– Niestety, nie mogę panów wpuścić. – Ochroniarz w czarnym uniformie wyszedł z budki strażniczej podobnej do tych, jakie stoją przed ambasadami, i popatrywał to na dwóch policjantów, to na legitymacje, które trzymali w rękach.
Była szesnasta. Zakurzony opel zatrzymał się na nierównej piaszczystej drodze prowadzącej do rezydencji w Konstancinie-Jeziornie. Dwaj inni ochroniarze, także w czarnych uniformach, próbowali za pomocą pistoletów ciśnieniowych usunąć czarną maź powstałą z deszczu, piasku i błota, wypełniającą wyboistą nawierzchnię koło ręcznie kutej bramy i ogrodzenia. Błotniste ścieżki prowadzące do pałaców stawianych w podwarszawskiej miejscowości za grube miliony przez biznesmenów, piosenkarki i polityków to norma. Tak przynajmniej twierdził Karloff.
– Wiesz, dlaczego Konstancin nazywają uzdrowiskiem?
– zapytał Heinza, gdy mijali Starą Papiernię – miejscowy kompleks gastronomiczny, rozrywkowy i artystyczny.
– No?
– Bo tu chore fortuny i brudne pieniądze szybko zdrowieją i odzyskują blask.
Godzinę temu przetoczyła się nad Konstancinem typowa wiosenna burza z gradobiciem. Heinz raz jeszcze spojrzał na dwóch młodych osiłków próbujących osuszyć drogę i przypomniał sobie mit o Syzyfie i jego daremnym trudzie.
Odwrócił głowę. Za lekkim wzniesieniem ukryty był olbrzymi dwupiętrowy dom; widział go kiedyś w jakimś kolorowym magazynie. Najpierw trzeba się było dostać na teren strzeżony nie przez jakiegoś emeryta zatrudnionego za psie pieniądze, ale dwudziestoletniego byczka, dla którego siłownia była zapewne drugim domem.
Heinz spojrzał na masywne, ręcznie kute ogrodzenie i dwie kolumny zwieńczone posągami lwów szykujących się do skoku. Prymitywna metafora siły, panowania i drapieżnego kapitalizmu. Z niesmakiem pokręcił głową. Spojrzał w obiektywy trzech kamer wykierowanych w miejsce, gdzie stał z Karloffem, a potem popatrzył na twarz ochroniarza spaloną promieniami lamp ultrafioletowych.
– Powiedz mi jedną rzecz – Heinz popatrzył na bodyguarda. – Korzystasz z kabin czy z łóżka?
– Nie rozumiem… – warknął goryl.
– Chodzi mi o solarium. Pewnie opalasz się tak często jak nasz wicepremier. A więc kabiny czy łóżka?
Chłopak milczał.
– Pan Kunicki was nie przyjmie. Nie mam was na liście
– powiedział po chwili.
– Dam ci dwie rady. – Heinz i ochroniarz patrzyli teraz na siebie tak, jak patrzą bokserzy podczas oficjalnego ważenia przed walką. – Po pierwsze, nie mów do gości na ty. Nawet do tych niezapowiedzianych, czyli takich jak my. Jeśli się tego nauczysz, twój szef będzie zadowolony.
Prawda, Karloff?
– Uhm – Karloff potwierdził.
– Ale druga rada jest ważniejsza. – Heinz zrobił ruch głową, a chłopak instynktownie się cofnął. – Dotyczy tego, jak nie stracić tej roboty. Wiem, że jesteś tylko pierwszym ogniwem w łańcuchu ochrony tego czegoś – wskazał ręką na teren rozciągający się za ogrodzeniem. – Zatem przekaż komu trzeba taką wiadomość: jeśli nie zostaniemy wpuszczeni za pięć minut, w ciągu pół godziny zjawią się tu dwie stacje telewizyjne i kilku natrętnych, agresywnych pismaków. – Heinz przerwał i sprawdzał efekt. Widział, że jego słowa docierają do ochroniarza szybciej, niż się spodziewał. – A gdy już przyjadą, opowiem przed kamerami, że uniemożliwiono nam rozmowę z bogatym i wpływowym biznesmenem, choć mógł mieć ważne informacje na temat dwóch kleryków zamordowanych nad Wisłą. A widzowie zobaczą to wszystko na tle tych tandetnych lwów z marmuru – wskazał palcem. – Chcesz to wszystko zapisać czy zapamiętasz?
Ochroniarz zapamiętał. Z trzaskiem zamknął się w stróżówce i zaczął z kimś rozmawiać przez interkom.
Dziesięć minut później zakurzony opel wjechał na teren posiadłości.
– Nieźle to rozegrałeś. – Karloff z uznaniem pokiwał głową. – Niedawno też miałem takiego kolesia, biznesmena od siedmiu boleści. Gość nie chciał mówić, więc musiałem go zainspirować.
– Jak cię znam – Heinz skręcił po łuku w lewo – porwałeś faceta i kazałeś mu kopać dół.
– No to mnie nie znasz. Wiesz, co zrobiłem? Uprowadziłem mu kota.
Heinz parsknął śmiechem.
– Kota?
– Kot leśny norweski. Wiedziałem, że gość jest zakochany w tej pokrace, ale że jest to kot leśny norweski, dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy kazał swoim ludziom wieszać ogłoszenia na latarniach i takie same dał do gazet.
– I co zrobiłeś?
– Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że jego miauczący przyjaciel bardzo tęskni za domem.
– Ty nie jesteś normalny. – Heinz spojrzał na Karloffa.
– Dlatego nazywają mnie tak, jak nazywają.
Dojechali do końca żwirowanej drogi, która niespodziewanie się rozwidlała. Po lewej stronie zobaczyli kwadratowy parking o podłożu z czerwonej ceglastej mączki. Miejsca parkingowe oddzielone były od siebie liniami zaznaczonymi białą kredą. Cegła i kreda. Najwyraźniej na każdym kroku Kunicki musiał podkreślać powszechnie znaną miłość do tenisa. Swoją drogą zamiast lwów na kolumnach mógłby umieścić podobizny Samprasa i Agassiego. Byłoby oryginalniej. Trzy miejsca parkingowe były zajęte. Tu już nie było śladu po niedawnej burzy. Po lewej stronie stało białe audi A6, w środku mercedes E klasy, a po prawej stronie nissan Navara. Heinz włączył kierunkowskaz i chciał wjechać na wolne miejsce koło pickupa, gdy drogę zagrodził mu kolejny ochroniarz. Mężczyzna w nienagannie skrojonym czarnym garniturze zdecydowanym gestem wskazał w przeciwnym kierunku, w stronę opustoszałego asfaltowego parkingu.
Zupełnie jakby opel był trędowaty i mógł zarazić te trzy ekskluzywne bryki.
Wysiedli z samochodu. Mężczyzna znów bez słowa wskazał ręką na ścieżkę prowadzącą obok domu, którego mógłby pozazdrościć brazylijski latyfundysta.
Najpierw ochroniarz w czarnym uniformie pseudokomandosa, teraz goryl w garniturze kosztującym więcej, niż wynosi policyjna pensja. Na tym polega łańcuch ewolucji.
W Pałacu Mostowskich Heinz odrobił dziś stosowną lekcję. Zasada jest prosta: im groźniejszy przeciwnik, tym więcej musisz o nim wiedzieć. A Jan Kunicki z pewnością należał do topowych graczy. Heinz przez trzy godziny przerzucał informacje dostarczane przez gotycką Jolkę i
Barykę. Zgoda, większość to nieistotne śmieci. Ale kilka wydało mu się ciekawych i wynotował je na kartce.
Tuż za hacjendą przejął ich kolejny ochroniarz i doprowadził do stolika osłoniętego od słońca gigantycznym parasolem. W fotelu wykonanym z rattanu siedział zwalisty mężczyzna w marynarce w drobną jodełkę. Oba podbródki, ten naturalny i ten, który był skutkiem otyłości, poruszały się rytmicznie, jakby odbywały stosunek seksualny. Kawał krwistego befsztyku w błyskawicznym tempie znikał z talerza.
Przy grillu stał drobnej postury człowiek ubrany w jasne spodnie, jak do gry w golfa. Jego włosy pokrywała nienaturalna czerń, w takim samym kolorze była też koszulka polo. Żadnych dodatków, napisów, naszywek.
Pełna asceza.
– Skoro już tu panowie jesteście – mężczyzna skropił wodą brykiety, które zaczęły skwierczeć – to rozgośćcie się. Na razie mamy moje krwiste befsztyki i pieczarki po wiedeńsku.
Odwrócił się. Skóra pięćdziesięciopięcioletniego mężczyzny wydawała się nienaturalnie naciągnięta. Na twarzy i na czole nie sposób było dostrzec choćby jednej zmarszczki. Więc tak wygląda Jan Kunicki w wersji na żywo i unplugged. Bez kamer i mikrofonów zachęcających do inwestowania i pomnażania majątku w jego bankach.
– Ostrzegam – biznesmen uniósł rękę uzbrojoną w widelec – pieczarki po wiedeńsku podajemy tak, jak trzeba. Z móżdżkami cielęcymi. Za jakieś pół godziny dowiozą nam z restauracji temaki-sushi. Oczywiście z kiełkami żółtej rzodkwi daikon. Rozumiem, że jedliście to kiedyś?
– A ja rozumiem, że tego pickupa wygrał pan w radiowym konkursie – odparował Heinz.
Kunicki drgnął, jakby ktoś wyrwał mu widelec z ręki i go nim dźgnął, a dwa podbródki znieruchomiały.
– Coś ty powiedział? – zasyczał Kunicki.
– Nissan Navara… Taki sam, jak u pana na parkingu. Jest taki radiowy konkurs. Myślałem, że pan wygrał…
Kunicki wybuchnął śmiechem.
– Pan jest pewnie komikiem? Ale ja na dziś klowna nie zamawiałem.
Tyle operacji plastycznych, a wciąż może się śmiać pełną gębą.
– Ale może zamawiał pan dziś chłopców dla siebie. Tak jak ma pan w zwyczaju.
Biznesmen już się nie śmiał. Odwrócił głowę w stronę mężczyzny siedzącego przy stole i zajadającego się kolejnym befsztykiem.
– Byłoby dobrze, wesołku, gdybyś poznał mecenasa Warszawskiego. To mój adwokat. Od tego momentu pomyśl dwa razy, co mówisz, bo ten człowiek wsadzi ci dynamit do dupy, podpali lont, a ty zauważysz to wszystko dopiero wtedy, gdy będziesz daleko stąd. – Kunicki uniósł rękę w stronę bezchmurnego nieba. – A teraz opuśćcie ten teren, bo psujecie mi popołudnie. Jedzenie się zepsuje na wasz widok.
Zaśmiał się ze swojego dowcipu i powrócił do grilla. Kropla potu z jego czoła spadła w rozpaloną czeluść i zaskwierczała. Audiencję uznał za zakończoną.
Heinz i Karloff wciąż stali w tym samym miejscu.
Dwa podbródki znów przestały się poruszać. Mecenas wytarł mięsiste wargi w serwetkę.
– Poznaję pana. Myśmy się już spotkali. – Popatrzył na
Heinza tak, jakby omiatał spojrzeniem instrukcję posługiwania się gaśnicą pianową.
– Tak? Nie kojarzę.
– W Krakowie. W sądzie. Jakieś trzy lata temu. Broniłem gościa, którego chcieliście wsadzić za podwójne morderstwo. Pańska rola była w tamtym procesie drugoplanowa, głównym dowodem miały być ślady zapachowe. Na sali sądowej zrobiłem z was miazgę. Efekt Rosenthala -
Pamięta pan?
Teraz sobie przypomniał. W pamięci przywołał obraz dwóch sióstr z poderżniętymi gardłami. Wcześniej ktoś przywiązał staruszki do krzesła i zakneblował. Mecenas Warszawski nie mylił się – rzeczywiście w tamtej sprawie zadanie Heinza polegało jedynie na wykazaniu, że brutalne morderstwo nie ma nic wspólnego z dwoma podobnymi zabójstwami na terenie Małopolski. Nie było żadnej serii, to nie jest dzieło jednego maniaka – mówił Heinz przed sądem. Oskarżony mógł więc zabić siostry, a z pozostałymi morderstwami nie miał nic wspólnego.
Podstawowym dowodem w tamtej sprawie rzeczywiście były ślady osmologiczne, jednoznacznie wskazujące na oskarżonego. Tyle że przy identyfikacji zapachów popełniono podstawowy błąd proceduralny. Do identyfikacji wykorzystano psa prowadzonego przez przewodnika, który znał rozmieszczenie pojemników z zapachami. I przewodnik mógł zasugerować psu – gestem lub zachowaniem – którą próbkę zwierzę powinno wskazać. Mecenas Warszawski bezwzględnie wykorzystał ten błąd podczas śledztwa. Tyle o tym.
– Pamiętam. – Heinz otrząsnął się ze wspomnień. – Pamiętam, że sprawił pan, by jeszcze jeden skurwysyn uniknął kary. Efekt Rosenthala albo inaczej efekt Mądrego Hansa. Nie byłem na tej części rozprawy, ale słyszałem, że dowodził pan, że przewodnik zasugerował coś psu, by sprawić swojemu pupilowi przyjemność, a i samemu się przy tym wykazać.
– Powiedzmy, że powiedziałem coś w tym stylu – odparł mecenas.
– To wszystko bardzo ciekawe, ale może spotkajcie się panowie w innych okolicznościach – Kunicki nie krył irytacji. – I porozmawiacie wtedy o tym Rosenthalu i mądrym Hansie.
– Zanim my się spotkamy w innych okolicznościach -Heinz chciał, by w jego głosie słychać było zapowiedź tego, przez co Kunicki będzie musiał przejść – zadam trzy krótkie pytania, dobrze? Po pierwsze – nie czekał, aż Kunicki coś odpowie – czy spółka Kunex Polska należy do pana?
– Pewnie i tak pan wie, że należy – warknął Kunicki. -Poza tym każdy głupi, widząc nazwę, by się domyślił. Nawet policjant.
– A czy to prawda, że nadal pańskim gorylem jest Andrzej Kruk, były mistrz Polski w zapasach?
– Zaraz się pan przekonasz – sapnął Kunicki. – On tu idzie.
Zza pobliskiego budynku, należącego zapewne do części gospodarczej posiadłości, wytoczył się mężczyzna będący górą mięśni i żył.
Jeszcze trochę i te bicepsy mu eksplodują.
– Chodź tu, Andrzej – Kunicki przywołał goryla ręką. – Ci panowie są z policji i chcą cię o coś zapytać.
Kruk spojrzał spode łba na Heinza i Karloffa.
– To się nazywa kalafiory, prawda? – Heinz wskazał na uszy byłego zapaśnika. – Takie zmacerowane podczas walk małżowiny nazywacie kalafiorami?
Kruk zrobił krok do przodu.
– O co ci, człowieku, chodzi? – zapytał głosem przypominającym dźwięk pralki w fazie odwirowywania.
– Chciałem zagadać, no wiesz… – Heinz uśmiechnął się. -A tak poważnie – zmienił wyraz twarzy – czy to prawda, że rok temu pobiłeś dziennikarza, który zamierzał napisać o dziwnej zażyłości łączącej twego szefa z młodymi chłopcami?
– Nie odpowiadaj – mecenas Warszawski ostrzegawczo uniósł palec.
– Wszystko to plotki rodem z tabloidów! – wrzasnął Kunicki. – Żaden artykuł nie powstał! A teraz wypad albo złożę na was skargę.
I tak złoży. Heinz nie miał wątpliwości.
– Ostatnia już rzecz. – Heinz sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, Kruk ostrzegawczo rozłożył ręce, a Karloff zrobił krok do tyłu, by w razie kłopotów sięgnąć po broń.
Wolnym ruchem Heinz wyjął dwa zdjęcia.
– Ostatnia rzecz – powtórzył. – Mam informację z seminarium na Żoliborzu. – Patrzył na Kunickiego i badał, jakie wrażenie wywarły jego słowa. – Stuła wysadzana kryształami i ornat dla rektora dotarły. Pan sponsoruje seminarium, a rektor dostarcza chłopaków, tak? Na przykład tych dwóch – rzucił na stół zdjęcia Rakowieckiego i Leskiego.
– Nic nie mów, Janek – mecenas znów uniósł palec.
– Ty bydlaku – powiedział Kunicki przez zaciśnięte zęby.
Usłyszeli kroki na żwirowanej ścieżce. Zbliżał się kolejny gość Kunickiego. Heinz zobaczył biały chiton i różowy szal. Następca Almodovara, reżyser Latoszek uśmiechał się szeroko i rozłożył ręce, jakby chciał ogarnąć tym gestem cały świat. Uśmiech zgasł w chwili, gdy rozpoznał Heinza i Karloffa.
Parada Miłości, sukinsynu. Latoszek niepewnie podszedł do stołu, zobaczył zdjęcia zamordowanych kleryków i zbladł.
– Ciekawi mnie jeszcze jedno – Heinz mówił powoli. – Jaką musi mieć pan władzę i jakie wpływy, że ludzie – spojrzał na Latoszka – boją się wymieniać głośno pana nazwisko. Opowiadają o pańskich skłonnościach, mówią o klerykach, ale nazwisko podsuwają zapisane na kartce.
Kruk westchnął i uważnie popatrzył na reżysera. Nie było to spojrzenie pełne przyjacielskiej troski.
– Ciekawi mnie, czy pana wpływy są aż tak wielkie, by zatuszować morderstwo – dokończył Heinz i szybkim ruchem zgarnął fotografie ze stołu. – Miłego dnia – rzucił do Latoszka.
Był pewien, że tego dnia reżyser nie zaliczy do udanych.
W drodze do samochodu nie towarzyszył im już żaden z goryli Kunickiego. Gdy doszli do parkingu, usłyszeli ciche chrząknięcie. Odwrócili się. W bocznych drzwiach stała szczupła, zgrabna blondynka w ciemnych okularach.
Więc tak w rzeczywistości wygląda – pomyślał Heinz.
Przed nimi stała Paulina Rudek, jedna z pierwszych polskich topmodelek i telewizyjna gwiazda z początków nowej Polski. W latach dziewięćdziesiątych głośno było o jej ślubie z biznesmenem Janem Kunickim, zawartym w balonie, w przestworzach, na wysokości kilku tysięcy metrów. Kunicki nie byłby sobą, gdyby na czaszy balonu nie umieścił nazw wszystkich należących wówczas do niego firm, a zdjęć z uroczystości nie sprzedał za grube pieniądze jednej z plotkarskich gazet. A później słuch o Paulinie Rudek zaginął. Heinz pamiętał, że ktoś mu mówił, że modelka zrezygnowała z kariery i usunęła się w cień męża pomnażającego majątek. Teraz mógł stwierdzić, że mimo upływu lat uroda dawnej gwiazdy wciąż musiała działać jak magnes, skupiając na sobie spojrzenia pełne zachwytu lub zawiści. Co kto – z ocierających się o jej urodę – wolał.
– Czy mój mąż – chrząknęła ponownie – czy on coś zrobił?
Nie przedstawiła się. Nie musiała. Należała do osób, które nie muszą się nikomu w tym kraju przedstawiać. Oni też najwyraźniej nie musieli. Mieli zawód wypisany na twarzy.
– Skąd przypuszczenie, że pani mąż coś zrobił? – Karloff odruchowo podciągnął spodnie i wciągnął brzuch.
– Czy to ma coś wspólnego – zignorowała pytanie – z tymi zamordowanymi klerykami?
– Skoro już pani wie – Heinz wzruszył ramionami – to odpowiem szczerze. Sprawdzamy taką możliwość. Ale szczerość za szczerość. Proszę odpowiedzieć na pytanie mojego kolegi.
Paulina Rudek tanecznym krokiem podeszła do policjantów. Nie, nie podeszła. Przepłynęła po betonie. Heinz poczuł woń egzotycznych perfum i zobaczył przed swoją twarzą szczupłą dłoń z paczką papierosów.
Niespodzianka – pomyślał. Założyłbym się o wszystko, że nie pali. Zdrowy tryb życia i tak dalej.
– Nie palę mentolowych. Wolę swoje, jeśli się pani nie obrazi.
Wyglądali jak trójka licealistów, która podczas przerwy wyszła za szkolny budynek, by wpaść w szpony nałogu.
– Dzwoniła do mnie pewna panienka z jednego z tych kolorowych szmatławców. Pytała o tę sprawę z klerykami. Stąd wiem.
– I co pani odpowiedziała? – Heinz zaciągnął się głęboko.
– Poradziłam jej, by dała spokój. A już z pewnością by nie dzwoniła do mojego męża.
– On nie ma z tym nic wspólnego? – Popatrzył pod nogi, gdzie strząsnął popiół.
Milczała. Milczała dłużej niż powinna.
– Odpowiem panom tak: rok temu wokół podobnej sprawy węszył pewien dziennikarz z konkurencyjnego tabloidu. Chciał wiedzieć, czy mój mąż lubi chłopców. I czy korzysta, by tak rzec, z usług kleryków z zaprzyjaźnionego seminarium. Pewnego wieczora znaleźli tego dziennikarza nieprzytomnego na ulicy. Miał złamany nos i połamane wszystkie dziesięć palców. Żeby nie mógł pisać. A obok ktoś położył zdjęcie jego córki zrobione w momencie, gdy wychodzi ze szkoły. Rozumiecie? To bydlak.
– Kto? – zapytał Karloff. – Pani mąż czy ten dziennikarz?
– Kruk. Jego goryl. Pewnie go spotkaliście.
– Rozumiem, że po tym wypadku nikt nie podjął już tematu. – Heinz zgasił papierosa.
– Bardzo jest pan domyślny – zdobyła się na ironię.
– Pojedziemy już. Lepiej, żeby nas razem nie widziano. Lepiej dla pani. A tak z ciekawości: jak pani to wszystko wytrzymuje?
Uśmiechnęła się.
– Oczywiście, że nas widziano. I bardzo dobrze. Jesteście moją polisą. A jak to wytrzymuję? – Sięgnęła nerwowo po następnego papierosa. – Nie wytrzymuję. Za trzy lata są wybory – powiedziała w zamyśleniu, jakby mówiła do siebie. – Politycy z różnych partii nakłaniają męża, by wystartował. Podobno mógłby mieć duże szanse. Ale ja mu tej szansy nie dam. – Zdjęła okulary. Z jasną cerą dawnej modelki kontrastował fioletowy siniak pod prawym okiem. – Ja mu tej szansy nie dam – powtórzyła z nieskrywaną wściekłością. Założyła okulary, odwróciła się na pięcie i odpłynęła w stronę bocznych drzwi.
Gdy przekroczyli granice Warszawy, Karloff po raz pierwszy się odezwał.
– Spaliłeś moje źródło informacji.
– Mówisz o Latoszku? To śmieć.
– Śmieć nie śmieć, tak się nie robi, Heinz.
– Z własnej winy znalazł się wysoko na mojej liście życzeń. Liście transferowej, jak wolisz. Chciałem go przenieść z krainy wiecznego uśmiechu na ławkę rezerwowych. Nie gniewaj się, Karloff.
Kusiło go, by opowiedzieć o fragmencie z Księgi Ezechiela, ale się powstrzymał. Wyrzuty sumienia bywają zgubne. Na wysokości toru wyścigowego na Służewcu zakorkowali się.
– Co o tym sądzisz? – zapytał Heinz, by przerwać przedłużające się milczenie.
– Masz na myśli Kunickiego? Banda skurwysynów. On, jego papuga i ten goryl. Stawiam, że to ten zapaśnik zabawił się z chłopakami. Tylko dlaczego? Czyżby szantażowali Kunickiego? Tylko co mieliby z tym wspólnego ci dwaj pozostali, Skarga i Kotlarczyk? Chyba że…
– Chyba że co?
– Że to ona.
– Zjawiskowa Paulina Rudek?
– Może ona wcale nie chce, by tajemnice jej męża ujrzały światło dzienne. Do końca życia miałaby zszarganą opinię. A może, jeśli założymy, że chce się jednak zemścić, weszła w jakiś układ z tym całym Krukiem?
Heinz nie odpowiedział. Myślał o blondynce z podbitym okiem, kiedyś samicy alfa z pierwszych stron gazet i ozdobie eleganckich przyjęć. O kobiecie sukcesu, która nagle znikła dla przyjaciół i dla świata. Co takiego zyskała w zamian? A może po prostu pozostaje w cieniu, bo trudno pokazywać się publicznie z podbitymi oczami i siniakami na ciele? Trudno to wszystko zrozumieć.
– Wiesz co? – Karloff nagle się ożywił. – Widziałeś plecy tego zapaśnika? Ja stałem za nim i widziałem, jak się drapał…
– Choroby skórne tego idioty nie za bardzo mnie interesują.
– Mnie też. Ale to ciekawe. Drapał się w plecy i podwinął mu się t-shirt. I wiesz co? Ten Kruk na plecach miał ślady, jakby się biczował. Albo jakby ktoś lał go pejczem. Mówię poważnie.
Ad maiorem Dei gloriam flagellatio. Rano ktoś od Kunickiego przywiózł ornat i stułę dla rektora. Ciekawe, kto był tym posłańcem.
– Dowiedz się – popatrzył na Karloffa – jakim samochodem jeździ ten cały Kruk. Sprawdź, czy nie widziano takiego samochodu przy Centrum Olimpijskim. I przy seminarium na Żoliborzu. Sprawdź także tego pickupa i mercedesa. Masz, spisałem ci numery.
Wręczył Karloffowi kartkę.