Zwlókł się z łóżka o dziewiątej. W hotelowej restauracji zamówił jajecznicę i parówki. Nieśmiertelny zestaw w każdym porządnym hotelu. Czyli takim, w którym podawano na śniadania właśnie te nieskomplikowane zapychacze, znikające tego dnia z talerza Heinza z szybkością światła.
Gdy dojadał parówkę, zadzwonił telefon. Spojrzał na wyświetlający się numer, który z nikim mu się nie kojarzył, wydłubał językiem kawałki bekonu, które uwięzły w okolicach górnej szóstki, i odebrał.
Od razu wyczuł, że coś się stało.
– Przyjedź do fabryki. – Głos gotyckiej Jolki był bezbarwny. Pozbawiony zwykłej siły i witalności.
– Coś się stało?
– Mam dla ciebie kilka interesujących informacji. Poza tym… – Wyczuł wahanie w głosie. – Poza tym nasz kolega nie żyje.
Heinz milczał, czekając na ciąg dalszy.
– Poremba. Ten ze złamanym nosem. Masz po nim służbowego opla…
Freddie Kruger. Mogło być gorzej – pomyślał.
– Jak to się stało?
– I tu jest kłopot. Wtargnął do mieszkania prokuratora. Takiej szychy prowadzącej ważne śledztwa dotyczące korupcji i polityków. Wiesz, takie, co to teraz są na topie. Zastrzelił go. A potem strzelił sobie w usta.
Tego Heinz się nie spodziewał.
– Zaraz będę – powiedział. – Przykro mi… – wydusił z siebie.
Gdy dziesięć minut później zbiegał w sztruksowej marynarce po schodach, pomyślał, że lepiej po kimś odziedziczyć opla niż trypra.
Postanowił, że tę mądrość pozostawi jednak dla siebie.
Takie wieści zawsze rozchodzą się lotem błyskawicy. W Pałacu Mostowskich patrzył na ponure, zacięte twarze milczących policjantów. Dwaj, których znał z widzenia, obrzucili go spojrzeniem pełnym urazy i zaczęli coś szeptać do siebie.
Zupełnie jakby to on był wszystkiemu winien.
Po krótkich poszukiwaniach odnalazł gotycką Jolkę. Fioletowymi paznokciami podtrzymywała skronie i wpatrywała się w ekran komputera. Nagle na monitorze Heinz ujrzał pięć roześmianych postaci. Karloff i Freddie stukali się butelkami z piwem, a Jolka unosiła kieliszek czerwonego wina.
– To sprzed dwóch lat – powiedziała cicho, wciąż wpatrując się w ekran. – Wtedy był zupełnie innym człowiekiem…
– Wiadomo już, co się stało?
– Nasz szef został pilnie wezwany na dywanik. Zaczynają węszyć ci z Biura Spraw Wewnętrznych. Robi się syf.
– Dlaczego zabił tego prokuratora?
– Gnój zniszczył Porembę.
Zobaczył Karloffa chwiejącego się w drzwiach.
Najwyraźniej zdążył już uczcić pamięć kolegi.
– Mały jebany karierowicz w okularkach… – westchnął.
– Ty – oskarżycielsko skierował palec w stronę Heinza – nigdy go nie lubiłeś.
I vice versa.
– Zostaw go, Karloff – syknęła Jolka i ruszyła w stronę drzwi. – Zostaw go, bo i bez tego nazbiera się szamba wokół nas wszystkich.
– Zostawiam państwa. – Karloff ukłonił się. – A my – ponownie wskazał na Heinza – musimy porozmawiać, okej?
– Masz to u mnie.
– Pozbiera się – mruknęła Jolka, gdy za Karloffem zamknęły się drzwi. – Przez dwa lata byli z Porembą jak papużki nierozłączki. Jak Flip i Flap.
Usiadła przy biurku i wyłączyła komputer.
– Zostawmy to – powiedziała. – Mam dla ciebie kilka, przypuszczam, że ciekawych, informacji.
– Wysłów się – zachęcił ją ruchem ręki.
– Na początek Skarga. Popytałam jeszcze tu i tam. Koleś działał dla Chrząszcza – to taka nasza warszawska druga liga z aspiracjami do ekstraklasy. Ale mieli niezły i bezpieczny pomysł na robienie kasy…
– Bezpieczny?
– Nawet bardzo. Jak wiesz, substancją czynną w konopiach jest THC, czyli 9-delta-tetrahydrocannabinol. Niedawno na rynku pojawiły się genetycznie modyfikowane konopie, które zawierały tej substancji naprawdę niewiele. Zawierały półprodukt, który przekształcał się w THC dopiero podczas palenia.
– Chcesz powiedzieć, że przestępcą stawał się dopiero ten, co palii, a nie diler?
– Właśnie.
– I ten Skarga rozprowadzał bezpieczny towar.
Pokiwała głową i sięgnęła po mentolowego marlboro.
– Później Skarga robił dla Chrząszcza przy sterydach. Podobno dostawali jakieś gówno z Chin i żenili je naszą mąką.
– Kuchnia fusion - postanowił zabłysnąć.
Jolka roześmiała się.
– A potem Skarga znika. Ze sporą kasą. Chrząszcz ściąga dług od ojca Skargi, gościa, który jeśli nie będzie miał dwa i pół promila we krwi, to umrze. A my Skargę namierzamy w seminarium duchownym w Warszawie…
– Najciemniej jest pod latarnią – mruknął.
– Widzę, że dziś nastał dzień aforyzmów – odparła. -Uprzedzę twoje kolejne pytanie… – Drżącą ręką sięgnęła po następnego papierosa.
Z trudem się trzyma, ale lepiej niż Karloff.
– Dlaczego Skarga został w Warszawie? W grę może wchodzić dupa, z którą ten Skarga się prowadzał. Ona też znikła. Kończyła tutaj studia. Może dlatego nasz romantyczny chłopiec nie chciał stąd wyjeżdżać. Rodzina Skargów to potentaci pogrzebowi. Prowadzą jakąś sieciówkę zakładów o tych uroczych greckich nazwach. Hades, Charon, Styks czy coś w tym stylu. Tu masz adres, pod którym znajdziesz jego starego. Przesiaduje tam zawsze od południa.
Bar Mewa. Ulica w Górze Kalwarii. Schował kartkę z adresem do kieszeni.
– Poza tym – ciągnęła – rozmawiałam z matką Kotlarczyka. To ten prymus, który zniknął na początku roku akademickiego, w październiku. Mówiła, że chłopak zmienił się w ostatnim roku.
– To znaczy?
– Stał się opryskliwy, co wcześniej się nie zdarzało. Przynosił matce pieniądze i nie chciał powiedzieć, skąd je wziął.
Rozmawiałam też z matką Rakowieckiego. Synek też podrzucał jej kasę. Jak u Leskiego, nie wiem, bo jego starzy nie trzeźwieją. Poza tym Kotlarczyk zaczął źle mówić o profesorach seminarium.
– O kim konkretnie?
– Matka nie pamięta nazwisk. Od października Kotlarczyk nie odezwał się do niej. Kobieta co niedziela daje na mszę w jego intencji. Aby powrócił na dobrą drogę. Tak mi powiedziała.
– A masz już coś o Kunickim?
– Jeszcze nie. Ale się dowiem.
Zanim wyszedł, zadzwonił do seminarium. Kobiecy głos poinformował go, że profesor Rutger odwołał zajęcia. Heinz odszukał numer telefonu do biblisty. Komórka Rutgera była wyłączona.
Przez chwilę stał i zastanawiał się, co zrobić. Wreszcie podjął decyzję.
Można dostać oczopląsu – pomyślał, gdy wszedł do baru w Górze Kalwarii. Za Warszawą natknął się na kolumnę TIR-ów. Kilkakrotnie, zniecierpliwiony, próbował przebić się do przodu i za każdym razem się wycofywał, by uniknąć czołowego zderzenia. Podwarszawska Góra Kalwaria – kraina szklarni i raj badylarzy, podobnie jak pobliski Grójec. Gdy był na studiach, koleżanka z roku, w której się podkochiwał, powiedziała mu, że Góra Kalwaria była jednym z ważniejszych centrów chasydyzmu w Polsce. Teraz, wlokąc się za TIR-ami, przypomniał to sobie, nie mógł za to sobie przypomnieć rysów twarzy tamtej dziewczyny. Tyle o tym.
Wnętrze baru Mewa zdobiły bukiety suszonych kwiatów, podkowa i końska uprząż zawieszone na ścianie oraz drzeworyty z postaciami w regionalnych strojach wykonującymi jakiś taniec ludowy.
Mógłby się tu odbywać zjazd Samoobrony. O ile w pobliżu jest solarium.
Jedynym współczesnym elementem wystroju były automaty Kinghouse Poker. Po lewej stronie ustawiono trzy maszyny i podobne trzy bliźniacze automaty, oddzielone dodatkowo kotarą, wciśnięto pod okno po stronie prawej. Heinz nie pierwszy raz stykał się z taką sytuacją. Spryt Polaków nie zna granic. Zwłaszcza gdy trzeba obejść przepisy podatkowe, które są inne w przypadku trzech automatów w lokalu, a inne, gdy automatów jest dwukrotnie więcej. Co trzeba zrobić? Ano powiedzieć, że jest się właścicielem trzech maszyn, a trzy pozostałe to własność brata, swata, ciotki, pociotka. I oddzielić maszyny od siebie przepierzeniem.
Przy kontuarze uchwycił czujne spojrzenie barmanki. Zamówił dwa razy okocim. Tak jakby lada chwila spodziewał się tu kogoś. W dłoni trzymał kluczyki samochodowe. Niech widzą, że równy z niego gość. Uśmiechnął się do ponurej barmanki i usiadł tak, by móc obserwować mężczyznę wpatrującego się tępym spojrzeniem w żółtawą pienistą ciecz wypełniającą masywny litrowy kufel.
Stary Skarga. Ojciec chrzestny zakładów pogrzebowych. Marlon Brando byłby przy nim nikim. Skarga poruszał siwymi wąsami, jakby miał katar. Szerokie granatowe szelki wybrzuszały się na koszuli rozchodzącej się w okolicy pępka.
Ciekawe, czy ten facet jest w stanie wstać od stołu o własnych siłach, gdy jest trzeźwy, czy też tusza mu w tym skutecznie przeszkadza?
Drzwi baru otworzyły się i do grubasa podszedł mężczyzna w czarnym garniturze.
– Jutro rano masz wrzutkę – powiedział Skarga nadspodziewanie trzeźwym głosem. – A po południu jedziesz po klienta do Kielc. Tylko – uniósł palec grubości serdelka – tym razem tnij po kosztach. Żeby mi nie było żadnego sanepidu!
– Pan wie, szefie, że ostatnio nie dało się inaczej. Mendy się przypierdoliły i tyle.
– Żadnych pieczęci, pamiętaj! – Skarga podciągnął granatowe szelki.
Rozmowa dwóch zawodowców. Heinz zrozumiał, o czym rozmawiają. Kiedyś otarł się o tę branżę. Wrzutka. Tak w języku właścicieli zakładów pogrzebowych nazywa się sytuację, gdy trumna ma być dowieziona do kościoła, a potem zajmuje się nią już miejscowa ekipa. Z Warszawy do Kielc jest więcej niż sześćdziesiąt kilometrów. A przy takiej odległości trumna powinna być pieczętowana w obecności pracownika sanepidu. W praktyce rzadko się tego przestrzega, ale najwyraźniej ten w czarnym garniaku miał ostatnio jakieś nieprzyjemności.
Automat do gry w pokera zabrzęczał i zaczął wysypywać pięciozłotówki. Gracz sięgnął do torby, wyjął opakowanie po rozpuszczalnej witaminie C i zaczął wkładać monety do opróżnionej tubki.
Teraz stary Skarga siedział przy stoliku sam. Gdy Heinz podszedł do niego, grubas podniósł wzrok znad kufla i drgnął.
– Wszystko już zapłaciłem – powiedział, patrząc na nieznajomego mężczyznę z kilkudniowym zarostem. – Czego jeszcze chcecie?
– Chcę, żebyś mi powiedział, gdzie jest twój syn. – Heinz wyjął legitymację.
Skarga nerwowo rozejrzał się na boki. Mężczyzna przy automacie podszedł do baru i wziął kolejne piwo.
– Nie wiem, co się dzieje z chłopakiem. Podobno jest w Anglii. Pati – zawołał w stronę baru – podejdź tutaj! To moja córka – dumnie wypiął brzuch.
Pati, a najpewniej Patrycja, podeszła niechętnie.
– Powiedz – zaczął szybko mówić – że to prawda. Andrzej uciekł. Skurwiel uciekł z kasą, która nie należała do niego. To wszystko przez tę zarozumiałą dziwkę…
– Tato! – krzyknęła Pati.
Zarozumiała dziwka. Pewnie pierwsza kobieta z otoczenia tego grubasa, która zbliżała się do końca studiów.
– Nieważne. – Skarga machnął ręką. – Chłopak narobił mi strasznych kłopotów, pan chyba wie, co znaczą takie długi…
Heinz potwierdził skinieniem głowy.
– Spłaciłem tym draniom wszystko. Co do złotówki. Z odsetkami. A tego sukinsyna nie chcę znać. – Pociągnął łyk piwa, który Heinz musiałby rozłożyć na trzy razy.
– Czy wie pan, że on był w seminarium duchownym w Warszawie?
Skarga w pierwszej chwili nie zrozumiał. Otarł dłonią pianę z wąsów, popatrzył na córkę i wybuchnął śmiechem.
– Że co? – Jego brzuch podrygiwał na blacie stołu. – Że co? Mój syn księdzem?
Śmiał się, a z oczu pociekły mu łzy.
– Tam, przy moim stole, ma pan dwa piwa. Nietknięte.
Cieszę się, że pana rozbawiłem. Miłego wieczoru – powiedział Heinz.
Wstał od stołu, chwycił dziewczynę za łokieć i odprowadził ją do baru.
– Pani się nie zdziwiła, gdy powiedziałem o seminarium. Nie zaśmiała się… Doskonale pani wie, że brat nie wyjechał do Anglii, prawda? – Wpatrywał się w dziewczynę. – Pani wie, gdzie on jest. Muszę… muszę się z nim zobaczyć.
Pati popatrzyła nerwowo na ojca, który kraciastą chusteczką ocierał łzy.