Na korytarzu rozległ się dzwonek.
– Zanim porozmawiamy, zapraszam na obchód – powiedział rektor i zapiął guziki marynarki. – Jak mówi przysłowie: pańskie oko konia tuczy.
Rektor strzepnął z marynarki niewidoczny paproch. Wyglądam przy nim jak szmaciarz – pomyślał Heinz. Korytarz wypełnił się seminarzystami. Niektórzy nie różnili się ubiorem od swoich rówieśników przemierzających w tej chwili ulice miasta, inni – jak domyślił się Heinz, ci ze starszych roczników – nosili sutanny. Rozglądał się za Dieslami i Pumami, ale na nikim ich nie dostrzegł.
Majda rozdawał uśmiechy, kilka razy też nieznacznie się odkłonił. Heinz patrzył na młodych mężczyzn spacerujących korytarzem i zmierzających w stronę patio. Coś go w tym widoku uderzyło, miał jakieś niejasne przeczucie, jakąś intuicję, ale nie potrafił nadać jej konkretnego kształtu, zamienić w hipotezę czy pytanie.
Zatrzymali się przy krucyfiksie i ogromnym obrazie z podobizną Jana Pawła II.
– Ten dzwonek na przerwę to zupełnie jak w szkole – powiedział w końcu Heinz.
– Mój autorski pomysł. – Rektor odkłonił się starszemu mężczyźnie, pewnie jednemu z wykładowców. – Lubię, gdy w seminarium wszystko działa jak w zegarku. Czuję się, by tak rzec, zegarmistrzem, który reguluje ten mechanizm, czyści tryby… Rozumie pan?
Heinz skinął głową.
– Zresztą… – Chodź no tu, chłopcze – rektor kiwnął palcem na jednego z przechodzących kleryków.
Chłopak zatrzymał się i pobladł, po czym podszedł do księdza Majdy, którego twarz przecinał dobrotliwy uśmiech.
– Porządek dnia, szybciutko! – zakomenderował Majda.
Student wyprężył się niczym żołnierz i wyrecytował:
– Piąta trzydzieści – pobudka, szósta trzydzieści – modlitwy i medytacja, siódma – msza święta, ósma – śniadanie, od ósmej trzydzieści – zajęcia dydaktyczne, czternasta – Anioł Pański, rachunek sumienia. Czternasta trzydzieści – obiad…
– Starczy – przerwał rektor. – Dziś środa. Co o osiemnastej?
– Nieszpory.
– Dziewiętnasta piętnaście, wtorek?
– Próba chóru i zajęcia z emisji głosu.
– Dobrze! – Duchowny raz jeszcze się uśmiechnął. – Idź już, carissime.
Carissime. Jak ładnie.
Rektor odwrócił się w stronę Heinza.
– Wprowadziłem dzwonki, bo jestem perfekcjonistą. Lubię robić coś od początku do końca. Tej zasady trzymam się i w seminarium, i wtedy, gdy nagrywam płyty. – Ukłonił się starszemu mężczyźnie w sutannie.
– To nasz spowiednik.
– Myślałem, że od spowiedzi jest ojciec duchowy…
– To dwie zupełnie różne funkcje. – Rektor uśmiechnął się. – U nas też obowiązuje specjalizacja. Wy macie jednych od drogówki, innych od zabójstw, a my… – umilkł i znowu się do kogoś uśmiechnął.
Od tego nadmiaru sztucznej dobroci człowiekowi robi się niedobrze.
– A wracając do dzwonków… niektórzy zachowują się tak, jakby nigdy nie wynaleziono zegarka. Na przykład profesor Rutger…
Profesor Rutger. To numer jego telefonu komórkowego znajdował się na kartce znalezionej u jednego z zamordowanych.
– Ja wiem, że biblistyka to królewski przedmiot, ale… sam pan rozumie… Nie można przeciągać zajęć kosztem innych przedmiotów.
Heinzowi zdawało się, że w głosie rektora usłyszał drwinę. Pokiwał głową.
Rozległ się dzwonek i korytarz w jednej chwili opustoszał. Nagle coś zakłóciło ciszę. Ktoś biegł po schodach. Młody chłopak.
Ujrzał rektora seminarium i zwolnił.
– Przepraszam, że przeszkadzam – dyszał. – Przed budynkiem stoi samochód, taki stary biały opel, i włączył się w nim alarm. Chyba koło jest przebite.
– Kurwa mać! – warknął Heinz, a rektor odruchowo uniósł ramiona, jakby chciał przesłonić nimi uszy. Heinz zaczął nerwowo szukać kluczyków i pilota. Jak zwykle nie mógł ich znaleźć. Wyciągnął z kieszeni klucze do hotelowego pokoju, dziesiątki karteczek, bilet kolejowy i zużytą chusteczkę higieniczną, która zalegała w marynarce od późnej jesieni. Wszystkie rupiecie cisnął na biały podest przy krzyżu.
– Może pomogę panu z tym samochodem… – zaproponował kleryk.
– Wracaj na zajęcia – ostro powiedział rektor. – Znajdę kogoś do pomocy. – Ruszył w stronę swojego gabinetu.
W wewnętrznej kieszeni marynarki Heinz znalazł wreszcie kluczyki i pilota do autoalarmu. Popędził na dół. Po chwili samochód przestał wyć.
– Kurwa! – wrzasnął Heinz, patrząc z bezsilną wściekłością na przebitą oponę. Kopnął w felgę, a potem otworzył bagażnik. Zapasowego koła nie było. Zaklął raz jeszcze. Przeszło mu przez głowę, że to pewnie sprawka Freddiego Krugera. Specjalnie wyjął koło zapasowe, pojechał za nim i uszkodził mu samochód.
Zachowuję się jak paranoik – pomyślał.
Sięgnął po komórkę, ale jej nie znalazł. Oczywiście także i telefon pozostawił na podeście pod krzyżem.
Nie panuję nad sobą – szepnął i wbiegł po schodach.
Telefon, klucze i wszystkie śmieci leżały na swoim miejscu. Brakowało jedynie biletu kolejowego z Katowic do Warszawy. Biletu, który już dawno powinien był rozliczyć w księgowości komendy stołecznej.
Ktoś wziął wykorzystany bilet, ale telefonu nie ruszył. Cuda jednak się zdarzają. Zwłaszcza w seminarium – pomyślał Heinz i wybrał numer od Karloffa.
Mężczyzna zgniótł w dłoni paczkę po mentolowych red white'ach i z wściekłością cisnął ją między drzewa. Już od godziny przechadzał się między dwoma punktami orientacyjnymi: tablicą z mapą terenu oraz regulaminem składającym się z samych zakazów i znakiem drogowym zabraniającym wjazdu nieupoważnionym samochodom. Miejsca te dzieliło pięćdziesiąt metrów; niemożliwe, by coś przeoczył albo czegoś nie usłyszał. Na pobliskim drzewie usiadły dwa ptaki i przyglądały mu się ciekawie. Zmrużył oczy, aby lepiej je widzieć, ale nie mógł rozpoznać gatunku. W innej sytuacji próbowałby rozwiązać tę ornitologiczną zagadkę, dziś jednak jego myśli pochłonięte były czymś zupełnie innym. Może jednak wybrał złe miejsce? Mogli się przecież umówić przy głównej drodze prowadzącej w głąb lasu, tam gdzie podjeżdżały samochody z rozchichotanymi młodymi parami i gdzie przychodzili mężczyźni podobni do niego czasem samotnie, niekiedy w grupkach, z nieodłącznymi reklamówkami. Widywał tu torebki z Lidia, Leader Price'a, niekiedy z Media Marktu, sporadycznie nawet trafiał się EMPiK. Bez względu jednak na markę uwidocznioną na torbach, ich zawartość była zdumiewająco podobna. Reklamówki wypełnione były butelką wódki, najczęściej „małpkami” o zawartości ćwierć litra, kromką chleba i kawałkiem taniej kiełbasy, kilkoma parówkami lub pasztetową. Przy pierwszym rozwidleniu drogi młodocianych kochanków, pragnących spełnienia na łonie natury, i amatorów ognistej wody na świeżym powietrzu rozchodziły się: pierwsi skręcali w lewo, drudzy wybierali niewielki wzgórek po prawej stronie, za którym można było rozłożyć przyniesione wiktuały.
Podmuch wiatru sprawił, że torba, którą położył u swych stóp, zaszeleściła gwałtownie. A jednak różnił się od tych, którzy przychodzili tu się napić. Przygniótł reklamówkę butem, żeby nie odfrunęła. Pod stopą wyczuł zwinięty sznurek i coś twardego. Nie miał wątpliwości, że natrafił na rękojeść dużego noża.
Wyjął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Godzina i piętnaście minut. Kusiło go, by zadzwonić i sprawdzić, co się dzieje, ale się powstrzymał. Wprawdzie od wczoraj ma nowy starter kupiony w miejscu odległym od jego mieszkania, ale nie będzie ryzykować. Poczeka. Tyle się w życiu naczekał, że i tym razem wytrzyma. Nagle uświadomił sobie, że w torbie jest nie tylko sznur i nóż, ale też coś innego, z natury bardzo delikatnego. Podniósł reklamówkę i zajrzał do niej. Dwa cienkie drewniane patyczki skrzyżowane ze sobą nie pękły pod naciskiem stopy.
Mam szczęście. Wszystko jest w porządku. Uśmiechnął się sam do siebie. Uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia.