– To nie ma sensu – powiedział do Karloffa, gdy kilka minut po dwunastej usiedli w restauracji Banja Luka na Puławskiej.
Był dziewiętnasty kwietnia 2007 roku. Nagłówki wszystkich gazet odświętną czerwoną czcionką informowały, że stało się coś niezwykłego. Informacje o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w 2012 roku zapełniały wszystkie możliwe rubryki, od pierwszej strony po zwyczajowo umieszczany na końcu gazet sport. Każdy tytuł kończył się obowiązkowym tego dnia wykrzyknikiem.
Narodowy orgazm przy udziale piłki nożnej – Heinz pomyślał ze złością o stadnej miłości Polaków do futbolu. Gigantyczny balon wypełniony nadziejami o potędze i frustracją.
Z Karloffem spotkał się o dziewiątej w Pałacu Mostowskich.
Tego dnia Karloff od rana pracował. Można nawet powiedzieć – intensywnie pracował. Krążył dookoła stolika zawalonego dokumentami. W pokoju przesłuchań były jeszcze dwie osoby. Dwaj najwyżej dwudziestoletni łysole kulili się na krzesłach, ilekroć przesłuchujący zbliżał się do nich niczym drapieżny kot do ofiary. Przesłuchanie zaczęło się półtorej godziny wcześniej. Heinz przypatrywał się przesłuchaniu przez dwadzieścia minut, zamienił z Karloffem kilka słów, gdy ten wyszedł z pokoju, po czym zszedł na dół. W punkcie informacyjnym Komendy Stołecznej siedziały dwie trzydziestolatki, których zadaniem było spławianie szaleńców i natrętów. Zapytał tę, która wydawała mu się atrakcyjniejsza, o najbliższy sklep z kosmetykami.
– Proszę pójść do Błękitnego Wieżowca na Placu Bankowym – odpowiedziała bez wahania, tak jakby policjanci z komendy codziennie zadawali jej podobne pytania.
Heinz wszedł do sklepu i poprosił o różową szminkę.
– Jakiej szminki pan potrzebuje? – zapytała znudzonym głosem dziewczyna przy stoisku.
– No… różowej, pani Violu – odpowiedział niepewnie. Na plakietce przypiętej do kremowej bluzki przeczytał: „Viola – asystentka wizażystka”.
– Ale jakiego różu ta pani używa? – wizażystka pytała natarczywie. W stronę Heinza odwróciły się głowy dwóch kobiet, które w dawnych czasach zwykło się nazywać ryczącymi czterdziestkami.
Swoją drogą muszę zapytać syna, jak się takie kobiety nazywa dzisiaj. O ile go kiedyś spotkam – pomyślał i rozłożył bezradnie ręce.
– Niech pan sobie przypomni, jakiej używa żona. Matowa szminka czy perła? A jak matowa, to z drobinkami czy bez? Poza tym co to za róż? Brudny czy jaśniejszy odcień? Może pamięta pan nazwę firmy albo numer katalogowy…
Heinz przypomniał sobie swoją półkę z kosmetykami, przymocowaną do lustra nad umywalką i wiecznie ochlapana odpryskami pasty do zębów. Jego syn miał całą baterię kosmetyków. Te, które należały do Heinza, można by zmieścić w kieszeni spodni.
Miał dosyć drobiazgowej Violi.
– Pani da jakąkolwiek. Byle niedrogą – powiedział. – Poza tym – chciał, by usłyszały to wścibskie klientki sklepu – to nie dla żony. To w ogóle nie dla kobiety. To dla mojego psa.
Był pewien, że trzy pary zgorszonych oczu odprowadzają go do wyjścia.
Wrócił do Pałacu Mostowskich. Czerwony na twarzy Karloff z podwiniętymi rękawami białej koszuli i wielkimi plamami potu pod pachami wyglądał jak bohater francuskiego filmu policyjnego.
Heinz otworzył drzwi pokoju przesłuchań w tym samym momencie, gdy wielka pięść Karloffa rąbnęła w stół.
Popatrzył w przerażone oczy łysoli. Gdzieś uszła z nich cała odwaga, którą zwykli się popisywać w grupie. Usiadł przy stole i zaczął od niechcenia przeglądać akta. W końcu dogrzebał się do zdjęć Rakowieckiego i Leskiego. Czuł, że łysole patrzą na niego błagalnie. Szukają pomocy, tak jak tonący rozpaczliwie szuka wokół siebie koła ratunkowego.
– To jak wreszcie było? – przemówił łagodnym głosem, jakby zapowiadał prognozę pogody. Karloff był tym złym policjantem, on zaraz wcieli się w rolę dobrego. – Ty się nim zająłeś? – Heinz zwrócił się do wyższego chłopaka, pokazując mu zdjęcie Rakowieckiego. – A może tym drugim? No, jak to się odbyło?
– Proszę pana, my nie mamy z tym nic wspólnego – łysol zaczął mówić gorączkowo.
– Pierdolisz! – wycedził przez zęby Karloff. – Widzisz – zwrócił się do Heinza – pierdoli…
– Proszę pana, mówiłem pańskiemu koledze…
– Zamknij się! – Blizna na twarzy Karloffa nabrała purpurowego odcienia. – Skąd wiesz, łysy śmieciu, że jesteśmy kolegami?
Była najwyższa pora, by Heinz wkroczył do akcji.
– Nie macie z tym nic wspólnego… Jak możecie to udowodnić?
– Wtedy nie było nas w Warszawie… – powiedział niższy.
– Tyle że nikt tego nie potwierdzi – warknął Karloff. – A zeznania waszych kolegów to wyjątkowo gówniane alibi.
– To gdzie wtedy byliście? – zapytał Heinz.
Zaczęli mówić obaj, wchodząc sobie w słowo. Wiedział, że odpowiadali już na to pytanie. Przedstawiali swoją wersję i czuli się coraz pewniej, a o to przecież chodziło, by uśpić ich czujność.
– A to? – przerwał nagle Heinz, stawiając na środku stołu szminkę, która wyglądała jak pocisk karabinowy.
Łysole nerwowo wiercili się na krzesłach, a Karloff sapał.
– A to? – powtórzył Heinz. – Różowe trójkąty. Dwadzieścia jeden trzydzieści siedem – mówił powoli, testując spojrzeniem przesłuchiwanych.
Nie był już dobrym policjantem. Rola dobiegła końca. Łysole popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. W końcu wyższy nie wytrzymał.
– Co jest, gościu? – patrzył na Heinza ze złością. – Jakie trójkąty, jakie cyfry? Co to, Bolo? – zwrócił się do kolegi. – Twój szczęśliwy numerek czy co? – Lekko uniósł się z krzesła.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążył. Dłoń Karloffa zacisnęła się na białym t-shircie chłopaka i usadziła go na miejscu. Rozległ się trzask rozdzieranego materiału.
– Nie podnoś się bez pozwolenia, bo uznam to za napaść na policjanta. A poza tym gówniane macie te t-shirty – wycedził Karloff. – Azjatycka tandeta…
– To nie ma sensu – powtórzył Heinz.
Karloff przeglądał kartę dań i wydawało się, że nie słucha.
– Ten twój zasrany Bolo i ten drugi nie mają z tym nic wspólnego. Sądzisz, że oni na co dzień noszą przy sobie szminkę? Może także cienie do powiek?
– Prywatnie nic nie sądzę. – Karloff przewrócił kartę menu. – Ale czasem jestem takiego zdania jak moje szefostwo. A oni – rozejrzał się za kelnerem – uważają, że trop neofaszystowski jest okej. Poza tym Osuch mówił, że są naciski z góry, żeby zamknąć sprawę.
– To zamknij mordercę – powiedział Heinz. – Rakowieckiego i Leskiego zabił ktoś dobrze przygotowany. Te trójkąty i liczby nie były wynikiem improwizacji. Ktoś to dobrze zaplanował. A ci dwaj szmaciarze mają mniej zwojów mózgowych niż włosów na głowie. Łysi głupole… -
Sam to powiedziałeś.
– Umówiłem się tu z pewnym facetem – odpowiedział
Karloff. – On nam naświetli sprawę. Sam uznasz, co robić z tym dalej. Moja prywatna opinia jest taka, że drepczemy w miejscu.
To, co zdarzyło się później, powracało następnie we wspomnieniach Heinza niczym senny koszmar. Do stolika przysiadł się chłopak w stroju kuriera rowerowego. Okazało się, że jest pracownikiem fundacji monitorującej ruchy neofaszystowskie.
– To niezmiernie rzadkie przypadki, by w grę wchodziła obyczajowość – powiedział, nadziewając na widelec kostkę ociekającej oliwą fety. – Rozmaici neofaszyści i nacjonaliści atakują głównie z pobudek rasowych i ideologicznych. Z gejami ścierają się podczas akcji w rodzaju Parady Równości.
Wytarł dłonie w papierową serwetkę i otworzył płócienną torbę.
– Tu – pomachał plikiem spiętych kartek – mam wypis z naszej czarnej księgi z ostatnich kilku lat. W czarnej księdze odnotowujemy działalność naszych ulubieńców. Mamy tu napady na czarnoskórych studentów, starcia z anarchistami podczas koncertów… O, nawet atak skinheadów na żywe modele na wystawie garniturów w Katowicach. Swoją drogą – podniósł wzrok znad gęsto zadrukowanych kartek – czarnoskóry model w białym garniaku Vistuli to ciekawy widok…
– Jak Śpiewak jazzbandu. - Karloff przywołał tytuł z najgłębszych pokładów pamięci. Zwiniętą pieść przyłożył do ust i wydął policzki, jakby grał na trąbce.
Drobiny czerwonej papryki i zielonego ogórka pofrunęły w kierunku pary, która najwyraźniej omawiała szczegóły planowanego wesela. Zanim przysiadł się kurier rowerowy, Heinz usłyszał histeryczny szept pana młodego in spe. „Tylko żadnych datków dla głodnych etiopskich brzuszków ani zabawek dla domu dziecka. Kasa, Misiu, kasa” – potrząsał dłonią oblubienicy, na której lądowały teraz resztki sałatki. Narzeczony gwałtownie wstał w geście oburzenia. Musiał jednak w oczach Karloffa dostrzec błysk, który sprawił, że równie szybko usiadł i zaczął szeptać coś do dziewczyny, patrząc na mężczyzn przy stole obok.
– Należało się wam. – Heinz odwrócił głowę w stronę szeleszczącego kartkami przedstawiciela fundacji.
– Ostatni przypadek z gejami i jednocześnie klerykami zdarzył się dwa lata temu. Na Śląsku. Grupka skinheadów zaatakowała uczestników zabawy sylwestrowej w jednym z klubów. Potem tłumaczyli, że wzięli przebierańców za gejów. Traf chciał, że w grupie imprezowiczów byli klerycy, i zrobił się dym.
Karloff mlasnął i pomasował się po brzuchu.
– Świetne żarło. Ale jelita mówią, że trzeba oddać dług naturze. Jedną drogą wpada, drugą wypada – zaśmiał się.
Między jego zębami tkwiły brązowe skrawki gurmanskiej plaskavicy.
Kurier rowerowy wpatrywał się w plecy oddalającego się Karloffa.
– A skoro już jesteśmy przy Śląsku… – powiedział – jest tam taka hałaśliwa organizacja. Nazywa się White Point. Sądzimy, że jest to klon ruchu Krew i Honor… Pan nazywa się Heinz, dobrze słyszałem?
Heinz potwierdził skinieniem głowy.
– Więc w tym White Point – kurier zagłębił się w jedną z kartek – działa według naszej wiedzy niejaki Krzysztof Heinz. W tym miesiącu brał udział w akcji przeciwko „marszowi żywych” w Krakowie oraz w zjeździe nacjonalistów pod górą świętej Anny. Ostatni wyczyn to już na Śląsku. Całkiem świeże sprawy…
Heinz poczuł, że krew napływa mu do twarzy. Gwałtownie poderwał się od stolika. Grupki biznesmenów umówionych na lunch wirowały wokół. Był zamroczony. Zupełnie jakby potężny cios wylądował na jego podbródku.
Albo jakby wypił za dużo. Tyle, ile w dawnych czasach.
Nie pamiętał, co działo się potem. Ocknął się za Piotrkowem Trybunalskim. Głowę rozsadzał mu ból potęgowany rzężeniem służbowego opla. Doszedł do siebie, gdy zobaczył tablicę informacyjną wskazującą, że do Katowic pozostało pięćdziesiąt kilometrów.
Zatrzymał się na stacji benzynowej, zatankował i zamówił coś do jedzenia. Gdy kończył hot doga z mdławym sosem Tysiąca Wysp, podjechała ciężarówka. Na przyczepie z boku wisiała tabliczka: „Zwierzęta spokojne udomowione”. Gdy włączył silnik, nad tablicą rejestracyjną ciężarówki zobaczył inny napis: „Zwierzęta przeznaczone do uboju”.
Pomyślał o Rakowieckim i Leskim.
I o różowej szmince.
A potem o swoim synu.