Zaśmiała się i podpisała na siebie wyrok.
Patrzył, jak jej oczy rozszerzają się, usta rozchylają gwałtownie, wydobywając zmarszczki skryte pod grubą warstwą makijażu. Usłyszał głośny gardłowy śmiech i spostrzegł, że obfite piersi falują ciężko. Nie, nie była już dla niego piękna. Ani czuła i delikatna. Nagle, jakby zdarł niewidzialną zasłonę, zobaczył, jaka jest naprawdę. Dojrzał, że jej starzejące się ciało to zwały tłuszczu. Dostrzegł prostactwo i nieokrzesanie. Wreszcie do niego dotarło, że jest taka sama jak inne.
Kobieta wciąż się śmiała, na dodatek wyciągnęła w jego stronę palec zakończony paznokciem, z którego odłupał się kawałek różowego lakieru. Gdy zobaczył wycelowany w siebie palec, cofnął się o krok i zatrząsł. Tak samo pokazywały go sobie siostry, potem koleżanki w klasie i nauczycielki. Wycelowany palec i śmiech. Pierwsze stadium tortur i upokorzenia.
– Ale się, chłopczyku, zaczerwieniłeś! Zjarałeś cegłę, wiesz? Masz policzki jak buraki, o takie!
Nadęła policzki i uszczypnęła się w nie. Ze świstem wypuściła powietrze i znowu zaczęła się śmiać.
– Burak, burak! – Nagle spoważniała. – Ale ty jesteś nieśmiały. Chciałam tylko, żebyś mnie pocałował… – Zmrużyła oczy i zaczęła przywoływać go dłonią. – No chodź…
Jest taka sama jak inne – pomyślał. Wszystkim chodzi o to samo. O to, by mnie ośmieszyć. Cofnął się w stronę drzwi.
– Pój-pójdę zro-o-bić herbatę.
Zaśmiała się. Zobaczył, że jej górna jedynka ma różowy odcień w kolorze szminki i lakieru do paznokci.
– I jeszcze zaczynasz się jąkać – westchnęła.
Poszedł do kuchni. Odkręcił kran i wpatrywał się w nieusuwalne ciemne plamy w zlewie. Jak plamy na rękach chorego starego człowieka. Jak plamy na rękach ciotki, która wychowywała jego i dwie starsze siostry. Ciotki, która, gdy miał dziesięć lat, zaczęła przychodzić do jego sypialni. Mieszkał teraz sam, w zrujnowanym domu. Jego wiek był zagadką dla wszystkich. Są tacy ludzie, którzy wyglądają tak samo, gdy mają piętnaście lat i gdy są po czterdziestce. Wyglądają równie beznadziejnie. Podwinął rękawy. Zobaczył, że na czarnej koszuli osiadły płatki łupieżu, który trapił go przez ostatnie dwadzieścia lat. Znów poczuł falę ciepła na policzkach. Całe szczęście, że stał tu, w kuchni, sam.
Patrzył w otwór odpływowy zlewu i na ściekającą wodę, która zagłuszała kobiecy śmiech. Był pewien, że ta gruba śmiejąca się zdzira rozsiadła się teraz wygodnie na kanapie i czeka na jego powrót. Przywołał obraz sprzed chwili, gdy jej zdziwione oczy otworzyły się szeroko. Tyle że tęczówki nie były piwne, ale zielone. Takie jak u tamtej, którą ukarał w Lasku Aniołowskim.
– Jest taka sama jak inne – wycedził.
– Mówiłeś coś? – zawołała.
– N-nie. N-nic.
Zbyt mocno przekroił cytrynę i zranił opuszkę kciuka. Patrzył, jak krew miesza się z kwaskowym sokiem. Zacisnął zęby. Bolało. Niedługo to ją będzie bolało. I to bardzo.
Gdy wszedł z powrotem do pokoju z plastrem na lewym kciuku i herbatą w prawej dłoni, zobaczył, że schyliła głowę i grzebie w torebce. Wystarczyło mocno uderzyć. Być może wystarczyło uderzyć tylko raz.
Nie żyjesz. Dla mnie już nie żyjesz.
– A może – postawił herbatę na stoliku – wy-wybierzemy się pojutrze na spacer? Zapowiadali ładną pogodę na ten tydzień…
– A jutro? Też pracuję na pierwszą zmianę… O piętnastej jestem już wolna.
– Jutro nie mogę. Mam zebranie klubu.
Westchnęła.
– Tak, zapomniałam. Ten twój klub. I ten wasz prezes, co go kiedyś widziałam. Z hitlerowskim wąsikiem…
– Nie śmiej się, proszę, z Jurka. Super go-ość. To jak, pojutrze?
– Czemu nie? – powiedziała. – Może wtedy będziesz bardziej odważny.
Wstała i włączyła telewizor.
Z pewnością będę odważny – pomyślał. – W Lasku zawsze jestem odważny. Jeszcze się zdziwisz, jak.