A jednak nie powiedziałem mu wszystkiego – pomyślał w hotelowym pokoju. Zdjął z szyi wytarty rzemyk, którym wprawiał wszystkich w osłupienie. Zabawne. Nikogo nie dziwi medalik z Matką Boską ani krzyżyk, ani wisiorek kupiony przez ukochaną podczas wakacji. Dlaczego więc ludzie unoszą brwi albo reagują śmiechem, gdy widzą kostkę do gitary zawieszoną na szyi niczym amulet? Przewiercona fioletowa kostka, wyraźnie starta po jednej stronie, była dla Heinza więcej niż relikwią. Była przedmiotem, w którym żywioł życia połączył się ze śmiercią. Kostka pochodziła z Alpine Valley Musie Theatre w stanie
Wisconsin, gdzie Steve Ray Vaughan zagrał swoje bluesy ostatni raz. Kilkadziesiąt godzin później gitarzysta runął na ziemię wraz z załogą i innymi pasażerami helikoptera. Za grube pieniądze Heinz kupił kostkę na aukcji internetowej, upewniwszy się, że do gitarowej relikwii dołączone są dwa certyfikaty potwierdzające jej autentyczność. Stary, sentymentalny Rudolf Heinz.
Późnym wieczorem nie myślał jednak o śmierci swojego idola. Myślał o mordercy.
Po tym, co usłyszał i zobaczył w Pałacu Mostowskich, było dla niego jasne, że ma do czynienia albo z kompletnym amatorem, albo z wyrafinowanym psychopatą. Bez względu na to, kim był zabójca, nie zadbał o usunięcie śladów. Usunąć ślady to, po pierwsze, usunąć zwłoki. Wystarczyło zakopać je w lesie, a sprawa nabrałaby innego wymiaru. Rodzina albo seminarium duchowne zgłosiliby zaginięcie i cały łańcuch zdarzeń ułożyłoby się inaczej. Bo w sprawie zaginięcia – nawet dwóch kleryków – nie powołuje się specjalnej ekipy. Nie traktuje się takich spraw jako priorytetowych, choć dzisiaj coraz trudniej orzec, co w pracy policji ma bezwzględne pierwszeństwo. Sprawą nie zainteresowałoby się CBŚ, jego też by przy niej nie było. Poza tym morderca nie przeszperał kieszeni ofiar. Kartka z numerem telefonu umożliwiła szybką identyfikację. Kompletna amatorszczyzna, która wyklucza udział chłopaków z miasta znających się na robocie.
Chyba że jest całkiem inaczej. Cały czas nie mógł się opędzić od myśli, że w tej sprawie grozę budzi jakaś dziwna ostentacja. Teatralność. Jakby morderca chciał, byśmy zobaczyli zwłoki dwóch chłopaków. Jakby morderca celowo wystawił na pokaz zwłoki tych dwóch chłopaków. A właściwie więcej niż zwłoki. Skurwysyn ma poza tym nerwy ze stali. Oparł trupy o siebie plecami i przewiązał ciała sznurkiem. Co z tego wynika? Musiał wiedzieć, że teren będzie czysty. Że nikt mu nie przeszkodzi.
Wniosek? Musiał obserwować ten rejon wcześniej, może ktoś go wtedy zauważył, może zapamiętał jakiś samochód.
Heinz wyjął notes i zaczął pisać. Wiedział, że nikt poza nim samym tych notatek nie odczyta.
Teraz trójkąty. Różowe trójkąty narysowane szminką. Przypomniał sobie czytany niedawno artykuł o homoseksualizmie w Trzeciej Rzeszy. Jednym z wymysłów Himmlera była narodowa Centrala do Walki z Homoseksualizmem i Aborcją oraz różowe listy, na których umieszczano wszystkich podejrzewanych o zdegenerowane skłonności. Różowymi trójkątami znakowano homoseksualistów w obozach koncentracyjnych. Różowy trójkąt oznaczał dno w obozowej hierarchii. Zamordowani klerycy byli gejami, a to nadawało całej sprawie specyficzny charakter. Morderca malujący trójkąty musiał o tym wiedzieć. Znacząc ofiary, rzuca nam wyzwanie.
Rzuca mi wyzwanie.
Czy mogła to być zemsta odtrąconego kochanka? Wątpliwe. Kto by aż tak ryzykował? A może rzeczywiście jacyś ultraprawicowcy wyłowili tych chłopaków z jakiegoś klubu, a potem zabawili się z nimi zbyt ostro? Ten trop nie był zły. Tak czy inaczej morderca, zostawiając trójkąty, powiedział: „Ja wiem, kim oni są. I teraz wy się dowiecie, że ja to wiedziałem”.
Heinz usłyszał brzęczenie. Do żarówki podleciała mucha, tłukąc skrzydełkami to o rozgrzane szkło, to o tandetny abażur.
Jeszcze jedna sprawa – pomyślał. – Godzina śmierci papieża wypisana na folii. To, co tak zaniepokoiło CBŚ. Różowe trójkąty to już ostentacja, a tu na dodatek liczby. Dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Śmierć papieża i śmierć kleryków. A jeśli jednak podwójne morderstwo to dzieło kolejnego nawiedzonego wizjonera? Śmierć nie każdemu wydaje się końcem. Może być także początkiem.
Śmierć jako odrodzenie i odkupienie – notował nerwowo. Czy dla dwóch grzesznych kleryków może być lepsza for ma odkupienia niż śmierć? Czy można lepiej rozpocząć naprawianie świata? Nie można. Koniec końców dwaj homoseksualiści zostali nawróceni, przeszli na jasną stronę.
Mucha biła skrzydłami o żarówkę. Przypomniał mu się dźwięk przeskakującej iskry elektrycznej. Na ułamek sekundy stanęła mu przed oczyma twarz Inkwizytora. Zamrugał.
To byłoby najgorsze. Jeśli mają do czynienia z mścicielem psychopatą, znowu uderzy. Zabójstwo dwóch chłopaków to dopiero początek. Zwłaszcza, że poszło tak łatwo. Jakby splunąć.
Sięgnął po komórkę i wybrał numer syna. Po kilku sygnałach włączyła się sekretarka. Nagrany był nowy komunikat: „Tu Krzysiek. Uczę się do matury. Jak już się nauczę, oddzwonię”. Przez moment wahał się, czy zostawić wiadomość. W końcu się rozłączył.
Nie zdążył odłożyć telefonu, gdy usłyszał sygnał połączenia. „Korn” – przeczytał na wyświetlaczu.
– Podopieczny bardzo się uaktywnił – zaczął Kornak. Heinz poczuł gwałtowne bicie serca.
– W jaki sposób?
– Najpierw chciał wysłać do ciebie esemesa, potem maila, wreszcie zwykły list.
– Jest jeszcze Gadu-Gadu albo skype – skwitował cierpko Heinz.
– Gdy mu oczywiście odmówili, poprosił, by ci przekazać, że nadrabia zaległości lekturowe.
– Imponujące. I chce, żebym przysłał mu trochę książek? – Heinz zaczynał tracić cierpliwość.
– Nie. Chce, żebyś zajrzał do Becketta. Powiedział tak: „Ostatnia taśma Becketta. Finał, że normalnemu człowiekowi ciarki chodzą po plecach. A nienormalnemu? To coś w sam raz dla Heinza”.
– No i? Sprawdziłeś może, o co mu chodzi? Nie jestem chodzącym zbiorem cytatów.
– Nie. Ale niepokoi mnie, że zaczął tyle mówić o tobie.
Otoczony jestem psycholami – myślał Heinz pół godziny później, leżąc w ciemnościach. W uszach miał słuchawki.
Słuchał, jak John Lee Hooker śpiewa o powodzi w Tupelo, i znów długo nie mógł zasnąć.