Natarczywe stukanie wyrwało go ze snu. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po pokoju pogrążonym w mroku. Za oknem było ciemno, musiał spać dobre kilka godzin. Podszedł do drzwi i otworzył. Karloff trzymał się framugi, jakby zamierzał ją wyrwać i wynieść w sobie tylko znanym kierunku. Głowę pochylił do przodu. Nawet w słabym świetle Heinz zauważył początki łysienia, wyczuł też zapach źle strawionego alkoholu. Głowa Karloffa drgnęła, zaatakowana czkawką. Nie wiedzieć czemu Heinzowi wydawało się, że stojący przed nim policjant łka.
– Nie odbierałeś telefonu. – Karloff uśmiechał się niepewnie, a jego głowa znów podskoczyła. – Mamy taką… taką małą imprezkę firmową na Mokotowie. Pomyślałem, że może się przyłączysz. Poznałbyś lepiej chłopaków… A jutro… – czknął – jutro weźmiemy się do roboty.
Poznać lepiej chłopaków. Nie miał na to najmniejszej ochoty, ale zdawał sobie sprawę, że będzie skazany na ich pomoc. Choćby taką, żeby mu nie przeszkadzali, nie rzucali kłód pod nogi i nie pluli za jego plecami. Poza tym nie zna miasta, nie ma kontaktów i dojścia do potrzebnych ludzi. A sprawę zabójstwa kleryków – w tym zgadzał się z Osuchem – trzeba prowadzić wielotorowo. Sam widział słabe światełko w tunelu i czuł, że powoli zaczyna rozumieć, co się stało dwóm nienagannie ubranym, wypielęgnowanym chłopakom z seminarium, ale należało działać ostrożnie.
Może więc rzeczywiście powinien pojechać z Karloffem? Choćby na odczepnego.
– Widzę, że się zdecydowałeś – zaśmiał się Karloff. – Poczekam na ciebie w samochodzie. No, co? – dodał, widząc zdziwione spojrzenie Heinza. – Policjantem jestem, wolno mi, nie? I mam w dupie alkomaty.
Chuchnął Heinzowi wódką prosto w twarz.
Pojechali na Puławską do Regeneracji. Po drodze Heinz dowiedział się, że idą w modne miejsce, w którym liczba artystów na metr kwadratowy dawno już przekroczyła wszystkie dopuszczalne normy. Na Puławskiej samochód co chwila podskakiwał na dziurach w jezdni i Heinz wysłuchał wiązanki przekleństw pod adresem władz Warszawy.
– Niedawno przyjechał do mnie wuj. – Karloff manewrował tak, by wymijać największe kratery na drodze. – Zamówił taksówkę i zażyczył sobie kurs na Puławską. Taksówkarz podwiózł go kawałek, a potem powiedział, że Puławską nie pojedzie, bo szkoda mu samochodu. Na szczęście wuj zanotował numer rejestracyjny i… – Karloff gwałtownie zjechał na środkowy pas, wymijając kolejną przeszkodę. Usłyszeli wściekły sygnał dobiegający z samochodu, który jechał za nimi.
– Czego trąbisz, złamasie? – Karloff spojrzał we wsteczne lusterko. – No więc wuj zanotował numer, a ja odwiedziłem taksówkarza i go pouczyłem… Skutek był taki, że zwrócił za kurs. Sprawiedliwość raz jeszcze zatriumfowała, no nie?
Zaparkowali samochód, przeszli na drugą stronę ulicy, minęli pomnik Matejki ze Stańczykiem – takim samym jak Matejko, tylko w ostatnim stadium anoreksji – jak wyjaśnił Karloff, który wczuł się w rolę miejskiego przewodnika. Przeszli obok domku mauretańskiego upstrzonego szablonami graficiarzy i dotarli na miejsce.
Pierwsze, co zobaczył Heinz, to dwóch trzydziestolatków. Wyższy ubrany był w coś, co Heinzowi skojarzyło się z antycznym chitonem. Nie przypominał sobie tylko, by Grecy nosili także jedwabne różowe szale inkrustowane imitacjami kamieni szlachetnych. Drugi mężczyzna miał na sobie czarny sweter, zapewne odziedziczony po jakimś kontestatorze z lat osiemdziesiątych. Najdziwniejszy był jednak balejaż na głowie kontestatora, świadczący o tym, że wykonał już skok z zamierzchłych czasów do epoki metroseksualnej. Do czasów, gdy rządzą już nie sportowcy i gwiazdy filmu, ale fryzjerzy, wizażyści i tancerze. Grek w chitonie utworzył z kciuków i palców wskazujących obu dłoni prostokąt, przez który wpatrywał się uważnie w aluminiowe rury puszczone pod sufitem.
– Tak – powiedział sam do siebie – tak to wykadrujemy. A potem cięcie, inny plan i wracamy do głównego motywu muzycznego – rozłożył ręce, jakby dyrygował orkiestrą albo odprawiał mszę.
– Genialne – szepnął ten w swetrze kontestatora. – Sam bym na to nie wpadł.
Za chwilę dostaną orgazmu – pomyślał Heinz i ruszył w stronę okrągłego stołu, skąd machało im kilka wyciągniętych dłoni. Dwie twarze znał. Jedna należała do Chlaściaka – policjanta o pożółkłych zębach, druga – do Baryki. Podkomisarz siedział w spranej dżinsowej kurtce.
Najwyraźniej wywabienie wymiocin ze skóry nie było taką prostą sprawą.
– Założyliśmy się, że go nie ściągniesz. – Chlaściak patrzył na Karloffa, starając się przekrzyczeć gwar.
– Witamy Brudnego Harry'ego! – Nieznany Heinzowi mężczyzna zaśmiał się. – Zawsze – dodał – chciałem mieć taką marynarę z łatami na łokciach.
– Zapraszam do Katowic. – Heinz starał się, by to, co mówi, brzmiało naturalnie. – U nas jest jeszcze kilka egzemplarzy. Nie to co tu. Zdaje się, że taka marynarka to w tym miejscu synonim obciachu.
Baryka roześmiał się. Reszta albo nie dosłyszała, albo nie rozumie słowa „synonim” – pomyślał Heinz.
– Rozmawialiśmy o seminarzystach – powiedział Baryka.
– No i? – Heinz niczym wytrawny bokser czekał na cios.
– Ja uważam – blondyna w okularach Heinz widział po raz pierwszy – że zrobił to ktoś ze współpracowników naszego świętej pamięci papy. Może nasz nowy kardynał?
Zaśmiał się, a jego orli nos niemal dotknął podbródka.
Freddie Kruger. Zupełnie jak Freddie Kruger – pomyślał Heinz. – Brakuje mu tylko starego kapelusza i noży zamiast palców. Ale jest tak samo odrażający.
– A tak poważnie – ciągnął Freddie – to chodzi o koks. Na sto procent. Torby foliowe, stymulacja erotyczna… Pamiętacie tego pisarza, co to go znaleźli w wannie z folią na głowie? Całkiem spory cmentarzyk można by wypełnić tymi, co chcieli się tylko poddusić po to, żeby im stanął. A koks też fajnie kręci, więc jedno z drugim się łączy. Jestem pewien, że ci dwaj wisieli kasę za dragi.
O tym nie pomyślałem… – Heinz popatrzył ze złością na blondyna. Ujrzał refleksy światła odbijające się w jego okularach.
– A tak całkiem poważnie – Heinz powiódł wzrokiem po obecnych – porozmawiajmy na inne tematy.
– Ma rację – przytaknął Karloff. – Jak myślicie, czy jutro makaroniarze nas przechytrzą i dostaną Euro?
– Spryt mafii to jedno, a nasza przebiegłość to drugie – wtrącił się milczący dotąd mężczyzna. – To my i Ukraińcy zorganizujemy mistrzostwa. Zakładamy się? Po pięć dyszek.
Pięciu mężczyzn sięgnęło odruchowo po portfele. Zupełnie jak rewolwerowcy na Dzikim Zachodzie. Patrzyli na Heinza.
– A ty? – zapytał Karloff.
Widział pięć par oczu skupionych na sobie.
– Nie znam się na piłce – mruknął. – Dokładnie – udawał, że liczy – od 1966 roku nie interesuję się piłką.
Wstał i poszedł po piwo. Zobaczył wiszące godło Polski Ludowej, z orłem bez korony. Kolejna knajpa w stylu retro.
Gdy czekał na piwo, przeczytał, że dziś daniem dnia były warzywa curry z ryżem basmati. Trzydziestolatek w czarnym swetrze – ten niższy – stał przy barze i wciąż wpatrywał się w aluminiowe rury. Ktoś uderzył go w nerkę. Syknął z bólu i odwrócił się.
– Weź piwo i chodź – powiedział Karloff. – Poznam cię z kimś.
Podeszli do stolika, przy którym siedział trzydziestolatek w chitonie. Jego dłoń zdobił pierścień z bladozielonym kamieniem. Pierścień błysnął, gdy mężczyzna podniósł do ust pomarańczowego drinka.
– Poznajcie się. – Karloff sapnął, jakby zmęczył go dystans, który przebył między dwoma stolikami. – Jacek Latoszek jest reżyserem filmowym, pewnie o nim słyszałeś.
Przedstawił Heinza, który kiwnięciem głowy potwierdził, że nazwisko jest mu znane.
Reżyser uśmiechnął się, ukazując dwa rzędy nienaturalnie białych zębów.
Różowy szal, zielony pierścień, pomarańczowy drink, białe zęby. Można dostać kolorowego zawrotu głowy.
– Właśnie pracuję nad nowym projektem – reżyser zaczął mówić z szybkością karabinu maszynowego. – Bohaterem jest chłopak, który chce założyć rozgłośnię radiową wyspecjalizowaną w tematyce sportowej. Ale taką w stylu retro, gdzie będzie można jeszcze raz posłuchać transmisji meczu na Wembley albo walk polskich bokserów na olimpiadzie w Tokio. Taka tęsknota za przeszłością, za czymś, czego nie ma? Nadążacie?
Karloff próbował coś odpowiedzieć, ale Latoszek był szybszy.
– I chłopak odnosi sukces, ale ciągle mu mało. Tak na prawdę chce być rasowym reporterem. I znajduje temat.
Znajduje wschodzącą gwiazdę kobiecego sprintu. Zakochuje się w niej, a potem okazuje się, że sprinterka jest transwestytą. I teraz nasz bohater nie wie, co ma zrobić, ujawnić tajemnicę i zrobić reportaż życia czy… Upił łyk pomarańczowego drinka.
– To ma być taki obraz w stylu Almodovara. Taka historia o poszukiwaniu tożsamości. Dobre, nie?
Heinz ponownie skinął głową. I po raz drugi w ciągu krótkiego czasu skłamał. Nigdy przecież nie słyszał o żadnym Latoszku, reżyserskim pomiocie, którego od Almodovara dzieliły z pewnością lata świetlne.
– Niezłe – potwierdził Karloff z uznaniem. – My do ciebie też z taką niewielką tajemnicą.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął dwa zdjęcia.
– Może widziałeś kiedyś tych dżentelmenów? Może – zawiesił głos – zaprosiłeś ich kiedyś na casting?
Następca Almodovara milczał. Oczy zwęziły mu się, a z twarzy zniknął uśmiech, który, jak mogło się zdawać jeszcze minutę wcześniej, nie opuszczał reżysera w żadnej sytuacji.
Wpatrywał się w zdjęcia.
– Nie. Nie widziałem.
Popatrzył na Karloffa i znów odsłonił rząd równych zębów.
– Takie fajne mięska z pewnością bym zapamiętał – bezwiednie zwilżył usta językiem.
– Tyle że mięsko jest nieświeże. Bardzo nieświeże. – Karloff przekładał zdjęcia na stole z wprawą wróżki z kanału ITV – telewizji astrolożek, wróżów i chiromantów.
Latoszek znów stał się czujny, jak zwierzę wypłoszone z kryjówki.
– Zaraz, zaraz… Czy to nie są ci dwaj? – Chytrze wpatrywał się w Karloffa.
– Jacy dwaj? – Heinz postanowił włączyć się do rozmowy.
– To ci klerycy, prawda?
Policjanci popatrzyli na siebie.
– Ma się swoje dojścia, nie? – Latoszek przywołał dyżurny uśmiech. – Reżyser musi mieć swoje źródła informacji.
Mówi się na mieście o jakimś szaleńcu i krucjacie wymierzonej w gejów… To prawda?
Popatrzył na policjanta, którego widział pierwszy raz.
– Znasz ich? – Heinz zignorował pytanie i ponownie wskazał na zdjęcie.
– Już mówiłem, że nie. Ale – Latoszek pochylił się w stronę rozmówców i czujnie się rozejrzał – sugerowałbym rozmowę z tym człowiekiem… Wyjął z kieszeni swoją wizytówkę i na odwrocie szybko napisał dwa wyrazy.
Karloff i Heinz spojrzeli na kartkę i popatrzyli na siebie. Karloff cicho gwizdnął.
– Dlaczego? – Teraz Karloff świdrował reżysera spojrzeniem. – Dlaczego – powtórzył – mamy rozmawiać o tej sprawie z jednym z najbogatszych Polaków? Gościem, o którym się mówi, że za kilka lat może być numerem jeden nie tylko w biznesie?
Latoszek skulił się.
– Mówi się, że lubi… by tak rzec… Że lubi wypożyczać seminarzystów… Ale tego nie wiecie ode mnie…
Nagle przy stoliku zrobiło się tłoczno. Trzydziestolatek w czarnym swetrze wrócił z dwiema chichoczącymi blondynkami.
– Jaco, te panie chciałyby z tobą porozmawiać. Mówiłem im o twoim nowym filmie. Chyba że – spojrzał na dwóch milczących mężczyzn – przeszkadzamy wam w czymś.
– Nie przeszkadzacie. – Latoszek odzyskał pewność siebie i obdarzył przybyłych jednym ze swoich wyćwiczonych uśmiechów afrykańskiego władcy z epoki postkolonialnej. Właśnie rozmawialiśmy o dwóch chłopakach, którym ktoś zafundował dodatkową Paradę Miłości. – Roześmiał się. – Swoją drogą to niezły pomysł na kolejny film.
Parada Miłości, skurwysynu.
Heinz wpatrywał się długo w twarz reżysera, jakby chciał ją dobrze zapamiętać. Ten pretensjonalny gnojek znalazł się już na jego liście życzeń. Liście ludzi do odstrzału.
Miał dosyć rozmowy z tym gnojem. I dosyć policyjnego towarzystwa. Poszedł do toalety i wysikał się. Gdy wracał do stolika, dobiegły go strzępy rozmowy. Nie miał wątpliwości, kto był jej bohaterem.
– To kompletny palant… Gołębiarz jeden… Za chwilę, jak rany Boga, wyjdę z siebie i stanę obok – usłyszał jak Freddie Kruger mówi do Baryki.
Heinz usiadł i wypił łyk piwa. Teraz wszyscy rozmawiali o piłce nożnej. Nagle znalazł się daleko stąd, w mieszkaniu w Opolu, wymalowanym w jasne, wesołe kolory. Przypomniał sobie, z jakim podziwem patrzyli na niego koledzy na podwórku, gdy jego ojciec, Józef Heinz, strzelał bramki dla Odry Opole. I moment, gdy nagle przestali się z nim bawić. Gdy stał się obiektem drwin. I kiedy zapłakana matka powiedziała, że muszą się wyprowadzić z mieszkania z dużymi oknami i zamieszkać w czymś, co chłopcu kojarzyło się z mysią norą. W tym samym czasie mały Rudolf zauważył, że jego ojciec, czołowy napastnik polskiej ligi, zazwyczaj obecny w domu od wielkiego święta, w ogóle przestał w nim bywać. Zniknął. Tak po prostu. Dopiero po kilku latach Rudolf zrozumiał, że ojciec wybrał życie w Niemieckiej Republice Federalnej i strzelał bramki dla nowej drużyny już jako Joseph Heinz. Tak, taki był rok 1966. Gomułka i partia nie mogli wybaczyć biskupom polskim listu do biskupów niemieckich, w którym hierarchowie „przebaczali i prosili o przebaczenie”. Niemieccy rewanżyści, Wherwolf i jego pogrobowcy, szpiedzy i dywersanci, a także śląscy piłkarze wybierający twarde niemieckie pieniądze i nowe życie nie byli warci nawet splunięcia.
Tak czy inaczej powodów, by Heinz nienawidził piłki nożnej, było dość.
Freddie Kruger wstał od stołu i chwiejnym krokiem ruszył w stronę toalety. W tej samej chwili Heinz sięgnął po telefon.
– Halo – powiedział. Przeprosił gestem siedzących przy stole i wstał, by kontynuować rozmowę.
Freddie stał przy umywalce, gdy usłyszał gwar rozmów, szczęk szkła i strzępy muzyki wdzierającej się przez drzwi toalety, do której ktoś wszedł. Nie chciało mu się spojrzeć na przybysza. Czuł, że jest pijany. Mydło strącił na podłogę, zdjął okulary i położył na półce koło umywalki. Wsadził głowę pod kran. Ostatnie miesiące były jak koszmar, od którego wciąż nie mógł się uwolnić. Dziś znów miał ciężki dzień, nic nie jadł, za to pił już którąś godzinę z rzędu. Poza tym czuł nieznośny ucisk w żołądku. Zawsze się tak działo, gdy ktoś go irytował. A ten profiler z Katowic, wyniosły i dający do zrozumienia, że piłka nożna to prymitywna rozrywka dla idiotów, irytował go jak mało kto. Gołębiarz ze Śląska. Czuł, jak chłodna woda ścieka mu po włosach, łukiem omijając uszy.
Włożę głowę pod suszarkę do rąk, podsuszę – pomyślał – i wszystko będzie dobrze. Wrócę do równowagi i znów będę mógł pić.
Chciał unieść głowę znad umywalki, ale poczuł, że coś mu w tym przeszkadza. Wydawało mu się, że jakieś szczypce zaciskają się na jego karku. Odruchowo szarpnął głową, ale nie był w stanie jej podnieść i wyzwolić się z bezlitosnego uścisku. Z przerażeniem pomyślał, że jego twarz niebezpiecznie szybko zbliża się do białej ceramiki. Nasadą nosa wyrżnął o krawędź umywalki. Zanim ugięły się pod nim nogi, zobaczył, że woda znikająca w odpływie jest koloru czerwonego. Napis „Koło” rozpłynął mu się przed oczami.