26
– Nie może jej pan przesłuchać – powiedziała d’Humières. – A to dlaczego?
– Czekamy na dwóch oficerów żandarmerii. Żadnych przesłuchań przed ich przyjazdem. Musimy unikać jakichkolwiek fałszywych kroków. Przesłuchanie kapitan Ziegler odbędzie się w obecności jej przełożonych.
– Nie chcę jej przesłuchiwać, chcę z nią po prostu porozmawiać!
– No nie, Martin. Powiedziałam: nie. Czekamy.
– A kiedy oni przyjadą?
Cathy d’Humières spojrzała na zegarek.
– Powinni tu być za dwie godziny.
– Wygląda na to, że Lisa dziś wieczorem wychodzi.
Diane odwróciła głowę w kierunku drzwi kafejki. Zobaczyła, jak Lisa Ferney podchodzi do lady i zamawia kawę. Zauważyła, że szefowa pielęgniarek nie jest ubrana w strój roboczy. Zamiast kitla miała na sobie biały płaszcz z futrzanym kołnierzem, długi bladoróżowy golf, dżinsy i botki za kolano. Jej włosy opadały luźno na błyszczący kołnierz. Przesadziła z cieniem do powiek, tuszem, błyszczykiem i szminką.
– Wiesz, dokąd się wybiera?
Alex kiwnął głową, uśmiechając się porozumiewawczo. Szefowa pielęgniarek nawet nie raczyła na nich spojrzeć. Połknęła kawę i wyszła. Słyszeli jej pośpieszne kroki oddalające się korytarzem.
– Idzie się spotkać ze swoim „tajemniczym mężczyzną” – powiedział.
Diane spojrzała na niego. Wyglądał teraz jak młody kawalarz, który zbiera się, by wyjawić najlepszemu kumplowi swój największy sekret.
– Co to za historia?
– Wszyscy wiedzą, że Lisa ma kochanka w Saint-Martin. Ale nikt nie wie, kto to jest. Nikt go nigdy nie widział. Kiedy wychodzi tak ubrana, zazwyczaj nie wraca wcześniej niż rano. Niektórzy już próbowali ją podpytywać, żeby coś powiedziała, ale za każdym razem wysyłała ich na drzewo. A najdziwniejsze jest to, że nikt nigdy nie widział ich razem, ani w Saint-Martin, ani gdzie indziej.
– Pewnie facet jest żonaty.
– Jeśli tak, to jego żona musi pracować nocami.
– Albo mieć taką pracę, że wyjeżdża w dalekie podróże.
– Jeżeli nie chodzi o coś znacznie bardziej tajemniczego – zasugerował Alex, schylając się nad stolikiem i robiąc demoniczną minę.
– Na przykład co?
– Może bierze udział w jakichś wieczornych orgiach... A może jest mordercą, którego wszyscy szukają...
Poczuła, że jej żołądek zalewa fala zimna. Coraz trudniej było jej ukrywać stale obecny niepokój. Serce zaczęło jej szybciej bić. Lisa Ferney przez całą noc na zewnątrz... Jedyna taka okazja...
– Biały płaszcz i bladoróżowy golf to niezbyt praktyczny strój do zabijania ludzi – spróbowała zażartować. – Trochę łatwo się brudzi, prawda? I żeby się tak malować...
– Najpierw ich uwodzi, a potem załatwia. Wiesz, jak modliszka.
Wyglądało na to, że Alex świetnie się bawi. Diane wolałaby zakończyć tę rozmowę. Jej żołądek był twardy jak blok cementu.
– A potem idzie powiesić ofiarę pod mostem? To już nie modliszka, to Terminator.
– Problem z wami, Szwajcarami, polega na tym, że jesteście tacy praktyczni – droczył się z nią.
– Sądziłam, że doceniasz nasze szwajcarskie poczucie humoru.
Roześmiał się. Diane wstała.
– Muszę już iść.
Kiwnął głową, podnosząc na nią wzrok. Jego uśmiech był odrobinę zbyt ciepły.
– Zgoda. Ja też mam robotę. Do zobaczenia później, mam nadzieję.
O 18.30 Servaz miał już za sobą tyle podłych kaw i tyle wypalonych papierosów, że zaczynał się czuć naprawdę źle. Umknął do toalety, by ochlapać twarz zimną wodą, i o mało nie zwymiotował do muszli klozetowej. Nudności ustąpiły, ale całkiem nie zniknęły.
– Kurwa, co oni wyprawiają? – zapytał, wróciwszy do niewielkiej poczekalni wyposażonej w plastikowe siedzenia, gdzie czekali członkowie brygady.
Diane zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Jej serce waliło.
Pomieszczenie było zalane takim samym szaroniebieskim blaskiem jak wczoraj gabinet Xaviera.
Odurzający zapach perfum. Diane go rozpoznała. Lolita Lempicka. Na gładkiej powierzchni biurka stał flakonik, w którym skupiało się światło wpadające przez okno.
Od czego zacząć?
W gabinecie stały metalowe komody, tak jak u Xaviera, ale Diane instynktownie skierowała się w stronę biurka.
Żadna z szuflad nie była zamknięta na klucz. Zapaliła lampkę, by zbadać ich zawartość. Na podkładce leżącej na blacie odkryła niezwykle interesującą rzecz: salamandrę z żółtego złota nabijaną kamieniami szlachetnymi: rubinami, szafirami i szmaragdami. Leżący na widoku przedmiot służył jako przycisk do papieru. Diane pomyślała, że sądząc po rozmiarach, może być wykonany z tombaku i sztucznych kamieni. Następnie zainteresowała się zawartością szuflad. Różnokolorowe segregatory. Otworzyła je. Wszystkie związane były z obowiązkami naczelnej pielęgniarki Instytutu. Rachunki, faktury, sprawozdania z wywiadów, notatki z przebiegu leczenia... Nic zaskakującego. Przynajmniej do trzeciej szuflady.
Na jej dnie leżała tekturowa teczka.
Diane wyjęła ją i otworzyła. Wycinki z prasy. Wszystkie na temat morderstw w dolinie. Lisa Ferney starannie kolekcjonowała związane z nimi informacje.
Zwykła ciekawość? A może coś innego?
Diane poczuła podmuch wiatru, który wpadł przez szparę pod drzwiami, i na chwilę przerwała poszukiwania. Na zewnątrz coraz bardziej wiało. Przeszedł ją dreszcz. Wróciła do pracy.
Metalowe komody. Takie same wiszące teczki jak u Xaviera... Zaczęła z nimi podchodzić do światła i przeglądać jedną po drugiej, ale stwierdziła, że traci czas. Niczego nie znajdzie, ponieważ niczego tam nie ma. Kto byłby na tyle szalony albo głupi, żeby zostawiać w biurku ślady zbrodni?
Gdy tak przerzucała papiery, jej wzrok znowu padł na salamandrę, która lśniła w blasku lampy tysiącem kolorów. Diane nie była specjalistką, ale podróbka wydała jej się wyjątkowo piękna.
Wpatrywała się w przedmiot. A jeśli to autentyk?
Gdyby to była prawda, to co ona mówi na temat szefowej pielęgniarek? Z jednej strony, że jej władza i znaczenie w tym miejscu są tak potężne, iż wie, że nikt nie odważy się wejść do tego gabinetu bez jej wiedzy. Z drugiej strony, że jej kochanek jest bogatym człowiekiem, bo jeśli przedmiot jest autentyczny, to musiał kosztować majątek.
Diane rozważała oba aspekty. Poczuła, że trafiła na jakiś trop.
Dwaj przedstawiciele inspektoratu żandarmerii byli w cywilu. Mieli twarze tak pozbawione wyrazu, że można by je wziąć za woskowe maski. Przywitali się z Cathy d’Humières i Servazem krótkim, służbowym uściskiem dłoni i natychmiast zażądali możliwości przesłuchania kapitan Ziegler bez obecności osób trzecich. Servaz zamierzał zaprotestować, ale prokurator uprzedziła go, natychmiast spełniając ich prośbę. Upłynęło pół godziny, zanim drzwi, za którymi siedziała Ziegler, znowu się otworzyły.
– Teraz moja kolej, by przesłuchać kapitan Ziegler – oświadczył Servaz, gdy tamci wyszli. – To nie potrwa długo. Potem porównamy nasze punkty widzenia.
Cathy d’Humières odwróciła się do niego i już miała się odezwać, ale napotkała jego wzrok i nic nie powiedziała. Za to jedna z woskowych figur się poruszyła.
– Przedstawiciel żandarmerii nie powinien być przesłuchiwany przez...
Pani prokurator przerwała mu, podnosząc rękę.
– Panowie już wykorzystali swój czas, prawda? Ma pan dziesięć minut, Martin. Ani chwili dłużej. Później przesłuchanie będzie kontynuowane w obecności wszystkich.
Pchnął drzwi. Ziegler siedziała sama w niewielkim gabinecie. Światło lampy padało na jej profil. Tak jak poprzednim razem, gdy spotkali się w tym pomieszczeniu, za roletą w świetle latarni widać było płatki śniegu sypiące się z nieba. Na zewnątrz panowała ciemna noc. Usiadł i spojrzał na nią. Blond włosy oraz skórzany kombinezon usiany zamkami i ćwiekami, wyposażony w nakolanniki i naramienniki, upodabniały ją do bohaterki filmu science fiction.
– W porządku?
Skinęła głową, zaciskając wargi.
– Nie uważam, że jesteś winna – powiedział od razu z przekonaniem.
Spojrzała na niego bardziej intensywnie, ale nic nie odpowiedziała. Czekał kilka sekund, zanim znowu się odezwał. Nie miał pojęcia, od czego zacząć.
– To nie ty zabiłaś Grimma i Perraulta. A jednak wszystko świadczy przeciw tobie, jesteś tego świadoma?
Znowu skinęła głową.
Na palcach wyliczył fakty: skłamała – albo też ukryła prawdę – w sprawie pobytu w ośrodku i samobójców, nie powiedziała, że wie, gdzie się ukrywa Chaperon...
– I nie było cię na miejscu, gdy zabito Perraulta. Chociaż byłaś najbliżej i powinnaś przyjechać pierwsza.
– Miałam wypadek na motorze.
– Sama przyznasz, że to dość śliskie. Wypadek bez świadków.
– Ale tak było.
– Nie wierzę ci – odparował.
Oczy Ziegler lekko się rozszerzyły.
– Trzeba będzie to sprawdzić. Uważasz, że jestem niewinna czy winna?
– Niewinna. Ale w sprawie wypadku kłamiesz.
Najwyraźniej była pod wrażeniem jego przenikliwości. Ale tym razem to ona go zaskoczyła. Uśmiechnęła się.
– Od razu wiedziałam, że jesteś dobry – powiedziała.
– Ostatniej nocy – ciągnął swój wywód – po dwunastej pojechałaś do tamtej dyskoteki, a ja leżałem pod twoim łóżkiem, kiedy wróciłaś. Wyszedłem, gdy byłaś pod prysznicem. Powinnaś zamykać drzwi na coś więcej niż standardowy zamek. Po co tam pojechałaś?
Wyglądała na poruszoną. Przez długą chwilę wpatrywała się w niego zamyślona.
– Żeby się spotkać z przyjaciółką – odpowiedziała wreszcie.
– W samym środku nocy i w trakcie śledztwa? Które jest bliskie rozwiązania i wymaga całej naszej energii?
– To było pilne.
– Co było takie pilne?
– Trudno to wytłumaczyć.
– Dlaczego? Dlatego że jestem facetem, samcem i gliniarzem, a ty jesteś zakochana w dziewczynie?
Patrzyła na niego wyzywająco.
– A co ty wiesz o tych sprawach?
– Nic, faktycznie. Ale to nie mnie grozi, że zostanę oskarżony o podwójne morderstwo. Nie jestem twoim wrogiem, Irène. Ani pierwszym lepszym ograniczonym dupkiem, macho i homofobem. Wysil się trochę.
Wytrzymała jego spojrzenie bez mrugnięcia okiem.
– Wczoraj wieczorem, gdy wróciłam do siebie, znalazłam wiadomość. Od Zuzki, mojej dziewczyny. Pochodzi ze Słowacji. Postanowiła ode mnie odejść. Wyrzucała mi, że jestem za bardzo zaabsorbowana pracą, że ją zaniedbuję, że jestem myślami gdzie indziej... Takie tam. Wyobrażam sobie, że przeszedłeś przez coś takiego, skoro jesteś rozwiedziony, więc wiesz, o czym mówię. Wśród glin jest sporo rozwodów i separacji, wśród homoseksualnych glin także. Musiałam to wyjaśnić. Natychmiast. Nie chciałam, żeby odeszła ot tak, bez szans na rozmowę. To było dla mnie nie do zniesienia w tamtym momencie. Więc bez zastanowienia pojechałam do Pink Banana. Zuzka jest tam kierowniczką.
– Od dawna jesteście razem?
– Osiemnaście miesięcy.
– Bardzo jesteś zakochana?
– Tak.
– Wróćmy do wypadku. Czy raczej do sfingowanego wypadku. Bo wypadku nie było, prawda?
– Oczywiście, że był! Nie widziałeś mojego kombinezonu? I zadrapań? Myślisz, że jak sobie to zrobiłam?
– Przez chwilę sądziłem, że skacząc z wagonika kolejki – odpowiedział. – Po wypchnięciu Perraulta w pustkę – uściślił.
Wierciła się na krześle.
– I już tak nie sądzisz?
– Nie, bo jesteś niewinna.
– Skąd wiesz?
– Bo myślę, że wiem, kto jest winny. Ale sądzę również, że nawet jeśli faktycznie miałaś wypadek, nie mówisz mi na ten temat całej prawdy.
Po raz kolejny wyglądała na uderzoną jego przenikliwością.
– Po wypadku specjalnie się spóźniłam – rzuciła. – Nie śpieszyłam się.
– Dlaczego?
– Z powodu Perraulta. Chciałam, żeby zginął. A raczej chciałam dać zabójcy szansę, żeby go dopadł.
Servaz przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Pokiwał głową.
– Z powodu tego, co ci zrobili – powiedział. – Grimm, Chaperon, Mourrenx i on.
Nie odpowiedziała, tylko skinęła głową.
– W ośrodku kolonijnym.
Zaskoczona podniosła oczy.
– Nie... dużo później. Studiowałam prawo w Pau, trafiłam na Perraulta podczas jakiejś uroczystości w miasteczku, zaproponował, że mnie odwiezie. Grimm i Mourrenx czekali na nas na końcu drogi, kilka kilometrów od miejsca, w którym odbywał się festyn. Chaperona tamtej nocy nie było, nie wiem dlaczego. Z tego powodu nie widziałam związku między nim i pozostałymi, dopóki nie znalazłeś tego zdjęcia. Kiedy... Kiedy zobaczyłam, że Perrault skręca z drogi w tamtą ścieżkę, od razu zrozumiałam. Chciałam wysiąść, ale mnie uderzył, bił i bił, cały czas prowadząc samochód, traktował mnie jak zdzirę, jak dziwkę. Sikałam krwią. A potem...
Zamilkła. Servaz długo się zastanawiał, zanim zadał to pytanie:
– Dlaczego nie...?
– Dlaczego nie wniosłam skargi? Sypiałam w tamtym czasie z wieloma ludźmi. Z mężczyznami, z kobietami... Łącznie z moją profesorką z wydziału, mężatką, matką dwójki dzieci. A mój ojciec był żandarmem. Wiedziałam, co by się działo: śledztwo, bagno, skandal... Pomyślałam o rodzicach, o tym, jak zareagują, o bracie i bratowej, którzy nic nie wiedzieli o moim prywatnym życiu...
I właśnie w ten sposób udało im się zachować tajemnicę aż do tej pory, pomyślał. Intuicja go nie zawiodła. Musieli liczyć na to, że dziewięćdziesiąt procent ofiar gwałtów nie wnosi skargi i poza nastolatkami z ośrodka, którzy nigdy nie widzieli ich twarzy, wybierali ofiary eksponowane, których nonkonformistyczny sposób życia także skłaniał je do milczenia. Inteligentni drapieżcy... A jednak nie całkiem nieprzeniknieni dla swoich żon, które w końcu zaczęły ich o coś podejrzewać i zamieszkały w osobnych pokojach albo odeszły.
Znowu pomyślał o dyrektorze Les Isards, który zginął w wypadku na motorze. Kolejna śmierć, która zdarzyła się w samą porę.
– Zdajesz sobie sprawę, że naraziłaś moje życie na niebezpieczeństwo?
– Bardzo mi przykro, Martin. Naprawdę. Ale na razie jestem raczej oskarżona o morderstwo – poprawiła go, uśmiechając się smutno.
Miała rację. Trzeba będzie grać ostro. Confiant tak łatwo nie zostawi takiego kąska, teraz, gdy wreszcie ma idealną sprawczynię. A Servaz osobiście mu ją wystawił!
– W jednym miejscu sprawa się komplikuje – powiedział. – Wtedy, kiedy skorzystałaś z mojej nieobecności, żeby pójść śladem Chaperona, nikomu o tym nie mówiąc.
– Nie chciałam go zabić. Chciałam go tylko... nastraszyć. Chciałam zobaczyć przerażenie w jego oczach, tak jak on widział przerażenie w oczach swoich ofiar i się nim delektował. Chciałam mu włożyć lufę do ust, gdy będziemy sami w lesie, chciałam, żeby myślał, że nadeszła jego ostatnia chwila. Potem bym go aresztowała.
Jej głos brzmiał jak cienka strużka lodowatej wody i Servaz zastanawiał się przez chwilę, czy aby się nie pomylił.
– Jeszcze jedno pytanie – powiedział. – W którym momencie zrozumiałaś, co się dzieje?
Zatopiła spojrzenie w jego oczach.
– Po pierwszym morderstwie miałam pewne podejrzenia. A potem, kiedy Perrault został zamordowany, a Chaperon zwiał, wiedziałam już, że ktoś się mści za ich zbrodnie. Ale nie wiedziałam kto.
– Dlaczego ukradłaś listę dzieci?
– Idiotyczny impuls. Byłam tam, w tym kartonie. A ty wyglądałeś, jakby cała zawartość tego pieprzonego pudła bardzo cię interesowała. Nie chciałam, żeby ktoś mnie o to pytał, żeby ktoś grzebał w mojej przeszłości.
– Ostatnie pytanie: dlaczego dzisiaj zaniosłaś kwiaty na grób Maud Lombard?
Irène Ziegler przez chwilę milczała. Tym razem nie okazała zaskoczenia. Zrozumiała już, że przez cały dzień była śledzona.
– Maud Lombard też popełniła samobójstwo.
– Wiem.
– Zawsze wiedziałam, że w ten czy inny sposób była ofiarą tych drapieżników. Mnie też w pewnym momencie kusiło takie rozwiązanie. Przez jakiś czas Maud i ja bywałyśmy na tych samych imprezach, zanim wyjechałam na studia i zanim ona trafiła na tych drani. Znałyśmy się dość blisko, nie przyjaźniłyśmy się, ale byłyśmy koleżankami i bardzo ją lubiłam. To była niezależna i skryta dziewczyna, niewiele mówiła, ale starała się wyrwać ze swojego środowiska. W każdą rocznicę zanoszę kwiaty na jej grób. A teraz, przed zatrzymaniem ostatniego z tych drani, który został jeszcze przy życiu, chciałam jej dać taki mały znak.
– Ale przecież Maud Lombard nigdy nie była w ośrodku.
– I co z tego? Maud wiele razy uciekała z domu. Często włóczyła się w niezbyt eleganckim towarzystwie. Nieraz późno wracała do siebie. Musiała na nich gdzieś wpaść, tak jak ja.
Servaz bardzo szybko myślał. Jego hipoteza nabierała wyraźnych kształtów. Niesłychane rozwiązanie... Nie miał więcej pytań. Znowu kręciło mu się w głowie. Rozmasował skronie i z trudem wstał.
– Być może jest pewna hipoteza, której nie wzięliśmy pod uwagę – powiedział.
D’Humières i Confiant czekali na niego na korytarzu. Servaz szedł w ich stronę, walcząc z wrażeniem, że ściany i podłoga się poruszają i że zaraz straci równowagę. Roztarł kark i głęboko odetchnął, ale to nie wystarczyło, by przegnać dziwne doznanie, jakby jego buty były wypełnione powietrzem.
– No i? – zapytała prokurator.
– Moim zdaniem to nie ona.
– Co?! – krzyknął Confiant. – Mam nadzieję, że pan żartuje!
– Nie mam czasu teraz tego tłumaczyć. Trzeba szybko działać. Może ją pan tymczasem zatrzymać, jeśli pan chce. Gdzie Chaperon?
– Próbujemy z niego wyciągnąć przyznanie się do gwałtów na nastolatkach w ośrodku – powiedziała d’Humières lodowato. – Ale nic nie chce mówić.
– Nie ma przedawnienia?
– Nie ma, jeśli pojawiają się nowe elementy, które prowadzą do ponownego otwarcia śledztwa. Martin, mam nadzieję, że wie pan, co pan robi.
– Ja też mam taką nadzieję – powiedział.
Coraz bardziej kręciło mu się w głowie i miał migrenę. Poszedł do recepcji i poprosił o butelkę wody, połknął tabletkę od Xaviera i wrócił do stojącego na parkingu jeepa.
W jaki sposób przedstawić im hipotezę bez ściągania na siebie burzy ze strony młodego sędziego i wpędzania d’Humières w kłopoty? Prześladowało go jeszcze jedno pytanie. Chciał mieć w tym względzie jasność, zanim wyłoży wszystkie karty. Potrzebował czyjejś opinii – opinii kogoś, kto mu powie, czy jest na dobrej drodze, i doradzi, jak daleko może się posunąć, nie narażając się na utratę wszystkiego. Spojrzał na zegarek. 21.12.
Komputer...
Diane włączyła go. W przeciwieństwie do komputera psychiatry ten był chroniony hasłem. Proszę, proszę... Zerknęła na zegarek. Była w gabinecie już prawie od godziny.
Pojawił się problem: Diane nie miała za grosz umiejętności hakera. Przez dobre dziesięć minut próbowała wpisywać imię Juliana Hirtmanna i Lisy Ferney we wszystkich kierunkach, ale żadna z jej godnych pożałowania prób nie okazała się skuteczna. Znowu zanurkowała w szufladzie, w której znalazła teczkę z osobistymi dokumentami. Wpisała najpierw od przodu i od tyłu numer telefonu ubezpieczalni, następnie datę urodzenia, kombinację obu imion (szefowa pielęgniarek nazywała się właściwie: Élisabeth Judith Ferney), kombinację inicjałów i daty urodzenia. Bez skutku. Cholera!
Następnie jej wzrok znów padł na salamandrę.
Wystukała „salamandra”, a następnie „ardnamalas”.
Nic...
Diane spojrzała na zegarek w rogu monitora. 21.28.
Jeszcze raz popatrzyła na zwierzątko. Pchnięta nagłym impulsem podniosła je i odwróciła. Na brzuchu znajdował się napis: „Van Cleef & Arpels, New York”. Wprowadziła nazwę do komputera. Nic... Cholera! To idiotyczne! Jak w jakimś kretyńskim filmie szpiegowskim! Odwróciła je. Ciągle nie to... A czego się spodziewałaś, kochana? Nie jesteś w kinie! W przypływie rozpaczy wprowadziła tylko pierwsze litery: VC&ANY. Nic. A potem od tyłu: YNA&CV...
Nagle ekran zamigotał, po czym otworzył się dostęp do systemu. Bingo! Diane nie wierzyła własnym oczom. Zaczekała, aż wyświetli się tło ze wszystkimi ikonami.
Gra może się zacząć... Ale czas leciał. Była 21.32.
Modliła się, żeby Lisa Ferney naprawdę wyszła na całą noc.
Maile...
Mniej więcej setka pochodziła od człowieka o tajemniczym imieniu Démétrius.
I za każdym razem w kolumnie „Temat” wyświetlała się wzmianka: Encrypted email...
Otworzyła jedną z wiadomości, ale zobaczyła tylko ciąg niezrozumiałych robaczków. Diane wiedziała, co się dzieje. Coś takiego zdarzyło jej się już na uniwersytecie: certyfikat używany do szyfrowania wiadomości wygasł i dlatego odbiorca nie może jej już odczytać.
Zastanowiła się błyskawicznie.
Najczęściej, aby uniknąć tego rodzaju problemów, odbiorcy doradzano zapisanie wiadomości w innym miejscu, na przykład w formacie HTML. Tak zrobiłaby ona, gdyby była na miejscu Lisy Ferney. Otworzyła folder „Moje dokumenty”, a następnie „Otrzymane pliki” i od razu zauważyła folder o nazwie „Démétrius”.
Lisa Ferney nie zastosowała specjalnych zabezpieczeń. Jej komputer był już chroniony hasłem i wiedziała, że tak czy owak nikt nie będzie miał tyle śmiałości, by się zabawiać grzebaniem w jej dokumentach.
Liso,
Jestem w Nowym Jorku do niedzieli. Central Park jest cały biały i panuje wręcz podbiegunowe zimno. Jest pięknie. Myślę o Tobie. Czasami budzę się w nocy zlany potem i wiem, że śniłem o Twoim ciele i Twoich ustach. Mam nadzieję, że będę w Saint‑Martin za dziesięć dni.
Éric
Liso,
W piątek wyjeżdżam do Kuala Lumpur. Czy przedtem moglibyśmy się spotkać? Nie ruszam się z zamku. Przyjedź.
Éric
Liso, gdzie jesteś?
Dlaczego się nie odzywasz? Jeszcze jesteś na mnie zła za ostatni raz? Mam dla Ciebie prezent. Kupiony u Bucheronów. Bardzo drogi. Spodoba Ci się.
Listy miłosne. A raczej maile. Były ich dziesiątki... Może nawet setki... Pochodziły z okresu kilku lat...
Lisa Ferney skrupulatnie je przechowywała. Wszystkie. I wszystkie były podpisane tym samym imieniem. „Éric”. Éric dużo podróżuje. Éric jest bogaty, jego życzenia mniej lub bardziej oznaczają rozkazy. Éric lubuje się w szokujących obrazach i jest chorobliwie zazdrosnym kochankiem:
Zalewają mnie fale zazdrości i z każdą z nich coraz bardziej się duszę. Zastanawiam się, z kim się pieprzysz. Znam Cię, Liso: jak długo potrafisz wytrzymać bez kawałka mięsa między udami? Przysięgnij mi, że nikogo nie ma.
Czasami, kiedy ani prośby, ani groźby nie działały, Éric samokrytycznie się podlizywał:
Na pewno uważasz mnie za pieprzonego dupka. Za pieprzonego zasrańca i kanalię. Nie zasługuję na Ciebie, Liso. Myliłem się, sądząc, że mogę Cię kupić za moją pieprzoną forsę. Czy możesz mi wybaczyć?
Diane przewinęła listę do końca, przesuwając się w czasie aż do najnowszych maili. Zauważyła, że ton ostatnich wiadomości się zmienił. To już nie była wyłącznie miłosna historia. Działo się coś jeszcze:
Masz rację. Nadeszła chwila, żeby przejść do działania. Za długo czekałem. Jeśli nie zrobimy tego teraz, nie zrobimy tego nigdy. Nie zapomniałem o naszym pakcie, Liso. A wiesz, że jestem słowny. O tak, dobrze o tym wiesz...
Liso, twoja siła i determinacja dodają mi odwagi. Myślę, że masz rację: żaden wyrok sądowy nie przywróci nam spokoju. Musimy to zrobić sami.
Czekaliśmy tak długo. Ale myślę, że teraz jest właściwy moment.
Nagle palec Diane na myszce znieruchomiał. Kroki w korytarzu... Wstrzymała oddech. Jeśli ta osoba wie, że Lisa wyszła, zdziwi się, widząc światło pod drzwiami.
Ale kroki przeszły, nie zatrzymując się.
Odetchnęła i wróciła do przeglądania maili. Przeklinała pod nosem. Czuła się coraz bardziej sfrustrowana. Nadal nie znalazła niczego konkretnego. Same aluzje i niedopowiedzenia.
Jeszcze pięć minut i będzie się zbierać. Systematycznie otworzyła trzydzieści ostatnich maili.
Liso, musimy porozmawiać. Mam plan. Straszny. Wiesz, co to jest gambit, Liso? W szachach gambit oznacza poświęcenie na początku partii jednej ze swoich figur po to, by zyskać strategiczną przewagę. To właśnie zamierzam zrobić. Gambit konia. Ale na myśl o tej ofierze pęka mi serce.
Koń, pomyślała z zapartym tchem.
Gdy otworzyła kolejnego maila, poczuła się tak, jakby serce miało wyskoczyć jej z piersi, jakby się zapadała w ciemność.
Dostałaś zamówienie? Jesteś pewna, że się nie zorientuje, że zamawiałaś na jego nazwisko?
Diane szeroko otworzyła oczy, zrobiło jej się sucho w ustach. Znalazła datę. 6 grudnia... W pliku nie było odpowiedzi, podobnie jak w wypadku pozostałych maili, ale nie była potrzebna. Ostatni klocek układanki właśnie znalazł się na swoim miejscu. Dwie hipotezy od tej pory złączyły się w jedną. Xavier prowadził śledztwo, ponieważ jest niewinny i o niczym nie wiedział: to nie on złożył zamówienie na leki znieczulające. Zrobiła to Lisa Ferney – w jego imieniu...
Diane odwróciła się razem z fotelem i zastanawiała się, co to znaczy. Odpowiedź była oczywista. Lisa i mężczyzna o imieniu Éric zabili konia – i prawdopodobnie także aptekarza.
W imię paktu, który zawarli dawno temu i który wreszcie postanowili wypełnić.
Myślała pośpiesznie. Czas naglił.
Informacje, które teraz posiada, są wystarczające, by zawiadomić policję. Jak się nazywa ten gliniarz, który przyjechał do Instytutu? Servaz. Wydrukowała ostatniego maila na małej drukarce stojącej na biurku, po czym wyjęła telefon.
W blasku samochodowych świateł drzewa wyłaniały się z ciemności jak wroga armia. Ta dolina lubi mrok, tajemnicę; nie znosi wścibskich przybyszów z zewnątrz. Servaz zamrugał powiekami. Bolały go gałki oczne. Przez przednią szybę wpatrywał się w wąską drogę wijącą się w lesie. Migrena jeszcze się nasiliła, tak że miał wrażenie, iż jego skronie zaraz eksplodują. Na zewnątrz panowała wściekła zawierucha, miotająca płatki śniegu we wszystkich kierunkach, a prędkość sprawiała, że uderzały one o samochód, błyszcząc w świetle reflektorów jak małe, szybkie komety. Włączył płytę Mahlera na cały regulator. VI Symfonia. Jej pesymistyczne i przerażająco ostrzegawcze brzmienie akompaniowało wyciu zadymki.
Jak długo spał w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin? Był wyczerpany. Bez wyraźnego powodu pomyślał o Charlène. Wspomnienie tej kobiety, jej czułości w galerii, trochę go rozgrzało. Odezwał się samochodowy telefon...
– Muszę rozmawiać z komendantem Servazem.
– Kto mówi?
– Nazywam się Diane Berg. Jestem psychologiem w Instytucie Wargniera i...
– Nie mogę pani teraz połączyć – przerwał jej żandarm po drugiej stronie słuchawki.
– Ale ja muszę z nim rozmawiać!
– Proszę mi zostawić numer, oddzwoni do pani.
– To pilne!
– Przykro mi, wyszedł.
– A może mógłby mi pan podać jego numer?
– Proszę pani, ja...
– Pracuję w Instytucie – powiedziała najbardziej rozsądnym i zdecydowanym głosem, na jaki było ją stać – i wiem, kto wyniósł DNA Juliana Hirtmanna. Czy pan rozumie, co to znaczy?
Po drugiej stronie zapanowało długie milczenie.
– Może pani powtórzyć?
Powtórzyła.
– Sekundę. Połączę panią z kimś...
Trzy sygnały później:
– Kapitan Maillard, słucham.
– Proszę pana – oświadczyła – nie wiem, kim pan jest, ale muszę bardzo pilnie rozmawiać z komendantem Servazem. To ogromnie ważne.
– Kim pani jest?
Przedstawiła się po raz drugi.
– W jakiej sprawie pani dzwoni, doktor Berg?
– To dotyczy śledztwa w sprawie morderstw w Saint-Martin. Jak mówiłam, pracuję w Instytucie. I wiem, kto wyniósł DNA Hirtmanna...
Ostatnia informacja sprawiła, że jej rozmówca zamilkł i Diane się zastanawiała, czy nie odłożył słuchawki.
– W porządku – powiedział w końcu. – Ma pani coś do pisania? Dam pani jego numer.
– Servaz.
– Dobry wieczór – odezwał się damski głos po drugiej stronie słuchawki. – Nazywam się Diane Berg, jestem psychologiem w Instytucie Wargniera. Nie zna mnie pan, ale ja pana znam. Byłam w pomieszczeniu obok, kiedy pan był w gabinecie doktora Xaviera. Słyszałam waszą rozmowę.
Servaz już miał jej przerwać i powiedzieć, że się śpieszy, ale coś w tonie głosu kobiety i informacja o jej funkcji w Instytucie odwiodły go od tego zamiaru.
– Słyszy mnie pan?
– Słucham panią – powiedział. – W jakiej sprawie pani dzwoni, pani Berg?
– Panno Berg. Wiem, kto zabił konia. I prawdopodobnie ta sama osoba wyniosła DNA Juliana Hirtmanna. Interesuje pana, kto to jest?
– Sekundę.
Zwolnił i zaparkował na poboczu, wśród drzew. Wiatr kołysał drzewami dokoła samochodu. Szponiaste gałęzie poruszały się w świetle reflektorów jak w starym niemieckim ekspresjonistycznym filmie.
– Proszę. Niech mi pani o wszystkim opowie.
– Mówi pani, że autor maili ma na imię Éric?
– Tak. Wie pan, kto to jest?
– Myślę, że wiem.
Siedząc w samochodzie zaparkowanym na poboczu drogi w środku lasu, rozmyślał o tym, czego się właśnie dowiedział od tej kobiety. Hipoteza, która zaczęła się zarysowywać po wizycie na cmentarzu i ukonkretniła na posterunku żandarmerii, kiedy Irène Ziegler wyjawiła mu, że Maud Lombard na pewno została zgwałcona, właśnie znalazła nowe potwierdzenie. I to jakie... Éric Lombard... Przypomniał sobie strażników z elektrowni, ich milczenie, kłamstwa. Od samego początku był przekonany, że coś ukrywają. Teraz już wiedział, że kłamali nie dlatego, że byli winni, ale dlatego, że ich do tego zmuszono. Ktoś ich zaszantażował albo kupił ich milczenie. Możliwe, że i to, i to. Coś widzieli, ale woleli milczeć i kłamać, ryzykując, że ściągną na siebie podejrzenia, ponieważ wiedzieli, że to przestępstwo nie było w ich stylu.
– Od dawna pani w tym grzebie, panno Berg?
Zwlekała jakiś czas z odpowiedzią.
– Jestem w Instytucie dopiero od kilku dni.
– To może być niebezpieczne.
Znowu cisza. Servaz zastanawiał się, jakie niebezpieczeństwo może jej grozić. Nie jest policjantką, na pewno popełniła jakieś błędy. Przebywa w środowisku, które z definicji jest pełne przemocy i w którym wszystko może się zdarzyć.
– Mówiła pani o tym komuś jeszcze?
– Nie.
– Proszę mnie uważnie posłuchać – powiedział. – Oto, co pani zrobi. Ma pani samochód?
– Tak.
– Świetnie. Niech pani natychmiast wyjdzie z Instytutu, wsiądzie w samochód i zjedzie do Saint-Martin, zanim zamieć to pani uniemożliwi. Niech pani jedzie na posterunek żandarmerii i poprosi o rozmowę z panią prokurator. Proszę powiedzieć, że to ja panią przysłałem. Proszę jej opowiedzieć wszystko, co mi pani mówiła. Zrozumiała pani?
– Tak.
Servaz się rozłączył i wtedy Diane przypomniała sobie, że jej samochód jest unieruchomiony.
Budynki stadniny pojawiły się w blasku samochodowych świateł. Ośrodek był pusty, ciemny. Żadnych koni ani masztalerzy na horyzoncie. Zamknięto boksy na noc, a może na zimę. Zaparkował samochód przed dużym budynkiem z cegły i drewna i wysiadł.
Natychmiast oblepiły go płatki śniegu. Wiatr coraz mocniej wył w koronach drzew. Servaz postawił kołnierz i skierował się ku wejściu. Psy zaczęły szczekać w ciemności i miotać się na łańcuchach. W jednym z okien paliło się światło i policjant zobaczył, jak jakaś postać podchodzi i wygląda na zewnątrz.
Wszedł do budynku przez uchylone drzwi. Główny korytarz był oświetlony. Natychmiast owionęła go woń końskiego nawozu. Pomimo późnej pory po prawej stronie zauważył konia i jeźdźca wykonujących ewolucje na dużym maneżu oświetlonym rzędami lamp. Marchand wyszedł z pierwszych drzwi po lewej.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Mam do pana kilka pytań.
Zarządca wskazał mu inne drzwi kawałek dalej. Servaz wszedł. To samo biuro pełne trofeów, książek o koniach i segregatorów, w którym byli za pierwszym razem. Na monitorze laptopa zdjęcie konia. Piękne zwierzę o gniadym umaszczeniu. Być może Freedom. Marchand przeszedł przed nim i Servaz wyczuł w jego oddechu zapach whisky. Na półce stała dość solidnie napoczęta butelka Label 5.
– W związku z Maud Lombard – wyjaśnił.
Marchand rzucił mu zdziwione i podejrzliwe spojrzenie. Jego oczy trochę za bardzo błyszczały.
– Tak – powiedział stary zarządca. – Paskudna historia.
– W jakim sensie?
Zauważył, że Marchand się waha. Przez chwilę mężczyzna patrzył w inną stronę, po czym skierował spojrzenie na Servaza. Zamierza kłamać.
– Podcięła sobie żyły...
– BZDURY! – zawołał Servaz donośnym głosem, chwytając starego zarządcę za kołnierz. – Kłamie pan, Marchand! Niech pan posłucha: właśnie oskarżono o zamordowanie Grimma i Perraulta niewinną osobę! Jeśli w tej chwili nie powie mi pan prawdy, oskarżę pana o współudział w morderstwie! Niech się pan szybko zastanowi. Nie będę czekał całą noc! – dodał, sięgając po kajdanki.
Zarządca wyglądał na przestraszonego tym nieoczekiwanym gwałtownym wybuchem gniewu. Zbladł, usłyszawszy szczęknięcie kajdanek. A jednak badał glinę wzrokiem.
– To blef!
Dobry pokerzysta. Nie da się łatwo oszukać. Servaz złapał go za nadgarstek i brutalnie wykręcił mu rękę.
– Co pan robi? – zapytał Marchand zbity z tropu.
– Uprzedziłem pana.
– Nie ma pan żadnego dowodu!
– Jak pan myśli, ilu oskarżonych bez dowodów gnije w tymczasowym areszcie?
– Niech pan zaczeka! Nie może pan tego zrobić! – zaprotestował zarządca w nagłym przypływie paniki. – Nie ma pan prawa!
– Uprzedzam pana: przed żandarmerią czekają dziennikarze – skłamał Servaz, ciągnąc go mocno w stronę drzwi. – Ale włożymy panu kurtkę na głowę, gdy będziemy wysiadać z auta. Będzie pan musiał tylko patrzeć na ziemię i pozwolić się prowadzić.
– Chwileczkę, niech pan zaczeka! Cholera, niech pan zaczeka!
Ale Servaz ciągnął go teraz mocno. Byli już na korytarzu. Na zewnątrz wył wiatr, przez otwarte drzwi wpadały do środka płatki śniegu.
– Dobrze, już dobrze! Kłamałem. Niech mi pan to zdejmie!
Policjant przerwał. Jeździec na maneżu zatrzymał się i obserwował ich.
– Najpierw prawda – zamruczał Servaz do ucha starego.
– POWIESIŁA SIĘ! Na huśtawce, która stała w parku przy zamku, kurwa!
Servaz wstrzymał oddech. Powieszona... No to jesteśmy w domu. Zdjął kajdanki. Marchand odruchowo rozcierał sobie nadgarstki.
– Nigdy tego nie zapomnę – powiedział ze spuszczoną głową. – To było latem, o zachodzie słońca. Włożyła białą sukienkę, prawie przezroczystą... Unosiła się nad trawnikiem jak duch, ze złamanym karkiem, w świetle zachodu. Ciągle mam przed oczami ten obraz. Prawie co wieczór...
Lato... Podobnie jak inni wybrała tę porę roku, żeby odebrać sobie życie. Biała sukienka: Niech pan szuka bieli, powiedział Propp.
– Dlaczego pan kłamał?
– Oczywiście ktoś mnie o to poprosił – powiedział Marchand, spuszczając wzrok. – Niech mnie pan nie pyta, jaka to różnica. Nie mam pojęcia. Szef nie chciał, żeby ktoś się o tym dowiedział.
– Zasadnicza różnica – odpowiedział Servaz, kierując się ku drzwiom.
Espérandieu właśnie wyłączył komputer, gdy zadzwonił telefon. Westchnął, spojrzał na zegarek – 22.40 – i odebrał. Usłyszawszy głos Luca Damblina, informatora z Interpolu, nieznacznie poprawił się na krześle. Czekał na ten telefon od chwili, gdy wrócił do Tuluzy, i już zaczynał tracić nadzieję.
– Miałeś rację – powiedział Damblin bez wstępów. – To faktycznie był on. Nad czym dokładnie pracujesz? Nie wiem, co się dzieje, ale psiakrew, wygląda na to, że złapałeś grubą rybę. Może powiesz coś więcej? Co taki facet jak on ma wspólnego ze śledztwem kryminalnym?
Espérandieu o mało nie spadł z krzesła. Przełknął ślinę i znów się wyprostował.
– Jesteś pewien? Twój gość z FBI to potwierdził? Opowiedz mi, jak zdobył tę informację.
W ciągu pięciu następnych minut Luc Damblin wytłumaczył mu to ze szczegółami. O kurwa! – pomyślał Espérandieu, gdy tamten się rozłączył. Tym razem musi zawiadomić Martina. Natychmiast!
Servaz miał wrażenie, że żywioły sprzysięgły się przeciw niemu. Płatki śniegu wirowały w blasku samochodowych świateł, pnie drzew od północnej strony zaczynały się robić białe. Prawdziwa śnieżna zamieć... Akurat tej nocy. Z niepokojem zastanawiał się, czy psycholożce udało się zjechać do Saint-Martin, czy tam na górze droga nie jest już zbyt zasypana. Przed kilkoma minutami, gdy wychodził z ośrodka jeździeckiego, odbył ostatnią rozmowę telefoniczną.
– Halo? – odezwał się głos po drugiej stronie słuchawki.
– Muszę się z tobą spotkać. Jeszcze dziś. I jestem trochę głodny. Nie jest za późno?
Po drugiej stronie rozległ się śmiech, który jednak nagle umilkł.
– Coś nowego? – zapytał Gabriel Saint-Cyr, nie kryjąc ogromnej ciekawości.
– Wiem, kto to jest.
– Naprawdę?
– Tak. Naprawdę.
Cisza.
– Masz nakaz z sądu?
– Jeszcze nie. Najpierw chciałbym znać twoje zdanie.
– Co zamierzasz?
– Po pierwsze, wyjaśnić z tobą kilka kwestii prawnych. Potem przejść do działania.
– Nie chcesz mi powiedzieć, kto to jest?
– Najpierw zjemy, później porozmawiamy.
Rozmówca znowu się zaśmiał.
– Przyznaję, że mnie kusisz. Przyjeżdżaj. Zostało mi trochę kurczaka, że tak powiem.
– Jadę – rzucił Servaz i odłożył słuchawkę.
Gdy zaparkował jeepa w pobliżu potoku, okna młyna pośród śnieżnej zawieruchy emanowały jasnością i ciepłem. Jadąc tu, Martin nie spotkał żadnego samochodu ani żadnego pieszego. Zamknął auto i pośpiesznie ruszył w stronę mostka, zgięty wpół, naprzeciw podmuchom wiatru miotającym płatki śniegu. Drzwi od razu się otworzyły. Miły zapach pieczonego kurczaka, ognia, wina i przypraw. Saint-Cyr odebrał od niego kurtkę i powiesił ją na wieszaku, a następnie wskazał mu drogę do znajdującego się niżej salonu.
– Lampkę grzanego wina na początek? Kurczak będzie gotowy za dwadzieścia minut. Będziemy mogli porozmawiać.
Servaz spojrzał na zegarek. 22.30. Najbliższe godziny będą decydujące. Musi przesunąć wszystkie pionki, przewidując na kilka ruchów do przodu. Ale czy ma wystarczająco jasny obraz sprawy? Stary sędzia ze swoim doświadczeniem pomoże mu nie popełnić gafy. Przeciwnik jest niebezpieczny. Wykorzysta nawet najmniejsze prawne niedociągnięcie. Servaz był straszliwie głodny. Zapach piekącego się kurczaka przyprawiał jego żołądek o skurcze.
W kominku buchał duży płomień. Tak jak poprzednio ogień rzucał blaski i cienie na ściany i belki sufitu. Pokój wypełniały odgłosy trzaskających polan, świst wiatru w przewodzie kominowym i szum potoku. Tym razem nie było Schuberta. Najwyraźniej Saint-Cyr nie chciał uronić żadnego fragmentu z opowieści Servaza.
Na okrągłym stoliku stały dwie pękate lampki do połowy napełnione winem koloru rubinu. Po obu stronach stolika fotele z zagłówkami przysunięte do kominka. Wino parowało.
– Siadaj – powiedział sędzia, wskazując jeden z foteli.
Servaz sięgnął po stojący najbliżej kieliszek. Był gorący. Obrócił go w dłoni i wciągnął w nozdrza aromatyczne opary. Wydawało mu się, że rozpoznaje zapach pomarańczy, cynamonu i gałki muszkatołowej.
– Grzane wino z korzeniami – wyjaśnił Saint-Cyr. – Odświeżające i energetyzujące, w sam raz na taki wieczór jak dziś. A przede wszystkim doskonałe na zmęczenie. Da ci kopa. Zapowiada się długa noc, prawda?
– Tak bardzo widać?
– Co?
– Zmęczenie.
Sędzia patrzył na niego dłuższą chwilę.
– Wyglądasz na wyczerpanego.
Servaz wypił łyk. Skrzywił się, sparzywszy sobie język, ale po jego ustach i przełyku rozlał się mocny smak ziołowego wina. Jako zakąskę Saint-Cyr przygotował w miseczce na stole malutkie kawałeczki korzennego chleba. Servaz połknął jeden, potem następny. Był głodny jak wilk.
– To jak? – zapytał Saint-Cyr. – Opowiesz mi? Kto to jest?
– Jest pan tego pewien? – w słuchawce rozległ się głos Cathy d’Humières.
Espérandieu spojrzał na czubki swoich conversów spoczywających na biurku w gabinecie przy boulevard Embouchure.
– Osoba, która mi przekazała tę informację, jest bez zarzutu. Pracuje w siedzibie Interpolu w Lyonie. Chodzi o Luca Damblina. Rozmawiał z jednym ze swoich informatorów w FBI. Ma dwieście procent pewności.
– Wielkie nieba! – krzyknęła prokurator. – I nie udało się panu połączyć z Martinem, tak?
– Próbowałem dwukrotnie. Za każdym razem było zajęte. Odzywa się poczta głosowa. Spróbuję znowu za parę minut.
Cathy d’Humières spojrzała na zegarek marki Chopard z żółtego złota, który dostała od męża z okazji dwudziestej rocznicy ślubu. 22.50. Westchnęła.
– Chciałabym, żeby pan coś dla mnie zrobił, Espérandieu. Niech pan do niego dzwoni. Bez przerwy. A kiedy już pan będzie z nim rozmawiał, niech mu pan powie, że bardzo chciałabym znaleźć się w łóżku przed świtem i że nie będziemy na niego czekać całą noc!
Espérandieu po drugiej stronie słuchawki zasalutował po żołniersku.
– Tak jest, proszę pani.
Irène Ziegler wsłuchiwała się w wycie wiatru za zakratowanym oknem. Prawdziwa śnieżna zamieć. Odkleiła ucho od ściany. Z pewnością z przyczyn konstrukcyjnych ścianki działowe na tym posterunku żandarmerii – jak na setkach innych – były cienkie jak z tektury.
Ziegler wszystko słyszała. Najwyraźniej Espérandieu otrzymał jakąś ważną informację. Informację o kapitalnym znaczeniu, która radykalnie zmienia bieg śledztwa. Ziegler miała wrażenie, że rozumie, o co chodzi. Martin zniknął. Sądziła, że wie, gdzie jest. Poszedł zasięgnąć rady, zanim przejdzie do działania... Zastukała w drzwi, które otworzyły się niemal natychmiast.
– Muszę iść do toalety.
Dyżurny z powrotem zamknął drzwi. Kiedy po chwili znów się otworzyły, stanęła w nich młoda kobieta w mundurze, która przyglądała się Ziegler podejrzliwie.
– Proszę za mną, pani kapitan. Tylko bez numerów.
Ziegler wstała z dłońmi spiętymi kajdankami na plecach.
– Dziękuję – powiedziała. – Chciałabym też porozmawiać z panią prokurator. Niech jej to pani powie. Niech pani powie, że to ważne.
Wiatr wył w przewodzie kominowym i rozdmuchiwał płomienie. Servaz był na skraju wyczerpania. Odstawił kieliszek i zobaczył, że jego ręka się trzęsie. Przyciągnął ją do siebie, w obawie, by Saint-Cyr nie zauważył drżenia. Ziołowe wino było przyjemne, gdy je pił, zostawiło jednak po sobie gorzki posmak. Czuł się wstawiony. To nie był dobry moment. Postanowił, że przez najbliższe pół godziny będzie pił tylko wodę, a następnie poprosi o mocną kawę.
– Wyglądasz, jakbyś się kiepsko czuł – powiedział sędzia, odstawiając kieliszek i patrząc na niego uważnie.
– Bywało, że czułem się lepiej, ale może być.
Tak naprawdę nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek doświadczał takiego wyczerpania i stresu: padał ze zmęczenia, kręciło mu się w głowie, nie mógł jasno myśleć. A jednak znajdował się na progu rozwiązania najdziwniejszego śledztwa w całej swojej karierze.
– A zatem nie uważasz, że Irène Ziegler jest winna? – podjął sędzia. – Ale przecież wszystko przemawia przeciwko niej.
– Wiem. Ale jest nowy element.
Sędzia wysoko uniósł brwi.
– Dziś wieczorem miałem telefon od psycholożki, która pracuje w Instytucie Wargniera.
– No i?
– Nazywa się Diane Berg, pochodzi ze Szwajcarii. Jest tu od niedawna. Wygląda na to, że zorientowała się, że coś dziwnego się dzieje, i podjęła śledztwo na własną rękę, nikogo o tym nie informując. W ten sposób odkryła, że szefowa pielęgniarek w Instytucie zamówiła środki znieczulające dla koni... i że ta kobieta jest kochanką niejakiego Érica, bardzo bogatego człowieka, który dużo podróżuje, jak wynika z jego maili.
– W jaki sposób ta psycholożka na to wpadła? – zapytał sędzia sceptycznym głosem.
– To długa historia.
– A ten Éric, sądzisz, że to...? Ale on był w Stanach tej nocy, kiedy zabito konia.
– Doskonałe alibi – skomentował Servaz. – A poza tym, kto by podejrzewał, że ofiara jest jednocześnie winowajcą?
– Ta psycholożka... to ona do ciebie dzwoniła? I ty jej wierzysz? Jesteś pewien, że to osoba godna zaufania? Praca w Instytucie musi być bardzo wyczerpująca nerwowo, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony.
Servaz spojrzał na Saint-Cyra. Przez chwilę poczuł wątpliwości. A jeśli stary sędzia ma rację?
– Pamiętasz, jak mi mówiłeś, że wszystko, co się dzieje w tej dolinie, ma korzenie w przeszłości? – zapytał policjant.
Sędzia w milczeniu pokiwał głową.
– Sam mi powiedziałeś, że Maud, siostra Érica Lombarda, popełniła samobójstwo, gdy miała dwadzieścia jeden lat.
– Zgadza się – odezwał się w końcu Saint-Cyr. – Uważasz więc, że ta śmierć ma związek z samobójstwami dzieciaków, które przeszły przez ośrodek kolonijny? Ona tam nigdy nie była.
– Podobnie jak jeszcze dwoje z tych samobójców. W jakim stanie zostali znalezieni Grimm i Perrault? – zapytał, czując, że jego serce bez powodu zaczyna kołatać.
– Powieszeni.
– Zgadza się. Gdy zapytałem cię, w jaki sposób zabiła się siostra Érica Lombarda, powiedziałeś mi, że podcięła sobie żyły. Taka jest wersja oficjalna. Ale dziś wieczorem odkryłem, że tak naprawdę ona też się powiesiła. Dlaczego Lombard skłamał w tej sprawie? Czy nie po to, by uniknąć bezpośrednich skojarzeń między samobójstwem Maud a morderstwami?
– Czy ta psycholożka jeszcze komuś o tym mówiła?
– Nie, nie sądzę. Poradziłem jej, żeby jechała do Saint-Martin i skontaktowała się z Cathy d’Humières.
– Sądzisz więc...?
– Sądzę, że Éric Lombard jest sprawcą morderstw Grimma i Perraulta – wyartykułował Servaz. Miał wrażenie, że język przykleja mu się do podniebienia, a mięśnie żuchwy sztywnieją. – Sądzę, że się mści za to, co zrobili jego siostrze, siostrze, którą uwielbiał, i że słusznie obarcza ich winą za jej samobójstwo i za samobójstwa pozostałej siódemki młodych ludzi, którzy padli ofiarą kwartetu Grimm-Perrault-Chaperon-Mourrenx. Sądzę, że uknuł makiaweliczny plan, by samemu wymierzyć sprawiedliwość, odsuwając jednocześnie podejrzenia od własnej osoby. Skorzystał z pomocy wspólniczki w Instytucie Wargniera i być może jeszcze kogoś w ośrodku jeździeckim.
Popatrzył na swoją lewą rękę. Podskakiwała na podłokietniku. Na próżno próbował ją unieruchomić. Podniósł wzrok i zauważył spoczywające na niej spojrzenie Saint-Cyra.
– Lombard to niesłychanie inteligentny człowiek. Zrozumiał, że prędzej czy później ci, którzy będą prowadzili śledztwo w sprawie morderstw, mogą je skojarzyć z falą samobójstw wśród nastolatków sprzed piętnastu lat, w tym z samobójstwem jego siostry. Najwyraźniej uznał, że najlepszym sposobem na odsunięcie podejrzeń od niego jest znalezienie się wśród ofiar. Konieczne więc było, by sam stał się celem pierwszej zbrodni. Ale jak to zrobić? Zabicie niewinnego człowieka nie wchodziło dla niego w grę. W którymś momencie musiał doznać oświecenia: zabić istotę, na której zależy mu bardziej niż na czymkolwiek innym. Ukochanego konia. Oto zbrodnia, o którą nikt nie będzie mógł go podejrzewać. Możliwe, że okupił tę decyzję ogromnym bólem. Ale czyż mogło istnieć lepsze alibi niż ta masakra, która wydarzyła się w czasie, gdy niby był w Stanach? To dlatego psy w stadninie nie szczekały. To dlatego koń nie rżał. Być może oprócz szefowej pielęgniarek w Instytucie ma także wspólnika w ośrodku jeździeckim. Bo trzeba było przynajmniej dwóch osób, by przetransportować konia na górę. I alarm w ośrodku nie zadziałał. Ale, podobnie jak w przypadku Grimma i Perraulta, także po to, by być pewnym, że Freedom nie będzie cierpiał, nie mógł pozwolić, by ktokolwiek inny zajął się zabiciem zwierzęcia. On nie jest z tych: Éric Lombard to siłacz, miłośnik przygód, wojownik, przyzwyczajony do ekstremalnego ryzyka i brania na siebie odpowiedzialności. I nie boi się, że sobie pobrudzi ręce. – Czy to efekt wyczerpania? Brak snu? Servazowi wydawało się, że jego wzrok zaczyna się rozmywać, tak jakby nagle założył źle dobrane okulary. – Sądzę też, że Lombard albo któryś z jego ludzi zaszantażował dwóch strażników z elektrowni. Bez wątpienia zagroził im, że wylądują w więzieniu, albo kupił ich milczenie. Zresztą Lombard musiał bardzo szybko zrozumieć, że hipoteza z Hirtmannem długo się nie utrzyma. Ale nie musiało mu to przeszkadzać: to była tylko pierwsza zasłona dymna. Ostatecznie nie przeszkodził mu również fakt, że dotarliśmy do fali samobójstw sprzed piętnastu lat. Przeciwnie, to tylko zwiększało liczbę tropów. Winnym mógł być którykolwiek z rodziców albo nawet jeden z dorosłych już dziś nastolatków zgwałconych przez członków kwartetu. Zastanawiam się, czy wiedział o Ziegler, o tym, że ona też była w ośrodku. I że może być idealną podejrzaną. Czy to tylko zwykły zbieg okoliczności.
Saint-Cyr milczał, skupiony i posępny. Servaz wytarł mankietem pot, który spływał mu do oczu.
– Ostatecznie musiał uznać, że nawet gdyby nie wszystko, co wymyślił, zadziałało tak, jak przewidywał, to na tyle zamieszał w kartach, że odkrycie prawdy i dotarcie do niego jest prawie niemożliwe.
– Prawie. – Saint-Cyr uśmiechnął się smutno. – Oczywiście nie spodziewał się, że trafi na kogoś takiego jak ty.
Servaz zauważył, że ton sędziego się zmienił. Zauważył też, że stary uśmiecha się do niego jednocześnie z podziwem i jakąś dwuznacznością. Spróbował poruszyć dłonią. Już się nie trzęsła. Ale nagle poczuł, że ma ramię ciężkie jak z ołowiu.
– Jesteś wybitnym detektywem – docenił go Saint-Cyr lodowatym głosem. – Gdybym miał pod sobą kogoś takiego jak ty, kto wie, ile spraw umorzonych z braku dowodów udałoby mi się rozwiązać?
W kieszeni Servaza zaczął dzwonić telefon. Policjant chciał po niego sięgnąć, ale poczuł, jakby jego ramię zalano szybkowiążącym cementem. Przesunięcie ręki o zaledwie kilka centymetrów trwało nieskończoność! Komórka dzwoniła długo, rozdzierając ciszę, która zapadła między dwójką mężczyzn, a potem rozległ się sygnał SMS-a i telefon zamilkł. Sędzia utkwił spojrzenie w policjancie.
– Czu... czuję się... Dziwnie... – wybełkotał Servaz, pozwalając, by jego ramię opadło.
Cholera! Co się z nim dzieje? Drętwiały mu szczęki. Mówił z wielkim trudem. Spróbował wstać, podpierając się rękami o podłokietniki. Pokój natychmiast zawirował mu przed oczami. Bez sił opadł na fotel. Miał wrażenie, że słyszy, jak Saint-Cyr mówi: „Włączenie w to Hirtmanna to był błąd...”. Zastanawiał się, czy dobrze usłyszał. Wytężał zaćmiony mózg, żeby się skupić na słowach, które wychodziły z ust sędziego:
– ...do przewidzenia: ego Szwajcara wzięło górę, można się było tego spodziewać. W zamian za DNA wyciągał od Élisabeth informacje, a potem naprowadził cię na trop tych nastolatków dla czystej przyjemności pokazania, kto rozdaje karty. To łechtało jego próżność. Jego potężną pychę. Wygląda na to, że wpadłeś mu w oko.
Servaz próbował zmarszczyć brwi. Czy to naprawdę Saint-Cyr z nim rozmawia? Przez moment wydawało mu się, że widzi przed sobą Lombarda. Potem zamrugał powiekami, by strącić pot, który palił go w oczy, i zobaczył, że sędzia siedzi w tym samym miejscu. Saint-Cyr wyjął z kieszeni telefon komórkowy i wybrał numer.
– Lisa? Tu Gabriel. Wygląda na to, że ta mała ciekawska nikomu więcej o tym nie powiedziała. Zdążyła tylko powiadomić Martina. Tak, jestem pewien. Tak, panuję nad sytuacją. – Rozłączył się i skierował uwagę na Servaza. – Opowiem ci pewną historię – zaczął. Komendant miał wrażenie, że głos sędziego dochodzi do niego z głębi tunelu. – Historię małego chłopca, który był synem porywczego tyrana. Był to bardzo inteligentny, cudowny mały chłopiec. Kiedy do nas przychodził, zawsze przynosił bukiet kwiatów zerwanych po drodze albo garść kamyków zebranych na brzegu strumienia. Nie mieliśmy z żoną dzieci. Wystarczy powiedzieć, że pojawienie się Érica w naszym życiu było darem z nieba, promykiem słońca. – Wykonał gest, jakby chciał utrzymać to wspomnienie na dystans, by nie ulec emocjom. – Ale na błękitnym niebie była chmura. Ojciec Érica, słynny Henri Lombard, zaprowadził wokół siebie terror, zarówno w swoich fabrykach, jak i w domu, w znanym ci zamku. Choć chwilami bywał dla swoich dzieci kochającym i czułym ojcem, kiedy indziej terroryzował je swoimi wybuchami furii, krzykami i ciosami, którymi okładał ich matkę. Nie trzeba chyba mówić, że zarówno Éric, jak i Maud byli głęboko zranieni przez atmosferę panującą w zamku.
Servaz bezskutecznie usiłował przełknąć ślinę. Spróbował się poruszyć. Telefon w jego kieszeni znowu się rozdzwonił, a potem umilkł.
– Mieszkaliśmy wówczas z żoną w domu w lesie, niedaleko zamku, nad tym samym potokiem – ciągnął Saint-Cyr, nie zwracając uwagi na telefon. – Choć Henri Lombard był człowiekiem podejrzliwym, paranoikiem, tyranem i, co tu kryć, szaleńcem, nigdy nie otoczył swojej posiadłości ogrodzeniami, drutem kolczastym ani kamerami, tak jak wygląda to dzisiaj. W tamtych czasach to nie było przyjęte. Nie było tylu zagrożeń i takiej przestępczości. Mimo wszystko świat był jeszcze ludzki. Krótko mówiąc, nasz dom był dla młodego Érica schronieniem. Chłopak spędzał w nim często całe popołudnia. Czasami przyprowadzał Maud, śliczną dziewczynkę o smutnym spojrzeniu, która prawie nigdy się nie uśmiechała. Éric bardzo ją kochał. Już jako dziesięciolatek postanowił, że musi ją chronić. – Zrobił krótką przerwę. – Prowadziłem intensywne życie zawodowe i rzadko bywałem w domu, ale od czasu, gdy Éric pojawił się w naszym życiu, starałem się, kiedy tylko mogłem, znajdować wolne chwile. Zawsze byłem szczęśliwy, gdy widziałem, jak pojawia się na drodze prowadzącej z zamku do naszego domu, sam albo z siostrą, którą ciągnął za sobą. W sumie spełniałem rolę, której nie spełniał jego ojciec. Wychowałem to dziecko jak własne. To moja największa chluba. Mój największy sukces. Uczyłem go wszystkiego, co sam potrafiłem. Był ogromnie pojętnym chłopcem. Zwracał po stokroć to, co mu się ofiarowało. Zobacz, kim jest dzisiaj! Nie tylko dzięki odziedziczonemu imperium. Nie. Także dzięki moim lekcjom, dzięki naszej miłości.
Servaz zauważył ze zdumieniem, że stary sędzia płacze, a strumienie łez spływają po jego pociętych bruzdami policzkach.
– A potem wydarzyło się tamto. Pamiętam dzień, kiedy znaleźli Maud powieszoną na huśtawce. Od tego czasu Éric nie był już taki jak dawniej. Zamknął się w sobie, stał się bardziej ponury, oschły. Otoczył się pancerzem. Wyobrażam sobie, że musiało mu to pomagać w interesach. Ale to już nie był ten Éric, którego znałem.
– Co się... Co... się... Stało... z...?
– Co się stało z Maud? Éric wszystkiego mi nie powiedział, ale sądzę, że spotkała na swojej drodze tych drani.
– Nie... potem...
– Lata mijały. Kiedy Maud się zabiła, Éric właśnie odziedziczył imperium, jego ojciec zmarł rok wcześniej. Érica pochłonęła praca, jednego dnia był w Paryżu, a następnego w Nowym Jorku albo w Singapurze. Nie miał już ani chwili dla siebie. Potem znów zaczęły go dręczyć pytania i wątpliwości w sprawie śmierci siostry. Zrozumiałem to, gdy któregoś dnia przyszedł do mnie i zaczął mnie wypytywać. To było kilka lat temu. Postanowił sobie, że dojdzie prawdy. Zatrudnił prywatne biuro detektywistyczne. Ludzi niezbyt przebierających w środkach i niezważających na etykę, którym bardzo drogo zapłacił za milczenie. Musieli pokonać mniej więcej tę samą drogę, którą ty przeszedłeś, i odkryć prawdę na temat tych czterech mężczyzn... Od tamtej chwili Éric mógł sobie bez trudu wyobrazić, co się przydarzyło jego siostrze, a przed nią innym kobietom. Postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość. Dysponował potrzebnymi środkami. Z uwagi na pozycję, jaką zajmował, miał ograniczone zaufanie do wymiaru sprawiedliwości w tym kraju. Znalazł nieocenioną pomoc w osobie swojej kochanki Lisy Ferney. Okazało się bowiem, że Lisa nie tylko dorastała w tej okolicy i jest zakochana w Éricu Lombardzie. Była także ofiarą kwartetu.
Blask świec i lamp raził Servaza w oczy. Policjant był mokry od potu.
– Jestem stary, mój czas się kończy – powiedział Saint-Cyr. – Rok, pięć, dziesięć lat. Cóż to zmienia? Mam już życie za sobą. Czas, który mi został, będzie już tylko długim oczekiwaniem końca. Dlaczego go nie skrócić, jeśli moja śmierć mogłaby komuś lub czemuś służyć? Komuś tak wybitnemu i znaczącemu jak Éric Lombard.
Servaz poczuł, że ogarnia go panika. Jego serce kołatało tak mocno, że był przekonany, że za chwilę dostanie zawału. Ale wciąż nie mógł się ruszyć. A pokój wokół niego był teraz całkowicie rozmyty.
– Zostawię list z informacją, że to ja popełniłem wszystkie te zbrodnie – oświadczył Saint-Cyr zadziwiająco spokojnym i zdecydowanym głosem. – Po to, żeby wreszcie stało się zadość sprawiedliwości. Wielu ludzi wiedziało, jak bardzo dręczyła mnie sprawa tych samobójstw. Nikogo to więc nie zdziwi. Powiem, że zabiłem konia, bo sądziłem, że Henri, ojciec Érica, także brał udział w gwałtach. I że zabiłem ciebie, ponieważ mnie zdemaskowałeś. Po czym zrozumiałem, że sytuacja jest bez wyjścia, i tknięty wyrzutami sumienia uznałem, że lepiej będzie, jeśli przed śmiercią do wszystkiego się przyznam. Bardzo piękny, wzruszający i pełen godności list: już go napisałem.
Pomachał nim przed nosem Servaza. Trwoga, która opanowała policjanta, na chwilę przegnała mgłę zalegającą na jego umyśle i trochę go otrzeźwiła.
– To... to... na nic... Diane Berg... ma dowody wi... winy. Roz-mawia... z Ca-thy... d’Hu... d’Humières...
Gabriel Saint-Cyr ciągnął niewzruszony:
– Z drugiej strony dziś w nocy znajdą tę psycholożkę martwą. Po śledztwie w jej papierach zostanie odkryty formalny dowód na to, że przyjechała ze Szwajcarii tylko w jednym celu: aby pomóc Julianowi Hirtmannowi, swojemu rodakowi i byłemu kochankowi, w ucieczce.
– Dla... czego... to... robisz?
– Mówiłem ci: Éric to moja największa chluba. To ja go wychowałem. Ja zrobiłem z niego mężczyznę, jakim jest dzisiaj. Wybitnego biznesmena, ale także prawego człowieka, przykład do naśladowania. Syna, którego nie miałem...
– On jest... zamieszany... w... w malwersacje... korupcję... wyko... rzystywanie... dzieci...
– Kłamiesz! – krzyknął Saint-Cyr, zrywając się z fotela.
Miał w ręku broń... Pistolet automatyczny...
Servaz wytrzeszczył oczy. Pot kapiący z brwi natychmiast sprawił, że zapiekła go rogówka. Policjant miał wrażenie, że głos Saint-Cyra, dźwięki i zapachy stały się zbyt wyraźne. Wszystkie jego zmysły były bombardowane przyprawiającymi o paroksyzm doznaniami, które drażniły jego nerwy.
– To środki halucynogenne – powiedział Saint-Cyr, znowu się uśmiechając. – Nie wyobrażasz sobie, jakie dają możliwości. Nie bój się: narkotyki, które połykałeś we wszystkich posiłkach, jakimi cię częstowałem, nie były śmiertelne. Miały tylko osłabić twoje możliwości intelektualne i fizyczne i spowodować, by twoje reakcje były podejrzane dla niektórych ludzi i dla ciebie samego. Ten, który dodałem do wina, na jakiś czas cię sparaliżuje. Ale nie zdążysz się obudzić. Wcześniej będziesz martwy. Martin, naprawdę bardzo mi przykro, że muszę się posunąć do ostateczności. Niewątpliwie jesteś najbardziej interesującym człowiekiem, jakiego od dłuższego czasu spotkałem.
Servaz rozdziawił usta jak ryba, którą wyjęto z wody. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się głupio w Saint-Cyra. Nagle opanowała go złość. Przez jakieś pieprzone prochy umrze z taką debilną miną!
– Ja, który spędziłem życie, walcząc z przestępczością, skończę jako morderca – powiedział gorzko sędzia. – Ale nie dałeś mi wyboru: Éric Lombard musi pozostać na wolności. Ten człowiek ma mnóstwo planów. Dzięki organizacjom, które finansuje, dzieci mają co jeść, artyści mogą pracować, studenci otrzymują stypendia... Nie pozwolę, by jakiś mały glina złamał życie jednego z najwybitniejszych ludzi tych czasów. Który zawinił tylko tym, że wymierzył sprawiedliwość na własną rękę w kraju, w którym to słowo już dawno straciło właściwy sens.
Servaz się zastanawiał, czy sędzia mówi o tym samym człowieku: o tym, który do spółki z innymi firmami farmaceutycznymi zrobił wszystko, by przeszkodzić afrykańskim krajom w produkcji leków przeciwko AIDS i zapaleniu opon mózgowych, o tym, który zachęca swoich podwykonawców do stosowania wyzysku wobec kobiet i dzieci w Indiach i Bangladeszu, o tym, którego prawnicy wykupili Polytex wyłącznie ze względu na patenty, by potem zwolnić robotników. Kim jest prawdziwy Éric Lombard? Cynicznym i pozbawionym skrupułów biznesmenem czy mecenasem i filantropem? Chłopcem, który chronił swoją małą siostrzyczkę, czy rekinem żerującym na ludzkiej nędzy? Nie był w stanie jasno myśleć.
– Ja... ta... psycholożka... – wyartykułował. – Morder-stwa... Prze... kreślasz... wszystkie... twoje... zasa... skończysz... w skórze... morder-cy...
Zobaczył cień wątpliwości na twarzy sędziego. Saint-Cyr energicznie potrząsnął głową, jakby chciał je przegnać.
– Odchodzę bez żalu. To prawda: Nigdy, przez całe moje życie, nie łamałem pewnych zasad. Ale teraz te zasady są deptane. Miernota, nieuczciwość i cynizm stały się dziś regułą. Dzisiejsi ludzie chcą żyć jak dzieci. Bez odpowiedzialności. Jak głupcy. Przestępcy. Idioci pozbawieni jakiejkolwiek moralności... Niedługo zmiecie nas z powierzchni ziemi fala barbarzyństwa, jakiej dotychczas nie było. Już widać pierwsze zwiastuny. I kto się będzie użalał nad naszym losem? Przez egoizm i chciwość trwonimy dziedzictwo naszych przodków. Tylko nieliczni, tacy jak Éric, utrzymują się jeszcze na powierzchni tego błota...
Pomachał bronią przed nosem Servaza. Choć policjant był przygwożdżony do fotela, w jego ciało wstępował gniew, który działał jak antidotum na truciznę, która płynęła z żołądka do żył. Servaz rzucił się do przodu. Ale gdy tylko zdołał odkleić się od fotela, zrozumiał, że jego usiłowania są daremne. Nogi się pod nim rozjechały, a Saint-Cyr odsunął się i patrzył, jak upada i uderza w stolik, przewracając przy okazji wazon i lampę. Oślepiający blask żarówki uderzył w jego nerwy wzrokowe, wazon roztrzaskał się na podłodze. Servaz leżał na brzuchu na perskim dywanie. Światło lampy, która leżała tuż przy jego twarzy, parzyło go w oczy. Uderzając o stolik, rozciął sobie czoło i krew spływała mu na brwi.
– Daj spokój, Martin, to nic nie da – powiedział Saint-Cyr pobłażliwie.
Z wysiłkiem uniósł się na łokciach. Wściekłość płonęła w nim jak rozżarzone węgle. Światło go oślepiało. Czarne plamy tańczyły mu przed oczami. Widział tylko jakieś blaski i cienie.
Podczołgał się wolno do Saint-Cyra i wyciągnął rękę w kierunku jego nogawki, ale ten się odsunął. Servaz widział między nogami sędziego ogień płonący w kominku. Blask płomieni raził go w oczy. A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.
– Niech pan odłoży broń! – odezwał się ktoś po lewej.
Servaz już kiedyś słyszał ten głos, ale jego sparaliżowany narkotykiem mózg nie potrafił mu przypisać żadnego imienia. Usłyszał strzał, potem drugi. Zobaczył, jak Saint-Cyr podskakuje i pada na kominek. Jego ciało odbiło się od kamiennego obramowania blatu i upadło na Servaza, który zdążył schylić głowę. Gdy ją podniósł, ktoś zdejmował z niego trupa, ciężkiego jak ciało konia.
– Martin! Martin! Wszystko w porządku?
Otworzył szeroko oczy, jakby chciał usunąć rzęsę. Niewyraźna twarz tańczyła przed jego załzawionymi oczami. Irène... Ktoś stał za nią... Maillard...
– Wo... Wody...
Irène Ziegler rzuciła się do kuchni, napełniła szklankę wodą i przyłożyła mu ją do warg. Servaz przełykał powoli, bolały go mięśnie żuchwy.
– Pomóż... mi... do... łazienki...
Żandarmi chwycili go pod pachy i podtrzymali. Za każdym krokiem Servaz miał wrażenie, że zaraz się przewróci.
– Lom-bard... – wyjąkał.
– Co?
– Blo... blo-kady...
– Już są – odpowiedziała pośpiesznie Irène. – Wszystkie drogi w dolinie zostały zablokowane po telefonie twojego asystenta. Nie da się opuścić doliny drogą.
– Vin-cent?
– Tak. Zdobył dowód na to, że Éric Lombard skłamał i wcale nie był w Stanach tej nocy, gdy zginął Freedom.
– Heli...
– Niemożliwe. Nie da rady wystartować przy tej pogodzie.
Pochylił się nad umywalką. Ziegler odkręciła kurek i ochlapała go zimną wodą. Servaz schylił się jeszcze bardziej i włożył twarz pod strumień. Lodowata woda podziałała na niego jak porażenie prądem. Zaczął kasłać i pluć. Jak długo stał nad umywalką, zanim odzyskał oddech i siły? Nie potrafił powiedzieć.
Kiedy się podniósł, czuł się już znacznie lepiej. Działanie narkotyku zaczęło ustępować. Nagle poczuł gwałtowny niepokój, który przemógł jego otępienie. Muszą działać... Szybko...
– Gdzie są... Cathy...?
– Czekają na nas. W żandarmerii. – Ziegler spojrzała na niego. – Okay. Jedziemy. Nie możemy tracić czasu.
Lisa Ferney zatrzasnęła klapkę telefonu. W drugiej dłoni trzymała pistolet. Diane ani trochę nie znała się na broni, obejrzała jednak wystarczająco dużo filmów, żeby wiedzieć, że duży cylinder na końcu lufy to tłumik.
– Szczerze się obawiam, że nikt nie przyjdzie pani ratować, Diane – powiedziała szefowa pielęgniarek. – Za mniej niż pół godziny policjant, z którym pani rozmawiała, będzie martwy. To prawdziwe szczęście, że mój wieczór się nie udał z winy tego gliniarza.
– Potrafi się pani tym posługiwać? – zapytała Diane, wskazując na broń.
– Nauczyłam się. Należę do klubu strzeleckiego. To Éric mnie w to wprowadził. Éric Lombard.
– Pani kochanek. I pani wspólnik.
– Nieładnie grzebać w cudzych rzeczach – zakpiła pielęgniarka. – Wiem, że trudno w to uwierzyć, Diane, ale kiedy Wargnier uznał, że potrzebuje asystenta, miał do wyboru wiele kandydatur, nawiasem mówiąc przy okazji mnie obraził, mówiąc, że nie mam wymaganych kwalifikacji. To ja panią wybrałam i nalegałam, żeby pani otrzymała to stanowisko.
– Dlaczego?
– Bo jest pani Szwajcarką.
– Jak to?
Lisa Ferney otworzyła drzwi i rzuciła okiem na cichy korytarz, nie przestając celować w Diane.
– Tak jak Julian... Kiedy zobaczyłam pani kandydaturę wśród innych podań, uznałam, że to bardzo dobra wróżba dla naszych planów.
– Jakich planów?
– Zabicia tych kanalii.
– Kogo?
– Grimma, Perraulta i Chaperona.
– Za to, co zrobili w ośrodku kolonijnym. – Diane przypomniała sobie karteczkę w biurku Xaviera.
– Właśnie. W ośrodku i gdzie indziej. Ta dolina to był teren ich łowów.
– Widziałam kogoś w ośrodku... Kogoś, kto szlochał i krzyczał... To któraś z ich dawnych ofiar?
Lisa rzuciła jej przenikliwe spojrzenie, jakby się zastanawiała, co Diane właściwie wie.
– Tak, Mathias. Biedak nigdy się po tym nie pozbierał. Zwariował. Ale jest niegroźny.
– Ciągle nie widzę, jaki to ma związek ze mną.
– Nieważne – powiedziała Lisa Ferney. – Będzie pani osobą, która przyjechała ze Szwajcarii, żeby pomóc Hirtmannowi w ucieczce, Diane. Która podłożyła ogień pod Instytut i poprowadziła Juliana do wyjścia. Ale cóż za niefart, niewdzięczny Julian nie oprze się swoim od dawna powstrzymywanym popędom. Nie oprze się pokusie zabicia swojej rodaczki i wspólniczki, czyli pani. Koniec historii.
Diane znieruchomiała. Ogarnęła ją czysta groza.
– Na początku zastanawialiśmy się nad różnymi sposobami zmylenia tropów. Ale ja od razu pomyślałam o Julianie. Co ostatecznie okazało się błędem. Z kimś takim jak Julian zawsze jest coś za coś. W zamian za ślinę i krew chciał informacji, po co nam one. Ale jego wymagania na tym się nie skończyły. Musiałam mu coś obiecać. I tu właśnie pani wkracza do akcji, Diane...
– To bez sensu. Wiele osób w Szwajcarii mnie zna. Nikt nie uwierzy w taką historię.
– Ale to nie szwajcarska policja będzie prowadzić śledztwo. A poza tym wszyscy wiedzą, że to miejsce może wywierać niekorzystny wpływ na osoby o wrażliwej psychice. Doktor Wargnier miał w stosunku do pani pewne wątpliwości. W pani głosie i mailach dostrzegał „podatność na zranienia”. Gdy przyjdzie pora, nie omieszkam wspomnieć o tym policji, która z kolei nie omieszka zapytać Wargniera. A Xavier, który nie chciał pani obecności tutaj, nie zaprzeczy. Widzi pani: ostatecznie tak wiele przeciwko pani przemawia... Nie trzeba było wchodzić mi w drogę, Diane. Byłam zdecydowana pozostawić panią przy życiu. Spędziłaby pani tylko parę lat w więzieniu.
– Ale nie może pani zwalić na mnie sprawy z DNA – powiedziała Diane w przypływie desperacji.
– To prawda. Do tego przeznaczyliśmy innego kandydata. Od kilku miesięcy przelewamy pieniądze na konto Monsieur Monde’a. W zamian przymyka oczy na moje spacery do sektora A i moje drobne konszachty z Hirtmannem. Tyle że te pieniądze obrócą się przeciwko niemu, kiedy policja odkryje, że przelewów dokonywano ze Szwajcarii, i gdy znajdą u niego strzykawkę ze śladami krwi Juliana.
– Jego też zabijecie? – Diane czuła, że kręci jej się w głowie i że spada w głąb studni bez dna.
– A jak pani sądzi? Myśli pani, że zamierzam spędzić resztę życia w więzieniu? No dobrze. Straciłyśmy już dość czasu.