30

Na ulicy Siennickiej, nieopodal odżywającego po latach zapaści klubu „Orzeł”, odnalazł szkołę sportową. Nie musiał szukać wejścia do sali treningowej, bo już z oddali dały się słyszeć okrzyki wydawane przez adeptów karate. Przed wejściem na salę wisiała gablota ze zdjęciami. Heinz obejrzał jeszcze raz te same zdjęcia, które znalazł w Internecie.

Popatrzył na uśmiechniętego Batora i zmrużone oczy Rutgera. Przyjrzał się także kilku fotografiom, których w internetowej galerii nie było. Przy jednej odbitce zatrzymał się dłużej. Zdjęcie przedstawiało dwóch chłopaków w gotowości do walki. Jeden z zawodników miał zielony pas, jego przeciwnik – pas niebieski. Właśnie ten drugi, bardziej zaawansowany w tajnikach karate, wydał się Heinzowi znajomy. Przyjrzał się skupionej twarzy ukazanej w profilu. Skąd ja go znam? Potarł czoło.

Okrzyki rozległy się w momencie, gdy Heinz chwycił za klamkę. Zawahał się jednak. Stał przez chwilę i myślał, co ma zrobić. W końcu puścił drzwi, pochylił się, zdjął buty i skarpetki. Otrzepał stopy. Etykieta to podstawa – przypomniał sobie słowa Lambrosa Kastoriadisa. Otworzył drzwi i ukłonił się. Kilkunastu zawodników, z których najmłodszy mógł mieć osiem lat, a najstarszy był w wieku Heinza, poruszało się w jednej linii, wykonując kopnięcia do przodu. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Nikt z wyjątkiem mężczyzny stojącego w oddali i czujnie wpatrującego się w przybysza. Szczupły, krótko ostrzyżony, poprawił czarny pas i podszedł do drzwi.

– Pan chce się zapisać do grupy? – zapytał.

– Niezupełnie. – Heinz wyjął legitymację. – Musimy porozmawiać.

– Proszę zaczekać do końca treningu, teraz nie mogę. – Stanisław Bator odwrócił się w stronę ćwiczących. – To samo w drugą stronę! – krzyknął.

– Nie mogę czekać – Heinz zniżył głos. – Mam kilka pytań związanych z pańskim przyjacielem, profesorem Rutgerem. Obawiam się, że profesor ma kłopoty. Duże kłopoty – ostatnie słowa wypowiedział szeptem.

Bator odczekał, aż karatecy wykonają ćwiczenie.

– Teraz robicie Heian Shodan i Heian Nidan! Każde po trzy razy! Co drugi krok do przodu!

Karatecy zaczęli wykonywać formy złożone z bloków, uderzeń i kopnięć, które muszą być wykonane w odpowiedniej kolejności. Heinz patrzył, jak uczniowie Batora ćwiczą ruchy należące do elementarza tej dyscypliny i poczuł ukłucie zazdrości. Gdy to wszystko się skończy, spotka się wreszcie z Lambrosem.

– O co chodzi? – Bator z napięciem wpatrywał się w policjanta.

Heinz opowiedział o dwóch ciałach znalezionych nad Wisłą. Pominął szczegóły związane z torbami foliowymi, szminką i cyframi pozostawionymi na głowach trupów. Opowiedział o kartce z numerem telefonu do biblisty. Powiedział, że Rakowiecki i Leski spotykali się z Rutgerem podczas prywatnego seminarium. I że zostali wyrzuceni, gdy okazało się, że są gejami. W dodatku takimi, którzy uprawiają seks za pieniądze.

– Dobrze zrobił. – Bator patrzył teraz na ćwiczących. – Na jego miejscu wywaliłbym ich na zbity pysk. Aż dziwne, że nie wylecieli z seminarium.

– Nie ma pan zbyt wiele współczucia dla zmarłych – szepnął Heinz.

– Nie chodzi o to, by ktoś ci okazywał współczucie. Sam musisz mieć w sobie wewnętrzną siłę i dyscyplinę. Dlatego moi ludzie – wskazał na karateków – robią to, co robią. Nie przypadkiem trzech z nich to duchowni…

Moi ludzie. Siła i dyscyplina. Poczuł, że na sali, mimo otwartych okien, przez które wpadało ożywcze kwietniowe powietrze, robi się duszno.

– Pan chciałby stworzyć taki polski klasztor Shaolin? – nie mógł się powstrzymać od ironii.

Bator nawet nie spojrzał na Heinza.

– Nie byłoby to takie złe. – Zdawało się, że mówi do siebie. – Powinni być żołnierzami Chrystusa. Komandosami

Kościoła. A jak są za słabi, powinni być ukarani. Oczywiście – wreszcie dostrzegł swego rozmówcę – nie tak, jak ci dwaj…

Komando księży i kleryków. Heinz miał wrażenie, że się przesłyszał.

– Jak pan poznał profesora Rutgera? – postanowił zmienić temat.

– Spotkaliśmy się w Azji, a ściślej w Kambodży.

Heinz drgnął. Przypomniał sobie, co o torturach w Kambodży opowiadał Sierściuch podczas sekcji zwłok Rakowieckiego i Leskiego. Co mówił o duszeniu torbami foliowymi za czasów Pol Pota.

– Zdziwiło to pana? – zapytał Bator. – Po piętnastu latach rządów Pol Pota religia zaczęła się tam odradzać. Przyjechałem w 1992 roku do Kambodży jako misjonarz, spotkałem się nawet z wikariuszem apostolskim Phnom Penh, biskupem Yves'em Georges'em Rene Ramousse'em. Musi pan wiedzieć, że Kościół francuski i jego tradycja misjonarska w Kambodży do dziś odgrywają dużą rolę.

– A Rutger? Co go tam poniosło?

– Fascynacja buddyzmem. Pewnie wie pan o tym…

Heinz przytaknął.

Bator klasnął w dłonie.

– Nie. To zupełnie nie tak! – Wyszedł na środek sali. Karatecy znieruchomieli. Wszyscy wpatrywali się w jeden punkt. Dopiero teraz Heinz dostrzegł, jaką władzę miał ten szczupły mężczyzna z mistrzowskim pasem. – Zapomnijcie o rękach! – Bator podniósł głos. – Wyobraźcie sobie, że ręce to sznurki, a dłonie to kamienie. W karate najważniejsze jest przekazanie szoku, energii, która idzie z dołu, niemal z podłoża – wskazał na rozłożoną matę.

Wskazał ręką na jednego z uczniów, który podbiegł i stanął naprzeciwko.

– Zobaczcie. Najpierw pracuje oddech i ciało. Ręce są na końcu!

Wykonał błyskawiczny ruch i jego pięść zatrzymała się tuż przed brodą przestraszonego ucznia. Dobry jest – pomyślał Heinz. Naprawdę jest dobry. Chętnie bym go zobaczył w pojedynku z Kastoriadisem.

– Robicie Heian Nidan i Heian Sandan! Też po trzy razy – zakomenderował i wrócił do Heinza.

Teraz. Teraz przyszedł właściwy moment.

– Tych dwóch chłopców uduszono – szepnął Batorowi do ucha. – Torturowano ich i uduszono, zaciskając na głowach torby foliowe. Zapewne zna pan tę metodę…

Wiedział, że tym razem trafił. Bator nie wykonał żadnego ruchu, ale Heinz był pewien, że jego cios sięgnął celu.

– Skąd pan wie? – W głosie Batora wyczuł zmianę. – Rutger panu powiedział?

Heinz milczał. Karateka popatrzył na niego i zrozumiał, że popełnił błąd.

– Rutger nic mi nie powiedział. Ale skoro już pan zaczął…

Bator nie patrzył już na uczniów. Myślami był gdzieś daleko, poza salą treningową.

– Początek lat dziewięćdziesiątych to w Kambodży był ciągle niespokojny czas. Niedobitki Czerwonych Khmerów były wciąż aktywne. I wpadłem w ich ręce. Torturowali mnie – głos znów mu zadrżał. – Wiem, co to znaczy, gdy torba zaciska się na głowie.

– Rutger pana uratował?

Bator pokiwał głową.

– Nie wiem, jak to zrobił. Ale wyciągnął mnie z tego. Potem mówił mi, że tylko z nimi rozmawiał. Rozmowa okazała się ważniejsza niż siła… Niż sprawne mięśnie…

– Był pan komandosem, potem misjonarzem… Dlaczego pan zrezygnował?

Bator wyprostował się, jakby zrzucał z barków ciężar upiornych wspomnień. Znów był mistrzem wśród swoich uczniów.

– A pan co? Wywiad chce ze mną przeprowadzać?

– Zgadł pan. – Heinz uśmiechnął się. – Po godzinach pracuję dla „Przeglądu Sportowego”.

– No to innym razem. – Ponownie klasnął w dłonie. -Heian Shodan ostatni raz! Potraficie?

– Oss! – odpowiedział mu chór głosów.

– Teraz ja chciałbym o coś zapytać. Mówił pan, że profesor ma kłopoty. Czy pan… czy wy go podejrzewacie?

– Moim zdaniem on nie ma z tym nic wspólnego. – Heinz starał się, by zabrzmiało to wiarygodnie. – Ale profesor mówi mniej, niż wie. Nie chce nam pomóc. Naprawdę może wpaść w tarapaty…

Bator popatrzył na Heinza wzrokiem, w którym można było dostrzec absolutną determinację.

– Jeśli ktoś nadepnie profesorowi na odcisk, to…

– Tak, wiem. – Heinz uniósł dłoń w pojednawczym geście. -To złamie mu pan nogę w trzech miejscach z przemieszczeniem. Albo – zawiesił głos – poddusi go pan torbą foliową.

Nie czekał na reakcję Batora. Otworzył drzwi sali treningowej. Prawie zderzył się ze zdyszanym chłopakiem.

– Co za spotkanie – powiedział, patrząc na Roszkowskiego, seminarzystę z czwartego roku. Tego, który zrobił feralne zdjęcie Rutgerowi i czterem klerykom, z których dwóch nie żyje, a dwóch przepadło jak kamień w wodzie. To właśnie odbitka, na której widać Roszkowskiego przykuła jego uwagę, gdy przyglądał się fotografiom w klubowej gablocie.

Roszkowski obrzucił Heinza spłoszonym spojrzeniem i wszedł na salę.


***

Była dwudziesta, gdy zmęczony wrócił do hotelowego pokoju. Najchętniej poszedłby spać, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Zapalił lampkę rzucającą zbyt słabe światło i otworzył aktówkę przysłaną z Katowic.

Powinienem mieć okulary. Przynajmniej do czytania – pomyślał. Postanowił, że dziś wybierze muzykę na chybił trafił. Usłyszał bębnienie deszczu, dźwięki dzwonów i grzmoty. A potem ciężką gitarę Tony'ego Iommiego, faceta, który nigdy nie grał wyrafinowanych solówek, nie powalał techniką i szybkością gry, ale potrafił nadać muzyce Black Sabbath odpowiednią siłę. Potrafił przekazać szok, o którym mówił swoim uczniom Bator.

Heinz przypomniał sobie, że podczas szkoleń dla przyszłych policjantów i profilerów sam chętnie odwoływał się do swoich pasji. Do bluesa i karate.

Tłumaczył, że pracę profilera można porównać do kata. Heian Shodan, Heian Nidan i tych bardziej zaawansowanych, jak Bassai Dai czy Hangetsu.

– Czym są kata? - wyjaśniał podstawowy termin karate, przechadzając się po sali wykładowej. – To forma walki z wyimaginowanym przeciwnikiem, który pierwszy was zaatakował. Dlatego formy karate zaczynają się zawsze nie od ataku, ale od obrony. Od bloku. I czymś podobnym – dodawał – jest profilowanie nieznanego przestępcy. To także forma walki z przeciwnikiem, którego musimy sobie najpierw wyobrazić. I patrzcie dalej – zwykł pisać na tablicy trzy tajemnicze słowa. W karate ważną rolę odgrywa zanshin, a więc fizyczne i psychiczne przygotowanie na atak. Wy też zawsze powinniście zakładać, że sprawca seryjnych przestępstw ponownie uderzy. Pożegnajcie się z optymizmem. Z nadzieją, że to, co się zdarzyło, już się nie powtórzy! A teraz drugie pojęcie: mikiru, czyli umiejętność przewidywania tego, co zrobi przeciwnik. To ma być istota waszej pracy. A jak to zrobić? Ostatecznie chodzi o to – wskazywał na trzecie słowo – by wychwycić ten moment, gdy u przeciwnika pojawia się kyo - chwila zawahania, dekoncentracji, głupiej nieuwagi. Wtedy jest wasz. Prawda jest brutalna – zawieszał głos. – Nie unikniecie ataku. Chyba że jesteście jasnowidzami. Ale gdy uderzy – wykonywał szybki ruch dłonią – wtedy… wtedy

Bądźcie bezwzględni.

Na składance z utworami Sabbathów rozbrzmiewał kolejny utwór. The Wizard z frazą graną na harmonijce ustnej przez Ozzy'ego Osbourne'a. Bardzo bluesowy utwór wśród potępieńczych zawodzeń i gotyckiej stylistyki, która zawsze irytowała Heinza. Czym jest podpis seryjnego mordercy? Jest odwoływaniem się do schematu. Takim schematem – tłumaczył – jest dwanaście taktów bluesa. AAAA BBAA CCAA – rysował na tablicy. Niby to banalnie prosty schemat, który może być wypełniony nieskończoną liczbą wykonań i odmian prezentujących indywidualne cechy. I tak samo jest z podpisami przestępców.

Dobra, Heinz – pomyślał, że przydałoby się piwo, ale przypomniała mu się obietnica, którą złożył samemu sobie. Sięgnął po papierosa. Dobra, Heinz – powtórzył w myślach. Zobaczymy, czy jesteś taki dobry. Ile są warte te twoje teorie i analogie.

Przez następne dwie godziny uważnie oglądał zdjęcia z Lasku Aniołowskiego i czytał notatki. Było kilka elementów łączących oba morderstwa. To samo miejsce zdarzenia. Ten sam czas – popołudnie w dzień powszedni. Najpewniej morderca albo był bezrobotny, albo pracował wahadłowo – raz przed południem, raz na drugą zmianę. Albo zajmował się czymś dorywczo. Ciosy nożem to też stały element. Kobiety jako ofiary. Im dłużej przeglądał dokumentację, tym wyraźniej dostrzegał jednak nie podobieństwa, ale różnice. Kobiety różniły się wyglądem. Heinz pokręcił głową. Nie chodzi nawet o to, że jedna była brunetką, a ta druga nie. Chodzi o to, że pierwsza była zadbana, a ta druga to jakiś lump. Pierwsza ofiara była odpicowana i z makijażem, druga – w brudnym ubraniu, z przetłuszczonymi włosami i jeszcze walnęła kielicha przed śmiercią. To się nie zgadza. Poza tym nie zgadzała się liczba ciosów. W pierwszym przypadku kilkadziesiąt uderzeń, w następnym tylko dziewięć.

O czym to świadczy? Może za drugim razem morderca się śpieszył. Spodziewał się, że ktoś zacznie tej kobiety szukać, a musiał jeszcze zdjąć z niej ubranie, ułożyć je w kostkę i bezpiecznie się oddalić. Albo jeszcze inaczej: pierwsza kobieta była ofiarą „właściwą”, a następna „zastępczą” -wybraną losowo. Dlaczego? Gdyż tej, którą sobie upatrzył, zabrakło. Może się umówili, a ona nie przyszła na spotkanie? Rozmyśliła się, zachorowała albo zapomniała? A on ją już wcześniej uśmiercił w wyobraźni, wyobrażał sobie, jak to będzie, gdy się spotkają. A tu takie rozczarowanie. Przypadkowa ofiara nie zaspokoiła jego potrzeb. Pozwoliła mu wyładować się tylko na chwilę. A jeśli tak, to… To zabije kolejny raz.

Znów zamarzył o piwie. Podszedł do umywalki i nalał sobie wody do szklanki.

Pozostaje kwestia podpisu mordercy. Ptasie pióro. Założyłby się o wszystkie pieniądze, że pióro nie znalazło się w ręku ofiary przypadkiem. Zrobiłby to tym chętniej, że pieniędzy nie miał. Przypomniał sobie powieść Mo Hayder Ptasznik, którą czytał podczas jednego z zagranicznych staży jako lekturę obowiązkową. Tam seryjny morderca umieszczał małe ptaki w klatkach piersiowych zamordowanych kobiet. Tyle że to była fikcja. A tu miał śmierdzące żywe gówno. Ptasie pióro i ubrania złożone w kostkę nie pasowały do siebie. Coś tu nie gra. Brakuje jakiegoś elementu w tej układance.

Opróżnił popielniczkę, w której uzbierał się kopczyk niedopałków. Raz jeszcze zaczął przeglądać zdjęcia. Przy jednym zatrzymał się dłużej. Zmrużył oczy, znów pomyślał o okularach i włączył górną lampę. Podszedł bliżej światła. Zdjęcie pokazywało miejsce zbrodni w pełnym planie, lecz najwyraźniej zostało źle wykadrowane. Głównym motywem na fotografii były dwa drzewa, jakby zrobił ją nie fotograf policyjny, ale amator przyrody. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, by dostrzec ukryte za konarem zwłoki.

Heinz nie patrzył na rozcapierzone palce kobiecej dłoni. Wpatrywał się w koronę drzewa. Tak. Nie miał już wątpliwości. Wśród zieleniących się liści tkwiło coś białego. Tylko co? Nie miał pojęcia.

Chwycił za telefon i wybrał numer Krygiera. Wyjaśnił, w jakiej sprawie dzwoni.

– Oj, Hipis… Czy to naprawdę ważne, co tam tkwi w tym drzewie? Nagrałem sobie dwa mecze ligi angielskiej i chciałbym je dzisiaj obejrzeć. – Naczelnik nie krył irytacji.

– Szefie, będę szczery. – Heinz przełknął ślinę. – Mam gdzieś pańskie mecze. Zwłaszcza że ma je pan nagrane.

Komentarz telewizyjny umilkł. Zapewne Krygier włączył przycisk stop w odtwarzaczu.

– Ten pojeb – mówił szybko Heinz, jakby się bał, że wyczerpie limit cierpliwości – zrobi to jeszcze raz. Druga kobieta to zwykły traf. Dlatego zadał jej tylko dziewięć ciosów. Ona go nie obchodziła… – umilkł.

– Mów dalej. – W głosie Krygiera usłyszał nowy ton.

– Muszę wiedzieć, co jest na tym zdjęciu. Chcę mieć pewność, że niczego nie pominąłem.

Krygier obiecał, że ktoś oddzwoni do niego z wiadomością. Jakakolwiek by była.

Z ulgą odłożył słuchawkę. Od siedzenia przy biurku bolały go plecy. Położył się na łóżku, które wydało rozpoznawalny dźwięk. Przy Changes, przez lata niedocenianej balladzie Sabbathów, przysnął. Obudził go telefon.

Poderwał się i nie patrząc na wyświetlacz, odebrał.

– Spałeś? – Ku swojemu zaskoczeniu usłyszał głos doktora Kornaka.

– Nie – skłamał.

– Dwie sprawy. Nasz podopieczny kolejny raz dopytywał się o ciebie. Nie dzwoniłbym z tym, gdyby nie nasza ostatnia rozmowa. Sprawdziłem, o co mu chodzi z tym Beckettem.

– Jakim Beckettem? – Heinz nie mógł sobie przypomnieć.

– Ostatnia taśma…

Teraz już pamiętał.

– Tam jest tak, Rudolf: „Chyba minęły już moje najlepsze lata. Gdy istniała jeszcze szansa na szczęście. Ale nie chciałbym, żeby wróciły. Teraz, gdy mam w sobie ten ogień, już nie”„.

Heinz poczuł, że jego serce chce wyrwać się z klatki piersiowej.

– Zrobiłem tak – spokojnym głosem mówił Kornak. -

Sprawdziłem, czy w zakładzie, gdzie przebywa, stosują wobec niego maksymalny poziom zabezpieczeń. Wszystko w porządku.

„Teraz, gdy mam w sobie ten ogień”.

– Można mu jakoś jeszcze dokopać? Na przykład elektrowstrząsami? – Heinz starał się być wesoły.

– Zapomnij o tym. Poza tym on jest niepoczytalny.

– To wy wszyscy tak uważacie. Dobrze wiesz, że jest tak samo zdrowy jak ty czy ja.

– Wiem. Dlatego dzwonię. Uważam, że powinieneś to wiedzieć.

Heinz wciąż myślał o Inkwizytorze, gdy zadzwonił kolejny telefon.

– Aspirant Werner – usłyszał warknięcie w słuchawce. -Mam dla pana wiadomość. Trochę to trwało, ale udało się. W koronie drzewa tkwił biały latawiec.

– Latawiec? – Heinz nie zrozumiał.

– No tak. Taki, jakim dzieci się bawią.

Heinz usiadł przy stole i tępym spojrzeniem wpatrywał się w rozrzucone zdjęcia. Nie mógł się skupić. Przed oczami miał twarz uśmiechniętego Inkwizytora. Bydlak wiedział, jak uprzykrzyć życie. Nawet zza krat oddziału zamkniętego. Coś będzie musiał z tym zrobić. Ale nie teraz.

* S. Beckett, Ostatnia taśma Krappa, [w:] Dramaty, przeł. Antoni Libera, Warszawa 2002.


Z trudem powstrzymał się, by nie zejść do hotelowego baru i nie wrócić na górę z dwoma oszronionymi czteropakami piwa.

Włączył stare bluesy Johna Lee Hookera. Znajome dźwięki gitary akustycznej i jednostajny prosty rytm wybijany butem przez czarnoskórego mistrza powinny zadziałać kojąco. Powinny, ale nie zadziałały. Nie tym razem. Długo nie mógł zasnąć.

Świtało, gdy pogrążył się w czujnym półśnie, jakby spodziewał się wizyty nieoczekiwanego gościa.

Загрузка...