Była ósma wieczorem, gdy Rudolf Heinz zszedł do baru w hotelu policyjnym przy ulicy Sierakowskiego. Człowiek, z którym był umówiony, spóźniał się. Komisarz zamówił piwo. W radiu nadawano więcej agresywnych reklam i konkursów niż piosenek, ale tego wieczoru Heinzowi było wszystko jedno. Dwa metry od niego, przy sąsiednim stoliku, rozmawiali dwaj mężczyźni, co jakiś czas sięgając po kieliszki ustawione równo niczym kompania reprezentacyjna przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Zamówił piwo. Wypijał teraz trzy, cztery piwa, już nie tak jak dawniej. Przypomniał sobie czasy alkoholowego Sturm undDrang, gdy często przyjeżdżał do Warszawy jako konsultant. Specjalnie wysiadał na Dworcu Wschodnim i szedł do Złotej Rybki – dworcowego baru opanowanego przez konduktorów i kanarów podliczających przy aromatycznej wątróbce ze złocistą cebulką apanaże zarobione na pasażerach na gapę. Heinz dostawał zawsze ogromną filiżankę z napisem „Cappucino”, w której pieniło się ciepłe piwo z warstwą gęstej piany. Wypijał dwie, trzy filiżanki, czuł, że dzień zaczął się dobrze, i dopiero wtedy jechał do Pałacu Mostowskich. Gdy czekał na pociąg powrotny do Katowic, rytuał się powtarzał. Bardzo często sama podróż była czarną dziurą. Nic nieznaczącym epizodem między przyjazdem a odjazdem.
Przypomniał sobie poranną podróż pociągiem i książkę, o której wtedy pomyślał. Alienista Caleba Carra. Ku zdziwieniu kolegów Heinz lubił czytać kryminały, zwłaszcza te, w których pojawiali się seryjni mordercy. Uważał, że analiza fikcyjnego modus operandi jest dobrym ćwiczeniem wyobraźni. Jednak powieść Carra zaciekawiła go z innego powodu. Alienistami nazywano dawniej policyjnych psychologów, którzy zajmowali się rozmaitymi dewiantami i degeneratami. Tymi, którzy nie mieścili się w normach wyznaczanych przez społeczeństwo. Bardzo często alienista stawał się takim samym odszczepieńcem jak ten, którego ścigał. Heinz wielokrotnie myślał, że jest właśnie kimś takim. Alienista.
Zmieniam się, gdy poczuję krew. Najpierw krew ofiary. A potem krew sprawcy. Gdy wystawiam skurwysyna do odstrzału.
Mężczyźni przy stoliku obok mówili coraz głośniej. W końcu tu, w barze hotelu policyjnego, byli sami swoi. Heinz spojrzał w ich stronę. Byli w podobnym wieku, mieli koło czterdziestki i nosili identyczne czarne t-shirty, jakby kupili je u „bambusów”, jak pogardliwie nazywano Azjatów handlujących nieopodal, na największym bazarze Europy. Mężczyzna siedzący bliżej Heinza miał gęste czarne włosy, drugi był blondynem o przerzedzonych włosach sklejonych brylantyną. Skojarzył się Heinzowi z morskim ptakiem, który przeżył katastrofę ekologiczną, a teraz rozpaczliwie macha skrzydłami zlepionymi smarem i olejem.
– Kiedyś było zupełnie inaczej. – Brunet postawił na stoliku dwa wypełnione kieliszki. – Wiesz co, Limahl? Powiem ci coś. – Czknął. – Najlepiej pracowało mi się z chłopakami z Białorusi. Nawet jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Rozumieli, o co w naszej robocie chodzi. Pamiętam, jak dostaliśmy cynk, że mają gościa, którego my podejrzewaliśmy o dwa wyroki wykonane na naszym terenie.
– Ale nic na niego nie mieliście – wtrącił blondyn.
Brunet kiwnął głową.
– Oni też nie mieli. No to zrobiliśmy tak: zapakowali gościa do prywatnego samochodu. Do popiełuszki. Do bagażnika, no wiesz…
Limahl czknął, dając do zrozumienia, że wie, jak w policyjnym slangu nazywany jest samochodowy bagażnik.
– Więc ja – mówił brunet – też prywatnym podjechałem na granicę. Wyciągają faceta i mówią: „Przechodź przez granicę”, a kutas nie chce. To pociągnęli mu pod nogi z kałacha. Gość skacze na naszą stronę, a tu my już jesteśmy przy nim i czule go witamy. On pyta, za co jest zatrzymany. A ja mu mówię: „A za nielegalne przekroczenie granicy”.
Obaj zaśmiali się i wypili.
– Teraz ja ci coś powiem, Cygan – odezwał się blondyn nazywany jak gwiazda muzyki pop z łat osiemdziesiątych. – Opowiadałem ci kiedyś o facecie, który miał ksywę Hokus-Pokus…
– Nie pamiętam. – Cygan pokręcił głową.
– Naprawdę nazywał się Józek Kaleta. Hokus-Pokus wzięło się stąd, że niepostrzeżenie rozpruwał człowieka na pół, a klient, zanim umarł, zdążył jeszcze wysłuchać od Józka, co to ma właśnie poprzecinane, jakie organy krwawią najbardziej, i tak dalej. Taki krótki kurs anatomii. Rozumiesz? Wykonywał od niechcenia ruch, a ty patrzyłeś, jak flaki wychodzą ci na wierzch.
– Fachowiec – z uznaniem stwierdził Cygan.
– Żebyś wiedział. Hokus-Pokus swoich zdolności nie nadużywał, likwidował konkurencję, poza tym chętnie dzielił się wiedzą, więc był dla nas przydatny. Ale w końcu i na niego przyszedł czas.
Limahl w milczeniu napełnił kieliszki.
– Poćwiartowali Józka i spalili w piecyku koksowym. Głowa też się spaliła. Chłopaki z komendy nie wierzyli, bo głowa w piecyku koksowym podobno się nie spali. A tu taka niespodzianka… Nawet po śmierci zrobił hokus-pokus.
– No to wypijmy za Józka. – Cygan podniósł kieliszek.
– I za chłopaków z miasta – dodał Limahl. – Za kilka miesięcy idę na emeryturę. I wtedy zaproszę tylko miasto, bo jeszcze tylko oni na to zasługują. Tylko z nimi się jeszcze dogadasz.
– Wszystko się kiedyś kończy – powiedział Cygan i wytarł usta wierzchem dłoni. – No, to jeszcze po jednym.
Mają rację. Wszystko się kończy. Policja też się zmieniła. Gdy zaczynał pracę, uczył się od starych, doświadczonych milicjantów. Raptem w ciągu dwóch, trzech lat wszyscy ci ludzie zniknęli, jakby zmiotło ich tsunami. Byli wypłukiwani falami. Do policji wskoczyły młode wilki, wprowadzając nowe zwyczaje. Teraz Heinz sam był wśród oficerów niczym dinozaur z Jurassic Park. Był weteranem, który przekroczył policyjną smugę cienia.
Po raz kolejny przekonał się o tym dziś, kilka godzin temu, na przedpołudniowym zebraniu w komendzie stołecznej.
Zostali we trzech. Osuch skinął na policjanta o pożółkłych zębach, by nie wychodził.
– To jest komisarz Paweł Chlaściak – przedstawił go z nazwiska. – Jeden z moich najlepszych ludzi. I nie chcę – spojrzał zmrużonymi oczami na Heinza – by w tym zespole dochodziło do awantur. Rozumiemy się?
Heinz rozłożył ręce w pojednawczym geście.
– Też tego nie chcę. Dlatego proponuję, żebyśmy zrobili tak: zespół pracuje swoim rytmem, ja przyjrzę się sprawie z boku, będę jak taki wolny elektron. Poprosiłbym tylko o wsparcie ze strony kogoś, kto pomoże mi się zorientować w sytuacji.
– Jeszcze coś? – warknął Osuch.
– Służbowy samochód. Skoro jestem koordynatorem…
– Zgoda. Bylebyś się nie wtrącał w pracę zespołu. Aha, Heinz – inspektor zawiesił głos – jeszcze jedno…
– Tak?
– Ta sprawa musi zostać zamknięta, rozumiesz? Nawet jeśli nie będzie sprawcy.
– Prawda to jedno, a statystyki to drugie – szybko dopowiedział Chlaściak.
– Jest dokładnie tak, jak on mówi. – Osuch wytarł spocone czoło. – Musi być porządek w papierach. CBŚ też będzie nalegać. I żadnego niepotrzebnego rozgłosu. Jak chcesz być gwiazdą, to idź do telewizji. Do Kryminalnych albo do W-11.
– To wszystko? – zapytał Heinz.
– Chciałem cię o coś spytać… – Chlaściak uśmiechnął się. – Przez całe zebranie zastanawiałem się, czy ty w tej marynarce… Czy ty się nigdy nie pocisz?
Heinz nie odpowiedział od razu. Podszedł do Chlaściaka. Nie patrzył mu w oczy. Patrzył na jego pożółkłe zęby wyszczerzone w uśmiechu.
– Nigdy. A czy ty – dodał po chwili – nigdy nie myjesz zębów?
Spojrzał na zegarek. Ósma trzydzieści. Byli umówieni czterdzieści minut temu. Do baru przyszli kolejni goście. Postanowił zapłacić za piwa, odwrócił się w stronę kontuaru i wtedy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.
Stał przed nim mężczyzna wyższy o głowę, o pociągłej twarzy, z włosami postawionymi do góry. Nawet przy kiepskim oświetleniu widać było bliznę, która ciągnęła się od nasady nosa do prawego kącika ust.
– Komisarz Heinz? – usłyszał głos o niespodziewanie wysokim brzmieniu.
– Heinz. Jak marka ketchupu. Przez samo „h”.
– Nazywam się Piotr Karewicz. Wciąż podkomisarz. W firmie mówią do mnie Karloff. Chyba się domyślasz, dlaczego.
Faktycznie.
Karloff uśmiechnął się, a blizna na jego twarzy wydłużyła się dwukrotnie. Teraz skojarzenie z nazwiskiem sławnego aktora grającego w horrorach wydało się Heinzowi wręcz banalne.
Usłyszeli brzęk tłuczonego szkła. Spojrzeli w kierunku najbliższego stolika. Cygan spał na krześle odchylony do tyłu. Głowa Limahla opadła na blat stołu. Z przewróconego kieliszka sączyła się strużka wódki. Szkło dwóch innych kieliszków zrzuconych na podłogę chrupało pod butem Limahla. Miażdżył je, jakby gasił niedopałek papierosa.
– Może stąd wyjdziemy? – zaproponował Karloff. – W okolicy są ciekawsze miejsca. Tam spokojnie pogadamy.
Gdyby szedł sam, pewnie przeoczyłby wejście do lokalu. Ulica Ząbkowska, wyjaśnił Karloff, straciła sławę niebezpiecznego miejsca należącego do Trójkąta Bermudzkiego. Heinz pamiętał z czasów studenckich, że samotne wędrówki po Trójkącie, pod czujnym okiem zakapiorów w różnym wieku wystających na pokiereszowanych przez czas podwórkach, były jak kuszenie złego losu. Ze zdumieniem zobaczył, że w jednym z takich podwórek wciąż wisi szyld sklepu muzycznego, w którym można było kupić t-shirty z nazwami deathmetalowych zespołów. Przypomniał sobie, że był tu przed wielu laty i że kupił wtedy kilka pirackich kaset. Przeszli koło kapliczki z Matką Boską i przecięli ulicę. Karloff otworzył drzwi i Heinz zderzył się z białym łbem bullteriera, zrobionym z plastiku.
Jedyny wolny stolik znaleźli w pobliżu małego podium, na którym produkował się chłopak, śpiewając standard Franka Sinatry.
Wróciła moda na swing – pomyślał Heinz. Neoswing i stare zdezelowane meble. I on, nie pasujący do takich czasów. Zobaczył, że Karloff niesie dwa piwa.
– No dobra. Jak to widzisz? – zapytał Karloff, gdy wreszcie obaj usiedli.
– Mało wiem. Muszę się zobaczyć z medykiem sądowym.
– Tak przypuszczałem. Dlatego umówiłem nas na jutro z Sierściuchem. – Karloff uśmiechnął się.
– Z kim?
– Sam zobaczysz – blizna przy ustach znów się rozciągnęła. – Więc co myślisz tak na pierwszy niuch zaprawionego kokainisty? – Teatralnie pociągnął nosem.
Heinz nie odpowiedział. Lata pracy w policji nauczyły go, że w tym fachu nie ma przyjaciół. Rzadko miewa się nawet kolegów. Każdy pies obsikuje swoje drzewko i walczy o swój teren. Pytania Karloffa wydały mu się zbyt natarczywe. Może dlatego Osuch bez szemrania dał mu człowieka do pomocy.
Karloff już się nie uśmiechał.
– Nie ufasz mi, tak? Myślisz, że jestem ucholem Osucha? Że będę składał mu raporty zawierające twoje błyskotliwe teoryjki, a jeśli przypadkiem tak się zdarzy, że któraś okaże się prawdziwa, to sukces przypiszemy sobie.
Rozległy się oklaski i piski dziewczyn. Najwyraźniej chłopak miał tu grono wiernych fanek.
Heinz spojrzał na Karloffa, który zaciskał w dłoni szklankę, jakby zamierzał nią zaraz rzucić.
– Wszyscy jesteśmy podejrzliwi – mruknął. – Czytałem niedawno o takim plemieniu. Dobu czy jakoś tak podobnie… Otóż ci Dobu cenią sobie podejrzliwość, śmiech uważają za coś wielce niestosownego, a w centrum wioski umieścili cmentarz…
– Fajni kolesie. Zrobiliby furorę na You Tubie…
– My też jesteśmy jak Dobu z tą obsesją podejrzliwości, tajemnicy. Ty, ja, ona… – skinął głową w kierunku narożnego stolika.
Karloff spojrzał na parę wskazaną przez Heinza.
– Gdy ten jej facet nie widzi, ona wciąż spogląda na zegarek – ciągnął Heinz. – I reaguje nerwowo, kiedy otwierają się drzwi… – Przechylił się przez stół. – Skąd mam wiedzieć, czy gdy stukasz się piwem, drugą ręką nie naciskasz w kieszeni dyktafonu? To teraz nasz taki sport narodowy. Twarz Karloffa przypominała oblicze potwora.
– Skoro mamy pracować razem – mówił dalej Heinz – muszę wiedzieć, że jesteś okej. Spóźniłeś się czterdzieści minut. Dlaczego?
Karloff odstawił piwo. Heinzowi wydawało się, że na szklance powstał odcisk olbrzymiej dłoni.
– Miałem kilka spraw do załatwienia. Do wczoraj – ściszył głos – byłem zawieszony w czynnościach.
– Za co?
– Podobno wywiozłem faceta do lasu i kazałem mu kopać dół, by wymusić zeznania.
– To oczywiście nieprawda?
Karloff uśmiechnął się. Musiał ćwiczyć ten uśmiech, oglądając stare horrory.
– Chyba nie sądzisz, że byłbym do czegoś takiego zdolny.
Uniósł szklankę i wypił zdrowie Heinza.
– Mam jeszcze jedno pytanie. Skąd tam, w hotelu, wiedziałeś, do kogo podejść? Skąd wiedziałeś, że to ja?
– Dostałem dokładny opis. Chcesz usłyszeć jaki?
Heinz przytaknął.
– Powiedzieli mi, żebym szukał gościa, który jest tak zniszczony na gębie, że pewnie łapał jeszcze wampira Marchwickiego. I że będzie w wymiętoszonej marynarce. Pan „Wólczanka”… Sam chciałeś wiedzieć.
Chłopak na podium zapowiedział, że zaśpiewa jeszcze jeden przebój Franka Sinatry, a potem zaprasza na półgodzinną przerwę. Fanki jęknęły rozczarowane.
– Zatem, Karloff, szczerość za szczerość. Powtórzę ci to, co powiedziałem waszym ludziom z zespołu. Wedle mojej wiedzy w Polsce mamy – zawahał się – siedmiu, góra dziewięciu czynnie działających seryjnych morderców. Przynajmniej tak możemy szacować, nie będę ci teraz opowiadał, dlaczego. Nie wydaje mi się, tak na pierwszy niuch kokainisty, jak to ująłeś, by klerycy byli ofiarami któregoś z seryjnych. W takich przypadkach mamy na ogół zabójstwa na tle seksualnym, czasem dochodzi motyw rabunkowy. A tu mamy inscenizację jak w operze. Torby foliowe, trójkąty, cyfry kojarzące się z godziną śmierci papieża… To jakiś – szukał odpowiedniego słowa – żart…
– Żart?
– Może zabawiali się w większym gronie, podduszali tymi torbami dla lepszego efektu i przesadzili. Spotkamy się z medykiem sądowym, to będziemy wiedzieli więcej. Tyle o tym.
– Żart… – powtórzył Karloff. – Ktoś, kto to zrobił, miał szczególne poczucie humoru.
– Tak jak i ty, gdy wywiozłeś tego gościa do lasu…
Tym razem Karloff nie odpowiedział. Znów zacisnął dłoń na szklance. Kobieta przy narożnym stoliku ukradkiem spojrzała na zegarek.