O dziewiętnastej piętnaście zaparkował pod seminarium. Wpatrywał się w witraże od strony fasady i myślał o tym, jak śmierć dwóch seminarzystów wpłynęła na pozostałych. Jak wpłynęła na młodych mężczyzn, którzy dziś wypełnili korytarz i dziedziniec? Co myśleli o śmierci kolegów? Kolegów? Czuł, że to niewłaściwe słowo. Przypomniał sobie, że gdy obserwował kleryków podczas przerwy, coś go w tym widoku uderzyło, wydało mu się nienaturalne. Wciąż jednak nie potrafił sprecyzować, o co mu wtedy chodziło.
Poza tym wszystko było w normie. Podobnie dzieje się w każdej szkole czy jednostce wojskowej, gdy zdarzy się coś strasznego. Przypomniał sobie, jak wiele lat temu prowadził sprawę zgwałconej i uduszonej czternastolatki. W szkole zawisło zdjęcie dziewczyny, zapalono świeczkę i położono kwiaty. Ale śmiech i zgiełk na korytarzu nie ustawał. Zupełnie jakby się nic nie stało. W pierwszej chwili był tym zszokowany. Dopiero po latach zrozumiał, że żywi w takich sytuacjach skupiają się w swoim kręgu, by wyprzeć śmierć, odpędzić ją ostentacyjną i wręcz niestosowaną witalnością. Są podobni do rozbitków na bezludnej wyspie, którzy rozpalili ognisko i skupili się wokół buchających płomieni, by odegnać strach.
Portiera i tym razem nie było. Gdy wchodził po schodach, towarzyszył mu głuchy odgłos kroków. Na korytarzu nie było nikogo. Zapach detergentów mieszał się z wonią aromatycznego sosu. Są po kolacji. Poczuł, że soki trawienne w żołądku uaktywniły się. Uświadomił sobie, że poza śniadaniem nic dzisiaj nie jadł.
Raz jeszcze się rozejrzał. Pewny, że nikt go nie widzi, przyłożył ucho do drzwi gabinetu rektora. Usłyszał cichy jęk. Nie mógł się pomylić. Czyjś głos falował za drzwiami, unosił się, trwał w zawieszeniu i opadał.
Heinz powoli nacisnął klamkę i otworzył drzwi.
Musiało minąć kilka sekund, zanim zauważył człowieka siedzącego na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Ogolony na zero mężczyzna trzymał dłonie na kolanach. Czarna koszula z krótkim rękawem nie była w stanie zasłonić zwojów mięśni.
Ten facet więcej czasu spędza na siłowni niż w konfesjonale – pomyślał Heinz.
Z charczącego głośnika dobiegała melorecytacja, która Heinzowi z niczym się nie kojarzyła. Z całą pewnością nie były to pieśni autorstwa rektora Majdy.
Rozległ się charakterystyczny dźwięk buddyjskich dzwonków.
– Osiem i pół – powiedział nagle mężczyzna i w tej samej chwili muzyka ucichła.
– Oglądałem – odparł Heinz. – Świetne kino.
– Nie – mężczyzna otworzył oczy. – Nie chodzi mi o Antonioniego. Osiem i pół – powtórzył. – Pamięta pan dowcip o milicjantach z czasów stanu wojennego? Dlaczego milicjanci palą papierosy Osiem i pół? Bo skończyli osiem klas podstawówki i pół szkoły milicyjnej. Sądząc po pańskim wieku, powinien pan to dobrze pamiętać. – Wpatrywał się w Heinza.
– Skąd pan wie, że jestem policjantem? – zapytał, ignorując uwagę.
– Jesteśmy w budynku, którego ściany mają uszy. – Profesor wykonał teatralny gest, jakby przykładał ucho do drzwi.
Wstał. Był podobnego wzrostu co Heinz. Otrzepał czarną koszulę, podszedł do magnetofonu i wyłączył muzykę. Dopiero wtedy usiadł za biurkiem i wskazał Heinzowi miejsce naprzeciwko.
– To, co pan słyszał przed chwilą, to pieśni mnichów buddyjskich. Od lat praktykuję taką formę medytacji, co, nawiasem mówiąc, natrafia na pewne opory… Ale ojciec de Mello miał znacznie większe problemy. I to z samym kardynałem Ratzingerem…
– Proszę posłuchać – przerwał mu Heinz. – Nie interesują mnie problemy ojca de Mello ani pańska wiedza na temat milicjantów i Antonioniego…
– Rutger… – wtrącił nagle mężczyzna i potarł siwy zarost.
– Co?
– Nazywam się Rutger. Zupełnie jak Rutger Hauer. Pamięta pan psychopatę z Autostopowicza?
– Psychopatów zapamiętuję dobrze. Bliżej mi do takich postaci niż do ojca de Mello. Ksiądz posłucha – pochylił się nad stołem, czując, że Rutger znów chce mu przerwać.
Wyczuł zapach, którego się nie spodziewał.
– Mam dwa trupy – wyprostował palec wskazujący i środkowy. – Dwóch kleryków z tego seminarium. I – popatrzył Rutgerowi w oczy – to nie jest film. To się zdarzyło naprawdę.
– Czego zatem pan chce ode mnie? Tak w ogóle ma pan jakieś nazwisko?
– Heinz. Jak ketchup. W zasadzie pytanie mam jedno. Przy zwłokach Rakowieckiego i Leskiego nie znaleźliśmy żadnych dokumentów, biletów autobusowych, kart kredytowych, słowem: niczego, co ułatwiłoby nam identyfikację ofiar. Śledztwo pewnie stałoby w miejscu, gdyby nie drobny szczegół…
– Mówi pan o kartce z moim nowym numerem telefonu? Zadzwoniliście. Przyjechałem, zidentyfikowałem chłopców. Co jeszcze mam zrobić?
Rutger zacisnął pięści.
– Otóż – Heinz mówił twardo – od początku zadaję sobie jedno pytanie, a odkąd tu przyjechałem, pytanie to stało się moją obsesją…
– Chętnie pomogę panu uporać się z obsesjami. – Rutger ni to się skrzywił, ni to uśmiechnął.
– Jak to możliwe, że przy tym dystansie, który panuje w seminarium między wykładowcami a studentami, przy tym pseudowojskowym drylu jakiś student ma numer pańskiej komórki? Wytłumaczy mi pan to?
Rutger nie od razu odpowiedział. Otworzył skórzaną teczkę i zaczął zgarniać do niej notatki i książki. Na grzbiecie najgrubszej widniało pięć słów napisanych prostym liternictwem. W górnej linii: Tadeusz Rutger, poniżej: Ezechiel – prorok niezwykły. Zauważył, że Heinz patrzy uważnie na stos książek.
– Ezechiel. Mój ulubiony prorok. Mówi się o nim, że nie co odbiegał od normy. Dziś tacy jak on są gwiazdami pop kultury.
Rutger… Gdzieś już się spotkał z tym nazwiskiem. Pierwszy raz taka myśl przemknęła mu przez głowę, gdy przeszukiwał policyjny bank informacji.
Dwa metalowe zamki szczęknęły i profesor odłożył torbę.
– Zanim odpowiem na to pytanie, coś panu powiem.
Wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Heinzowi wydawało się, że Rutger zaczyna mówić do samego siebie, jakby nagle przemienił się w natchnionego starotestamentowego proroka.
– Pan mówi o pseudowojskowym drylu? To nie wie pan, o czym mówi. Dryl to był wtedy, gdy ja byłem w wieku tych wszystkich Rakowieckich, Leskich… Pamiętam, jak ustawialiśmy się w dwóch równych szeregach i szliśmy na ranną mszę o szóstej trzydzieści. Codziennie mijaliśmy drzwi pomocnika mistrza nowicjatu i drżały nam nogi ze strachu… – Rutger nerwowo przełknął ślinę. – Czasem te drzwi się otwierały i pomocnik bez słowa wskazywał na któregoś z nas. To wskazanie było równoznaczne z wyrokiem. Z wyrzuceniem z seminarium. Kleryk musiał się spakować, wyjść bez pożegnania, a furmanka podwoziła go na dworzec. Żadnego odwoływania się, żadnego gadania! Takie były czasy. I powiem panu – profesor otworzył oczy – to były dobre czasy.
W oddali usłyszeli odgłos mechanicznej kukułki. Skąd tu się wzięła kukułka?
Zielone oczy wpatrywały się w Heinza, ale tak naprawdę patrzyły gdzieś w odległą przeszłość, łowiąc dalekie wspomnienia.
I nagle oczy Rutgera stały się nad wyraz czujne i przytomne. Powróciły do teraźniejszości.
– A teraz wyleczę pana z obsesji. Rakowiecki i Leski mieli mój numer telefonu. To byli ciekawi studenci. Ciekawi do czasu… Organizowaliśmy nawet dodatkowe spotkania po obowiązkowych zajęciach.
– Czy Rakowiecki w tych spotkaniach też uczestniczył? Mówią, że to leser…
– Gdzie tam leser! – Rutger obruszył się. – Po prostu nie lubił dogmatycznej paplaniny. Przynajmniej tak było na początku. Z czasem, też to zauważyłem, był naszymi spotkaniami jakoś mniej zainteresowany. Co innego Leski. Ten chciał na przykład wiedzieć, o co chodzi w antropologii Rene Girarda i na czym polega mechanizm szukania w rozmaitych religiach kozła ofiarnego. Przypadki Hioba, Jezusa są z tego podwórka. Później mówiłem im o neuroteologii…
– O czym?
Zanim Heinz usłyszał odpowiedź, ktoś cicho zapukał do drzwi. W drzwiach stał chłopak o zapadniętych policzkach.
Szczur. Ten sam, który spowiadał się ojcu duchowemu. Spowiadał. Akurat. Zwyczajnie donosił na kolegów.
– Przyniosłem księdzu profesorowi te pierożki, które matka zamówiła – przemówił Szczur zupełnie nieskrępowany obecnością Heinza. – Z pędami bambusa, kiełkami, grzybami mun i… pamiętaliśmy, żeby były wegetariańskie. Zamiast mięsa jest tofu.
– Wrzody żołądka i bóle w stawach to pamiątka stanu wojennego i zimnych cel – powiedział Rutger. – I kiepski wzrok, bo dostałem pałką po głowie. Dlatego nie lubię policjantów, ale muszę lubić lekarzy spowiadających moje ciało z chorób – popatrzył znacząco na Heinza. – Los sprawił, że zacząłem jeść takie dziwne rzeczy i od tego czasu czuję się lepiej.
Szczur zniknął w drzwiach. Ponownie rozległ się metaliczny dźwięk zamków i po chwili pierożki zniknęły w przepastnej torbie.
– Wracając do Rakowieckiego i Leskiego… – Heinz niecierpliwie poruszył się w fotelu. Ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę, to słuchać wykładów o jakimś Girardzie, neuro-czymś-tam oraz wspomnień o koksownikach porozstawianych na śniegu. – Nie chodzi mi o pański telefon. Chodzi mi o to, gdzie są ich komórki i laptopy…
W oczach Rutgera ujrzał zdumienie.
– Telefony i prywatne laptopy są zakazane. To niestety resztki starego stylu, gdy seminarzyści musieli wyzbyć się wszelkich dóbr, a zwłaszcza prawa do prywatności. Tu muszą im wystarczyć ogólnodostępne komputery…
– Czyli nic pan o tym nie wie?
– Nie wiem. Zresztą zawiesiłem swoje prywatne seminarium kilka miesięcy temu. Od tego czasu nie spotkałem się z Rakowieckim i Leskim.
– Dlaczego? Przecież Leski to taki błyskotliwy student… A Rakowiecki też niczego sobie.
Rutger zamilkł. W oddali znowu odezwała się kukułka.
– Powinni być jak wojsko. – Ksiądz położył palce na powiekach, jakby zamykał oczy zmarłemu. – Powinni być jak żołnierze wystrzegający się pokus…
– Ale nie wszyscy są odporni i ksiądz się czegoś dowiedział… Czy tak?
– Jestem zmęczony.
Rutger zamknął oczy.
Są jak wojsko. Jak bezwolne automaty. Jak mechanizmy nakręcane cudzą ręką.
Przypomniał sobie seminarzystów krążących po korytarzu podczas przerwy. Już wiedział, co go w tym obrazie uderzyło.
– Niech mi pan coś wyjaśni. Widziałem kleryków podczas przerwy w zajęciach. Niby ze sobą rozmawiali, ale… Ale tak jakoś sztucznie, na dystans… Tak jakby nie byli kolegami, ale obcymi ludźmi…
Z klatki piersiowej profesora wydobył się ni to jęk, ni to ciężkie westchnienie.
– Pan jednak nic nie wie o tutejszych zwyczajach… Po pierwsze, oni nie są kolegami. Tu nie ma przyjaciół. Właściwie nie ma nawet kolegów.
Tak samo jak w policji – pomyślał Heinz.
– Po drugie, przestrzegamy tu reguły tactusu. Tactus to po łacinie dotknięcie. Dotkniesz innego seminarzystę, po- klepiesz go przyjacielsko po ramieniu i… – Machnął dłonią w stronę okna.
– Wylatujesz?
– Właśnie.
– Obawiam się, że będziemy musieli dokończyć tę rozmowę. – Heinz wstał. – Być może już nie w tych wygodnych fotelach. – Poza tym, księże profesorze – odwróci! się od drzwi – wydaje mi się, że łączenie buddyzmu z alkoholem to zła kombinacja. To dlatego odbywa pan wraz ze studentami spacery po dziedzińcu, by nie wyczuli, że pan pił w ciągu dnia? Anthony de Mello byłby zniesmaczony.
Rutger siedział bez ruchu. Wiatr poruszył okiennicami, a mimo to Heinz kolejny raz tego dnia pomyślał, że jest mu duszno.
Na korytarzu panowała cisza. Światło migoczących jarzeniówek odbijało się w niebieskiej posadzce. Skwierczenie jarzeniówek przypominało dźwięk wydawany przez oszalałego owada, który wpada przez otwarte okno do pokoju i odruchowo lgnie do światła.
Heinz ruszył w stronę schodów. Gdy minął portret Jana Pawła II, usłyszał odgłos, który nie dobywał się spod sufitu. Chrobot powtórzył się. Dobiegł zza wyłomu, prowadzącego, jak zdołał się wcześniej zorientować, w kierunku krótkiego korytarzyka. Wyłom wzmocniony był, dobudowanym najpewniej później, nieotynkowanym solidnym filarem. Dźwięk pochodził stamtąd. Ktoś tam stał i nadepnął na poluzowaną płytkę.
Heinz zdecydował się. Zrobił w tym samym rytmie jeszcze trzy kroki i gdy doszedł do wyłomu, gwałtownie skoczył za filar. Zobaczył przerażoną twarz o zapadniętych policzkach, które nabiegły krwią, gdy Heinz zaczął miażdżyć przedramieniem grdykę chłopaka.
– Szczur, szczur, zabiłem szczura – wychrypiał do ucha.
– Pamiętasz to?
Nacisnął przedramieniem jeszcze mocniej. Chłopak zaczął charczeć.
– Pewnie ty się nie cieszysz, ale ja jestem bardzo zadowolony, że cię spotkałem – wycedził przez zęby Heinz. – Ktoś taki jak ty z pewnością dużo słyszy i dużo widzi, prawda? Donosisz ojcu duchowemu na innych studentów, podlizujesz się Rutgerowi jakimiś obrzydliwymi pierożkami… Co wiesz o Rakowieckim i Leskim? Gdzie znikły ich komórki i laptopy? Gdzie to ukrywacie, do cholery?
Puścił chłopaka, który padł na kolana i złapał się obiema dłońmi za gardło. Heinz usłyszał za sobą ciche chrząknięcie. Odwrócił się.
– On nic panu nie powie. – Rutger trzymał w dłoni skórzaną torbę i kołysał nią nerwowo. Przez drugą rękę przerzucił czarną marynarkę.
Heinz podszedł do profesora. Po raz kolejny poczuł woń źle strawionego alkoholu.
– Szczur nie powie? A to dlaczego? Zaraz się pan przekona, profesorze, że będzie gadał. – Spojrzał na chłopaka.
– Silentium sacrum - powiedział cicho Rutger, unosząc palec do ust.
– Że co?
– Silentium sacrum. Uświęcone milczenie należy do odwiecznych reguł przestrzeganych w seminariach. Silentium sacrum zaczęło się kilka minut temu. Wtedy kończę dyżur. – Profesor machnął torbą.
Szczur poderwał się, jakby otrzymał znak, minął Heinza i pobiegł korytarzem.
– Niech pan sobie odpuści – szepnął Rutger. – Wpłynął pan na zupełnie nieznane sobie wody. To – wskazał ręką korytarz – zupełnie inny świat.
Machnął teczką na pożegnanie. Heinz patrzył na przygarbione plecy profesora i po raz pierwszy pomyślał, że Rutger jest o wiele starszy, niż się wydaje.
Coś wgniata go w ziemię.
Był na półpiętrze, gdy usłyszał stłumiony jęk. Stanął jak wryty. Powoli, by nie wywołać najmniejszego hałasu, wszedł na piętro. Rozejrzał się po skąpo oświetlonym korytarzu. Nie, nie mylił się. Drzwi znajdujące się najbliżej schodów były niedomknięte i stamtąd dochodził odgłos.
– Admaiorem Deigloriam examen conscientiae* - szepnął ktoś.
– Ad maiorem Dei gloriam flagellatio*'' - odpowiedział inny głos.
Przez szparę w drzwiach dostrzegł sylwetkę starego spowiednika. Tego samego, któremu rektor kłaniał się na korytarzu.
Usłyszał suchy trzask, a potem jęknięcie. Młodszy głos powiedział coś po łacinie.
Uderzenie i jeszcze jeden stłumiony jęk.
Jak to powiedział Karloff? Zrobiliby furorę na You Tubie? Ci dwaj z pewnością.
Zbiegł na dół, otworzył drzwi, potrząsnął głową, jakby wynurzył się z wody. Gdy nabrał gwałtownie powietrza, poczuł ból, jakby coś rozrywało mu płuca.
* Ad maiorem Dei gloriam examen conscientiae (łac.) – Na chwałę Boga Najwyższego rachunek sumienia. ''„„Admaiorem Deigloriam flagellatio (łac.) – Na chwałę Boga Najwyższego biczowanie.