9
Diane od godziny siedziała przy swoim biurku, kiedy nagle drzwi gwałtownie się otworzyły i zamknęły. Podniosła oczy, zastanawiając się, kto mógł wejść w ten sposób bez pukania. Spodziewała się, że zobaczy przed sobą Xaviera albo Lisę Ferney.
Nie zobaczyła nikogo.
Zdezorientowana wpatrywała się w zamknięte drzwi. W pokoju słychać było kroki. Ale pokój był pusty... Szaroniebieskie światło wpadające przez okno z mlecznego szkła oświetlało tylko ścianę pokrytą tapetą i metalowy regał. Kroki ucichły, ktoś odsunął krzesło. Inne kroki – Diane rozpoznała damskie obcasy – także się zatrzymały.
– Jak się dziś mają pacjenci? – rozległ się głos Xaviera.
Diane spojrzała na ścianę. Obok znajdował się gabinet psychiatry, to stamtąd dochodziły dźwięki. Ale przecież pomieszczenia dzielił gruby mur. Nie minęło pół sekundy i zrozumiała. Jej wzrok spoczął na otworze wentylacyjnym w rogu pod sufitem.
– Nerwowi – odpowiedziała Lisa Ferney. – Wszyscy mówią tylko o tej historii z koniem. Można powiedzieć, że ich to podnieca.
Dziwne zjawisko akustyczne sprawiało, że każde słowo, każda sylaba wypowiedziana przez szefową pielęgniarek były doskonale słyszalne.
– Jeśli będzie trzeba, zwiększcie dawki – powiedział Xavier.
– Już to zrobiliśmy.
– Bardzo dobrze.
Mogła uchwycić najdrobniejszy szczegół, najmniejsze załamanie głosu – nawet wtedy, gdy rozmowa przechodziła w szept. Zastanawiała się, czy Xavier o tym wie. Prawdopodobnie nigdy tego nie zauważył. Przed Diane nikt nie korzystał z tego pokoju, a ona nie robiła dużo hałasu. Może nawet dźwięki przechodziły tylko w jedną stronę. Zajmowała zakurzony pokoik o wymiarach cztery metry na dwa, który wcześniej był graciarnią – w kącie nadal stał stos pudełek, w których mieściło się archiwum. Pachniało kurzem i czymś jeszcze. Nieokreślony nieprzyjemny zapach. Nic nie pomagało prowizorycznie wstawione biurko, komputer i fotel – efekt był taki sam, jakby ktoś urządził sobie gabinet w pomieszczeniu na odpady.
– A co myślisz o tej nowej? – zapytała Élisabeth Ferney.
Diane wstała i nadstawiła uszu.
– A ty co o niej myślisz?
– Nie wiem i to jest właśnie problem. Pomyślałeś, że w związku z tym koniem na pewno pojawi się tu policja?
– I co?
– Będą wszędzie węszyć. Nie boisz się?
– Czego? – zapytał Xavier.
Cisza. Diane wyciągnęła szyję w stronę otworu wentylacyjnego.
– Czego miałbym się bać? Nie mam nic do ukrycia.
Ale w tonie głosu psychiatry, mimo że dochodził przez otwór wentylacyjny, dało się wyczuć coś wręcz przeciwnego. Nagle Diane poczuła się bardzo nieswojo. Mimo woli podsłuchiwała właśnie rozmowę, która przybierała skrajnie niepokojący i zaskakujący obrót. Sięgnęła do kieszeni kitla po telefon komórkowy i czym prędzej go wyłączyła, jakkolwiek niewielkie było ryzyko, by ktoś do niej zadzwonił.
– Na twoim miejscu zadbałabym o to, żeby zobaczyli jak najmniej – stwierdziła pielęgniarka. – Zamierzasz im pokazać Juliana?
– Wyłącznie jeśli o to poproszą.
– W takim razie może powinnam go odwiedzić.
– Tak.
Diane usłyszała szelest za ścianą. Znowu cisza.
– Przestań – odezwał się po chwili Xavier. – To nie jest dobry moment.
– Jesteś taki spięty, mogłabym ci pomóc.
Głos naczelnej pielęgniarki dobiegający z otworu wentylacyjnego brzmiał uwodzicielsko i pieszczotliwie.
– Cholera, Liso... gdyby ktoś tu wszedł...
– Ty świntuchu, odpalasz na ćwierć obrotu.
– Liso. Liso, proszę... Nie tutaj... O mój Boże, Liso...
Diane poczuła, że jej policzki oblewa gwałtowny rumieniec. Od jak dawna Xavier i Lisa byli kochankami? Psychiatra był w Instytucie dopiero od sześciu miesięcy. Potem przypomniała sobie, że przecież ona i Spitzner... Nie potrafiła zobaczyć tego w tym samym świetle. Może to sprawa tego miejsca, w którym popędy, nienawiści, psychozy, napady wściekłości, manie bulgotały jak trująca zupa – w każdym razie w tej wymianie słów było coś głęboko niezdrowego.
– Chcesz, żebym przestała, tak? – zamruczała Lisa Ferney za ścianą. – Powiedz to. No, powiedz, żebym przestała.
– Nieeeeee...
– Jedźmy już. Obserwują nas.
Zapadł zmrok. Teraz to Ziegler odwróciła głowę i zobaczyła stojącego w oknie Lombarda. Był już sam.
Uruchomiła silnik i skręciła w aleję. Kraty otwarły się przed nimi tak jak poprzednio. Servaz spojrzał we wsteczne lusterko. Wydawało mu się, że w coraz bardziej malejącym oknie widzi oddalającą się postać Lombarda.
– A odciski palców, inne próbki? – zapytał.
– Na razie nie ma nic przekonującego. Są setki odcisków palców i różnych śladów. To robota na wiele dni. Jak dotąd wygląda na to, że wszystkie należą do personelu. Ten, kto to zrobił, używał rękawiczek, to oczywiste.
– A jednak zostawił na szybie trochę śliny.
– Myśli pan, że to jakiś jego komunikat?
Na chwilę oderwała wzrok od drogi i spojrzała na niego.
– Wyzwanie... Kto wie? – powiedział. – W tej sprawie niczego nie można odrzucać.
– Albo banalny przypadek. To się zdarza częściej, niż się zdaje. Wystarczy, że kichnął w pobliżu szyby.
– Co pani wie o tym Hirtmannie?
Ziegler włączyła wycieraczki. Z ciemnego nieba coraz gęściej leciały płatki śniegu.
– To dobrze zorganizowany zabójca. Nie morduje w szale czy psychozie, jak niektórzy pacjenci Instytutu. To straszny, zboczony psychopata, społeczny drapieżca, niezwykle inteligentny i przerażający. Został skazany za zabójstwo swojej żony i jej kochanka w potwornych okolicznościach, ale oprócz tego jest też podejrzany o zamordowanie prawie czterdziestu innych osób. Wyłącznie kobiet. W Szwajcarii, w Sabaudii, w północnych Włoszech, w Austrii... W sumie w pięciu krajach. Ale nigdy się nie przyznał. I nie zdołano mu niczego udowodnić. Nawet po tej sprawie z żoną nigdy nie udałoby się go złapać, gdyby nie zbieg okoliczności.
– Wygląda na to, że dobrze pani zna jego akta.
– Interesowałam się nim trochę w wolnych chwilach szesnaście miesięcy temu, kiedy przewozili go do Instytutu Wargniera. Prasa o nim pisała przy tej okazji. Ale nigdy go nie spotkałam.
– W każdym razie to wszystko zmienia. Musimy teraz przyjąć hipotezę, że to Hirtmann jest człowiekiem, którego szukamy. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka to się wydaje niemożliwe. Co o nim wiemy? W jakich warunkach jest zamknięty w Instytucie? Te pytania stają się priorytetowe.
Potwierdziła skinieniem głowy, nie przestając wpatrywać się w drogę.
– Musimy się też zastanowić, co powiemy – dodał Servaz. – Nad pytaniami, które mu postawimy. Musimy przygotować tę wizytę. Nie znam jego akt tak dobrze jak pani, ale jedno jest jasne: Hirtmann to nie byle kto.
– Jest jeszcze kwestia ewentualnych wspólników wewnątrz Instytutu – zauważyła Ziegler. – I szczelin w systemie zabezpieczeń.
Servaz przytaknął.
– Bezwzględnie konieczne jest spotkanie robocze. Sprawa nagle się ukonkretniła, ale jednocześnie skomplikowała. Zanim tam pojedziemy, musimy nakreślić wszystkie aspekty problemu.
Ziegler się zgodziła. Instytut stawał się priorytetem – nie mieli jednak wszystkich wymaganych uprawnień ani wszystkich kart w ręku.
– Psycholog przyjeżdża z Paryża w poniedziałek. Jutro w Bordeaux mam referat na temat dotychczasowych ustaleń. Mimo wszystko nie będę go odwoływać z powodu konia! Proponuję, żebyśmy zaczekali z wizytą w Instytucie do poniedziałku.
– Z drugiej strony – powiedział Servaz – jeśli Hirtmann rzeczywiście za tym stoi i jeśli udało mu się wydostać z Instytutu, musimy się za wszelką cenę upewnić, czy inni pacjenci też nie mają takiej możliwości.
– Poprosiłam o wsparcie okręgowy oddział żandarmerii z Saint-Gaudens. Są w drodze.
– Trzeba pilnować wszystkich wejść na teren Instytutu, sprawdzać wszystkie samochody, które wjeżdżają i wyjeżdżają, nawet te, które należą do personelu. I ukryć ludzi w górach, żeby obserwowali okolicę.
Ziegler kiwnęła głową.
– Dziś wieczorem wchodzą wzmocnienia. Poprosiłam też o sprzęt noktowizyjny. I jeszcze o drugie tyle ludzi na miejscu, ale zdziwiłabym się, gdyby udało się to uzyskać. Zgłosiły się też dwie ekipy z psami chętne do pomocy. W każdym razie niektórych gór koło Instytutu nie da się pokonać bez sprzętu. Tak naprawdę dostać się tam można jedynie drogą, która biegnie doliną. A więc tym razem nawet gdyby Hirtmann przedostał się jakoś przez system zabezpieczeń, dalej już się nie wymknie.
Już nie chodzi o konia, pomyślał Servaz, ale o coś znacznie poważniejszego.
Była północ, a Servaz jeszcze nie spał. Wyłączył swój komputer – niemal zabytkowego grata z przestarzałym systemem operacyjnym Windows 98 – który przypadł mu po rozwodzie, zgasił lampkę na biurku i wyszedł z pokoju. Przeszedł przez salon i otworzył drzwi na balkon. Znajdująca się trzy piętra niżej ulica była pusta. Tylko czasem jakiś samochód usiłował utorować sobie drogę między dwoma rzędami aut zaparkowanych zderzak w zderzak. Jak w większości miast, panował tu tłok. I jak większość miast – choć jego mieszkańcy spali – Tuluza nigdy nie była całkowicie uśpiona. Z restauracji dobiegał brzęk naczyń. Skądś dochodziło echo rozmowy, może raczej kłótni, między kobietą i mężczyzną. Jakiś facet spacerował z psem, który przystanął i sikał obok samochodu. Servaz wrócił do salonu, pogrzebał w kolekcji płyt kompaktowych i włączył IX Symfonię Mahlera pod batutą Bernsteina, nie przesadzając z głośnością. O tej porze jego sąsiedzi z góry, którzy wcześnie się kładli, już dawno byli pogrążeni w głębokim śnie. Nie obudziłoby ich nawet straszne walenie młota w Szóstej ani słynny dysonujący akord X Symfonii.
Julian Hirtmann...
Znowu to nazwisko. Unosiło się w powietrzu, odkąd Irène Ziegler wymówiła je kilka godzin wcześniej w samochodzie. Od tamtej chwili Servaz próbował się dowiedzieć jak najwięcej na temat tego pacjenta Instytutu Wargniera. Nie bez zdziwienia odkrył, że Julian Hirtmann, podobnie jak on, miał szczególne zamiłowanie do muzyki Mahlera. To była ich wspólna cecha. Przez wiele godzin surfował po Internecie i robił notatki. Podobnie jak w przypadku Érica Lombarda, choć z innych powodów, w sieci były setki stron poświęconych Szwajcarowi.
Najgorsze przeczucie, jakie od początku towarzyszyło Servazowi, rozprzestrzeniało się teraz jak chmura toksycznego gazu. Dotychczas nie mieli nic poza dziwaczną historią – śmiercią konia w niezwykłych okolicznościach – która nigdy nie urosłaby do takiego rozmiaru, gdyby właścicielem zwierzęcia zamiast miliardera był jakiś miejscowy rolnik. I oto okazało się, że ma ona związek – choć Servaz nie mógł zrozumieć jak ani dlaczego – z jednym z najstraszliwszych współczesnych morderców. Nagle poczuł się tak, jakby stał przed korytarzem pełnym zamkniętych drzwi. Za każdymi z nich krył się jakiś nieoczekiwany i niepokojący aspekt śledztwa. Obawiał się wejść i spróbować je otworzyć. Korytarz, który widział w wyobraźni, oświetlało czerwone światło – czerwone jak krew, jak furia, jak bijące serce. Kiedy przemywał twarz zimną wodą, czując w żołądku zaciskający się supeł strachu, nagle nabrał pewności, że wiele innych drzwi wkrótce się otworzy, umożliwiając dostęp do coraz mroczniejszych pomieszczeń. A to był dopiero początek...
Julian Alois Hirtmann już od niemal szesnastu miesięcy był zamknięty w sektorze A Instytutu Wargniera, przeznaczonym dla najniebezpieczniejszych drapieżników społecznych, w którym przetrzymywano zaledwie siedmiu pacjentów. Ale Hirtmann różnił się od sześciu pozostałych w kilku sprawach:
był inteligentny, opanowany i nigdy nie udowodniono mu serii przypisywanych mu morderstw;
zajmował – co rzadkie, ale nie całkiem wyjątkowe wśród seryjnych przestępców – wysoką pozycję społeczną: w chwili aresztowania był prokuratorem w sądzie w Genewie;
jego aresztowanie, które nastąpiło w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, wywołało polityczno-kryminalne zamieszanie bez precedensu w historii szwajcarskiego sądownictwa.
Zbieg okoliczności, o którym wspominała Ziegler, był nieprawdopodobną historią, która mogłaby się wydać zabawna, gdyby nie fakt, że była przede wszystkim tragiczna i niewiarygodnie obrzydliwa. Wieczorem 21 czerwca 2004 roku, kiedy nad Jezioro Genewskie nadciągała gwałtowna burza, Julian Hirtmann organizował w swojej posiadłości kolację, na którą w geście wielkiej wspaniałomyślności zaprosił kochanka swojej żony. Jako powód zaproszenia podał „chęć wyjaśnienia sobie pewnych spraw i zorganizowania, jak dwóch dżentelmenów, odejścia Alexii”.
Jego olśniewająca małżonka obwieściła mu bowiem, że pragnie go opuścić i zamieszkać ze swoim kochankiem, który był sędzią i tak jak on pracował w genewskim sądzie. Pod koniec posiłku, podczas którego przy wyszukanym akompaniamencie Kindertotenlieder Mahlera omawiali okoliczności rozwodu (Servaz zatrzymał się na tej informacji i przez chwilę zastanawiał się, zaskoczony skrupulatnością detektywa, który zanotował ten szczegół: Treny dziecięce były jednym z jego ulubionych utworów), Hirtmann wyjął broń i zmusił parę, by zeszła do piwnic budynku, które razem z żoną zamienili wcześniej w „jaskinię sadomasochistycznych rozkoszy”. Organizowali tam orgie, w których brali udział ich przyjaciele należący do genewskiej śmietanki. Hirtmann lubił bowiem patrzeć, jak jego piękną żonę bierze w posiadanie i bije wielu mężczyzn, jak poddają ją wyrafinowanym torturom, zakuwają w kajdanki i łańcuchy, chłostają i traktują rozmaitymi przyrządami sprzedawanymi w specjalistycznych sklepach w Niemczech i Holandii. A jednak na wieść, że żona zamierza porzucić go dla innego, oszalał z zazdrości. Okoliczność obciążająca: uważał jej kochanka za bezgranicznie nudnego głupca.
W jednym z wielu artykułów, które Servaz przejrzał, znajdowało się zdjęcie Hirtmanna pozującego w genewskim sądzie w towarzystwie swojej przyszłej ofiary.
Mężczyzna wydawał się mały przy wysokim, szczupłym prokuratorze. Na tym zdjęciu Servaz dałby mu czterdziestkę. Wielkolud w przyjacielskim geście położył rękę na ramieniu kochanka swojej żony i spoglądał na niego tak, jak tygrys patrzy na swoją zdobycz. Servaz zastanawiał się, czy Hirtmann już wtedy wiedział, że go zabije. Podpis pod zdjęciem głosił: Prokurator Hirtmann i jego przyszła ofiara, sędzia Adalbert Berger, w prawniczych togach w sądowej poczekalni.
Tamtej nocy 21 czerwca Hirtmann zmusił żonę i jej kochanka, by się rozebrali i położyli na łóżku w piwnicy, a następnie pili szampana, aż obydwoje byli pijani. Potem kazał kochankowi wylać dwulitrową butelkę szampana na ciało Alexii. On sam oblał kochanka. Po tej libacji podał Bergerowi jeden z walających się po piwnicy gadżetów: przedmiot przypominający ogromną elektryczną wiertarkę, której wiertło zastąpiono wibratorem. Tego rodzaju narzędzia, jakkolwiek większości śmiertelników mogłyby się wydawać dziwne, nie są jednak rzadkością w specjalistycznych butikach i goście przyjęć organizowanych przez Hirtmannów od czasu do czasu z nich korzystali. Tamtego popołudnia Hirtmann starannie przygotował urządzenie, tak aby w razie badania jego gołe kable wyglądały w oczach podejrzliwego specjalisty na czysto przypadkowe uszkodzenie. Wymienił też będący w doskonałym stanie bezpiecznik na tablicy elektrycznej na kompletnie niesprawną podróbkę, jaką bez trudu można dostać na bazarze. Kiedy kochanek jego żony wprowadził migocący przedmiot do pochwy kobiety, Hirtmann dłonią w gumowej rękawiczce podłączył urządzenie do prądu. Na rezultat nie trzeba było długo czekać, najwyraźniej szampan okazał się dobrym przewodnikiem. Hirtmann niewątpliwie doświadczał głębokiej przyjemności, obserwując ciała miotające się pod wpływem niekontrolowanych wstrząsów. Ale właśnie w tej chwili nastąpił „zbieg okoliczności”, o którym mówiła Ziegler.
Ponieważ bezpiecznik był uszkodzony, niemożliwe było odcięcie elektryczności, które uratowałoby kochanków od porażenia prądem, ale zbyt wysokie napięcie wywołało efekt, którego Hirtmann nie przewidział: uruchomiło system alarmowy domu. Hirtmann ledwie zdążył się zorientować, co się dzieje, a już błyskawicznie działająca szwajcarska policja, zaalarmowana przez donośne wycie syreny oraz przez sąsiadów, stała pod drzwiami.
Prokurator bynajmniej nie stracił przytomności umysłu. Zrobił to, co zaplanował na później: przedstawiwszy się, kim jest i jaki piastuje urząd, oświadczył załamany i zmieszany, że w piwnicy zdarzył się tragiczny wypadek. Następnie, zawstydzony i wstrząśnięty, poprosił funkcjonariuszy policji, by zeszli tam razem z nim. Wtedy nastąpił kolejny zbieg okoliczności. Aby uciszyć syrenę i stworzyć pozory, jakoby próbował ratować kochanków, Hirtmann był zmuszony – choć z pewnym opóźnieniem – odłączyć prąd. Żandarm Christian Gander z policji kantonalnej w Genewie oświadczył, że kiedy on i kolega weszli do piwnicy, jedna z ofiar jeszcze żyła. Była to Alexia, żona Hirtmanna. Ocknęła się nagle w świetle ich latarek i tuż przed śmiercią zdążyła wskazać potwornego kata. Żandarmi przyłożyli więc Hirtmannowi pistolet do skroni i zakuli go w kajdanki, nie zważając na jego protesty i groźby. Następnie wykonali dwa połączenia telefoniczne: pierwsze, by wezwać wsparcie, i drugie do genewskiej brygady kryminalnej. Posiłki przybyły na miejsce po piętnastu minutach. W trakcie systematycznego przeszukiwania domu szybko znaleziono naładowany pistolet automatyczny oraz zdemontowany wcześniej bezpiecznik wepchnięty pod jakiś mebel. Zabrano Hirtmanna i wezwano techników kryminalistycznych. Analiza resztek kolacji wykazała później, że prokurator-morderca podał swoim ofiarom narkotyki.
Wycinki z gazet znalezione nieco później w biurku Hirtmanna wskazały na jego związek ze zniknięciem dwudziestu młodych kobiet w ciągu ostatnich piętnastu lat; i żadna z tych spraw nie została rozwiązana. Nagle wszystko nabrało innych wymiarów: nie chodziło już o dramat namiętności, tylko o kolejną zbrodnię seryjnego mordercy. Otwarcie sejfu bankowego pozwoliło na wydobycie wielu segregatorów wypełnionych wycinkami z gazet dotyczących innych zniknięć kobiet w pięciu regionach: w Alpach Francuskich, w Dolomitach, w Bawarii, Austrii i Szwajcarii. W sumie czterdzieści przypadków w ciągu dwudziestu pięciu lat. Żadne z tych zniknięć nigdy nie zostało wyjaśnione. Ma się rozumieć, Hirtmann utrzymywał, że interesował się tymi sprawami wyłącznie ze względów zawodowych. Wykazał nawet swoiste poczucie humoru, oświadczając, iż podejrzewa, że wszystkie te kobiety są ofiarami tego samego zabójcy. Sprawy te z prawnego punktu widzenia różniły się jednak od pierwszej – zarówno pod względem motywu, jak i samej natury zbrodni.
Gdy przyszło do przesłuchania, Hirtmann odkrył wreszcie swą prawdziwą naturę. Bynajmniej nie próbował minimalizować swoich skłonności, przeciwnie – rozwodził się nad nimi z wyraźną przyjemnością. W trakcie procesu wybuchła seria skandali, kiedy wyszło na jaw, że w organizowanych przez niego przyjęciach uczestniczyło wielu członków sądu i genewskich elit. Hirtmann z lubością rzucał ich nazwiska na żer publiczności, rujnując całe mnóstwo nieskalanych reputacji. Sprawa ta stała się bezprecedensowym polityczno-kryminalnym trzęsieniem ziemi, ukazując plątaninę powiązań wymiaru sprawiedliwości i mediów z seksem, narkotykami i wielkimi pieniędzmi. Z tego okresu pochodziły legendarne zdjęcia, które ukazywały się w światowej prasie: Makabryczny dom (na którym widać było stojący nad jeziorem budynek z fasadą porośniętą bluszczem), Potwór wychodzi z sądu (Hirtmann ubrany w kamizelkę kuloodporną w obstawie niższych od niego o głowę policjantów), Genewa pogrążona w bólu, X. oskarżony o udział w orgiach u Hirtmanna i tak dalej.
W czasie tych wirtualnych podróży Servaz stwierdził, że niektórzy internauci otaczają zabójcę z Genewy prawdziwym kultem. Znalazł wiele poświęconych Hirtmannowi stron, ukazujących go nie jako szalonego przestępcę, ale jako ikonę sadomasochizmu lub – całkiem serio – jako symbol „woli mocy”, jako „jaśniejącą gwiazdę satanistycznej galaktyki” czy wręcz jako „nietzscheańskiego nadczłowieka” i „skałę”. Fora internetowe były jeszcze gorsze. Nawet Servaz, choć był policjantem, nigdy nie pomyślałby, że w sieci jest tylu pomyleńców. Ludzie wymyślający sobie nicki tak groteskowe, jak 6-BORG, SYMPATHY FOR THE DEVIL albo BOGINI KALI, rozpowszechniali teorie równie mętne jak ich pseudonimy. Ten równoległy świat, fora, strony internetowe – wszystko to podziałało na Servaza przygnębiająco. Dawniej każdy z tych wariatów uważałby się za jedynego w swoim rodzaju i siedziałby w swojej norze, pomyślał. Dzisiaj dzięki nowoczesnym środkom komunikacji, które służą przede wszystkim rozpowszechnianiu głupoty i szaleństwa – lub też, mówiąc bardziej oględnie, wiedzy – ci pomyleńcy odkrywają, że nie są odosobnieni, i kontaktują się ze sobą, co tylko utwierdza ich w obłędzie. Servaz przypomniał sobie to, co powiedział Marchandowi, i sam siebie poprawił w myślach. Obłęd rzeczywiście jest epidemią, ale ma dwa ulubione kanały rozprzestrzeniania się: media i Internet.
Nagle przypomniał sobie o esemesie od córki, która pytała, czy w sobotę będzie wolny. Popatrzył na zegarek była 1.07. Sobota to już jutro. Zawahał się. Wreszcie wybrał numer, zamierzając nagrać wiadomość na poczcie głosowej.
– Halo?
Wzdrygnął się. Odebrała natychmiast. Jej głos był tak inny od tego, którym mówiła na co dzień, że Servaz zastanawiał się, czy nie pomylił numeru.
– Margot?
– To ty, tato? – zawołała stłumionym głosem. – Wiesz, która jest godzina?!
Raptem odgadł, że czekała na telefon od kogo innego. Pewnie bez wiedzy matki i ojczyma zostawiła telefon włączony na noc i rozmawia z głową pod kołdrą. Kto miał dzwonić? Jej chłopak? Co to musi być za typ, skoro dzwoni o tej porze? Potem przypomniał sobie, że jest piątek wieczór – dzień, kiedy studenci wychodzą, żeby się zabawić.
– Obudziłem cię?
– A jak myślisz?
– Chciałem ci tylko powiedzieć, że dostałem twoją wiadomość. Po południu postaram się być wolny. O siedemnastej, może być?
– Tato, na pewno wszystko w porządku? Masz jakiś dziwny głos.
– W porządku, pchełko. Tylko... mam teraz dużo pracy.
– Zawsze tak mówisz.
– Bo tak jest. Widzisz, nie należy sądzić, że tylko ci, którzy dużo zarabiają, mają dużo pracy. To kłamstwo.
– Wiem, tato.
– Nigdy nie wierz politykom – dodał bez zastanowienia. – Kobietom ani mężczyznom. To kłamcy.
– Tato, patrzyłeś na zegarek? Nie moglibyśmy o tym porozmawiać kiedy indziej?
– Masz rację. Poza tym rodzice nie powinni próbować manipulować dziećmi, nawet jeśli uważają, że to, co mówią, jest słuszne. Powinni raczej uczyć dzieci samodzielnego myślenia. Nawet gdyby dzieci miały myśleć inaczej niż oni...
Jak na tak późną porę jego przemowa była nieco przydługa.
– Nie manipulujesz mną, tato. To się nazywa wymiana poglądów. Potrafię myśleć samodzielnie.
Servaz poczuł nagle, że się wygłupił. Ale uśmiechnął się.
– Mam cudowną córkę – stwierdził.
Zaśmiała się cicho.
– Nareszcie słyszę, że jesteś w formie.
– Jestem w doskonałej formie o pierwszej piętnaście w nocy. Życie jest cudowne. Moja córka też. Dobranoc, córeczko. Do jutra.
– Dobranoc, tato.
Wrócił na balkon. Nad dzwonnicą bazyliki Saint-Sernin świecił księżyc. Ulicą przechodziła hałaśliwa gromadka studentów. Krzyki, chichoty, przepychanki – wesoła kompania zniknęła w ciemności, a jej śmiech słychać było jeszcze przez jakiś czas jak dalekie echo młodości. Było koło drugiej, kiedy Servaz wreszcie położył się do łóżka i zasnął.
Następnego dnia, w sobotę 13 grudnia, Servaz zebrał część grupy zajmującej się śmiercią bezdomnego, żeby ustalić, na jakim etapie znajduje się śledztwo. Samira Cheung miała na sobie tego ranka podkolanówki w biało-czerwone poprzeczne prążki, ściśle przylegające skórzane szorty i botki na dwunastocentymetrowych obcasach, z tyłu obficie nabite metalowymi ćwiekami. Servaz pomyślał, że gdyby Samira miała za zadanie infiltrację środowisk miejscowej prostytucji, wcale nie musiałaby się przebierać. Następnie uświadomił sobie, że myśli jak Pujol i Simeoni – dwóch byczków z brygady, którzy zaczepiali jego asystenta. Espérandieu natomiast był ubrany w marynarski sweterek w paski, w którym wyglądał jeszcze młodziej i zdecydowanie nie przypominał gliniarza. Przez chwilę Servaz odczuł czysty metafizyczny lęk: zastanawiał się, czy rzeczywiście kieruje grupą śledczą, czy może teleportował się na wydział literatury. Samira i Vincent wyciągnęli swoje laptopy. Dziewczyna jak zawsze miała na szyi słuchawki swojej empetrójki, a Espérandieu przesuwał palcem po ekranie iPhone’a – czarnego gadżetu, który przypominał Servazowi wielki, superpłaski telefon komórkowy – jakby przewracał kartki książki. Na jego prośbę Samira znowu podkreśliła jeden ze słabych punktów oskarżenia: nie było żadnych dowodów, że trzej młodzi ludzie są bezpośrednio wmieszani w śmierć bezdomnego. Sekcja zwłok wykazała, że ofiara utonęła w wodzie o głębokości pięćdziesięciu centymetrów, straciwszy uprzednio przytomność – niewątpliwie wskutek serii ciosów, spośród których jeden, bardzo silny, wymierzono w głowę. Słowo „niewątpliwie” było jednak ogromnie problematycznie, ponieważ w chwili zajścia bezdomny miał we krwi 1,9 promila alkoholu. Servaz i Espérandieu doskonale zdawali sobie sprawę, że raport z sekcji zwłok zostanie wykorzystany przez obronę w celu zmiany kwalifikacji czynu na „pobicie ze skutkiem śmiertelnym” albo nawet podania w wątpliwość faktu, jakoby zadane ciosy były przyczyną utonięcia, które można przypisać nietrzeźwości ofiary. Na razie jednak starannie omijali ten temat.
– To już należy do kompetencji sędziego – uciął sprawę Servaz. – Niech pani opiera swoje raporty na tym, co pani wie, a nie na podejrzeniach.
W tę samą sobotę Servaz niepewnie wpatrywał się w listę, którą wręczyła mu córka.
– Co to jest?
– Lista prezentów dla mnie. Na gwiazdkę.
– Wszystko?
– Tato, to tylko lista. Nie musisz kupować wszystkiego – zażartowała.
Spojrzał na nią. W dolnej wardze wciąż tkwiło delikatne złote kółko, w lewej brwi, również bez zmian – kolczyk koloru czerwonego, za to w lewym uchu obok czterech znanych mu kolczyków pojawił się piąty. Servazowi przemknęła w pamięci twarz Irène Ziegler. Zauważył też siniaka na kości jarzmowej prawego policzka Margot; musiała się uderzyć. Następnie znowu przebiegł wzrokiem listę: iPod, cyfrowa ramka do zdjęć (córka wytłumaczyła mu, że chodzi o ramkę z ekranem, na którym zmieniają się zdjęcia zgromadzone w pamięci), przenośna konsola do gier Nintendo DS Lite (z programem „More Brain Training from Dr Kawashima”), aparat cyfrowy (jeśli to możliwe z matrycą o rozdzielczości siedmiu megapikseli, potrójnym zoomem, dwuipółcalowym ekranem i stabilizatorem obrazu) i laptop z ekranem o przekątnej siedemnaście cali (i – najchętniej – procesorem Intel Centrino 2 Duo, 2 GB pamięci operacyjnej, dysk twardy 250 GB, nagrywarka CD-DVD). Zastanawiała się jeszcze nad iPhone’em, ale ostatecznie uznała, że to by jednak było „trochę drogo”. Servaz nie miał bladego pojęcia, ile te wszystkich przedmioty mogą kosztować, nie wiedział też, co znaczy, na przykład „2 GB pamięci operacyjnej”. Ale wiedział przynajmniej jedno: nie ma niewinnych technologii. W tym opanowanym przez technikę i oplecionym siecią wzajemnych powiązań świecie oazy wolności i autentycznej myśli są coraz rzadsze. Całe to szaleństwo kupowania, fascynacja najbardziej zbytkownymi gadżetami – do czego to podobne? Dlaczego członek plemienia z Nowej Gwinei wydaje mu się zdrowszy na umyśle i rozsądniejszy niż większość ludzi, których spotyka na co dzień? Czy rzeczywiście tak jest, czy też Servaz kontempluje ten zwariowany świat jak stary filozof siedzący w beczce? Wsunął listę do kieszeni i pocałował córkę w czoło.
– Zastanowię się.
Po południu pogoda się zepsuła. Padał deszcz i mocno wiało. Schowali się pod płóciennym daszkiem, którym targały porywy wiatru, przed jedną z jasno oświetlonych witryn w centrum miasta. Ulice były pełne ludzi, samochodów i świątecznych dekoracji.
Jaka pogoda jest na górze? – pomyślał nagle. Czy nad Instytutem pada śnieg? Servaz wyobraził sobie, jak Julian Hirtmann wyciąga swoje olbrzymie ciało, by z okna obserwować sypiący cicho śnieg. Od poprzedniego wieczoru, odkąd kapitan Ziegler przedstawiła mu w samochodzie swoje rewelacje, myśl o szwajcarskim olbrzymie praktycznie go nie opuszczała.
– Tato, słuchasz mnie?
– Tak, oczywiście.
– Nie zapomnisz o mojej liście, hę?
Zapewnił ją, że nie zapomni. Potem zaproponował, żeby po szli się czegoś napić do kawiarni na placu Capitole. Ku jego wielkiemu zdziwieniu Margot zamówiła piwo. Do tej pory zawsze brała colę light. W ten brutalny sposób Servaz uświadomił sobie, że jego córka ma już siedemnaście lat, a on wciąż, pomimo anatomicznej oczywistości, patrzy na nią, jakby była o pięć lat młodsza. Może właśnie z powodu tej krótkowzroczności od jakiegoś czasu nie wiedział, jak z nią rozmawiać. Jego spojrzenie znowu padło na siniak na policzku córki. Wpatrywał się w nią przez chwilę. Miała podkrążone oczy i siedziała ze wzrokiem smutno wbitym w kufel piwa. Nagle do głowy Servaza zaczęły napływać pytania: Dlaczego jest smutna? Na czyj telefon czekała o pierwszej w nocy? Co to za siniak na policzku? Pytania gliny, pomyślał. Nie: pytania ojca...
– Jak sobie nabiłaś tego siniaka?
Podniosła oczy.
– Co?
– Ten siniak na policzku. Skąd go masz?
– Aaa... uderzyłam się. Dlaczego pytasz?
– Gdzie się uderzyłaś?
– A czy to ważne?
Jej ton był ostry. Servaz nie mógł powstrzymać rumieńca. Łatwiej było przesłuchiwać podejrzanego niż własną córkę.
– Nie – powiedział.
– Mama mówi, że twój problem polega na tym, że wszędzie widzisz zło. Zboczenie zawodowe.
– Może ma rację.
Teraz on spuścił wzrok i wpatrywał się w piwo.
– Wstałam po ciemku, żeby zrobić siku, i wpadłam na drzwi. Dobra odpowiedź?
Patrzył na nią i zastanawiał się, czy ma w to wierzyć. Takie wytłumaczenie było do przyjęcia. Jemu też w środku nocy zdarzyło się czołowe zderzenie z drzwiami. A jednak w agresywnym tonie jej odpowiedzi było coś, co go zaniepokoiło. A może coś wymyśla? Dlaczego zwykle jest tak przenikliwy w stosunku do przesłuchiwanych osób, a własna córka jest dla niego tak wielką tajemnicą? I – patrząc szerzej – dlaczego czuje się jak ryba w wodzie, prowadząc śledztwo, a tak kiepsko sobie radzi w relacjach z ludźmi? Wiedział, jaka byłaby odpowiedź psychologa. Mówiłby mu o dzieciństwie...
– A może pójdziemy do kina? – zaproponował.
Wieczorem odgrzał w mikrofalówce jakieś gotowe danie, wypił kawę (za późno zauważył, że się skończyła, i musiał wygrzebać puszkę przeterminowanej rozpuszczalnej) i znowu zanurzył się w biografii Juliana Aloisa Hirtmanna. Nad Tuluzą zapadła już noc. Na zewnątrz było deszczowo i wietrznie, ale w jego gabinecie królowała dochodząca z salonu muzyka Gustava Mahlera (VI Symfonia), i stan głębokiego skupienia, któremu sprzyjała późna pora i półmrok przełamany tylko światłem małej lampki na biurku i blaskiem monitora. Servaz sięgnął po notatnik i kontynuował zapiski. Zajmowały już wiele stron. Przy dochodzących z salonu dźwiękach skrzypiec studiował życiorys seryjnego mordercy. W wyniku badania psychiatrycznego, które zlecił szwajcarski sędzia w celu ustalenia zakresu odpowiedzialności karnej Hirtmanna, po długiej serii rozmów specjaliści stwierdzili „całkowitą niepoczytalność”, uzasadniając ją majaczeniami, omamami, intensywnym zażywaniem substancji psychoaktywnych, które upośledziły zdolność do osądu, oraz absolutny brak empatii – ten ostatni punkt był niezaprzeczalny, nawet dla Servaza. Jak donosił raport, pacjent nie dysponował „psychicznymi środkami potrzebnymi do kontrolowania własnych czynów ani wewnętrzną wolnością umożliwiającą dokonywanie wyboru i podejmowanie decyzji”.
Jeśli wierzyć danym, z jakimi Servaz zapoznał się na niektórych stronach dotyczących psychiatrii sądowej, powołani eksperci mieli słabość do metodologii naukowej, która pozostawia niewiele miejsca na osobiste interpretacje: poddali Hirtmanna serii standaryzowanych testów, tłumacząc, że opierali się na DSM-IV, statystycznej klasyfikacji zaburzeń psychicznych. Servaz zastanawiał się, czy aby w chwili badania Hirtmann nie znał tego podręcznika co najmniej tak samo dobrze jak oni.
Jednakowoż, uznając pacjenta za niebezpiecznego, zalecili podjęcie środków bezpieczeństwa i umieszczenie go w specjalistycznym zakładzie „na czas nieokreślony”. Przed przybyciem do Instytutu Wargniera Hirtmann przebywał w dwóch szpitalach psychiatrycznych w Szwajcarii. Nie był jedynym pacjentem sektora A przybyłym z zagranicy. Instytut był bowiem jedynym w Europie zakładem psychiatrycznym otwartym w ramach przyszłego wspólnego obszaru prawnego Unii. Czytając te słowa, Servaz zmarszczył brwi: co może się kryć pod tym pojęciem, skoro wymiary sprawiedliwości w krajach Europy tak bardzo się różnią w kwestii prawodawstwa, długości kar i zasobności, kiedy budżet przypadający na jednego mieszkańca we Francji stanowi połowę tego, którym dysponują Niemcy, Holandia czy nawet Wielka Brytania?
Servaz wstał, żeby wyjąć piwo z lodówki, i zamyślił się: między zintegrowaną społecznie, uznaną na gruncie zawodowym osobowością opisywaną przez prasę a tą mroczną, wydaną na pastwę niekontrolowanych morderczych fantazji i patologicznej zazdrości, jaka wyłaniała się z ekspertyzy specjalistów, istniała ewidentna sprzeczność. Jekyll i Hyde? A może Hirtmann dzięki swym zdolnościom do manipulacji zdołał w ten sposób uniknąć więzienia? Servaz był skłonny przyjąć raczej tę drugą hipotezę. Był przekonany, że kiedy Szwajcar po raz pierwszy stanął przed ekspertami, dokładnie wiedział, jak się zachować i co mówić. A to by oznaczało, że także on i Ziegler zostaną skonfrontowani z niemającym sobie równych aktorem i manipulatorem. Jak przeniknąć jego grę? Czy uda się to psychologowi przysłanemu przez żandarmerię, skoro trzech szwajcarskich ekspertów dało się wyprowadzić w pole?
Potem Servaz zaczął się zastanawiać, jaki tok rozumowania mógł doprowadzić Hirtmanna do Lombarda. Jedynym oczywistym związkiem między nimi było położenie geograficzne. Czyżby Hirtmann zabił tego konia przez przypadek? Może ten pomysł przyszedł mu do głowy, kiedy przejeżdżał obok stadniny? Ośrodek znajdował się w pewnej odległości od głównych ciągów komunikacyjnych w dolinie. Hirtmann nie miał żadnego powodu, żeby się tam znaleźć. A jeśli to on zabił konia, to dlaczego psy nie wyczuły jego obecności? I dlaczego nie skorzystał z okazji do ucieczki? W jaki sposób ominął system zabezpieczeń Instytutu? Każde pytanie pociągało za sobą kolejne.
Nagle Servaz zaczął myśleć o czymś innym: jego córka miała podkrążone oczy i smutne spojrzenie. Dlaczego? Dlaczego wyglądała na tak smutną i tak zmęczoną? Odebrała telefon o pierwszej w nocy. Na czyj telefon czekała? I ten siniak: tłumaczenia Margot bynajmniej go nie przekonały. Obiecał sobie, że porozmawia o tym z jej matką.
Wrócił do zgłębiania biografii Hirtmanna. Skończył nad ranem. Kiedy wreszcie w niedzielę 14 grudnia kładł się do łóżka, miał wrażenie, że trzyma w ręku elementy puzzli pochodzące z dwóch różnych układanek: nic do niczego nie pasowało.
Jego córka miała podkrążone oczy i smutne spojrzenie. I siniaka na policzku. Co to znaczyło?
Tego samego wieczoru Diane rozmyślała o swoich rodzicach. Jej ojciec był zamkniętym człowiekiem, mieszczaninem, zatwardziałym i zdystansowanym kalwinistą: Szwajcaria wytwarzała ten typ ludzi z równą łatwością, z jaką przychodziła jej produkcja czekolady i kas pancernych. Matka żyła we własnym świecie, w tajemniczym świecie wyobraźni, w którym słuchała anielskiej muzyki i którego sama była ośrodkiem i racją bytu. Jej nastrój nieustannie wahał się między euforią a depresją. Jako matka za bardzo była zajęta sobą, by móc ofiarować dzieciom coś więcej niż okruchy uczucia, i Diane bardzo szybko pojęła, że dziwny świat jej rodziców nie jest jej światem.
Pierwszy raz uciekła z domu w wieku czternastu lat. Nie udało jej się odejść daleko. Genewska policja odprowadziła ją do domu po przyłapaniu jej na kradzieży płyty Led Zeppelin w towarzystwie chłopca w jej wieku, którego spotkała dwie godziny wcześniej. Gdy żyło się w tak „harmonijnym” otoczeniu, bunt był nieunikniony. Diane zaliczyła kolejno grunge, neo punka i gotyk, a wreszcie poszła na psychologię, gdzie nauczyła się poznawać samą siebie. Nauczyła się też poznawać swoich rodziców, skoro nie mogła ich zrozumieć.
Spotkanie ze Spitznerem było dla niej decydujące. Diane miała przed nim niewielu kochanków, choć na zewnątrz wyglądała na pewną siebie i przedsiębiorczą. Ale nie dla Spitznera, który bardzo szybko przejrzał ją na wylot. Od początku podejrzewała, że nie była jego pierwszą zdobyczą wśród studentek, co zresztą sam potwierdził. Ale miała to gdzieś, podobnie jak nic sobie nie robiła z różnicy wieku między nimi oraz z faktu, że Spitzner był żonaty i miał siedmioro dzieci. Gdyby zechciała wypróbować swoje psychologiczne zdolności na własnym przypadku, odkryłaby w tej relacji czystej wody stereotyp: Pierre Spitzner reprezentował dla niej to wszystko, czym nie byli rodzice. I wszystko, czego nienawidzili.
Przypomniała sobie, że któregoś razu odbyli długą, bardzo poważną rozmowę. Na zakończenie Spitzner powiedział:
– Nie jestem twoim ojcem. Ani twoją matką. Nie wymagaj ode mnie tego, czego nigdy nie będę mógł ci dać.
Leżał na sofie w małym kawalerskim pokoiku, który miał do dyspozycji na uniwersytecie, ze szklanką Jacka Daniels’a w ręku, zarośnięty, rozczochrany, z obnażonym torsem, z pewną dozą próżności eksponując ciało nad podziw jędrne jak na mężczyznę w jego wieku.
– Na przykład?
– Na przykład wierności.
– Sypiasz teraz z innymi kobietami?
– Tak, z moją żoną.
– Miałam na myśli inne kobiety.
– Nie, w tej chwili nie. Zadowolona?
– Mam to gdzieś.
– Kłamstwo.
– No dobrze, nie mam tego gdzieś.
– A ja mam gdzieś, z kim ty sypiasz – odpowiedział.
Było jednak coś, czego nie zauważył ani on, ani nikt inny: przyzwyczajenie do zamkniętych drzwi, do miejsc, do których jest „zakaz wstępu”, i maminych tajemnic sprawiło, że u Diane rozwinęła się ciekawość daleko wykraczająca ponad przeciętną. Cecha ta była przydatna w jej zawodzie, ale czasami sprawiała, że dziewczyna pakowała się w bardzo niewygodne sytuacje. Diane wynurzyła się z zamyślenia i patrzyła na księżyc sunący za chmurami, które strzępiły się, jakby były z gazy. Po kilku sekundach księżyc wyłonił się w następnej dziurze i znowu zniknął. Pokryta śniegiem gałąź sosny za jej oknem błyszczała przez chwilę odbitym światłem pośród opadających z góry płatków. Po czym znowu zapadła się w ciemność.
Diane odwróciła się od wąskiej i głębokiej okiennej wnęki. Czerwone cyferki radiobudzika błyszczały w półmroku: 0.25. Nie było słychać żadnego ruchu. Wiedziała, że na piętrze jest jeden czy dwóch ochroniarzy, którzy nie śpią. Prawdopodobnie jednak akurat oglądali telewizję, rozciągnięci w swoich fotelach na drugim końcu budynku.
Ta część Instytutu była pogrążona w ciszy i śnie.
Ale nie dla wszystkich...
Podeszła do drzwi pokoju. Ponieważ pod drzwiami była szpara, Diane zgasiła światło. Poczuła na bosych stopach podmuch mroźnego powietrza i zadrżała. Z zimna, ale także wskutek adrenaliny, która płynęła w jej żyłach. Coś obudziło jej ciekawość.
Było pół godziny po północy.
Szmer był tak cichy, że prawie uszedł jej uwagi.
Jak poprzedniej nocy. Jak co noc.
Otworzyły się jakieś drzwi. Bardzo powoli. A potem cisza. Ktoś nie chciał, by go zauważono.
Znowu cisza.
Ktoś się czaił. Tak jak ona.
Pstryknięcie wyłącznika, strumień światła pod jej drzwiami. Kroki w korytarzu. Tak ciche, że uderzenia jej serca prawie je zagłuszały. Przez chwilę cień zasłaniał światło wpadające do jej pokoju. Zawahała się. Potem nagle się zdecydowała i otworzyła. Za późno. Cień zniknął.
Znów zapadła cisza. Światło zgasło.
Usiadła na brzegu łóżka w ciemności, trzęsąc się pomimo grubej piżamy i szlafroka z kapturem. Kolejny raz zastanawiała się, kim jest osoba, która nocami krąży po Instytucie. A przede wszystkim – po co to robi? Z całą pewnością chodziło o jakąś tajemnicę, ponieważ ten ktoś bardzo dbał o to, by nikt go nie słyszał.
Pierwszej nocy Diane pomyślała, że pewnie ktoś zgłodniał – jakiś pomocnik medyczny czy pielęgniarka – i nie chce, by go przyłapano na objadaniu się ukradkiem. Ale nie mogła zasnąć i zauważyła, że światło zapala się znowu dopiero po dwóch godzinach. Następnej nocy była tak wykończona, że spała. Ale ostatnio sytuacja się powtórzyła: bezsenność wróciła, drzwi znów leciutko zaskrzypiały, światło w korytarzu się zapaliło i jakiś cień ukradkiem przemknął w stronę schodów. Zmęczenie wzięło jednak górę i Diane przespała jego powrót.
Wśliznęła się pod kołdrę i w bladym prostokącie okna patrzyła na swój lodowaty pokoik o powierzchni dwunastu metrów kwadratowych, z łazienką i toaletą. Powinna spać. Jutro niedziela – czas wolny. Zamierzała go wykorzystać na przejrzenie notatek, a potem wyjazd do Saint-Martin. Poniedziałek miał być decydujący. Doktor Xavier już zapowiedział, że w poniedziałek zabierze ją do sektora A.
Powinna spać.
Cztery dni... Spędziła w Instytucie cztery dni i miała wrażenie, że w tym krótkim czasie jej zmysły się wyostrzyły. Czy człowiek może się tak szybko zmienić? Jeśli tak, to co będzie za rok, kiedy będzie opuszczała to miejsce, żeby wrócić do Genewy? Skarciła siebie. Musi przestać o tym myśleć. Przyjechała tu na wiele miesięcy.
Wciąż nie potrafiła zrozumieć, jak można było zamknąć szalonych kryminalistów w takim miejscu. Była to najbardziej mroczna i najdziwniejsza okolica, jaką kiedykolwiek widziała.
Ale przez najbliższy rok to jest twój dom, moja droga.
Na tę myśl całkowicie odechciało jej się spać.
Usiadła w głowach łóżka i zapaliła nocną lampkę. Następnie włączyła laptop do sieci, otworzyła i poczekała, aż się uruchomi, zamierzając sprawdzić pocztę. Na szczęście Instytut miał łącze internetowe i był wyposażony w sieć Wi-Fi.
[Brak nowych wiadomości.]
Miała mieszane uczucia. Czy naprawdę oczekuje, że on do niej napisze? Po tym, co się stało? To ona zdecydowała się na zakończenie tego związku, mimo że przypłaciła to głębokim rozdarciem. On przyjął jej decyzję z właściwym sobie stoickim spokojem, tak że Diane poczuła się zraniona. Była zaskoczona głębią własnej rozpaczy.
Zawahała się, zanim zaczęła stukać w klawiaturę.
Wiedziała, że milczenie z jej strony będzie dla niego niezrozumiałe. Obiecała, że napisze do niego szybko i ze szczegółami. Jak wszyscy specjaliści zajmujący się psychiatrią sądową, Pierre Spitzner płonął z ciekawości na temat wszystkiego, co dotyczyło Instytutu Wargniera. Kiedy się dowiedział, że kandydatura Diane została przyjęta, potraktował ten fakt nie tylko jako szansę dla niej, ale także jako okazję, by samemu dowiedzieć się więcej na temat tego miejsca, o którym krążyło tyle plotek.
Wystukała pierwsze słowa:
Drogi Pierre,
Mam się dobrze. To miejsce...
Nagle jej ręka znieruchomiała.
Z pamięci wyłonił się obraz. Jasny błysk, ostry jak krawędź lodu.
Duży dom Spitznera nad brzegiem jeziora, tonący w półmroku pokój, cisza pustego budynku. W obszernym łóżku Pierre i ona. Początkowo mieli tylko zabrać jakąś teczkę, której on zapomniał. Jego żona była na lotnisku i czekała na samolot do Paryża, gdzie miała wygłosić wykład zatytułowany „Postaci i punkty widzenia” (żona Spitznera była autorką dziesięciu krwawych kryminałów o złożonej intrydze i licznych konotacjach seksualnych; te książki przyniosły jej nawet pewną sławę). Pierre skorzystał z tego faktu, by zaprosić Diane do domu. Kiedy znaleźli się pod drzwiami małżeńskiej sypialni, otworzył i wziął Diane za rękę. Najpierw odmówiła uprawiania seksu w tym miejscu, ale on nalegał, robiąc tę swoją dziecięcą minę, która zawsze ją wzruszała i przełamywała jej opór. Nalegał także, by Diane włożyła bieliznę jego żony. Kupioną w najdroższych genewskich butikach. Diane się zawahała. Ale atmosfera przekraczania granic i smak rzeczy zakazanych działały na nią tak pociągająco, że wkrótce przestała słuchać swoich skrupułów. Zauważyła, że nosi ten sam rozmiar co żona kochanka. Leżała pod nim z zamkniętymi oczami, ich splecione ciała znajdowały się w doskonałej harmonii, purpurowa twarz Pierre’a nad jej twarzą... I nagle od progu pokoju usłyszeli obojętny, suchy, stanowczy głos:
– Zabieraj stąd swoją kurwę.
Wyłączyła komputer. Wszelka chęć pisania odpłynęła. Odwróciła głowę, by zgasić światło. Nagle drgnęła. Cień był pod jej drzwiami. Nieruchomy. Wstrzymała oddech, niezdolna do najmniejszego ruchu. Wreszcie ciekawość i irytacja wzięły górę i Diane rzuciła się do drzwi.
Ale cień znowu zniknął.