Zakupy zrobił niedaleko komendy, choć tani supermarket Lidl, zwany też niekiedy Korytem lub Zemstą Helmuta, miał pod domem. Kupował głównie mrożonki. Heinz nie lubił niedzielnych zakupów, nieobliczalnych świątecznych kierowców na parkingu przed hipermarketem, szczęku wózków uderzających o inne wózki, klientów patrzących z wyrzutem, gdy ich bolid konsumpcji przypadkiem otarł się o inny wózek. Nie cierpiał wiecznych kolejek przy kasie, które wydłużyły się jeszcze bardziej, gdy pojawiły się nowe usługi umożliwiające płacenie rachunków za gaz, wodę, telefon i co tam jeszcze można sobie wyobrazić.
Tym razem, wbrew zwyczajowi, Heinz włożył do koszyka więcej. Musiał coś zostawić dla syna, a nie wiedział, jak długo go nie będzie.
Przewietrzyć Warszawkę. W stolicy spodziewał się kłopotów. Podwójne zabójstwo to już kłopot, a tu jeszcze dochodziły okoliczności. Dwaj klerycy z torbami na głowach, różowe trójkąty, a – jak twierdził naczelnik – pewnie coś jeszcze, o czym wiedzą tylko ci, którzy prowadzą dochodzenie. Zaangażowanie Centralnego Biura Śledczego. Od lat nie miał takiej sprawy. Był już na Osiedlu Tysiąclecia, dumie powojennego Śląska, gdy poczuł, że jego koszula nadaje się do wyżęcia.
Wbrew temu, o czym się czyta w powieściach, morderstwa należą do przestępstw najbanalniejszych i najłatwiejszych do wykrycia. Trzy czwarte dramatów z trupem w tle to historie rodzinne. Heinz zapamiętał tytuł jakiejś książki – Morderstwo jako jedna ze sztuk pięknych. Nic bardziej mylnego. Do dziś przypominały mu się zdumione spojrzenia agentów FBI, gdy podczas stażu w Quantico prezentował statystyki zabójstw popełnianych w Polsce. Amerykanie kręcili z niedowierzaniem głowami, gdy opowiadał o liczbie morderstw popełnionych z użyciem siekiery, łopaty czy wideł. Zło jest banalne i prymitywne, mówił na kursach dla studentów. Najpewniej żaden z was nigdy nie spotka na swojej drodze seryjnego zabójcy.
Widział, że mówiąc to, sprawia im zawód. I bardzo dobrze.
Ktoś na niego zatrąbił. Widać, że zrobiła się prawdziwa wiosna – pomyślał Heinz. Sznur samochodów jechał od strony Wojewódzkiego Parku Rozrywki i Wypoczynku, tych zielonych płuc, które Ślązacy zawdzięczali generałowi Ziętkowi. To chyba pierwsza niedziela w tym roku, gdy przyjezdni zablokowali miejsca parkingowe mieszkańcom tauzena, jak zwykło się nazywać jego osiedle. Heinz był przy przystanku koło Żyrafy, tworu architekta, który zbyt długo wpatrywał się w surrealistyczny obraz Salvadora Dalego, gdy usłyszał iskrę przeskakującą po sieci trakcji tramwajowej. Ten dźwięk zawsze kojarzył mu się ze skwierczeniem topionego tłuszczu. Skwierczeniem palonego ciała. Już drugi raz tego dnia mignęły przed nim bezlitosne oczy koloru stali. Gwałtownie zahamował. Usłyszał za sobą pisk opon i wściekły ryk klaksonu.
Heinz oddychał ciężko.
– Jak jeździsz, palancie! – Rumiany czterdziestolatek wysunął głowę przez opuszczoną szybę samochodu. Wrzeszczał, jakby był wokalistą rockowym. Jakąś podłą namiastką
Axela Rose'a.
Heinz czuł, że wraca do rzeczywistości. Spojrzał w lusterko wsteczne. Stał za nim mercedes na niemieckich rejestracjach. Na siedzeniu pasażera blondynka zaczęła poprawiać makijaż.
– Zielone płuca szkodzą… – wycedził, spoglądając przez przednią szybę.
– Chcesz pogadać? No to zjedź na bok, gościu, to porozmawiamy. Albo zadzwonimy po policję. – Rumiana twarz rozgrzała się do czerwoności.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale dwie dłonie zamknęły się w stalowym uścisku na jego głowie. Szarpnął głową, próbując uwolnić ją z potrzasku i wysunąć na zewnątrz, ale poczuł przeszywający ból w karku. Dwa kciuki Heinza Wbiły się w dwa miękkie punkty poniżej małżowin usznych. Rumiany wokalista jęknął i targnął głową. Nic to nie dało. Heinz nacisnął kciukami jeszcze mocniej.
– To ja jestem policją. A teraz spadaj, szmaciarzu, bo będą kłopoty. – Heinz zwolnił uścisk. Szybko spojrzał w lusterko wsteczne. Za mercedesem zatrzymywały się samochody, z których zaczęli wysiadać zaintrygowani ludzie.
– To się nazywa czynna napaść na policjanta, rozumiesz? – wychrypiał Heinz. – Wypierdalaj razem z tą swoją laską, którą wieziesz. Tyle o tym.
Rumiany odskoczył, jakby użądliło go kilka szerszeni. Podbiegł do mercedesa. Dziewczyna, która siedziała na miejscu dla pasażera, przestała piłować paznokcie.
– Co tak długo, kochanie? – zapytała. – Jakoś dziwnie wyglądasz – spojrzała na mężczyznę. – Masz coś czerwonego pod uszami.
Samochodu Heinza już nie było.
Spotkałem psychola, pomyślał kierowca mercedesa. I przyrzekł sobie, że po raz pierwszy i ostatni przyjechał do Parku Rozrywki.