14

Gerard przyjechał za mną swoim naprawionym mercedesem. Wkroczył do domu z pachnącymi paczkami od Sung Li.

– To nazywasz domkiem? – spytał sceptycznie, rozglądając się. – To raczej pałac.

– Kiedyś to był niewielki domek ze stodołą, bez połączenia rozpadały się już. Stodoła była dużo większa, stąd te przestrzenie.

Oboje z Emmą planowaliśmy dom z wielką radością, pomieszczenia miały służyć naszemu życiu, tak nam się przynajmniej wydawało, zapewniając również odpowiednie miejsce dla dzieci. Wielka kuchnia na rodzinne posiłki; pokój dzienny, przyszły pokój zabaw, jadalnia dla przyjaciół, liczne sypialnie, duży spokojny salon, odpowiedni na przyjęcia. Przebudowa, wykonywana w trzech etapach, według możliwości finansowych, zajęła nam pięć lat. Emma spokojnie czekała, chciała, żeby gniazdo było zupełnie gotowe na przyjęcie piskląt, i niemal dokładnie w chwili, gdy wszystko zostało skończone, zaszła w ciążę.

Weszliśmy z Gerardem do domu przez kuchnię, w której teraz jadałem bardzo rzadko. Kiedy potrawy zostały odgrzane i przełożone na talerze, przenieśliśmy się do pokoju. Usadowiliśmy się w wygodnych fotelach, a talerze wzięliśmy na kolana.

Jeśli bywałem w domu, mieszkałem głównie w tym przytulnym pokoju, gdzie stały półki z książkami, telewizor, zdjęcia, miękkie światło lampy padało na dywany. Teraz trzymałem tu też stojak na wino i kieliszki, żeby były pod ręką i odwracały uwagę od takich obowiązków, jak na przykład ogród. Mogę śmiało powiedzieć, że zazwyczaj właśnie tu kompletnie opuszczała mnie energia, a jednak instynktownie wracałem właśnie do tego pokoju.

Po zjedzeniu Gerard wyglądał lepiej, zapadł głęboko w fotel z westchnieniem ulgi. Z powrotem włożył rękę w temblak, zaakceptował kawę i drugi kieliszek kalifornijskiego wina, Napa Cabernet Sauvignon 1978, które zacząłem ostatnio sprzedawać i które bardzo mi smakowało.

– Przebyło długą drogę – zauważył Gerard, czytając etykietę.

– A przed nim jeszcze dłuższa. W Kalifornii uprawia się mnóstwo winogron, a ich najlepsze wina są światowej klasy.

Wypił łyk i pokręcił głową: – Jest dobre, ale szczerze mówiąc, nie odróżniłbym go od zwykłego sikacza. To smutne wyznanie, ale tak jest.

– Iw „Silver Moondance” przesiadują tacy klienci jak ty…

– Podejrzewam, że nawet wielu – rzekł z uśmiechem.

– To nie ma znaczenia. Ważne jest tylko to, żeby lubić wino.

– Miałeś mi powiedzieć, dlaczego fałszowane wina są równie ważne jak fałszowana szkocka w „Silver Moondance”.

Spojrzałem na niego, usłyszawszy nagle w jego głosie twardszy ton, pogłos szkockiego akcentu; zmiana wyrazu twarzy przypomniała mi scenę w samochodzie ubiegłej niedzieli: nagłe odrzucenie maski towarzyskiej, pojawienie się śledczego. Patrzył stanowczym, intensywnym wzrokiem, w pełni skoncentrowany, bez uśmiechu. Z przyjemnością i ulgą udzieliłem odpowiedzi temu drugiemu mężczyźnie, bez emocji przytaczając fakty i domysły.

– Złodzieje kradnący whisky zwykle interesują się transportem szkockiej w butelkach. Łatwo ją sprzedać, zazwyczaj odbiorca już czeka. Nie ma z tym żadnego problemu. Czysty zysk. Ale jeśli ukradniesz cysternę szkockiej, powstaje problem rozlania jej do butelek. Koszt butelek, siły roboczej i różne nieprzewidziane okoliczności.

– To jasne – kiwnął głową.

– W każdym z trzech zaginionych transportów Kennetha Chartera było sześć tysięcy galonów szkockiej o mocy mniej więcej pięćdziesiąt pięć procent alkoholu.

– Fakt.

– Każdy ładunek miał większą moc niż whisky w handlu detalicznym. Do zawartości cysterny ludzie sprzedający Rannoch musieli dodać wodę, żeby rozcieńczyć whisky do odpowiedniej mocy, mniej więcej czterdzieści procent alkoholu.

Gerard słuchał i kiwał głową.

– W tym momencie mieliby dość szkockiej do napełnienia około pięćdziesięciu tysięcy butelek standardowej wielkości.

Gerard lekko rozchylił usta, kompletnie zaskoczony.

– Kenneth Charter nigdy o tym nie wspomniał.

– On tylko transportuje, nie rozlewa. Może nigdy tego nie liczył. Ale przy trzech cysternach mówimy już o stu pięćdziesięciu tysiącach butelek w ciągu sześciu miesięcy, a to nie jest ładunek, który można trzymać na jakimś podwórku na zapleczu.

Gerard przez chwilę milczał, zastanawiając się nad tym, co usłyszał, a potem powiedział jedynie: – Mów dalej.

– Za każdym razem bardzo szybko wypompowano zawartość cysterny, skoro znajdowano ją pustą następnego dnia.

– To prawda.

– A więc jeśli celem całej operacji nie było po prostu zrujnowanie Kennetha Chartera, co mogłoby oznaczać pozbycie się whisky w jakimś rowie, tak jak szofera, to zawartość cystern wypompowano do magazynu.

– Oczywiście.

– Logicznym miejscem rozładunku byłaby więc rozlewnia.

– Ale ładunek nigdy tam nie dojechał.

– Nie dojechał do rozlewni Rannoch. To nie to samo.

– Fakt. – W jego oczach pojawiło się rozbawienie. – Mów dalej.

– Rozlanie trzy razy po pięćdziesiąt tysięcy butelek nie zajmie żadnej porządnej rozlewni sześciu miesięcy. Niewielkie winnice butelkują takie ilości w ciągu kilku tygodni bez najmniejszego trudu. A jeśli tymczasem butelkowana whisky zamienia się w wino… mówiąc konkretnie, w wino z „Silver Moondance”.

– Aha! – Było to potwierdzenie, że dotarliśmy do sedna sprawy. – Mów dalej.

– No cóż, w rozlewni można łatwo napełnić każdy rodzaj butelek winem z jednego źródła, a kształty butelek w „Silver Moondance” odpowiadały etykietom, etykiety burgunda na butelkach burgunda i tak dalej. Niech wystarczy fakt, że w „Silver Moondance” znaleźliśmy i wino, i szkocką pod fałszywymi etykietami… mógłbym się założyć o wysoką sumę, że były rozlewane w jednym miejscu.

Gerard automatycznie popijał swoje wino.

– Gdzie? – spytał krótko.

– No… tu właśnie jest problem.

– Masz jakieś pomysły?

– Przyszło mi do głowy, że może to być jedna z tych rozlewni, o których mówił Kenneth Charter, tych, które mają trudności czy zmierzają do bankructwa, odkąd Francuzi zaczęli butelkować więcej własnych win. Przypuśćmy, że stoisz na progu bankructwa i przychodzi ktoś, i proponuje ci pracę. Nawet gdybyś wiedział, że nie jest to całkiem legalne, mógłbyś się zgodzić i siedzieć cicho. A może rozlewnia była na sprzedaż czy wynajem za śmieszną cenę, co nie jest wykluczone… a interes wydawał się opłacalny i długotrwały…

– Tak, to możliwe – przyznał Gerard. Myślał nad tym z pięć sekund. – A więc prowizorycznie szukamy na razie rozlewni. Odłóżmy to na chwilę. W Deglet’s często pracujemy dwójkami, omawiamy sprawę, przerzucamy się pomysłami, często dochodzimy do wniosków, na które w pojedynkę nigdy byśmy nie wpadli. Jestem przyzwyczajony do tego sposobu pracy, lubię go… ale mój partner jest w Londynie, a prawdę mówiąc, jestem zbyt zmęczony, żeby tam jechać… a ty jesteś na miejscu i w dodatku pękasz od fachowej wiedzy. Nie masz nic przeciwko temu, że podzielę się z tobą moimi pomysłami? Ale natychmiast się włącz, jeśli na coś cię naprowadzę. Bo na tym polega wartość tych sesji. Podchwytywanie pomysłów. Zgoda?

– Oczywiście. Tylko że ja…

– Po prostu słuchaj. Przerwij mi, jeśli nasunie ci się jakiś komentarz. Na tym to polega.

– W porządku.

– Poza tym… czy masz jakąś brandy? Uśmiechnąłem się. – Naturalnie. Jaką chcesz?

– Wszystko jedno.

Dałem mu Hine Antique, westchnął tak, jakby wkładał stary wygodny but. Sobie też nalałem, wierząc, że przypisywane temu gatunkowi brandy właściwości lecznicze nie są żartem. Jeśli masz mdłości, napij się brandy; jesteś zmęczony, napij się brandy; masz dreszcze – napij się brandy.

– No to dobrze – zaczął, tuląc w dłoni kieliszek. – Najpierw podsumowanie status quo. Pod tym hasłem mamy pierwszy fakt, o którym nigdy nie możemy zapomnieć, a mianowicie: nasz podstawowy cel to uratowanie firmy Kennetha Chartera bez pakowania jego syna do więzienia. Za to nam płacą. Sprawiedliwość i inne względy są drugorzędne.

Napił się brandy.

– Fakt numer dwa: syn Kennetha Chartera, który dla utrudnienia sytuacji też ma na imię Kenneth, więc nazwiemy go Kenneth junior, umożliwił kradzież szkockiej, informując Zaraca z „Silver Moondance” o trasie przejazdu cysterny. Ale nadal brak nam odpowiedzi na jedno pytanie…

– Skąd Kenneth junior znal Zaraca?

– Właśnie. Aha, mam tu odbitki stron z notesu juniora. – Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął dość dużą kopertę i położył ją na stole. – Zostawię ci, może zobaczysz tu coś, czego nam nie udało się zauważyć.

Dostrzegł na mojej twarzy wyraz powątpiewania.

– Ale spróbujesz? – to pytanie zabrzmiało niemal surowo.

– Tak – odparłem, nie starając się usprawiedliwiać.

– W porządku. Fakt numer trzy: Zarac przekazał informację, ale nie było go przy kradzieży cysterny. Fakt czwarty: w „Silver Moondance” sprzedawano whisky pod fałszywymi etykietami, o czym Zarac, jako główny kelner od alkoholi, musiał wiedzieć. Powstaje przypuszczenie, że fałszywa whisky pochodziła z wcześniejszego ładunku skradzionego z cystern Chartera. Jakieś uwagi?

Pokręciłem przecząco głową.

– Drugie przypuszczenie: Larry Trent wiedział, że oszukuje klientów, podając fałszowaną whisky i wino.

Umilkł, czekając na uwagi.

– Owszem, zgadzam się z tym. Powiedziałbym nawet, że to nie ulega wątpliwości.

– Przypuszczenie trzecie: to Larry Trent organizował kradzież cystern.

Zmarszczyłem brwi.

– Nie sądzisz?

– Nie wiem. Nigdy z nim nie rozmawiałem… nie mogę więc snuć domysłów na podstawie pierwszego wrażenia. Z pewnością obracał większą ilością gotówki, niż mógł zarobić w „Silver Moondance”, ale twierdził, że to pieniądze brata…

Opowiedziałem Gerardowi to, co usłyszałem w Martineau Park od Orkneya Swayle’a. Larry Trent kupował konie i wysyłał je za granicę na sprzedaż. Trudno sobie wyobrazić przyjemniejszy sposób cudownego wybielania nielegalnych pieniędzy.

Gerard wypił trochę brandy.

– Uwierzyłeś w tego brata? – spytał.

– Masz na myśli przypadek hipotetycznego przyjaciela? Mój przyjaciel ma kłopot, chciałbym prosić o radę?

Potwierdził skinieniem głowy.

– Mógłbym tak podejrzewać, gdyby nie jedno stwierdzenie, które brzmiało niezwykle po ludzku, bardzo prawdopodobnie. Według Orkneya Larry miał powiedzieć, że kupuje konie dla swojego brata, bo brat nie potrafi odróżnić dobrego konia od kiepskiego. Chyba jedyna rzecz, której jego brat nie potrafi, miał się wyrazić. Orkney Swayle mówił, że Larry był zazdrosny. Taki rodzaj pretensji w moim przekonaniu wskazuje na istnienie brata. Czy jakiejś realnej osoby. Może wspólnika.

Zapanowało krótkie milczenie. Obydwaj myśleliśmy o wspólniku, który mógł, ale nie musiał być bratem. W końcu Gerard nadał mu imię, w każdym razie to imię, pod jakim był nam znany.

– Paul Young. Przytaknąłem.

– Przypuszczenie czwarte: kiedy Larry Trent został zabity, Paul Young przyjechał przejąć „Silver Moondance”, nieświadom tego, że policja prowadzi dochodzenie w sprawie trunków, ani tego, że kradzież cystern Chartera została powiązana z Zarakiem.

– To są pewniki, nie przypuszczenia. Sam widziałem jego przybycie… nie miał najmniejszego pojęcia, że wdeptuje w środek kłopotów.

– Dobra. Wobec tego dorzucę w tym momencie kilka moich pewników. Spędziłem cały dzień na rozmowach z pracownikami „Silver Moondance”, zwłaszcza z kelnerką i z tym mięczakiem asystentem, którzy byli razem z tobą w barze. Powiedzieli, że wkrótce po waszym wyjściu Paul Young kazał im iść do domu; kelnerka miała czekać na wezwanie, a pomocnik miał się stawić następnego dnia. Oświadczył też, że omówi z policją datę ponownego otwarcia lokalu i sam będzie go prowadził, dopóki kierownik nie wróci z urlopu. Potem centrala wyznaczy następcę biednego pana Trenta. Personel nie dostrzegł niczego dziwnego ani w jego zachowaniu, ani w tych propozycjach. Uznali, że jest bardzo rozsądny, zważywszy na to, jak bardzo się rozzłościł sprawą trunków. Potem odesłał do domu pracowników kuchni, mówiąc, żeby czekali, aż ich wezwie. Kelnerka twierdzi, że Zarac przyszedł do pracy, kiedy ona wychodziła, a Paul Young kazał mu czekać na siebie w gabinecie Larry’ego Trenta.

Zafascynowała mnie ta opowieść.

– Czy kelnerka zapamiętała dokładnie, jak wyglądała ich rozmowa? Gerard uśmiechnął się leciutko.

– Jest przyzwyczajona do zapamiętywania zamówień. Idealne ucho. Powiedziała, że niewątpliwie się znali. Paul Young zwracał się do niego per „Zarac”, chociaż nikt mu tego nie powiedział.

– A odwrotnie?

– Opowiadała, że Young przedstawił się: Jestem Paul Young”, co wydało jej się głupie, bo Zarac sprawiał wrażenie, że doskonale go zna.

– Podał Zaracowi swoje nowe, aktualne nazwisko.

– Właśnie. Zdaniem kelnerki Paul Young był wściekły na Zaraca, co uważała za naturalne, i spodziewała się, że zaraz dostanie odpowiednią reprymendę. Nawet go żałowała, bo zachowywał się porządnie wobec kelnerek, trzymał ręce przy sobie, nie tak jak inni, których mogłaby wymienić.

Doceniałem dosłowność tego raportu.

– A ci inni to?

– Przede wszystkim kierownik.

– A Larry Trent?

– Nie. Dżentelmen w każdym calu, orzekła. Poinformowała mnie, że przede mną odwiedził ich sierżant policji i zadawał te same pytania. Powiedziała, że pytał ją o samochód Paula Younga.To mnie ubawiło.

– Co jeszcze powiedziała?

– Że to był rolls.

– Naprawdę?

– Dokładnie: „czarny rolsio z tymi ciemnymi szybami”. Powiedziała, że musiał należeć do Paula Younga, bo stał na parkingu dla personelu, a nie należał do nikogo ze stałych pracowników, i nie było go tam, kiedy godzinę wcześniej przyszła do pracy.

– Spostrzegawcza dziewczyna. Gerard potwierdził skinieniem głowy.

– Po rozmowie z kelnerką odwiedziłem w domu tego mięczaka asystenta i zadałem mu właściwie te same pytania. Powiedział, że nie wie, jakim samochodem przyjechał Paul Young. Nawet nie potrafił opisać Pau la Younga. Beznadziejny.

– A barman prysnął… – Opowiedziałem o niezbyt entuzjastycznych dochodzeniach Ridgera. – Przypuszczam, że orientował się, co sprzedaje, chociaż nigdy się do tego nie przyzna, nawet jeśli go złapią.

– Nie – zgodził się Gerard. – Zbliżamy się więc do przypuszczenia numer… który?… do przypuszczenia piątego: Paul Young i Zarac spędzili popołudnie, zastanawiając się, co robić, i postarali się tak zorganizować usunięcie wszystkich trunków, żeby wyglądało na kradzież.

– Gdyby robili to sami, musiałoby im to zająć długie godziny.

– I potrzebowaliby furgonetki.

– Dużej. Były tam dziesiątki skrzynek.

Gerard przechylił głowę. – Chyba mieli na to cały dzień i całą noc.

– Czy wiemy dokładnie, kiedy zginął Zarac? – spytałem.

– W zeszły piątek było wstępne przesłuchanie i odłożono sprawę na tydzień. Policja nie upublicznia specjalnie sprawy Zaraca, ale znalazłem znajomego w laboratorium, więc do piątku dowiem się tego wszystkiego, co wie policja.

– On się udusił – rzuciłem z odrazą.

– To cię męczy?

– To jakby kogoś zamurować żywcem.

– Znacznie szybciej – odparł rzeczowo. – Przypuszczenie szóste: Paul Young i Zarac nie byli zbyt serdecznymi kumplami.

– Logiczny wniosek – powiedziałem oschle.

– Przypuszczenie siódme: Zarac z jakiegoś powodu stanowił duże zagrożenie dla Paula Younga.

– Który skutecznie rozwiązał ten problem.

– Jak dotąd, wszystko wydaje się rozsądne. Jakieś pytania?

– Owszem. Dlaczego Paul Young miał przy sobie gipsowe bandaże, jeśli udawał się na wyprawę czysto organizacyjną?

– Myślisz, że to może mieć jakieś znaczenie?

– Jako dodatek do tego, co już o nim wiemy. Tak myślę.

– I dlaczego się nimi posłużył? Dlaczego po prostu nie roztrzaskał mu czaszki?

– No właśnie, dlaczego?

– Może jako ostrzeżenie dla innych. Albo jakaś psychoza. W każdym razie wyjątkowo paskudnie. – Wypił trochę brandy. Na ożywienie umysłu w osłabionym ciele. – Nasz pan Young to biznesmen w średnim wieku z aparatem słuchowym, czarnym rollsem, który ma powód, żeby nosić przy sobie gipsowy bandaż. Szkoda, jak to mówią, że nie możemy tego wpuścić w komputer.

– Każdy szanujący się komputer wyplułby nazwisko jakiegoś chirurga laryngologa.

Gerard wydawał się zaskoczony.

– Tak myślisz…? Nie, to bez sensu.

– Komputer wypluwa tylko to, czym zostanie nakarmiony.

– Podczas gdy człowieka można nakarmić niezliczoną liczbą faktów i nie otrzymać żadnego połączenia. – Westchnął z rezygnacją. – W porządku. Prace do wykonania. Dowiedzieć się, czy Larry Trent ma brata. Sprawdzić, jak Kenneth junior poznał Zaraca. Zbadać rozlewnie. A propos, Rannoch przysłał nam profilowe analizy ładunków, które przewożą cysternami Chartera. Jeśli udałoby ci się wydostać próbkę z „Silver Moondance” od twojego kumpla Ridgera, mogę zamówić porównanie. Żeby mieć dowód, nie tylko domysły. Jeszcze coś?

– No… – zawahałem się.

– Mów.

– Ramekin. Ten koń, którego Larry Trent kupił rok temu na aukcji w Doncaster, gdzie widziała go Flora. Jeśli Ramekina wysłano za granicę, ktoś musiał go przewieźć. Nie ma tak wielu przewoźników. Będą mieli Ramekina w swoich księgach… konie wyścigowe mają paszporty, tak jak ludzie. A poza tym mnóstwo dokumentów eksportowych. Jeśli uda nam się znaleźć przewoźnika, poznamy punkt docelowy. Larry Trent mógł zawsze korzystać z tego samego przewoźnika i sprzedawać wszystkie konie przez jednego agenta w to samo miejsce… Jeśli ułoży się trasę, by użyć tego określenia, to już się nią jeździ. Agent po tamtej stronie mógłby wiedzieć, to wcale niewykluczone, za czyje pieniądze kupowano konie. Kto jest prawdziwym właścicielem, w imieniu którego działał Larry Trent.

Gerard słuchał bardzo uważnie, powiedział jednak: – To dość niepewny strzał.

– Być może.

– Zorientuję się, co się z tym wiąże.

– Chcesz, żebym ja się tym zajął?

Zaprzeczył ruchem głowy. – Jeśli w ogóle się tym zajmiemy, zrobimy to w biurze. Mamy książki telefoniczne o krajowym zasięgu i personel przyzwyczajony do takich działań. Zachowują się niezwykle oficjalnie i osiągają wprost zadziwiające rezultaty. Najpierw zajmą się rozlewniami, ich sprzedażą i wynajmem, to trudne zadanie, ale bardziej obiecujące.

– Pewnie byłoby to zbyt proste… – zacząłem nieśmiało.

– Co?

– Chodzi mi o to… że można by od tego zacząć… nie ma nic do stracenia.

– Nie możesz jaśniej?

Poczułem się głupio, ale powiedziałem: – Zacząć od rozlewni, do których cysterny Chartera dostarczały czerwone wino.

Gerard przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, nawet nie mrugnąwszy powieką.

– Zgoda – rzekł w końcu bez specjalnego nacisku. – Od nich zaczniemy. Jak mówisz, nie mamy nic do stracenia. – Popatrzył na zegarek i wypił przedostatni łyk brandy. – Tina nie wpuści mnie do domu.

– Zawsze możesz przyjść tu.

Nie chciałem, żeby w moim głosie zabrzmiała samotność, ale widocznie tak to usłyszał. Popatrzył na ślubne zdjęcie moje i Emmy, które stało w srebrnej ramce na stoliku obok niego. Staliśmy na nim roześmiani pod prysznicem bąbelków z butelki szampana, którą potrząsał mój drużba. Emma lubiła to zdjęcie, bo miało taki klimat swobody. „Państwo młodzi wyglądają zwykle jak figury woskowe – mówiła. – A tu przynajmniej widać, że jesteśmy żywi.”

– Tworzyliście bardzo przystojną parę – zauważył spokojnym głosem Gerard. – I szczęśliwą.

– Tak.

– Na co umarła?

Zapytał o to wprost, bez emocji, więc po chwili odpowiedziałem mu tym samym tonem, tak jak się nauczyłem, jakby dotyczyło to kogoś innego-

– Miała krwotok podpajęczynówkowy. Jakiś tętniak. Naczynie krwionośne rozlało się w mózgu.

– Hm… – Popatrzył na fotografię. -…a ile miała lat?

– Dwadzieścia siedem.

– Taka młoda.

– Podobno to się może zdarzyć w każdym wieku.

– Tak mi przykro.

– Była w ciąży – powiedziałem ku własnemu zaskoczeniu.

Nigdy tego nie mówiłem. Zazwyczaj ograniczałem się do absolutnego minimum. Ale zorientowałem się, że po miesiącach milczenia zaczynam powoli opowiadać wszystko Geradowi. Chciałem mu to powiedzieć i nie chciałem zarazem, starałem się mówić głosem pewnym i nie rozpłakać się… Boże, żeby tylko się nie rozpłakać.

– Chyba od zawsze miewała bóle głowy. Potem bóle krzyża. Nic określonego. Po prostu bóle w krzyżu. Wszyscy kładli to na karb ciąży. Mijały… do następnego razu. Niemal co tydzień, przez dzień czy dwa. Pewnej niedzieli, kiedy była już niemal w szóstym miesiącu, obudził ją jeden z ataków tego bólu, dość silny. Wzięła kilka aspiryn, ale nigdy jej specjalnie nie pomagały. Rano ból się pogorszył; kiedy szedłem na południową szychtę do sklepu, powiedziała, że się położy i prześpi całą sprawę. Ale kiedy wróciłem, płakała… jęczała z bólu. Próbowałem wezwać lekarza, ale trwało to wieki, było przecież niedzielne popołudnie… wreszcie przyjechała karetka… ale wtedy ona już mnie błagała… błagała, żebym ją pozbawił przytomności. Jak mogłem to zrobić? Obydwoje byliśmy przerażeni… straszliwie wystraszeni… to było tak nieubłagane… w karetce przechodziła nieopisane męki… tłukła się pięściami w głowę… nic nie mogłem poradzić… nie mogłem jej nawet objąć… krzyczała, wiła się, skręcała z bólu. Pod koniec jazdy zaczęła tracić przytomność, cieszyłem się z tego ze względu na nią, choć już wtedy obawiałem się… no, bałem się.

– Bardzo ci współczuję.

Przez chwilę wspominałem przeszłość, po czym przełknąłem ślinę i chłodno, spokojnie opowiedziałem mu resztę.

– Przez cztery dni była nieprzytomna, w coraz gorszym stanie. Byłem przy niej. Pozwolili mi. Powiedzieli, że nie mogą ocalić dziecka, że jest za wcześnie. Może za miesiąc… Powiedzieli mi, że to naczynie krwionośne musiało przeciekać od bardzo dawna… to krew wyciekająca do mózgu i do rdzenia kręgowego powodowała bóle głowy i kręgosłupa… ale nawet gdyby zdiagnozowali to wcześniej, niewiele mogliby poradzić… pewnego dnia otworzyłoby się szerzej, tak jak to się stało… więc może lepiej, że nie wiedzieliśmy o niczym.

Zamilkłem. Bez łez. W tym momencie nie mógłbym znieść jedynie współczucia, a tego Gerard mi nie oferował.

– Życie jest potwornie niesprawiedliwe – powiedział spokojnie.

– Fakt.

Nie powiedział, że przejdzie mi to, że czas to najlepszy lekarz. Nie powiedział, że znajdę inną kobietę. Że znowu się ożenię… Gerard coraz bardziej mi się podobał.

– Dziękuję, że mi powiedziałeś.

– Zwykle tego nie robię – usprawiedliwiłem się.

– Wiem. Słyszałem od Flory. Zamykasz się w sobie, powiedziała, jeśli ktokolwiek zapyta.

– Flora bez przerwy coś gada.

– Gadanie czasami bardzo dobrze robi.

Milczałem. Powiedziawszy mu o Emmie, odczułem rodzaj ulgi. Gadanie pomaga. Czasami.

Skończył brandy i wstał, szykując się do wyjścia.

– Jeśli coś ci przyjdzie do głowy, zadzwoń.

– Dobra.

Szedł w stronę drzwi, ale zatrzymał się przy stoliku, na którym stało jeszcze kilka zdjęć w ramkach i kolekcja muszelek Emmy.

– To twoja matka? – spytał, podnosząc zdjęcie kobiety na koniu wśród stada ogarów. – Bardzo przystojna.

– Tak, matka.

Odstawił zdjęcie. Wziął do ręki następne. – Ojciec?

– Tak.

Patrzył na rozbawioną twarz ponad mundurem pułkownika z podwójnym rzędem medalowych baretek, na światło w oczach i wychylenie podbródka, na zdecydowane wargi w półuśmiechu.

– Jesteś do niego podobny – powiedział.

– Tylko zewnętrznie. – Odwróciłem głowę. – Kochałem go, kiedy byłem mały. Uwielbiałem wręcz. Zmarł, kiedy miałem jedenaście lat.

Gerard odstawił zdjęcie i przyjrzał się pozostałym. – Nie miałeś żadnych braci ani sióstr?

– Nie. – Uśmiechnąłem się nieznacznie. – Moje narodziny zakłóciły cały sezon łowiecki. Raz wystarczy, stwierdziła mama.

Gerard spojrzał na mnie. – To ci nie przeszkadza?

– Nie, nigdy mi nie przeszkadzało. Nigdy nie czułem się źle w samotności, dopóki nie poznałem czegoś innego. – Gwałtownie wzruszyłem ramionami. – Zasadniczo dobrze się czuję sam. W końcu znowu tak będzie.

Gerard jedynie skinął głową, przeszedł przez hall do kuchni, skąd wyszedł tylnymi drzwiami. Nie podaliśmy sobie ręki, bo każdy z nas miał rękę na temblaku.

– Bardzo owocny i ciekawy wieczór – powiedział.

– Twoje towarzystwo sprawia mi przyjemność. Wydał się tym zaskoczony. – Naprawdę? A dlaczego?

– Nie oczekujesz zbyt wiele.

– Na przykład?

– No… chińszczyzna na wynos jedzona na kolanach… – W istocie nie o to mi chodziło, ale to wystarczyło.

Chrząknął znacząco, wyczuł ten mój wykręt i nie godził się z tym. – Oczekuję więcej, niż sądzisz. Nie doceniasz sam siebie. – Uśmiechnął się ironicznie. – Dobranoc.

– Dobranoc.

Gerard odjechał, a ja pozamykałem drzwi i przeszedłem przez cały dom, żeby sprzątnąć talerze po kolacji i wstawić do zmywarki. Myślałem o tym, co powiedziałem Gerardowi: że dobrze się czuję sam, słysząc w pamięci wszystkich tych lat westchnienia i smutek samotności w głosach moich klientów. Mówili o wspólnym doświadczeniu, nabierającym szczególnej, strasznej wyrazistości dla każdego indywidualnie. Dwa lata, mówili, tyle potrzeba. Dwa lata, zanim zaświeci słońce. Po dwóch latach osoba utracona staje się wspomnieniem, sama strata staje się możliwa do wytrzymania. Słuchałem ich na długo przedtem, nim przyszło mi do głowy, że mogę potrzebować ich mądrości, ale nadal im wierzyłem. Nie można uciec od żalu, ale kiedyś minie.

Dokończyłem porządkowanie na dole i poszedłem spać do pokoju, w którym kochaliśmy się z Emmą.

Nadal tu sypiałem. Często wydawało mi się, że ona jest niezwykle blisko. Czasami budziłem się wczesnym rankiem i wyciągałem rękę, szukając jej, zapominając. Słyszałem w ciemności to, co mi zostało w pamięci z jej śmiechu.

Mieliśmy szczęście w miłości, namiętnej i dobrze dobranej, niosącej obu nam satysfakcję. Pamiętam przede wszystkim jej płaski brzuch, nienabrzmiałe piersi, pamiętam lata wspaniałej zabawy, jej radosne orgazmy, gwałtowną, niewiarygodną ekstazę wytrysku. Lepiej pamiętać właśnie to.

Teraz w pokoju było spokojnie. Żadnej niewidzialnej obecności. Nie unosił się w nim żaden niespokojny duch.

Jeśli żyłem z duchami, to były we mnie: Emma, ojciec i tytaniczna postać dziadka, niemożliwie dzielnego. Żyli we mnie, nie potępiając, ale nie pocieszając. Bezustannie zmagałem się z tym, by pogodzić się z nimi, gdybym tego nie robił, byłbym zgubiony, ale i tak cała trójka rzucała długie cienie.

Ciąża mogła ostatnio podnieść ciśnienie Emmy, powiedzieli. To się często zdarza. Wyższe ciśnienie wytworzyło zbytnie napięcie w przeciekającym naczyniu, otwierając je szerzej… zbyt szeroko.

Sama ciąża, powiedzieli, przeważyła szalę na stronę śmierci. Wprawdzie obydwoje chcieliśmy mieć dzieci, jednak ziarno, które zasiałem, zabiło ją.

Загрузка...