę być taki jak on, dlaczego zasycha mi w ustach, a oddech przyspiesza, jeszcze zanim zdążyliśmy dojechać w głąb Ealingu.

– Skręć w lewo. I trzecią w prawo. To nasza droga.

Był absolutnie spokojny. Żadnego napięcia ani niepokoju w głosie, w wyrazie twarzy. Świadomie rozluźniłem zacisk dłoni na kierownicy i bez większego powodzenia starałem się odprężyć do tego stopnia, żeby dorównać Gerardowi.

Niestety. Nawet zęby miałem zaciśnięte, gdy skręciliśmy w trzecią na prawo i powoli posuwaliśmy się do przodu.

– To tu – powiedział rzeczowo Gerard. – Widzisz? Spojrzałem tam, gdzie wskazywał ręką. Dwie bardzo wysokie bramy wjazdowe, zamknięte, usytuowane w bardzo wysokim ceglanym murze. Na bramach wypłowiałe białe litery układały się w słowa; „Bernard Naylor Botding”, a poniżej napisu znajdowała się kłódka wielkości spodka. Nie uda nam się wejść do środka, pomyślałem. Bogu za to dzięki.

– Na końcu skręć w lewo – powiedział Gerard. – Zaparkuj tam, jeśli się da.

Było to jedno z przedmieść zbudowanych przed wprowadzeniem stref, gdzie lekki przemysł usadowił się między domami mieszkalnymi jako integralna część społeczności. Kiedy zaparkowałem mercedesa przy krawężniku w rzędzie samochodów mieszkańców, ruszyliśmy piechotą, mijając okna z koronkowymi firankami i pełne krzaczków frontowe ogródki. Jedzą teraz pieczoną wołowinę, pomyślałem, Yorkshire pudding i sos… dziesięć minut po porze obiadu, a mnie burczy w brzuchu tak, jakby fruwały w nim wszystkie motyle z deszczowych lasów Brazylii.

Szliśmy wolno jak podczas przechadzki, na krótkiej uliczce był prócz nas tylko jeden przechodzień, jakiś starszy mężczyzna cierpliwie czekający na swojego psa przy latarni.

Kiedy dotarliśmy do bram wysokich na ponad dwa metry, pomalowanych zblakłą już w słońcu zieloną farbą, Gerard zatrzymał się na wprost wejścia, odchylił do tyłu głowę, jakby odczytywał napis.

– Na szczycie muru jest tłuczone szkło – powiedziałem. – Na szczycie bram drut kolczasty. I nie mów mi, że potrafisz otworzyć tę półtonową kłódkę.

– Nie ma potrzeby – odparł spokojnie Gerard. – Otwórz oczy. W wielu masywnych bramach demonstracyjnie pozamykanych są niewielkie drzwi zaledwie na szerokość jednej osoby. I tutaj w lewym skrzydle bramy, dokładnie przed nami, jest właśnie taka furtka, zamknięta na całkiem zwyczajny na oko zamek sprężynowy. A jeśli nie potrafię przeprowadzić nas przez tę furtkę, to znaczy, że zmarnowałem najlepsze lata życia.

Przerwał demonstracyjne czytanie napisu na bramie i podjął przechadzkę, spoglądając od niechcenia na niewielką furtkę wyciętą w dużej bramie.

– Palisz? – zapytał.

– Nie – odparłem zaskoczony.

– To zawiąż sobie sznurowadło.

– Jasne. – Zrozumiałem, o co mu chodzi, więc posłusznie się nachyliłem, żeby udawać, że zawiązuję kokardki przy mokasynach.

– Drobnostka – powiedział nagle Gerard nad moją głową.

– Co takiego?

– Wchodź.

Z najwyższym zdumieniem spostrzegłem, że wąska furtka była już szeroko otwarta. Zrobił to bardzo szybko. Teraz chował do górnej kieszeni kawałek przezroczystego plastiku i spoglądał na uliczkę, gdzie pies po raz kolejny zatrzymał swojego pana.

Gerard przeszedł przez furtkę w taki sposób, jakby stale tu bywał, a ja z coraz mocniej bijącym sercem wszedłem za nim. Zamknął za mną furtkę, sprężynowy zamek zaskoczył z trzaskiem. Gerard uśmiechnął się nieznacznie, spostrzegłem, że mimo zmęczenia i złego samopoczucia doskonale się bawi, w co naprawdę trudno mi było uwierzyć.

– Tam mogą być ludzie – powiedziałem.

– Jeśli tak… to ta furtka była otwarta. Ciekawość.

Obaj spojrzeliśmy na bardzo szeroką bramę od środka. Kłódka na zewnątrz przynajmniej częściowo była na pokaz, bo po wewnętrznej stronie znajdowały się ciężkie pionowe rygle, a na wysokości metra olbrzymia sztaba, tak że największy nawet nacisk od zewnątrz nie mógłby otworzyć bramy.

– Fabryki często wycinają taki otwór w swoich murach obronnych – powiedział Gerard, wskazując ręką furtkę. – Szczególnie tak stare jak ta, zbudowane jeszcze w wieku niewinności.

Znaleźliśmy się na dużym wybetonowanym dziedzińcu, którego całą długość po naszej prawej stronie zajmował wysoki budynek z cegły; miał dwa długie rzędy kwadratowych zakratowanych okienek. Na końcu dziedzińca na wprost nas stał jednokondygnacyjny nowoczesny budynek biurowy o konstrukcji panelowej, a po lewej była wartownia, w której w dni robocze niewątpliwie siedział człowiek kontrolujący ruch ludzi i pojazdów.

Żadnego dozorcy. Drzwi do stróżówki były zamknięte. Gerard przekręcił gałkę, ale bezskutecznie.

Przy drzwiach znajdowało się okno, przypominające okienko kasowe, pewnie tutaj w dni robocze urzędował strażnik pilnujący bramy. Gerard przez chwilę zaglądał przez to okienko, a potem znowu zainteresował się drzwiami.

– Zamek zapadkowy – stwierdził, oglądając dziurkę od klucza. – Szkoda.

– To ma jakieś znaczenie? – spytałem. – Chodzi mi o to, że w stróżówce chyba nie będzie nic ciekawego.

Gerard popatrzył na mnie pobłażliwie. – W starych fabrykach często można znaleźć klucze do wszystkich budynków na tablicy w stróżówce. Wartownik wydaje odpowiednie klucze pracownikom.

Obserwowałem w milczeniu, jak wkładał do dziurki od klucza metalowy wytrych, skoncentrowany na tym, by wyczuć wychyłki; w tej chwili niczego nie widział, cala świadomość skupiała się w palcach. A mnie zupełnie zaschło w gardle.

Na terenie zakładu było pusto. Nikt nie biegł do nas przez dziedziniec z żądaniem niemożliwych wyjaśnień. Rozległ się ciężki brzęk od strony drzwi do wartowni, a Gerard z westchnieniem satysfakcji chował stalowy wytrych i ponownie przekręcił gałkę.

– No to mamy je – stwierdził, kiedy drzwi otworzyły się bez problemu. – Teraz się rozejrzymy.

Pomieszczenie, do którego weszliśmy, miało podłogę z drewna, stało w nim krzesło, zegar kontrolny do podbijania kart i zaledwie sześć kart w przegródkach przeznaczonych co najmniej na setkę; gaśnica wyglądająca na nową, na ścianie wisiały też fragmenty regulacji z ustawy o fabrykach, a obok płytka szafa ścienna. Gerard otworzył drzwiczki szafy i okazało się, że słusznie przewidział: były tam cztery rzędy haków z naklejkami, a na wszystkich hakach wisiały oznakowane klucze.

– Wszystko na miejscu – oświadczył z wielką satysfakcją. – Naprawdę nikogo tu nie ma. Mamy całą wytwórnię dla siebie. – Zaczął odczytywać oznakowania kluczy. – Najpierw pójdziemy do biura. Na tym znam się najlepiej. A potem… dokąd?

Ja też odczytałem nalepki na kluczach. – Główny dział. Magazyn butelek. Sala etykiet. Kadzie. Rozdzielnia. Ile mamy czasu?

– Jeśli Stewart Naylor to Paul Young i zrobi to, co obiecał, będzie teraz w drodze do Martineau Park. Jeśli policja tam go zatrzyma, mamy przynajmniej dwie albo trzy godziny.

– Nie mam takiego uczucia.

– Wiem. Zawsze czuje się lęk przy kilku pierwszych wyprawach.

Znowu mnie zatkało. Zdjął z haczyków te klucze, które były mu potrzebne, i dał znak, żebym zrobił to samo. Potem wyszliśmy z wartowni, zamknęliśmy za sobą drzwi na klucz (niepotrzebnie, jak mi się wydawało) i wyszliśmy na główną część dziedzińca.

Po lewej stronie ukazał się jeszcze jeden duży budynek z cegły i w tym momencie pierzchły wszystkie moje nadzieje, że uda nam się stwierdzić niewinność Stewarta Naylora i ostrożnie się wycofać. W lewym rogu dziedzińca stała szara furgonetka Bedford z brązowymi liniami po bokach, bez numerów rejestracyjnych. Podszedłem i zajrzałem przez szybkę, ale w środku nic nie było, ani wina, ani kędzierzawych peruk, ani strzelby.

– Wielkie nieba! To ta, prawda? – zawołał Gerard.

– Jeśli nie ta, to identyczna.

Westchnął głęboko i rozejrzał się po dziedzińcu. – Nie ma tu dużej furgonetki dostawczej z napisem Vintners Incorporated. Pewnie jest teraz w drodze do Martineau. Więc chodźmy do biura. Staraj się nie zostawiać żadnych śladów naszej wizyty.

– Dobrze – powiedziałem niepewnie.

Szliśmy po betonie dziedzińca, a mnie się wydawało, że nasze buty robią przy tym przerażający hałas. Gerard przekręcił klucz w drzwiach do budynku biura, jakby był dyrektorem, który przyszedł do pracy w sztuczkowym garniturze.

Według świadectwa kart zegarowych jak na zakład tej wielkości pracowało tu bardzo mało osób. W budynku biurowym było sześć niewielkich pokoi, w czterech nie było nic prócz biurka i krzesła, w dwóch widniały ślady jakiejś działalności biurowej. Dalej następował ciąg zamkniętych pomieszczeń z napisem „Dyrekcja” na drzwiach zewnętrznych. Poniżej na mniejszej tabliczce napisano „Zapukać przed wejściem”.

Weszliśmy bez pukania, posługując się odpowiednim kluczem z wartowni. W środku natknęliśmy się najpierw na przyjemny gabinet, którego ściany obwieszone były kalendarzami, wykresami i plakatami z winnych regionów Francji. Stały tu dwa biurka, dyrektora i sekretarki, obydwa najwyraźniej codziennie używane. W pojemnikach pełno było listów, faktury nadziane na szpikulec, obok kubka z piórami kwitł fiołek afrykański.

Zostawiłem Gerarda nad fakturami, które oglądał z dużą uwagą, a sam poszedłem do następnego pomieszczenia, w którym znajdowało się kosztowne biurko z blatem krytym skórą, zielone skórzane fotele, na podłodze był dywan, w mosiężnej donicy wysoka roślina, obok barek, oprawione w ramki rysunki przedstawiające Bernarda Naylora i jego rozlewnię przed pięćdziesięcioma laty. Do gabinetu przylegała luksusowa łazienka.

Kolejne drzwi z tego bogatego gabinetu prowadziły do pomieszczenia, które kiedyś było pewnie salą konferencyjną, ale teraz całą centralną przestrzeń podświetloną świetlikami w suficie zajmował stół znacznie większy od stołu bilardowego, a na nim model jakiegoś terenu w miniaturze ze wzgórzami, dolinami, równinami i płaskowyżami, wszystko w zieleniach i brązach na podobieństwo ziemi, na dnie doliny wiła się niebieska wstążka w charakterze rzeki.

Przyglądałem się temu z podziwem. Gerard wetknął głowę przez drzwi, spojrzał na stół, zmarszczył brwi i zapytał: – A co to takiego?

– Gry wojenne – odpowiedziałem.

– Naprawdę? – Podszedł bliżej. – Pole bitwy. Rzeczywiście. A gdzie żołnierze?

Znaleźliśmy żołnierzy w szafie pod ścianą, starannie ułożonych na tacach, setki żołnierzy w rozmaitych mundurach, niektórzy ręcznie malowani. Stały tam także rzędy miniaturowych czołgów i lawet armatnich ze wszystkich epok oraz groźnie wyglądające rakiety w wyrzutniach. Były helikoptery transportowe i dwupłatowce z okresu pierwszej wojny, miniaturowe zwoje drutu kolczastego, ambulanse i najrozmaitsze rodzaje niewielkich budynków, niektóre wyglądały na zbombardowane, inne pomalowane były na czerwono, jakby się paliły.

– Nie do wiary – powiedział Gerard. – Jak to dobrze, że wojny nie rozgrywa się za pomocą kości. Wyrzuciłem szóstkę, więc znoszę z powierzchni ziemi twój przyczółek.

Zamknęliśmy szafę i obrzuciliśmy stół ostatnim zaciekawionym spojrzeniem. Lekko pociągnąłem ręką po najbliższym łańcuchu górskim. Góry się poruszyły.

Trochę przestraszony podniosłem je, żeby odstawić na miejsce, i z pełnym zaskoczeniem zobaczyłem wydrążone wnętrze. Podniosłem kilka kolejnych wzgórz. To samo.

– Co to? – spytał Gerard.

– Góry w środku są białe.

– I co z tego?

– Widzisz, z czego są zrobione?

Podniosłem cały łańcuch wydrążoną częścią do góry, żeby mógł zobaczyć twarde białe wnętrze. – To gips – powiedziałem. – Popatrz na brzegi… jak bandaż. Pewnie cały ten pejzaż wymodelowano w gipsie.

– Wielkie nieba!

– Nie chodzi o chirurga laryngologa. Fanatyk gier wojennych też może być. Prosty materiał, łatwy do modelowania, do pomalowania, twardnieje jak skała.

Starannie odstawiłem pagórki i łańcuchy górskie na miejsce.

– Na tym stole musi być dobrych kilkanaście rolek tego materiału. I jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałbym stąd wyjść.

– Dobra. Przypuszczam, że akurat trochę dokupił tego dnia, kiedy pojechał do „Silver Moondance”. Tak się pewnie zdarzyło, że właśnie miał to w swoim rollsie…

Ludzie nie zawijają przypadkiem głów innych ludzi gipsowym bandażem. Żeby to zrobić, muszą mieć naprawdę mściwe myśli i psychopatyczną złośliwość. Paul Young odszedł bardzo daleko od miejsca startu Stewarta Naylora.

Zamknęliśmy drzwi do pokoju gier wojennych, minęliśmy gabinet z zieloną skórą i wróciliśmy do części biznesowej.

– Mają akurat tyle legalnych interesów, żeby robić wrażenie, że jeszcze trochę im brakuje do bankructwa – powiedział Gerard. – Nie mogę znaleźć niczego podejrzanego. Jeszcze miesiąc temu była dostawa za pośrednictwem cystern Chartera. Od tamtej pory nic. Żadnych faktur z Vintners Incorporated, żadnych not dostawczych, nic. To biuro jest dla księgowych i inspektorów. Przygnębiająco czyste, jeśli nie brać pod uwagę licznych próbek charakteru pisma Younga-Naylora. Zobaczmy więc sam zakład.

Zamknął na klucz budynek biurowy i pytająco uniósł brwi, oczekując ode mnie decyzji.

– Spróbujmy tutaj. – Wskazałem na budynek koło furgonetki Bedford. – Zacznijmy od tego.

– Zgoda.

Do wnętrza prowadziły dwie pary podwójnych drzwi osadzonych w długich białych ścianach. Wykonałem próbę z kluczem „kadzie” i „magazyn butelek”, ale dopiero trzeci klucz „rozdzielnia” otworzył jedne drzwi.

Skrzypnęły zawiasy. Moje ciało odpowiedziało rozmaitymi reakcjami: jak to możliwe, żeby oblewać się potem, kiedy równocześnie kompletnie zasycha w ustach. Weszliśmy do budynku i przekonaliśmy się, że jest to magazyn towarów gotowych do wysyłki, już rozlanych do butelek.

Było tu znacznie więcej przestrzeni niż towaru. Jedynie trzy samotne palety załadowano skrzyniami z napisem „House Wine – czerwone” z adresem restauracji w Surrey i cztery palety o tym samym przeznaczeniu z napisem „House Wine – białe”. I nic więcej.

– Papiery tego towaru są w biurze – stwierdził Gerard. – Restauracja kupiła i sprowadziła wino, Naylor rozlał je do butelek. Wygląda to na stałe dostawy.

Wróciliśmy na dziedziniec i zamknęliśmy na klucz drzwi do budynku wysyłkowego.

– Główna hala – powiedziałem, patrząc na wysoki budynek naprzeciwko. – Zobaczmy, jak to wygląda.

Klucz posłusznie otworzył zamek. Budynek był stary, zauważało się to od razu, wybudowany solidnie przez dziadka Naylora, żeby służył paru pokoleniom. Ściany wewnętrzne wyłożone były białymi kaflami niemal na wysokość człowieka, a powyżej pomalowane na kremowo (bardzo dawno). Przy głównym wejściu po lewej na górę prowadziły kręte schodki, a Gerard zdecydował, że najpierw pójdziemy tam, bo jego umysł nastawiony na papiery instynktownie szukał oświecenia na wysokości. Poszliśmy więc na górę, co w dużej mierze było słuszne.

Przestrzeń na górze była zakurzona i wyraźnie nie używana, ale znaleźliśmy tam zamknięte drzwi, które niby sezam otworzyły się kluczem z nalepką „sala etykiet”.

– Wielkie nieba. Czy zawsze tak to wygląda?

Patrzyliśmy na dużą przestrzeń podłogi zasypaną stertami etykiet, były ich tam w sumie tysiące, w pozornym nieładzie, w którym niewątpliwie kryła się jakaś metoda.

– Prawie zawsze. Rzadko udaje się zamówić akurat tyle etykiet, ile będzie potrzeba. Zawsze trzeba mieć więcej na nieprzewidziane okoliczności. Zazwyczaj gromadzą się stosy tych niewykorzystanych.

– Jak widać.

– Stale używane etykiety są pewnie tam w tych niewielkich szufladach przypominających małe sejfy. Na niektórych szufladach są nalepione etykiety… i takie etykiety są w środku.

– Potrzebne nam St Estèphe i reszta, a także Bell’s.

– Mhm.

Obaj zabraliśmy się do poszukiwań, ale ku naszemu rozczarowaniu nie znaleźliśmy żadnej z fałszywych etykiet.

– Potrzebujemy czegoś – powiedział Gerard. – Jakiegoś dowodu. Nie znaleźliśmy go w sali etykiet.

W głębi tej sali znajdowały się kolejne zamknięte drzwi. Zasugerowałem więc, żeby tam zajrzeć, a nuż coś się znajdzie.

Gerard zgodził się, wzruszając przy tym ramionami.

Klucz do „sali etykiet” tym razem nie pasował. Gerard stwierdził, że jest tu kolejny zapadkowy zamek i wydawało się, że całe wieki badał mechanizm swoim wytrychem, ale w końcu drzwi się poddały.

Weszliśmy do pomieszczenia, w którym stała maszyna drukarska, czysta, naoliwiona, sprawna nowoczesna maszyna, na której można drukować nienaganne etykiety.

Część ostatnich prac była jeszcze w niepociętych arkuszach: niekończące się rzędy etykietki Bell’s, o błyszczących barwach, nie dające się odróżnić od oryginału.

Żaden z nas nie powiedział ani słowa. Rzuciliśmy się natomiast do szafek i skrzynek pod ścianami i tam znaleźliśmy wszystko, schludne owalne etykietki St Estèphe, St Emilion, Valpolicella, Macon, Volnay i Nuits St Georges.

– To chateau de Chenonceaux – powiedziałem nagle.

– Co?

– Na tej nalepce St Estèphe. Byłem pewien, że gdzieś to widziałem. A to zamek Chenonceaux nad Loarą, tylko bez mostu.

– Cieszę się, że chociaż sam wiesz, o czym mówisz.

Brał po jednej etykietce z każdego gatunku i czule chował do portfela, który następnie włożył do kieszeni marynarki. Wszystko zostawiliśmy w takim stanie, W jakim zastaliśmy, ale w drodze powrotnej Gerard nie zatrzymał się, żeby z powrotem zamknąć drzwi na klucz, co przyjąłem z wielką ulgą. Znowu zeszliśmy do hallu, a stamtąd do drzwi na lewo, które otwierał klucz z napisem „kadzie”.

Od razu wyczuwało się zapach wina: ciepły różany aromat, jakby człowiek napełnił płuca pachnącym owocem. Gerard podniósł głowę zaskoczony, a ja poczułem się tak, jakbym wrócił do domu.

– Nie myślałem, że tak to wygląda – powiedział.

Niewielka sionka prowadziła do dwóch podłużnych sal, większa po lewej stronie mieściła rzędy dziesięciu olbrzymich okrągłych kadzi przy obu ścianach. Każda kadź pomalowana na ciemnoczerwono miała osiem stóp wysokości, sześć średnicy i była ustawiona osiemnaście cali nad ziemią na grubych ceglanych filarach. Na froncie każdej kadzi były duże zawory do napełniania i wylewania, niewielki zawór do próbowania, licznik do pomiaru ilości i ramka, w którą wsuwało się kartę identyfikującą aktualną zawartość.

– Są olbrzymie – dodał Gerard.

– Cysterna Kennetha Chartera napełnia cztery takie kadzie. W każdej mieści się tysiąc pięćset galonów. Ale można mieć większe.

– Dziękuję.

Uśmiechnąłem się. – Zobaczmy, co jest w środku.

Przeczytaliśmy karty identyfikacyjne. Na większości napisano „pusta”, a licznik ilości wskazywał zero. Na trzech kadziach najbliższych wejścia były napisy „Wino domowe Keely’ego, przywiezione 1 października”, a dalej „Prywatna cuve Dinzaga, przywieziona 24 września”. Dwie sąsiednie kadzie naprzeciwko miały tabliczkę „Linakket, przywiezione 10 września”, äwszystkie kadzie były napełnione jedynie w trzech czwartych.

– Wszystkie figurują w papierach w biurze – stwierdził Gerard z widocznym żalem.

– No to popatrzmy do pustych. Liczniki wskazujące ilość można odłączyć.

Zacząłem od najdalszego krańca, wychodząc z założenia, że jeśli Paul Young składował w Martineau swój łup możliwie najdalej od wejścia, to może robi to również na własnym terytorium. I rzeczywiście. Kiedy odkręciłem zawór próbny, strumyczek na moich palcach miał surowy i ulotny zapach szkockiej.

– Jest! Poszukam butelki i jeśli chcesz, weźmiemy próbkę.

– Później. Sprawdź pozostałe.

– Wszystkie?

– Tak.

Odkręciłem próbne zawory na wszystkich rzekomo pustych olbrzymach, w pięciu znaleźliśmy szkocką, a w trzech wino. Trudno było powiedzieć, po ile galonów jest w każdej kadzi, ale żadnemu z nas nie wydawało się to ważne. Wino, o ile mogłem się zorientować, zlizując je z palców, przypominało starego znajomego St Estephe, a szkocka to była Rannoch zmieszana już z wodą z kranu. Gerard wyglądał jak kot w spiżarni, a kiedy wyprostowałem się po odkręceniu zaworu na ostatniej „pustej” kadzi (która rzeczywiście była pusta), oznajmił, że widzieliśmy już wszystko prócz działu butelkowania i zapytał, gdzie on może być.

– Idź za wężami.

Popatrzył na trzy czy cztery węże leżące na podłodze; grube szare plastikowe węże niby olbrzymie dżdżownice grubości nadgarstka, niektóre zwinięte w spirale, inne proste, biegnące między kadziami przez całą długość pomieszczenia.

– Te złączki na końcu węży wchodzą w zawory kadzi. Jeden z węży połączony jest z kadzią oznakowaną jako pusta, w której znaleźliśmy wino. Widzisz? Wino pompuje się z kadzi do rozlewni… więc żeby znaleźć rozlewnię, trzeba iść za wężami.

Węże wiły się za róg, dochodząc do kolejnej dużej hali, gdzie stały tylko dwie kadzie, obydwie pomalowane na srebrzystą biel, były wyższe, mniej pękate, po ich bokach biegły liczne pionowe rury.

– Czy to białe wino? – spytał żartobliwie Gerard.

– Nie. To kadzie chłodnicze.

– A do czego służą?

Podszedłem do najbliższej kadzi, ale była wyłączona, o ile mogłem zobaczyć, druga też.

– Używa się ich do usunięcia cząsteczek mącących mocne alkohole i białe wino. Jeśli obniżysz temperaturę, cząsteczki stałe opadają na dno, a z wyższych partii wypompowujesz czysty płyn.

Węże omijały kadzie chłodnicze, biegły przez kolejne szerokie drzwi i tam znaleźliśmy to, czego Gerard szukał: wysoką, jasną i przewiewną halę wysokości dwu kondygnacji, gdzie płyn rozlewano do butelek, korkowano lub zamykano butelki zakrętkami i przyklejano etykiety, a następnie pakowano butelki do skrzynek.

Były cztery odrębne linie produkcyjne do wypełniania, korkowania, nalepiania etykiet i nakładania zakrętek, co dawało znacznie większą moc przerobową niż bieżące zadania przedstawione w dokumentacji. Same maszyny, podobnie jak kadzie i węże, były nowe w porównaniu z budynkiem zakładu. Było tu jasno, czysto, porządnie, przestronnie, rzucała się w oczy dobra organizacja.

– Spodziewałem się czegoś ponurego w stylu Dickensa – stwierdził Gerard. – Gdzie szukamy?

– W tych wielkich drewnianych skrzyniach powinny być puste butelki, ale mogą też być pełne, które czekają na etykiety. Zajrzyj do nich.

– A te szklane zagrody?

– Maszyny do rozlewania, korkowania i automatycznego etykietowania odgradza się szklaną przegrodą dla bezpieczeństwa, nie włączą się, dopóki nie zamknie się szklanych drzwi. Wygląda na to, że jeden ciąg maszyn jest gotów do pracy. Widzisz korki w tym przezroczystym pojemniku? A wyżej na mostku te cztery kadzie? Wino czy inny płyn przepompowuje się wężami z wielkich kadzi magazynowych w długiej hali do tych kadzi na mostku, skąd siła ciężkości pcha płyn do butelek. Wydaje się, że pompy do tych kadzi są tam na mostku. Mogę wejść na górę i sprawdzić, czy jest coś w tych małych kadziach.

Gerard skinął głową, a ja wszedłem po schodkach. Mostek, biegnący od jednej ściany rozlewni do drugiej, miał około trzech metrów szerokości, z obu stron barierki, a cztery kadzie rozlewnicze sięgały powyżej mojej głowy, do każdej przymocowana była drabinka, która pozwalała dostać się do zaworu wejściowego na szczycie.

Na mostku były cztery pompy elektryczne, jedna dla każdej kadzi, ale tylko jedna pompa połączona była z wężem. Jeden wąż prowadził z niższego piętra, a kolejny łączył pompę ze szczytem kadzi. Pomyślałem, że w tej kadzi mogę znaleźć St Estephe, przykucnąłem więc u jej podstawy i wypuściłem kilka kropli płynu przez umieszczony tam mały zaworek.

Gerard z hałasem przeglądał butelki w drewnianych skrzyniach, poszukując pełnych. Skrzynie były bardzo masywne, kwadratowe, wysokie na ponad metr, skonstruowane z rzędów deszczułek jak zakratowane bramy. Przez przerwy między deszczułkami widać było błyszczące w środku butelki, w każdej skrzyni były ich setki.

W tym mniej czy bardziej naturalnym dla mnie otoczeniu poczułem się jak w domu i od dziesięciu minut zupełnie zapomniałem o strachu, co było podstawowym błędem, bo dokładnie pode mną odezwał się ostry, donośny i grożący głos:

– Co tu robisz, do jasnej cholery? Cofnij się, podnieś ręce do góry i odwróć się!

Загрузка...