Heinz chciał zamówić taksówkę, ale Karloff uparł się, że sam go odwiezie. Siedzący przy stole wykruszali się szybko. Impreza skończyła się w momencie, gdy do stołu podszedł blondyn podtrzymywany przez Chlaściaka. Koszula Freddie'ego była zakrwawiona, a w opuchniętej twarzy prawie zginęły oczy.
– Znalazłem go w kiblu – powiedział żółtozęby policjant. – Najpewniej wywrócił się na „mydle, które leżało na kafelkach. – Nie wiem, czy z nim w porządku. Czy nie ma wstrząśnienia mózgu… Wciąż gada o jakichś szczypcach…
Freddie opadł na krzesło.
– Mój nos – szeptał. – Mój nos. Mam złamany nos. Szczypce… Złapały mnie szczypce – bełkotał.
Kwadrans później Baryka odwiózł go na pogotowie.
Heinz i Karloff jechali w milczeniu. Nagle Heinz zauważył, że jadą w zupełnie innym kierunku, niż chciał. To nie była droga do hotelu na Pradze.
– Dokąd jedziemy?
– Spokojnie – wycedził Karloff. – Dojedziemy, gdzie chcesz. Coś ci tylko pokażę.
Jechali Żwirki i Wigury. Przy Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich samochód skręcił w niewielką alejkę w prawo.
– Pokażę ci coś – powtórzył Karloff i wyskoczył z samochodu. Dopadł do stojącej najbliżej toyoty camry.
Dopiero teraz Heinz spostrzegł, że za toyotą w niewielkich odstępach stoi kilka samochodów, które jak na komendę włączyły światła i uruchomiły silniki. Wysiadł i zobaczył, że Karloff wyjmuje z kieszeni legitymację, a następnie wyciąga z samochodu wąsatego mężczyznę. Kierowca toyoty miał spodnie spuszczone do kolan. Karloff rzucił go na maskę samochodu i sięgnął do kieszeni.
– Znasz ich? – warknął, pokazując zdjęcie. – Tylko raz dwa, gadaj! Na pewno ich znasz.
Mężczyzna trząsł się jak galareta. Samochody odjeżdżały jeden po drugim.
– Nigdy nie widziałem… Przysięgam… Nie znam ich…
– Fajna toyotka. Twoja, gnoju, czy służbowa? – Karloff szarpnął grubasa za poły marynarki. – Służbowa, prawda? Zobaczymy, gdzie pracujesz – szepnął teatralnie. – Ciekawe, jak twoi koledzy zareagują, kiedy się dowiedzą, że jesteś… no, wiesz kim… Cwelem. Pewnie pożółkną im od potu te cholerne białe kołnierzyki.
– O co chodzi… Proszę pana, nie mam z tym nic wspólnego, nigdy ich nie widziałem.
Minął ich amator joggingu. Gdy zrównał się z toyotą, spojrzał nerwowo na dwóch mężczyzn i przyspieszył kroku.
– To może zapytamy twojego kolegę. Zdaje się, że to nie jest twój służbowy kierowca. – Karloff podszedł do drzwi od strony pasażera.
– Wychodź.
Z samochodu wygramolił się potężny dwudziestolatek.
– Co jest, frajerze? – patrzył wyzywająco na Karloffa. -Już zadzwoniłem do ojca. Już macie przesrane. On jest… A zresztą sam się przekonasz… A ten – wskazał na grubasa z wąsami – to mój pracownik.
– Frajerze? – Karloff szybkim ruchem przycisnął twarz ważniaka do przedniej szyby. Wydawało się, że jeszcze chwila, a wgniecie ją w szkło. Zniekształcone rysy i zduszony jęk chłopaka sprawiły, że Heinz ujrzał nagle twarze dwóch kleryków poddawanych strasznym męczarniom. Obraz dwóch martwych ciał rozpłynął się w mgnieniu oka i profiler znów widział tylko przerażonego dwudziestolatka.
– Siadaj, gruby, za kierownicę i włącz spryskiwacz do szyb, ale już! – Karloff wydał polecenie jakby był w transie.
Ma to przećwiczone – pomyślał Heinz. – Zabawia się tak nie pierwszy raz.
Kierowca podciągnął spodnie i ruszył do samochodu. Po chwili Heinz poczuł znajomy zapach detergentu.
– A teraz zlizuj! – powiedział do chłopaka, gdy na szybie osiadła pienista ciecz. – Następnym razem powiesz „frajerze”, to wleję ci do gardła kwas z akumulatora.
Chłopak szarpał się. W końcu Karloff cisnął go w stronę ogrodzenia, za którym rozciągały się ogródki działkowe.
– Jedziemy – skinął głową w stronę Heinza.
Wskoczyli do samochodu, jak gangsterzy uciekający z miejsca przestępstwa. Gdy ruszyli, Karloff włączył radio. Tina Turner śpiewała stary przebój.
– Private dancer… - zanucił Karloff, łamiąc tonację w kilku miejscach. – Tam przy mauzoleum takich prywatnych tancerzy jest wielu. Miejsce gejowskich schadzek równie popularne jak to przy Centrum Olimpijskim. Ktoś z tutejszych bywalców mógł znać tamtych dwóch chłopaków.
– Nie boisz się, że ten ważniak miał dużo czasu, by spisać numery?
– Przecież to samochód służbowy. – Karloff wzruszył ramionami. – Myślisz, że stary, ktokolwiek to jest, będzie robił dym, kiedy się dowie, że jego synalek znalazł się w kłopotliwej sytuacji?
Jechali w milczeniu. Z radia dobiegały przeboje z lat osiemdziesiątych.
– Po co ten cały cyrk? – zapytał Heinz, gdy byli na wysokości stadionu Legii. – Po co ta cała ostentacja? To wyciąganie z samochodu i pokazywanie zdjęć…
Karloff zjechał na pas przeznaczony dla autobusów i zatrzymał się gwałtownie przy przystanku. Heinzowi wydawało się, że komisarz wpatruje się nie w niego, ale w jakiś punkt w oddali. Jakby był nieobecny.
Karloff wyłączył radio.
– Tylko tak do czegoś dojdziemy – szepnął. – Ty szukasz prawdy, a ja obiecałem, że ci pomogę. W granicach rozsądku. Twoje subtelne metody pasują może do powieści kryminalnych, ale nie do dzisiejszego świata. Prawdę trzeba wydrzeć! Wyszarpać! – Zacisnął pięść na kierownicy. – Rozumiesz?
Heinz nie odpowiedział.
Potem, gdy siedział w hotelowym pokoju, raz jeszcze analizował zachowanie Karloffa. Skąd ta agresja? Co chciał tą sceną powiedzieć? Że się różnimy? A może że właśnie jesteśmy do siebie bardzo podobni. Że przejrzał mnie na wylot.
Zdjął wisiorek z kostką do gitary. Wyjrzał przez okno. Była gorąca wiosenna noc.
Noc podobna do tej, gdy morderca przywlókł dwa ciała nad Wisłę. Co się działo wcześniej? Obaj klerycy mieli otarte nadgarstki i kostki, ale u jednego ślady były bardziej widoczne. Chłopak walczył, szarpał się, próbował się uwolnić. To ten miał lekko przeciętą skórę na policzku. Jakby od uderzenia. Dlaczego morderca go uderzył, skoro wybrał inną, znacznie bardziej okrutną metodę torturowania? Coś go wyprowadziło z równowagi. Ale co?
Chłopak musiał powiedzieć coś takiego, czego tamten nie ścierpiał. Nazwał go impotentem? Zaczął się z niego naśmiewać? Może pokazywał, że się nie boi? Zachowywał się zupełnie inaczej niż ten drugi. Ten drugi był potulny i pogodzony z losem. A hardy chłopak swoim zachowaniem psuł mordercy przedstawienie. Odebrał mu satysfakcję.
Heinz sięgnął po kartki i zapisywał uwagi.
Dlaczego jeszcze Rakowiecki mógł śmiać się z mordercy? Bo go znał. Znał go na tyle dobrze, by nie wierzyć w jego groźby.
Nie. Ten trop jest bez sensu.
Gwałtownym ruchem przekreślił notatkę.
Oczywiście można sobie wyobrazić, że morderstwo było dziełem przypadku. Gość przeholował, zabił jednego i nie miał już wyboru. Powiedzmy, że chciał tylko nastraszyć chłopaków. Ale musiałby wiedzieć, że przestraszy ich na dobre. Przerazi śmiertelnie, do tego stopnia, że obaj na przykład znikną. Wyjadą. Ten ktoś musiałby jednak wiedzieć, że jest nietykalny. Że nikt go nie ruszy w razie zawiadomienia o przestępstwie tak ciężkim, jak uprowadzenie, szantaż i tortury. Pomyślał o nazwisku, które reżyser Latoszek napisał im na kartce w Regeneracji. To musiałby być ktoś właśnie o takiej pozycji.
Ktoś nietykalny.
Może tak było, może nie. Heinz zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.
Nie ma przecież pewności, żadnej pewności, że ślady na policzku to dzieło mordercy; mogły się pojawić na tysiąc sposobów. Ale jeśli zrobił je ten psychol, to mogą się okazać ważną wskazówką.
Zaczął odtwarzać notatki, które niedawno skreślił.
Może się okazać, że nie tylko morderca znał ofiary. Także i ofiary znały mordercę, a to wcale nie to samo. Oni mogli znać jego słabe punkty. A morderca domyślił się, że Rakowiecki i Leski wiedzą coś, co może wpędzić go w wielkie kłopoty. Kłopoty? Czego trzeba się bać, jaką trzeba skrywać tajemnicę, aby z zimną krwią torturować i udusić dwóch dwudziestolatków? Wreszcie – Heinz zanotował kolejne pytanie: czy torturując i zabijając, morderca uzyskał to, co chciał? Czy oni powiedzieli to, co chciał od nich usłyszeć? Wyszarpać. Wydrzeć – przypomniał sobie, co niedawno mówił Karloff.
Nie. Nie ma żadnego światełka w tunelu. Wciąż błądzę po omacku.
Odruchowo skupiłem się na Rakowieckim. Bo przy nim znaleziono numer telefonu tego profesora. I to on nie poddawał się do końca. Ale jest przecież ten drugi chłopak. Ten uległy, który tak się bał, że w końcu puściły mu zwieracze – przypomniał sobie sekcję zwłok. To Leski był tym najsłabszym ogniwem w grze, w której kat styka się z ofiarą. Kat odcinał dopływ powietrza, tak jak odcina się prąd albo gaz za niezapłacone rachunki. A potem kolejny raz przywracał życie. Dawał nadzieję.
Heinz słyszał tę historię wielokrotnie z ust ludzi, którzy przeszli przez piekło tortur w czasach stalinowskich. W pewnym momencie dochodzi do tego, że ofiara zaczyna odczuwać wdzięczność i sympatię do kata. Zaczyna doceniać jego ludzkie odruchy. A kat czeka na ten moment. Wtedy właśnie pękasz. Zaczynasz sypać. Śpiewać. I wówczas dostajesz kolejną nagrodę. Jeszcze więcej czasu i jeszcze więcej powietrza. Więcej nadziei. I nagle, niepostrzeżenie, oprawca staje się prawie przyjacielem. Tym, który rozumie, że nikt by takich cierpień nie wytrzymał i że każdy by pękł. Tym, który współczuje. Gdyby zamienili się rolami, kat złamałby się już dawno. I z pewnością oprawca też odczuwa wdzięczność. Jest wdzięczny ofierze, że nie musi już torturować.
Takie myśli przychodzą do głowy, gdy ból zwycięża. Tak to działa.
Heinz wiedział, że im człowiek wrażliwszy, im inteligentniejszy, tym szybciej zracjonalizuje swoją sytuację. Dostrzeże cień szansy w sytuacji bez wyjścia. Najtrudniej złamać – tłumaczyli mu, gdy był jeszcze młodym policjantem – prymitywnego zakapiora. I zakochaną kobietę. Zatrzymujesz taką – mówili – na czterdzieści osiem godzin. Wydaje się, że to bardzo dużo czasu, ale minuta płynie za minutą, godzina za godziną, a ty nie masz nic. Szansa mija bezpowrotnie. Czterdzieści osiem godzin. I ani sekundy dłużej, by przekonać żonę czy kochankę, że facet, którego osłania, nie zasługuje na nią.
Wyprostował się na krześle. Za daleko odbiegł od sprawy. Przecież to nie jest przypadek zakochanej kobiety ani prymitywnego mordercy. O nie.
Litery stawały się coraz mniej wyraźne. Czuł, że znów sztywnieją mu palce. Wypuścił długopis z dłoni. Poczuł, że tętno przyspiesza. Stres.
Pan Raynaud czekał na niego z komitetem powitalnym objawów.
Po kwadransie uporczywego zginania palców w pięść i prostowania znów mógł pisać. Objawy Raynauda powtarzają się ostatnio zbyt często. Heinz obiecał sobie, że rano zadzwoni do Instytutu Reumatologii przy Spartańskiej i umówi się na wizytę. Skoro już jest w Warszawie, dobrze byłoby wykorzystać tę okazję.
Zapalił papierosa i wrócił do zapisków.
Nikt, kto zabija z premedytacją, nie ryzykuje bez powodu. A przy wielogodzinnych torturach sprawy mogą wymknąć się oprawcy spod kontroli. Ktoś postronny może coś zauważyć albo usłyszeć. Trzeba być absolutnie zdeterminowanym, aby tak torturować ofiary. Trzeba mieć pewność, że one wskażą coś lub kogoś.
Heinz pokręcił głową. W tej układance musi być ktoś jeszcze oprócz zabójcy i dwóch ofiar. Mordercy chodziło o ustalenie, kim jest ten człowiek.
Teraz doskonale rozumiał, co wywołało w nim falę niepokoju. Jeśli jest w tym ktoś jeszcze, ktoś, kogo Rakowiecki i Leski znali, zbrodniarz da o sobie znać. Urządzi kolejne polowanie.
Za oknem usłyszał kobiecy krzyk. Nawet nie drgnął. Raz jeszcze w skupieniu przeczytał sporządzone notatki. Chyba że… Chyba że się zupełnie myli. Nie powinien lekceważyć faktu, że w tej robocie najprostsze hipotezy sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Morderca zwykle znajduje się w kręgu rodzinnym lub grupie najbliższych znajomych ofiary.
Odłożył długopis. Tak. Trzeba trzymać się realiów, te zaś są takie, że ma dwóch martwych kleryków, a seminarzystów, tym bardziej chadzających parami, nie zabija się codziennie. Byli członkami jednej rodziny. Rodziny zamkniętej w murach kształcących księży.
Seminarium. Zajrzał do aktówki, a potem w laptopie otworzył mapę Warszawy i wpisał nazwę ulicy.
Nadszedł czas, by złożyć tam wizytę.
Było jeszcze coś, co nie pozwalało mu zasnąć.
Zapalił światło i sięgnął po kartkę. Zapisał dwa nazwiska. Jacek Latoszek i Jan Kunicki. Bękart Almodovara i biznesmen, który ponoć lubił zabawiać się z klerykami.
Coś go niepokoiło.
Dlaczego Latoszek opowiedział o wpływowym przedsiębiorcy i graczu giełdowym? Przecież nie musiał. Chronił siebie? Miał dług wobec Karloffa? A może chciał odwrócić uwagę od kogoś innego? Albo od siebie.
Ktoś nietykalny.
Z pewnością nie pomyślałby o takim tropie, gdyby nie nadgorliwość pewnego reżysera.